Historia
Szapsel Rotholc był przed wojną bardzo znanym pięściarzem, mistrzem Polski w boksie, a w czasie wojny został w warszawskim getcie policjantem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Szapsel Rotholc był przed wojną bardzo znanym pięściarzem, mistrzem Polski w boksie, a w czasie wojny został w warszawskim getcie policjantem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Ja łebków nie dawałem" – mówił Szapsel Rotholc przed Żydowskim Sądem Społecznym. Kim były łebki? Kim był Rotholc? I co to za sąd? 

Rozsądzał on sprawy wewnątrz społeczności żydowskiej w Polsce tuż po wojnie. Dotyczyły one niegodnego zachowania wobec Żydów i kolaboracji z niemieckim okupantem, czyli najgorszego z możliwych zarzutów wobec ocalałych. Sąd został powołany przez Centralny Komitet Żydów Polskich, organizację, która przez kilka powojennych lat była naczelnym samorządem żydowskim w rodzącej się komunistycznej Polsce. 

Szapsel Rotholc był przed wojną bardzo znanym pięściarzem, mistrzem Polski w boksie, a w czasie wojny został w warszawskim getcie policjantem, zwanym również od niemieckiej nazwy tej formacji – Jüdischer Ordnungsdienst – odemanem. Kiedy się do niej zapisywał, nie podejrzewał nawet, że w 1942 roku będzie miał obowiązek doprowadzania kilku Żydów dziennie na Umschlagplatz, skąd wywożono ich na śmierć do Treblinki. To oni właśnie nazywani byli potocznie "łebkami". Tego sformułowania przed sądem użył broniący się Szapsel Rotholc. A czy "nie dawał łebków"? Raczej dawał, bo trudno było tego uniknąć, będąc policjantem. Aczkolwiek tego nie rozstrzygam, bo wiele z tych spraw – a może większości – dzisiaj jednoznacznie rozstrzygnąć się nie da. W każdym razie prawie wszyscy podsądni uważali się za niewinnych. 

Szapsel Rotholc (z prawej) i bokser niemiecki Graf na ringu, 1935 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Szapsel Rotholz w 1938 r., po pojedynku, w którym znokautował Józefa Wigeta (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W Polsce po wojnie sądy państwowe skazywały kolaborantów, także żydowskich. Piszesz, że było około 40 takich spraw, 10 zakończyło się wyrokami śmierci. Po co więc powołano Żydowski Sąd Społeczny, który nie mógł ani nałożyć grzywny, ani wysłać do więzienia, ani tym bardziej skazać na śmierć?  

Po wojnie władze komunistyczne działały bardzo szybko i na podstawie tzw. dekretu sierpniowego zaczęły skazywać kolaborantów. Żydowski Sąd Społeczny został powołany do rozstrzygania nieco innych spraw – tych dotyczących działania na szkodę społeczności żydowskiej, jak sprawa Michała Weicherta, który jest głównym bohaterem mojej książki. Żydzi szukali po wojnie w swojej społeczności sprawiedliwości w wymiarze moralnym, której sądy państwowe nie mogły im dać.  

Czy ją dostali? Z twojej książki wynika, że większość spraw przed Żydowskim Sądem Społecznym pozostała tak naprawdę nierozstrzygnięta, nawet gdy zapadły wyroki. Zeznania się wykluczały, nie było twardych dowodów, głównie słowa przeciw słowom. 

Myślę, że członkowie Centralnego Komitetu Żydów Polskich, gdy powoływali sąd, nie wiedzieli, jak trudne zadanie przed nimi stoi i jak trudno będzie wydawać wyroki. Większość Żydów polskich, a co za tym idzie – świadków, została zamordowana, a lwia część tych, którzy przeżyli, wkrótce z Polski wyjechała. Jednak potrzeba wymierzenia sprawiedliwości była, jak widać, silniejsza. Podczas swojej kilkuletniej działalności sąd zajął się prawie 150 sprawami – tyle mamy dzisiaj lepiej lub gorzej udokumentowanych teczek. 

Czy sprawiedliwości stało się zadość? Pewnie nie. Sam to szybko zauważyłeś podczas lektury. Ale też nigdy nie zakładałem, że moja książka coś w końcu ostatecznie rozstrzygnie. Bardziej mnie interesowały historie ludzi, którzy stanęli przed tym specyficznym sądem.  

Sądem, który miał, jak się okazało, także znaczenie międzynarodowe, bo opisujesz sprawy oskarżonych, którzy wyjechali po wojnie choćby do Ameryki Południowej, a i tak zostali zmuszeni do konfrontacji z żydowskim wymiarem sprawiedliwości. 

Z pewnością wielu, pewnie większości, udało się tej konfrontacji uniknąć, ale tak, zdarzało się niejednokrotnie, że ktoś emigrował na inny kontynent pod zmienionym nazwiskiem, a mimo to został rozpoznany i pociągnięty do odpowiedzialności. Żydowski Sąd Społeczny, o czym wspomniałeś, nie mógł wsadzić nikogo do więzienia, ale mógł upomnieć, potępić czy wykluczyć z żydowskiej społeczności. Takie społeczne potępienie było najstraszliwszą karą, więc oskarżeni bronili się zaciekle do końca. Nieraz w imieniu swoim i najbliższych, jak na przykład Runa Fakler, później Kornblüh, której mąż był kapo w obozie w Płaszowie. Kornblüh znalazła się po wojnie w Boliwii, ale tam ją rozpoznano, więc pisała rozpaczliwe listy do Żydowskiego Sądu Społecznego w Warszawie, prosząc o oczyszczenie z zarzutów. 

Skąd twoje zainteresowanie tym tematem? 

Zaczęło się od "Mausa. Opowieści ocalałego" Arta Spiegelmana. 

Książki budzącej kiedyś w Polsce duże kontrowersje, bo obok myszy i kotów, które reprezentują Żydów i Niemców, są także świnie, które reprezentują Polaków.  

Mnie te kontrowersje ominęły, bo jestem za młody, a "Mausa" uważam za książkę fascynującą z wielu powodów, za genialne dzieło literackie. I to zarówno z racji kreski artystycznej Arta, bo to powieść graficzna, jak i sposobu narracji.  

Pięć lat temu, kiedy byłem w Polskiej Szkole Reportażu i szukałem tematu na reportaż, zajrzałem znów do "Mausa" i trafiłem na Chaskiela Szpigelmana, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, który był woźnym w sosnowieckim judenracie, a potem policjantem oskarżonym po wojnie o przemoc wobec innych Żydów w getcie w Sosnowcu. W rezultacie napisałem reportaż o sądzonym przez Żydowski Sąd Społeczny Chaskielu, który wkrótce stał się pierwszym krokiem do książki, o której rozmawiamy. 

Likwidacja getta w Sosnowcu (fot. Domena publiczna)

Książki, która – chcąc nie chcąc – robi z czytelników sędziów, bo czytając opowieści o twoich bohaterach, zaczynamy ich oceniać. Ty tego w tekście nie robisz i tak prowadzisz narrację, żeby zbić czytelników z tropu i zmusić do ponownego przemyślenia sprawy. Ale czy da się uciec od oceny? 

Różnica między czytelnikami i mną jest taka, że ty czytasz czyjąś historię przez pół godziny, a ja byłem z bohaterami mojej książki przez dwa lata, więc to zupełnie inna perspektywa. Nie napędzała mnie chęć oceny kogokolwiek, tylko chęć dowiedzenia się o każdym jak najwięcej.  

Weźmy Michała Weicherta, o którym książkę napisał Rafał Węgrzyniak, wielki fan teatralnych dokonań Weicherta, człowieka w przedwojennym żydowskim teatrze niezwykle ważnego, a podczas wojny kierującego koncesjonowanymi przez Niemców organizacjami pomocowymi. Opowieść Weicherta zajmowała mnie tak samo jak opowieść jego zaciekłych krytyków i przeciwników, choćby Icchaka Cukiermana, legendarnego członka Żydowskiej Organizacji Bojowej, czy Marka Edelmana, jednego z przywódców powstania w getcie warszawskim. Trudno się tak wielkim postaciom przeciwstawić, więc początkowo uważałem, że Weichert musi mieć coś na sumieniu, ale z czasem pojawiły się wątpliwości i zacząłem mu współczuć przez to, jak został potraktowany. Niemniej dalej uważam, że perspektywa jego przeciwnika, Cukiermana, jest ważna. Po swoich heroicznych przeżyciach miał prawo do własnej oceny, nawet jeśli uznamy, że się mylił. Na pewno nie chciałem, żeby czytelnicy dostali ode mnie jednoznaczne odpowiedzi.  

Zobacz wideo Zapytaliśmy Powstańców, co chcieliby przekazać dzisiejszej młodzieży... Zobacz, co odpowiedzieli

Trauma związana z oskarżeniem o kolaborację nie dotyczyła tylko podsądnych, ale także ich najbliższych, w tym dzieci. Tobie udało się skontaktować z kilkoma potomkami podsądnych Żydowskiego Sądu Społecznego, którzy oskarżenia stanowczo odrzucają. 

Udało mi się porozmawiać z trójką dzieci oskarżonych ojców, reszta mi nie odpowiedziała na prośbę o rozmowę lub jej odmówiła. Odruchowa obrona rodziców mnie nie dziwiła, wydaje mi się wręcz reakcją zupełnie naturalną. Pamiętajmy, że Żydzi, którzy przeżyli Holokaust, bardzo często nic o nim nie opowiadali dzieciom, najczęściej omijali sprawy, które uważali za wstydliwe. Marek Szpigelman, syn Chaskiela, o oskarżeniu jego ojca przed Żydowskim Sądem Społecznym dowiedział się ode mnie. W pierwszym odruchu je odrzucił i odmówił rozmowy, ale po kilku miesiącach, kiedy już wszystko przetrawił, odezwał się ponownie i podzielił się tym, jak ojca pamięta, dzięki czemu opowieść o Chaskielu Szpigelmanie jest pełniejsza.  

Świat żydowski działał tak samo jak każdy inny, były w nim więc rozmaite animozje, zazdrości i prywatne porachunki. Polityczno-ideologicznie był przed wojną jeszcze bardziej skomplikowany i podzielony. Czy to wszystko wpływało na powojenne osądzanie? 

Wpływ prywatnych i ideologicznych animozji widać najlepiej w sprawie Weicherta. Widać w niej nawet animozje na linii Kraków–Warszawa. Weichert był przekonany, że działając w Krakowie w ramach koncesjonowanych przez Niemców organizacji, pomaga wielu Żydom. Z kolei bundowska lewica, ale i większość reprezentantów innych nurtów ideologicznych, była temu przeciwna i uważała za kolaborację. Cukierman był absolutnym radykałem w tej materii, a Żydowska Organizacja Bojowa wydała nawet na Weicherta wyrok śmierci. 

W innych przypadkach nie można też wykluczyć prywatnych porachunków, bo ktoś miał w getcie ważną funkcję albo miał lepszą sytuację materialną. Ten wątek pojawia się choćby w najsłynniejszej chyba sprawie dotyczącej oskarżenia Wiery Gran, która występowała w getcie warszawskim. Ona właściwie do końca życia mierzyła się z oskarżeniami o zbyt bliskie kontakty z gestapo, choć twardych dowodów właściwie brak. Z powodu oskarżeń zbojkotowano jej koncerty w Izraelu. Zamknięta w swoim paryskim mieszkaniu, popadała w coraz większe problemy psychiczne – uważała, że jest śledzona i nieustannie podsłuchiwana. Oskarżenie zupełnie zniszczyło jej życie. 

 

Po wojnie pojawiały się tu i ówdzie pomysły, by zastosować odpowiedzialność zbiorową, choćby w stosunku do członków judenratów. Nigdy się to jednak nie stało, a Żydowski Sąd Społeczny rozpatrywał każde oskarżenie indywidualnie.  

Podobnie było z policjantami żydowskimi. Przynależność do tej formacji nie była wystarczającym powodem skazania. Należało udowodnić konkretnym osobom, że zrobiły coś haniebnego. Policjantów wzywano do weryfikacji, nie zgłaszaliby się do sądu, gdyby wiedzieli, że automatycznie zostaną napiętnowani. Sąd z wyprzedzeniem informował też w prasie, że zajmuje się daną sprawą, wzywał świadków, zbierał dokumentację, byli oskarżyciele i obrońcy. Proces miał swoje ramy, przypominał zwykły sąd państwowy. 

Twoja książka to właściwie opowieść o etyce, a to obszar bardzo ciekawy, ale i zagmatwany. Jest jakiś morał tej opowieści? 

Opowieści z morałem dziś już chyba nie bardzo nas interesują. Mam wrażenie, że najciekawsze dzieła nie mają morału. Pisząc, zwróciłem uwagę na to, że mamy raczej do czynienia z opowieścią o ekstremalnej chęci przetrwania, i to w różnych wymiarach. Oskarżeni, by żyć, robili czasem rzeczy paskudne i za to stawali przed sądem. Jestem pewien, że czytelnicy będą się zastanawiać, jak w tych sytuacjach by się zachowali. Najprostsza i pewnie najsłuszniejsza odpowiedź jest taka, że tego nie wiemy. Ale czasem trudno nie ulec chęci oceny.  

Innym wymiarem chęci przetrwania jest to, że polska społeczność ocalałych Żydów chciała tu zostać. Pomimo tego, że wielu uważało Polskę za żydowskie cmentarzysko. Ale przecież często również za swój dom. Dlatego powołali sąd, który miał oczyścić atmosferę wzajemnych oskarżeń. Gdy czytać książkę w ten sposób, mamy do czynienia z tragedią, bo odbudowa żydowskiego życia okazała się niemożliwa. Ale uważam, że próba, którą podjęli polscy Żydzi, jest godna podziwu i warto o niej opowiadać. 

Książka Jakuba Szymczaka "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" do kupienia w Publio >>>

Jakub Szymczak, autor książki 'Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym' (fot. Mikołaj Maluchnik)

Jakub Szymczak. Ur. 1992. Dziennikarz OKO.press, absolwent Wydziału Historycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował m.in. w miesięczniku "Znak", magazynie "Kontakt" i "Res Publice Nowej". 31 sierpnia nakładem Wydawnictwa Czarne ukaże się jego pierwsza książka "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym".  

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl