Rodzina
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Adam i Beata – zawodowa rodzina zastępcza z Poznania, pełniąca funkcję pogotowia rodzinnego*

Jak to wygląda naprawdę?

Weźmy pieluchy. Średnio mają ósemkę lub dziewiątkę dzieci, siódemkę zapieluchowanych. Każde trzeba przewinąć trzy, cztery razy dziennie, a jak któreś jest chore, to i sześć razy. Pogotowie prowadzą jedenaście lat. To wychodzi około 111 000 pieluch. Raz mierzyli stoperem, ile zajmuje jedno przewijanie – wyszło im, że spędzili na tym zajęciu 5580 godzin, czyli 232 dni non stop w towarzystwie pieluch.

Weźmy ubrania. Mają do sparowania trzysta par skarpetek, dwie duże miednice – i to tylko po kilku dniach. Najpierw rozdziela się na kolory, potem zwija w kulkę. Te, które nie mają pary, czekają na swoją kolej. Szkoda wyrzucać. Na sparowaniu zejdzie całe popołudnie. Może przyjdą na wolontariat harcerze, to pomogą. Dziś ogarnęli sześć misek prania, jeszcze zostały trzy. Pralka pracuje non stop. Suszarka też, bo gdzie to wieszać? Gdy trzynaście osób zdejmuje z siebie ciuchy, to są dwie–trzy pralki. A jeszcze w tym czasie któreś dziecko się zsikało, ubrudziło na dworze, to kolejny komplet do prania.

Wszystko mają swoje. Sprzęty, ubrania w każdym rozmiarze, bo nigdy nie wiadomo, w jakim wieku dziecko do nich trafi. Nie przyjmują odzieży od rodziców, żeby nie pilnować, czy ich, czy czyjeś, poza tym strach: wszy, świerzb, pluskwy…

Wszystko zużywa się bardzo szybko. Te dzieci tak mają – niestety bardzo niszczą, wystarczy zrobić remont w ich pokoju, a po miesiącu trzeba by go robić ponownie – często wyładowują złość na sprzętach i ścianach, na zabawkach. U nich naklejki ścienne są naklejkami sufitowymi, ale i stąd dzieci potrafią je zerwać. A pościel? Dzieci ją rozdzierają. Mieli półtoraroczną dziewczynkę, która pierwszy raz spała w łóżeczku, więc zrzucała kołdrę i kładła się pod materacem. U niej w domu – choć to raczej był hotel robotniczy – było tylko jedno łóżko, na którym mama przyjmowała klientów, a mała sama organizowała sobie jedzenie, zagospodarowywała czas i spała pod łóżkiem.

Weźmy choroby. Jesienią schodzi dużo leków, bo pierwsze zaraża drugie, drugie trzecie, trzecie czwarte, a czwarte zaraża pierwsze i drugie. I tak w kółko. Czasami infekcja zaczyna się w październiku, a kończy dopiero w kwietniu. A nie daj Bóg, jak któreś przyniesie jelitówkę. Potem wymiotuje piątka dzieci naraz. Najgorzej było, jak ktoś przywlókł świerzb – pół roku wszyscy smarowali się maścią.

Beata wstaje nocą do noworodków, które budzą się co trzy godziny – trzeba je nakarmić i przewinąć. Gdy maluchów jest więcej, wstają w nocy oboje. Czasami potrzeba niezłego wysiłku intelektualnego, co któremu nasypać do butelki – najmłodsze dzieci nierzadko piją różne rodzaje mleka, w różnych proporcjach. Adam wstaje o 4.30, żeby mieć chwilę dla siebie, może wtedy wypić herbatę, poczytać. O 5.30 budzą szkolną dwójkę i jednego przedszkolaka, bo o 6.10 przyjeżdża po dzieci bus – jeżdżą do ośrodka szkolno-wychowawczego.

Pralka pracuje non stop. Suszarka też (fot. Shutterstock)

(…)

Z maluchów, które do nich trafiły, adoptowali Nicolę, a Gabrysia jest w procesie adopcyjnym. Dlaczego one? Pierwszej nikt nie chciał, a oni ją pokochali, druga sama ich wybrała.

Nicola, piąte dziecko alkoholików. Prawie wszystkie z rodzeństwa mają alkoholowy zespół płodowy, jak połowa dzieci, które do nich trafiają. Niektóre mają pełnoobjawową postać tej choroby, jak ich adoptowana córka, a część spektrum płodowych zaburzeń alkoholowych (FASD).

Adam:

Nicola ma niełatwą historię. Cudem przeżyła.

Na ulicy stało czterech panów, pili tanie wino, jeden trzymał dziesięciomiesięczną dziewczynkę na ręku. Przechodził policjant, zainteresował się, bo sam miał dziecko w podobnym wieku i nie pasowało mu dziecko na jednej ręce, a w drugiej wino.

Panowie, po głębszym zastanowieniu, ustalili, że to nie jest ich dziecko, tylko kolegi.

Nicola ważyła wtedy pięć trzysta, przeżyła zimę w squacie z bezdomnymi, bez wody, prądu, ogrzewania, karmiona mlekiem z woreczka, suchym chlebem, a żeby nie zamarzła, a było minus dwadzieścia, to i alkoholem. Odwyk u nich miała.

Krzyczała trzy dni nieprzerwanie – obdzwonili sąsiadów, żeby nie myśleli, że stosują przemoc, i nie zgłaszali tego na policję. A potem brała rękę Adama albo Beaty, kładła sobie na głowę i trzymała ją mocno, była cichutka i taka spokojna. Chyba w ten sposób czarowała. Chciała tu zostać.

Dziś ma jedenaście lat, choć nie wygląda. Ma lekką niepełnosprawność intelektualną i FAS, co oznacza związane z tym komplikacje: trudności z przystosowaniem się nawet do niewielkich zmian w otoczeniu, nadpobudliwość, deficyty uwagi, problemy w relacjach społecznych czy trudności z zapamiętywaniem. Dali jej prawo i czas, żeby rozwijała się we własnym tempie, dlatego tak pozytywnie ich zaskakuje.

To Nicola przełamała ich lęk przed wychowywaniem niepełnosprawnych dzieci, to ona przygotowała ich mentalnie na przyjęcie dziewięciomiesięcznego chłopca z trisomią trzynastego chromosomu i ogromnym wodogłowiem, któremu towarzyszyli przez kilka miesięcy w cierpieniu i umieraniu. Na zmianę siedzieli przy jego łóżeczku na chirurgii i OIOMie. Dzięki temu nie umierał niczyj…

To Nicola przełamała ich lęk przed wychowywaniem niepełnosprawnych dzieci (fot. Shutterstock)

U Gabrysi proces wciąż trwa. Złożyli wniosek o adopcję do sądu.

– Wydaje nam się, że jest córką kobiety, która padła ofiarą handlu kobietami – mówi Beata. – Podejrzewaliśmy, że to jakaś bułgarska mafia. Ta kobieta urodziła praktycznie w połowie ciąży, później się ukrywała, bo wygenerowała ogromny dług w szpitalu na ponad sto dwadzieścia tysięcy złotych, urodziła Gabrysię, a następnie dziecko trafiło na OIOM, a była nieubezpieczoną cudzoziemką.

Matka biologiczna Gabrysi pojawiała się u nich sporadycznie. Wyprowadziła się z Poznania. Jeśli jej mężczyźni mieli interes w tej części Polski, to ją przywozili, a jeśli nie mieli, nie przywozili. Gdy po półtora roku odwiedziła córkę, była zdziwiona, oburzona wręcz, że dziecko nie wyczekiwało jej, nie stało w oknie, a na jej widok nie wołało: "Kochana mamusiu, czekałam na ciebie rok". Kiedy ostatni raz przyjechała, Gabrysia ze strachu zrobiła kupę. Nie tyle na jej widok, ile na widok panów, którzy zawsze towarzyszyli kobiecie. Jeden z nich podawał się za ojca kobiety, pozostali za kuzynów. Kuzyni nie zawsze byli ci sami. Ostatecznie sąd pozbawił tę kobietę praw rodzicielskich.

– Myślę, że ona sama zrezygnowała, widząc przywiązanie Gabrysi do nas – kontynuuje Beata – dla dobra dziecka. Po niecałych trzech latach przestała przyjeżdżać. Nie wiemy, jak potoczyło się jej życie.

Gabrysia nie była jedynym dzieckiem, które trafiło do nich jako bezimienne. To zdarza się często. Czasami sami nadają im imiona, czasami robią to pielęgniarki w szpitalu. Imię Gabriela miało połączyć dwie kultury: islam i chrześcijaństwo – mama dziewczynki była muzułmanką.

Do dziś, choć Gabrysia ma prawie sześć lat, nie ma numeru PESEL, a w związku z tym nawet ubezpieczenia. Wszystko utknęło w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców, który musi wydać zaświadczenie, że mama dziewczynki przebywa na terenie Polski legalnie, a ponieważ nie przebywa legalnie, to dziecko też nie przebywa legalnie. Na szczęście miasto w takich sytuacjach generuje tymczasowy numer PESEL na potrzeby rekrutacji przedszkolno-szkolnej.

Do dziś, choć Gabrysia ma prawie sześć lat, nie ma numeru PESEL, a w związku z tym nawet ubezpieczenia (fot. Shutterstock)

Do adopcji Gabrysi potrzebne są jeszcze dwie rzeczy: zgoda urzędu bułgarskiego na jej przysposobienie i bułgarski kodeks rodzinny i opiekuńczy przetłumaczony przez biegłych – polski sąd zwrócił się już do ministerstwa bułgarskiego. Adam i Beata nie wiedzą dokładnie do którego, wiedzą jednak, że miał uczestniczyć w tym procesie bułgarski ośrodek adopcyjny. Dla Gabrysi to byłby dramat, gdyby ją teraz wywieziono do Bułgarii i tam umieszczono w placówce. Co nie jest niemożliwe.

(...)

Gdy idą po ulicy, ludzie przystają i liczą: "Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy! Zobacz, jaką kasę robią z 500 plus".

– To dowód na kompletny brak świadomości sytuacji takich rodzin jak nasza, kim jesteśmy, na czym polega nasza praca i dlaczego te dzieci u nas są – przyznaje Adam. – Pełnimy funkcję zawodowej rodziny zastępczej i pogotowia rodzinnego, to znaczy, że pracujemy dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Przez nasz dom przewinęła się siedemdziesiątka dzieci, dla których byliśmy rodziną. Pamiętamy imiona wszystkich. Dzieci według polskiego prawa są odbierane rodzicom w sytuacjach, gdy jest zagrożone ich życie lub zdrowie. Do nas nie trafiają różowe bobasy odbierane z powodu biedy. Dzieci, które przyjmujemy, są nierzadko w bardzo ciężkim stanie, wymagają leczenia, długotrwałej terapii.

Są trzy kanały, którymi trafiają do nich dzieci. Pierwszy to sytuacja, gdy w szpitalu rodzi się dziecko i matka go nie chce. Gdy jest wcześniak, szpital dzwoni dopiero, gdy jest gwarancja, że maluch przeżyje. Szpital powiadamia sąd, sąd powiadamia MOPR, ten wyznacza rodzinę zastępczą, która ma najmniej dzieci, i wtedy ona odbiera dziecko prosto z oddziału noworodkowego.

– Od kiedy jest 500 plus, już nie ma często takich sytuacji – mówi Beata. – Ono mocno zmieniło obraz polskich rodzin. Te pieniądze na pewno pomagają, jak rodzi studentka czy uczennica. Ale też działają w drugą stronę: maskują braki kompetencji rodzicielskich, alkohol, przemoc. Teraz te dzieciaki trafiają do nas o wiele później i w gorszym stanie, są trzymane na siłę w rodzinach, dla pieniędzy. Wyciąga się je po roku, dwóch z meliny. Rządzi alkohol, rzadziej narkotyki. Potem dopiero przedszkole albo szkoła zauważa, że dzieje się coś niepokojącego.

Są trzy kanały, którymi trafiają do nich dzieci. Pierwszy to sytuacja, gdy w szpitalu rodzi się dziecko i matka go nie chce (fot. Shutterstock)

Drugi kanał to interwencja, czyli sytuacja nagła, na przykład gdy ktoś z sąsiadów czy rodziny zaalarmuje pomoc społeczną albo policję, że w rodzinie dzieje się coś złego, jest przemoc, agresja, libacja. Beata wspomina dziewczynkę, która do nich trafiła – znaleziono ją w nocy, biegała półnaga po hotelu robotniczym. Matka w tym czasie przyjmowała klientów. Potem w sądzie tłumaczyła, że udzielała korepetycji. Na szczęście znalazł się ktoś życzliwy, kto zadzwonił na policję.

Trzeci kanał to interwencje planowane – dzieci odbierane rodzinom objętym ochroną kuratora, w wypadku gdy od dłuższego czasu wiadomo, że sytuacja zagraża zdrowiu lub życiu dziecka, rodzina sobie nie radzi, pomoc kuratorska nie przynosi zmian. To najczęściej dzieci ludzi uzależnionych od alkoholu lub narkotyków, a także osób, których niezaradność życiowa – często wynikająca z obniżonych możliwości intelektualnych oraz chorób psychicznych – uniemożliwia opiekowanie się dzieckiem.

*Fragmenty książki "Tu jest teraz twój dom" Marty Wroniszewskiej. Ebook dostępny jest w Publio.pl>>>