Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Procedura zmiany nazwiska jest prosta. Do najbliższego urzędu stanu cywilnego trzeba zanieść akt urodzenia, potwierdzenie opłaty skarbowej 37 zł i wniosek, koniecznie z uzasadnieniem. To najważniejsze, słyszę w jednym z urzędów. Proste sprawy urząd rozstrzyga w ciągu miesiąca, trudniejsze zajmują nawet dwa. Bywa, że trzeba przesłuchać świadków, którzy potwierdzą, co napisano w uzasadnieniu. Kiedy decyzja jest pozytywna, można zmienić dane w systemie PESEL, banku, pracy albo szkole. 

Barbara  

Znajomi pukają się w czoło. Od tylu lat pracuje na własne nazwisko, ludzie kojarzą ją z filmu i teatru, tyle dobrych ról, a teraz nagle, po czterdziestce, ot tak po prostu je sobie zmieniać? Może chociaż zostawić podwójne? Pewnie, że to cudownie, że wreszcie wychodzi za mąż, sypią się gratulacje. 

Basia je przyjmuje i przy okazji wyjaśnia, że wcale nie było ślubu. Jest zaskoczona, widzi też, jak ludzie zaczynają się zastanawiać. Czy to, które noszą, coś dla nich znaczy, może jest ważne, a może jakoś ciąży? A może z jakiegoś powodu inne byłoby lepsze? Czy nazwisko to naprawdę ja? 

Agnieszka*  

W komunikatorach, którymi posługuje się w pracy oraz w kontaktach ze znajomymi, obok jej imienia pojawia się nowe, inne nazwisko. Ludzie się dziwią – przecież to jej prawdziwe jest takie ładne. Pośród segregatorów i zza tabelek w Excelu, w których jest mistrzynią, tłumaczy kolegom, że właśnie tak podpisze kiedyś swój pierwszy tomik poezji. Nie lubi mówić o sobie. Jest skrępowana, a wszyscy myślą, że to z powodu tych wierszy. Młodziutkie poetki bywają nieśmiałe, można by pomyśleć. 

Znamy się od kilku lat, miałam okazję słyszeć, jak cicho się przedstawia. Potem na jakiś czas znikamy sobie z horyzontu. Później parę razy spotykamy się w przelocie. Któregoś dnia wspomina, że czeka na decyzję urzędu stanu cywilnego w sprawie zmiany nazwiska, o którą się zwróciła. 

Procedura zmiany nazwiska jest prosta. Do najbliższego urzędu stanu cywilnego trzeba zanieść akt urodzenia, potwierdzenie opłaty skarbowej 37 zł i wniosek, koniecznie z uzasadnieniem (Fot. Kamila Kubat / Agencja Wyborcza.pl)

Miesiąc później siedzi przede mną młoda osoba, nieco zmęczona po pracy, studentka, osoba, której tożsamości – zgodnie z obowiązującymi przepisami – nie mogłabym potwierdzić: jest już zarejestrowana w systemie PESEL pod nowym nazwiskiem, ale nie da się jej zidentyfikować, bo nadal posługuje się starym dowodem. 

Pomimo to osoba czuje, że jej nowe życie zaczęło się na dobre. Chce o tym opowiedzieć. Daje mi do poczytania swoje wiersze i wcale się nie krępuje. 

Barbara  

Kilka dni przed wybuchem pandemii wraca z Meksyku, gdzie z grupą znajomych pracuje nad nowym filmem interaktywnym. Jest współreżyserką, to dla niej ważne. Basia czuje, że pomimo trudności daje radę. To trzecia z ważnych do tej pory podróży. 

Tuż po powrocie w urzędzie stanu cywilnego składa wniosek o zmianę nazwiska. Wybiera to po babci ze strony mamy. Na wspomnienie tej silnej kobiety do dziś zapalają się oczy tym, którzy ją znali. W życiu robiła zawsze to, co chciała, dbając o ludzi i nie wyrządzając nikomu krzywdy. Do tego szła pod prąd, zawsze z fantazją. 

Agnieszka 

W słowniku Agnieszki jedynym wyrazem, którego nie lubi, jest jej własne nazwisko, czyli to, które po urodzeniu dostała po tacie. Wymawia je z trudem. Za każdym razem, choćby wtedy, gdy musi się przedstawić, siłą przeciska głos przez zaciśnięte gardło. Trwa to aż półtorej sekundy, całe długie cztery sylaby. Agnieszka ma sposób, żeby to przetrwać: przestaje słyszeć. Wtedy to słowo znika na chwilę. 

Mieszka w niewielkim mieście z rodzicami i bratem. Ojciec dojeżdża do pracy, w domu bywa tylko w weekendy. Dla reszty rodziny to najtrudniejsze dni tygodnia. Agnieszka nie pamięta, żeby rodzice zwyczajnie ze sobą rozmawiali. Nie przypomina sobie spokoju między nimi. Pamięta upokorzenie, wstyd i nieustanne pretensje ojca: nic nie jest takie, jak by sobie życzył.  

Rodzice mają oddzielne konta i choć to ojciec, na wysokim stanowisku, świetnie zarabia, mama utrzymuje dzieci. Agnieszka pamięta czas, kiedy we trójkę z bratem i mamą liczą każdy wydatek. 

Wszystko jest nie tak. Co podoba się im, tata uważa za słabe i głupie. Źle wybierają nawet bombki na choinkę i skarpetki w sklepie. W kościele ojciec nie siedzi w ławce z rodziną, tylko kilka rzędów dalej, bo pokazać się z nimi to wstyd. Podobno jego ojciec, dziadek Agnieszki, był taki sam. 

Agnieszka czasem współczuje tacie, bo on też pewnie czuł się jak gówno w oczach swojego ojca.

Agnieszka nie pamięta, żeby rodzice zwyczajnie ze sobą rozmawiali. Nie przypomina sobie spokoju między nimi (Fot. Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)

Barbara 

W drugą podróż rusza, gdy w wieku 35 lat rezygnuje z etatu w renomowanym teatrze. Lubi to miejsce i zespół, z którym pracuje od dziesięciu lat, gra tu ciekawe role, jednak po dziesięciu latach czegoś jej brakuje. Bierze kredyt i wyjeżdża na kurs z Elizabeth Kemp do nowojorskiego Actor’s Studio. 

Amerykańska nauczycielka mówi: ważne jest, jaka jesteś tu i teraz, jeśli cię boli, musisz to przeżyć. Inaczej wszystko, co robisz na scenie, będzie tylko udawaniem. Mówi też: nie zastanawiaj się nad słabymi punktami, nie koncentruj na wadach, inwestuj w to, co jest w tobie dobre. Nie przepraszaj za to, jaka jesteś. 

Pierwsza podróż zaczęła się pewnego lata, gdy jako dwudziestoletnia dziewczyna rusza w drogę ze swoim ojcem. Wcześniej tata sam często wyjeżdża, teraz ma sześćdziesiątkę na karku i wraca do domu na dobre. Chcą pobyć razem. Któregoś dnia wyznaje, że zawsze chciał mieć fajną córkę, a tak się złożyło, że ta młoda osoba, z którą właśnie podróżuje, dawno już przekroczyła wszystkie oczekiwania. Dwa miesiące później ojciec ginie w wypadku samochodowym.  

Rok później Basia rozstaje się ze swoją pierwszą miłością.  

Za chwilę zacznie życie zawodowe. W ciągu 20 lat gra dużo, są role większe i ważne, są mniejsze. Jest świetna w rolach zagubionych, pokrzywdzonych kobiet – i tak najczęściej jest obsadzana. 

Agnieszka  

Najgorzej jest w pewien piątek, gdy tata wraca do domu i widzi kotka; mama pozwala dzieciom go przygarnąć, od dawna o nim marzą. Ojciec się wścieka, uderza zwierzaka otwartą dłonią, zrzuca ze stołu i wychodzi. Tym razem nie wraca przez miesiąc, nie daje znaku życia. Dzwoni na Dzień Dziecka. Idą spotkać się z nim w pizzerii. Ojciec siada obok Agnieszki, którą boli ze stresu całe ciało, i już będzie bolało przez następne lata. Od tego czasu mija już dziesięć, Agnieszka nigdy więcej nie wchodzi do tego lokalu. 

Świetnie się uczy i pilnie obserwuje świat. Widzi, że rodzice kolegów ze szkoły albo się budują, albo rozwodzą. Dom już ma dawno i nic z tego nie wynika, więc prosi tylko mamę, żeby zaczekała z rozwodem, aż będzie starsza, bo podobno dopiero 12-latki mogą sobie wybrać, z kim zamieszkają. Najbardziej się boi, że jej każą z ojcem. Trudno to sobie wyobrazić, skoro nie jest w stanie używać nawet umytego kubka, z którego przed chwilą pił ojciec. 

Pewnego dnia ojciec mówi jej, że jest adoptowana. Oraz że trzeba się uczyć razem z tatą angielskiego, bo gdy coś się stanie i rodzice umrą, to przyjedzie po nią prawdziwa rodzina z Anglii i jakoś będzie się musiała dogadać. Ma 11 lat i wierzy we wszystko. Mama długo udowadnia, że to nieprawda. 

Potem ojciec tłumaczy, że i tym razem, jak zawsze, gdy jego słowa ranią tak, że boli całe ciało, źle go zrozumieli, to wcale nie tak było, jak mu mówią.  

Barbara 

Przez całe życie przeprasza. Ludzi wokół za to, że wszystkiego ma za dużo – słów, charakteru, energii, uczuć. Samą siebie – że nie jest po prostu standardową dziewczyną.  

Dopiero na kursie w Nowym Jorku zaczyna rozumieć, że te najważniejsze rany – śmierć taty, nieszczęśliwa miłość i jeszcze parę innych – przyklepuje przez całe życie, udaje przed sobą i światem, że wcale nie bolą. A dlaczego silna kobieta nie miałaby płakać? Albo dlaczego zaraz po tym po prostu nie miałaby się uśmiechnąć? Czemu musi przepraszać za to, że jest silna? Dlaczego nie żyć tak, jak chce i potrzebuje? Czuje, jakby zrzucała z siebie ciężką zbroję. Po raz pierwszy lecą jej łzy i jednocześnie zaczyna do cna lubić samą siebie. 

Siedzimy w zatłoczonej kawiarni i wydaje mi się przez chwilę, że chyba słuchają nas wszyscy wokół.  

Pewnie, że sporo się tych ran nazbierało, ale proszę państwa, jak pozwolimy im wyjść na słońce, z lekkością, dystansem do siebie i bez strachu, może trochę się zabliźnią? Nie ma co się ich bać, one nas tworzą, a może uda się je nawet ukochać? 

Agnieszka  

Rodzice próbują się dogadać, idą na mediacje. Dostają zadanie: zapisać w punktach dobre cechy drugiej strony. Ojciec nawet nie zaczyna, mediacje uznaje za zakończone.  

Mama nie potrafi się rozwieść. Swoim młodszym koleżankom, które żyją w przemocowych związkach, podaje siebie za przykład, fatalny. 

Po maturze Agnieszka wyprowadza się z domu i jedzie do dalekiej Warszawy. Znajduje pracę i zaczyna życie na własny rachunek. Po raz pierwszy czuje, że może być silna. Przez pierwszy tydzień ojciec pisze miłe SMS-y, chce się dowiedzieć, jak sobie radzi córka. Z każdą kolejną wiadomością jej dzwoni w uszach i boli ją brzuch.  

Rzadko odwiedza rodzinne okolice. I tylko wtedy, gdy jest pewna, że ojca nie ma w pobliżu. Za każdym razem, gdy pociąg zbliża się do miasteczka, boi się, że go spotka. Wyobraża sobie to spotkanie. Czuje, że jedno jego słowo, i runie cały mozolnie budowany spokój. Oraz to, co sobie tak pracowicie układa: życie, w którym można chcieć żyć i lubić siebie. 

To niełatwe, gdy w oczach ojca jest się nikim. Tak samo jak mama i brat. Przez długi czas cała trójka wierzy, że to wszystko da się naprawić. Mama z Agnieszką zrezygnowały już dawno, teraz zaczął walczyć brat – związał się mocno z Kościołem i marzy mu się "prawdziwa" rodzina i więź z ojcem. Strasznie się o to z Agnieszką kłócą. W końcu brat daje za wygraną, zbyt blisko jest z siostrą, zbyt dużo razem przeżyli, by teraz się stracić.  

Agnieszka chciałaby, żeby ojciec żył tak, jak chce, zadowolony z życia, byle daleko. Byle nie słyszeć tego głosu, który nadal jeszcze, w najróżniejszych sytuacjach, mówi jej, że wszystko to, co robi, i ona sama są nic niewarte. 

Za każdym razem, gdy pociąg zbliża się do miasteczka, boi się, że go spotka. Wyobraża sobie to spotkanie (Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja Wyborcza.pl)

Barbara 

W Meksyku, gdy pewnego dnia na planie wszystko się sypie, Florent, współreżyser, przerywa zdjęcia i zabiera wszystkich na dobry obiad. Serio? – Basia nie może uwierzyć. – Przecież musimy cisnąć, lecieć do przodu, jaka przerwa? Florent ma rację, po dwóch godzinach wypoczęta ekipa wraca do pracy z entuzjazmem i siłą, plan pracy realizują w dwie godziny. 

– Kocham mój zawód, tyle już zrobiłam, ale też – jak tak sobie myślę – to właściwie co takiego? 

Nie wierzyłam, że mogłabym się zająć czymś innym. Wiele lat niełatwej pracy, lęku, że nie zadzwoni telefon z propozycją. Nie mówię, że tego chcę, ale czuję ulgę, bo wiem, że mogę i że dałabym radę. To duże odkrycie, które daje mi poczucie wolności. 

Ja to coś więcej – ani mój zawód, ani nazwisko.  

Wielu z nas boi się zmiany, nawet jeśli jest potrzebna, ludzie w korporacjach, instytucjach, na stanowiskach, nie tylko aktorzy. Trzymamy się wydeptanych ścieżek i karier. Wierzymy w swoją legendę, czujemy się ważni, bo podpisujemy e-maile poważnie brzmiącymi etykietami. Boimy się zmiany. Oczywiście są różne powody: bo pieniądze, bo kredyty, bo poczucie własnej wartości. A co będzie, jak się nie uda, jeśli zawiedziemy samych siebie zmianą? 

Serio? To naprawdę takie łatwe? – wspomina, co myślała, zastanawiając się nad zmianą nazwiska. – Sama w to nie wierzyłam. Po prostu składasz wniosek, że chcesz się nazywać inaczej, motywujesz we wniosku, co ci tam w sercu gra, płacisz grosze. Nie trzeba ślubu, chociaż to piękne, że z miłości bierzesz czyjeś nazwisko. Ale dlaczego to jest zarezerwowane tylko na tę okazję? Kocham mojego tatę, ale akurat z nazwiskiem, które po nim dostałam, nie jest mi już po drodze. 

Zobacz wideo Britmann: To, że o czymś nie rozmawiamy, nie oznacza, że tego nie ma

Agnieszka  

O tym, żeby pozbyć się nazwiska ojca, myśli od dawna. Szuka czegoś w rodzinie ze strony mamy. Ze wszystkich nazwisk najbardziej podoba jej się nazwisko prababci. We wspomnieniach mamy to silna kobieta, która zbudowała nowe życie w trudnej sytuacji. 

Agnieszka chce tego samego.  

Najpierw musi uwierzyć, że nie jest osobą, która przynosi tylko zawód i wstyd. Jeżeli to ma się udać, musi żyć pod nazwiskiem innym niż to, które dostała od ojca. 

Wniosek o zmianę nazwiska wraz z uzasadnieniem zanosi do najbliższego USC. Przepisy mówią też, że to możliwe tylko wtedy, gdy jest usprawiedliwione ważnymi powodami, oraz że opłata skarbowa wynosi 37 zł. 

Awizo czeka w skrzynce przez kilka dni, adresatki nie ma w domu. Tuż po Wielkanocy Agnieszka idzie na pocztę, jest piękne popołudnie, w starodawnej placówce bez numerków nie ma kolejki, a w okienku siedzi miły pan.  

Nawet tu czas się dłuży. Najpierw całe 30 dni czekania na decyzję, ze strachem, że urząd nie uzna uzasadnienia i odrzuci wniosek, teraz to przeszukiwanie szuflad, żeby znaleźć właściwą kopertę, w końcu czytanie listu, kilka razy od początku do końca. Pogmatwane zdania w urzędowym języku nie ułatwiają. Może nie wypada pisać prosto o trudnych sprawach? Na szczęście poetkom wolno wszystko, uśmiecham się na myśl o wierszach Agnieszki. 

Agnieszka wreszcie upewnia się, że rozumie decyzję, o której urząd niniejszym informuje, kwituje odbiór listu – po staremu, poprzednim nazwiskiem. 

Najpierw musi uwierzyć, że nie jest osobą, która przynosi tylko zawód i wstyd. Jeżeli to ma się udać, musi żyć pod nazwiskiem innym niż to, które dostała od ojca (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

Barbara  

Nie chce już grać ról ofiar. A jeśli już, to takich, które znajdują w sobie siłę. Odrzuca kilka propozycji, z czasem telefonów jest więc mniej. W końcu przychodzi satysfakcja. W filmie Jana Komasy pt. "Boże ciało" przejmująco gra rolę wdowy. Gdy reżyser daje wskazówkę i klucz do postaci, Basia czuje, że to coś bliskiego: Musisz za wszystkie lata cierpienia i wstydu powiedzieć "nie". 

"Cenię sobie Jonak, chociaż jej nie znam, ale chcę pracować z Kurzaj" – koledzy robią sobie żarty.  

A skoro ten eksperyment się udał, to może znowu coś zmieni. Właściwie dlaczego nie? Mogłaby być Moniką albo Rejczel, na przykład Nowak. Podpisu można się nauczyć, załatwić nowe dokumenty. Da się zrobić, w końcu ludzie się przyzwyczają. Dużo trudniej jest dobrze się ze sobą czuć. I polubić siebie. 

Agnieszka 

Dwa tygodnie po naszej rozmowie Agnieszka wysyła mi wiadomość: "Tydzień temu odebrałam wreszcie nowy dowód. Duża ulga, chyba się nie spodziewałam, że ma to dla mnie aż tak duże znaczenie, żeby widzieć na dokumencie inne nazwisko". 

O tym, jak nazywa się teraz Agnieszka, wie tylko mama. Agnieszka wie, że ojciec mocno przeżyje tę decyzję. Jest jej przykro, nie lubi nikomu sprawiać bólu i nadal czasami trochę się boi, że i tym razem go zawiedzie. 

Powoli wymienia pozostałe dokumenty, zaczyna od legitymacji studenckiej i umowy z bankiem, gdzie składa wzór nowego podpisu. Na potwierdzeniu przez pomyłkę podpisuje się starym nazwiskiem. Wcześniej machnęła go parę razy, jeszcze musi poćwiczyć.  

Ten egzemplarz z błędem jest dla niej i może z nim zrobić, co chce. Może schować do szuflady albo podrzeć na kawałki i wyrzucić do śmieci. Jeszcze nie wie.  

*** 

Dr Małgorzata Tomaszewska, psychiatra, mówi: – Większość zapytanych osób powiedziałaby, że nazwisko to nie tylko słowo, że jest częścią ich tożsamości, która pochodzi od rodziców. Zwykle ojciec i matka mają wspólne nazwisko, czasem jedno z nich ma podwójne. To nazwisko możemy postrzegać jako symbol więzi z rodziną, atmosferą, ciepłem dzieciństwa, bezpieczeństwem, troską. Te osoby identyfikują się ze swoimi nazwiskami, wypowiadają je pewnie i z szacunkiem, również odczuwanym do rodziców. 

Są osoby, dla których nazwisko jest jednak źródłem cierpienia. Przedstawiając się, składając podpis, wypowiadając swoje nazwisko głośno, przeżywają silny dyskomfort, niekiedy awersję. Powodów może być wiele, m.in. wstyd, obawa przed powiązaniem z członkiem rodziny, żywe bolesne wspomnienia czy brak poczucia przynależności i identyfikacji z członkiem rodziny, od którego pochodzi nazwisko. 

W pierwszej grupie idea zmiany nazwiska wywołuje sprzeciw, w drugiej daje nadzieję. Poznając kogoś, nie znamy historii jego rodziny, czasem przesiąkniętej bólem, niezgodą, łzami, samotnością. Myśl o zmianie nazwiska nie jest łatwa, niektórzy noszą ją w sobie latami. Decyzja o zmianie nazwiska może być wyrazem budującego się poczucia sprawczości i dać możliwość poznania i zaakceptowania swojej prawdziwej tożsamości. Osoby, które zmieniają nazwisko, często czują ulgę i rodzaj oczyszczenia, a niekiedy są w stanie budować swoje poczucie bezpieczeństwa. 

*Imię Agnieszki zostało zmienione. 

Kinga Gałuszka. Filmoznawczyni, pisze reportaże i inne teksty.