Historia
Auschwitz-Birkenau, 1944 rok (fot. Deutsches Bundesarchiv)
Auschwitz-Birkenau, 1944 rok (fot. Deutsches Bundesarchiv)

Dla żydowskiej rodziny, która ledwo przetrwała Holocaust, życie w Austrii przełomu lat 40. i 50. XX wieku było formą samoudręczenia. Zwłaszcza jeśli osiedliła się w Linzu – mieście, w którym młodość spędził sam Adolf Hitler i które w międzywojniu stanowiło matecznik austriackiego ruchu nazistowskiego. Tam właśnie mieszkali Wiesenthalowie.

Najboleśniej panującą w Linzu antysemicką atmosferę odczuwała Paulinka, jedyna córka pary. Gdy poszła z matką zapisać się do szkoły, dyrektor spojrzał na nie i skomentował: "A myślałem, że zabili wszystkich Żydów". Potem latami szykanowali dziewczynę jej rówieśnicy. Rysowali gwiazdę Dawida na jej ławce i dopytywali się, czy to prawda, że ma ogon (tak przedstawiała Żydów propaganda III Rzeszy). Mimo to jej ojciec ani myślał się wyprowadzać.

Szymon Wiesenthal cudem przeżył ponad trzy lata w obozach koncentracyjnych. Przeszedł przez piekło lagrów między innymi we Lwowie (KL Janowska), Płaszowie, Gross-Rosen i Mauthausen. W maju 1945 roku, gdy Amerykanie wyzwolili go z ostatniego kacetu, ten rosły mężczyzna (mierzył ponad 180 cm wzrostu) ważył zaledwie 41 kg. Od tego momentu tropienie niemieckich i austriackich zbrodniarzy, by postawić ich przed obliczem sprawiedliwości, było jego obsesją.

Szymon Wiesenthal (fot. National Archives of the Netherlands / CC BY-SA 3.0)

W 1947 roku stanął na czele Żydowskiego Centrum Dokumentacji Historycznej w Linzu, które gromadziło zeznania świadków Zagłady, a także dane na temat nazistowskich ludobójców. Jego listę poszukiwanych otwierał były obersturmbannführer SS Adolf Eichmann, odpowiedzialny za organizację i logistykę eksterminacji milionów Żydów. Od końca wojny pozostawał on nieuchwytny, skutecznie zacierając za sobą ślady.

W pierwszych powojennych latach w Linzu nadal mieszkali brat i ojciec zbrodniarza. Natomiast w Altaussee, uzdrowisku w Styrii, przebywała jego żona Veronika Liebl-Eichmann z trzema synami. Wiesenthal miał ich na oku za pośrednictwem sieci informatorów.

Latem 1952 roku żona Eichmanna wraz z dziećmi zniknęła bez śladu. Pół roku później, w styczniu 1953 roku, jeden z "agentów" Wiesenthala – emerytowany austriacki żandarm Valentin Tarra – natrafił na dość mętny trop. Wskazywał on, że kobieta wyemigrowała do Ameryki Południowej, gdzie jej mąż pracuje w oczyszczalni ścieków. W ciągu następnych czterech miesięcy "tropicielowi z Linzu" udało się doprecyzować – dzięki doniesieniom z dwóch odrębnych źródeł – że Adolf Eichmann faktycznie przebywa w Argentynie, w okolicach Buenos Aires, i pozostaje w kontakcie z niemiecką diasporą w mieście.

Tymi informacjami Wiesenthal dzielił się na bieżąco z Arim Eshlem, konsulem Izraela w Austrii. Ten z kolei przekazywał je dalej – rządowi i Mosadowi.

"Łowca nazistów" liczył, że Tel Awiw szybko zacznie działać w sprawie ujęcia zbrodniarza. Tymczasem jego meldunki po pobieżnym przejrzeniu wędrowały błyskawicznie do archiwów. Nikt się nimi poważnie nie zainteresował. Jak pisał Tom Segev, biograf Wiesenthala, w tym okresie służby młodego Państwa Żydowskiego "były tak pochłonięte bieżącą walką o przetrwanie i patrzeniem w przyszłość, że nie przykładały najmniejszej wagi do ścigania nazistowskich zbrodniarzy". Ich początkowa bierność sprawiła, że Eichmann zapewne zyskał kilka lat życia. Klub tropicieli jednak nie odpuszczał. Ich determinacja była proporcjonalna do skali zaangażowania Eichmanna w "ostateczne rozwiązanie".

Adolf Eichmann w 1942 roku (fot. Domena publiczna) , Paszport Czerwonego Krzyża dla 'Ricardo Klementa', użyty przez Eichmanna do wjazdu do Argentyny w 1950 r. (fot. Domena publiczna)

Na czele "sekcji śmierci"

Adolf Eichmann, rocznik 1906, urodził się w zachodnioniemieckim Solingen, ale od ósmego roku życia mieszkał w Linzu. Rodzina przeniosła się do Austrii za ojcem, księgowym, który otrzymał tam lukratywną posadę. Dzieciństwo Adolfa co prawda było dostatnie, ale gdy miał 10 lat, zmarła jego matka. Dojrzewał w domu rządzonym żelazną ręką przez macochę.

W szkole nigdy nie był orłem, dlatego nie udało mu się spełnić rodzicielskich ambicji i skończyć studiów. Po dwóch latach pracy w firmie ojca w 1927 roku trafił do amerykańskiej firmy naftowej Vacuum Oil Company. Był przedstawicielem handlowym, a następnie odpowiadał za zaopatrzenie stacji benzynowych w paliwo – tak niewinnie zdobywał pierwsze doświadczenie na polu logistyki.

Zobacz wideo Zapytaliśmy Powstańców, co chcieliby przekazać dzisiejszej młodzieży... Zobacz, co odpowiedzieli

Z czasem zaczął się radykalizować. Najpierw wstąpił w szeregi nacjonalistycznej, antysemickiej i antybolszewickiej bojówki ruchu Hermanna Hiltla, weterana I wojny światowej. A w 1932 roku – za namową swojego przyjaciela z dzieciństwa Ernsta Kaltenbrunnera, późniejszego szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) – dołączył do NSDAP, a następnie do SS. Rok później jak wielu austriackich nazistów uciekł do rządzonych już przez Hitlera Niemiec i rozpoczął błyskotliwą karierę w "czarnej gwardii".

Po wstępnym szkoleniu w 1934 roku Eichmann wstąpił do Sicherheitsdienst (SD), czyli rozrastającej się służby bezpieczeństwa SS kierowanej przez Reinharda Heydricha. Początkowo zajmował się tropieniem organizacji masońskich, ale szybko przerzucono go na odcinek żydowski. Badał między innymi możliwość drastycznego zwiększenia emigracji niemieckich Żydów do Palestyny, kontrolowanej wówczas przez Brytyjczyków.

Notowania esesmana z Linzu w nazistowskiej hierarchii znacznie wzrosły po Anschlussie Austrii w 1938 roku. Eichmann koordynował akcję wywłaszczania i zmuszania tamtejszych Żydów do emigracji. W efekcie do maja 1939 niemal 100 tys. osób musiało – często w dramatycznych okolicznościach, tracąc majątki życia – opuścić rodzinny kraj.

W grudniu 1939 roku, po kolejnych deportacyjnych "sukcesach" na terenie Protektoratu Czech i Moraw, Eichmanna postawiono na czele Sekcji IV B4 RSHA. Odpowiadała ona za "sprawy żydowskie i ewakuacje". Praca Eichmanna polegała na koordynowaniu działań różnych formacji policyjnych biorących udział w wywózkach Żydów, konfiskowaniu ich mienia i organizacji dla nich transportu niemiecką koleją.

W drugiej połowie 1941 roku Adolf Hitler podjął decyzję o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej", jak eufemistycznie nazywano zamiar eksterminacji 11 mln europejskich Żydów. Gdy wiosną 1942 roku ruszyła nazistowska ludobójcza machina, to właśnie Eichmann i jego ludzie krążyli po Generalnym Gubernatorstwie i pozostałych okupowanych przez III Rzeszę ziemiach, organizując transport kolejowy dla setek tysięcy ofiar z likwidowanych gett, które były przewożone do obozów zagłady w Bełżcu, Sobiborze czy Treblince. W uznaniu zasług na tym polu przełożeni dali mu awans na obersturmbannführera SS, czyli odpowiednik podpułkownika w Wehrmachcie.

Adolf Eichmann podczas procesu w 1961 roku (fot. Domena publiczna)

Prawdziwe pandemonium jego zbrodniczej efektywności przypadło na przełom wiosny i lata 1944 roku, gdy niemieckie wojska wkroczyły na Węgry, by móc kontrolować swego chwiejnego sojusznika w obliczu zbliżającej od wschodu Armii Czerwonej. Do tamtego czasu przeszło 700 tys. Żydów zamieszkujących Węgry żyło, ciesząc się względną swobodą i bezpieczeństwem. Jednak naziści wymusili na słabym partnerze wdrożenie swojej eksterminacyjnej polityki. W terenie koordynował ją Eichmann i jego ekipa. Z takim "profesjonalizmem", że w ciągu trzech miesięcy – od kwietnia do lipca – wysłano do komór gazowych Auschwitz ponad połowę populacji węgierskich Żydów, około 435 tys. ludzi.

Szlakiem szczurów

Koniec II wojny światowej zastał Adolfa Eichmanna w Altaussee w Styrii. Tam pozostawił żonę i trzech synów. Sam ruszył na północ, do Niemiec, gdzie z pomocą kolegów z SS przez parę kolejnych lat ukrywał się pod przybranymi nazwiskami.

Były esesman dwukrotnie wpadł w ręce Amerykanów na terenie Bawarii. Trafiał do obozów internowania. Ale przedstawiane przez niego podczas przesłuchań "legendy" – na przykład podawanie się za weterana Waffen-SS – nie wzbudzały podejrzeń alianckich śledczych. Jednocześnie trwały przygotowania do procesów norymberskich i byli współpracownicy coraz bardziej obciążali Eichmanna. W początkach 1946 roku zbrodniarz z Linzu zbiegł z niewoli. Przez następne cztery lata ukrywał się jako Otto Heninger w okolicach miasta Celle w Dolnej Saksonii. Pracował jako drwal i dorabiał sobie, hodując kury.

A w Niemczech robiło się o nim głośno. Nazwisko Eichmanna coraz częściej przewijało się w toku procesów nazistowskich zbrodniarzy w Norymberdze. Jego kluczowa rola w przebiegu zagłady Żydów została wyeksponowana. "Gdzie ukrywa się masowy morderca?" – grzmiały co jakiś czas nagłówki pierwszych stron niemieckich gazet. Nic więc dziwnego, że "Heninger" poczuł się mocno zagrożony i zdecydował się na ucieczkę ze Starego Kontynentu.

Wiosną 1950 roku Eichmann wyruszył na południe – najpierw do Austrii, a potem do Włoch. Ukrywał się w kolejnych klasztorach, które od końca wojny często były azylem dla nazistów uciekających przed ramieniem sprawiedliwości. Był to tzw. szlak szczurów, a jego końcowy odcinek nadzorował watykański dostojnik i sympatyk NSDAP rodem z Grazu, bp Alois Hudal. To on właśnie za pośrednictwem swoich kontaktów w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu pozyskał dla byłego oficera SD sfałszowany paszport na nazwisko Ricardo Klement, a także wizę wjazdową do Argentyny. Tak wyposażony Eichmann w czerwcu 1950 roku wypłynął z Genui do Buenos Aires.

Po dwóch latach do Argentyny przybyła także jego żona z dziećmi. Zamieszkali w stolicy kraju. "Klement" długo próbował znaleźć stabilną posadę. Wreszcie pod koniec lat 50. zaczął pracować w fabryce Mercedesa, gdzie szybko awansował. W 1960 roku rodzina przeprowadziła się do nowego domu przy ulicy Garibaldiego 14. Zbrodniarzowi wydawało się, że może odetchnąć. Ale jego wrogowie nie próżnowali.

Kluczowy trop

Adolf Eichmann był poszukiwany od końca wojny przez kilku tzw. łowców nazistów, głównie Żydów, którzy przetrwali Zagładę. Spośród nich wyróżniał się pochodzący z Radomia Tuwia Frydman. Po tym jak w 1945 roku został wydalony z pracy w Urzędzie Bezpieczeństwa jako brutal i złodziej, zbiegł do Austrii. Tam zaczął polować na austriackich zbrodniarzy wojennych. Największą zasługą byłego ubeka w sprawie Eichmanna było wydobycie podstępem zdjęcia twarzy zbrodniarza od jego kochanki – ostrożny esesman zabraniał, by robiono mu zdjęcia. Dużo większe osiągnięcia w namierzeniu "logistyka Zagłady" miał Szymon Wiesenthal, ale jego meldunki zostały w Izraelu zignorowane.

Bieg wydarzeniom zmierzającym do ujęcia nazisty ostatecznie nadał Fritz Bauer. Ten niemiecki prawnik żydowskiego pochodzenia od połowy lat 50. pełnił funkcję prokuratora generalnego Hesji. W 1956 roku Bauer dostał list z Argentyny. Jego autorem był Lothar Hermann, niemiecki pół-Żyd, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau, który w wyniku bestialskich tortur Gestapo nieomal stracił wzrok. Wyemigrował do Buenos Aires jeszcze przed wojną. Hermann przekazał Bauerowi, że jego córka Sylwia zaczęła się spotykać z młodzieńcem, który nazywa się Klaus Eichmann, wygłasza często antysemickie uwagi i unika rozmów o swoich rodzicach. A gdy dziewczyna odwiedziła go w domu, otworzył jej mężczyzna podający się za wujka Klausa. Sam Klaus jednak zwrócił się do niego "tato". Hermann uznał to za niezbity dowód, że mężczyzną był sam Adolf Eichmann.

Bauer, jak tylko otrzymał informację, zaczął działać. Ponieważ nie ufał niemieckiej policji, wciąż nasyconej byłymi esesmanami lub ich sympatykami, przekazał cenne wieści bezpośrednio Isserowi Harelowi, ówczesnemu dyrektorowi Mosadu. Ten znów ociągał się z podjęciem tropu. Bauer jednak nie odpuszczał. Poinformował o sprawie prokuratora generalnego Izraela. A on wywarł na szefa wywiadu na tyle silną presję, że wreszcie poczyniono pierwsze poważne kroki na drodze do schwytania Eichmanna.

Pijany pasażer

W marcu 1960 roku do Buenos Aires dotarła grupa agentów Mosadu ze Zwim Aharonim na czele. Po paru tygodniach śledztwa udało im się ustalić, że Ricardo Klement to w istocie Adolf Eichmann. Zdradził go charakterystyczny kształt uszu, taki sam jak na dawnych zdjęciach, a także małżeński sentymentalizm. 21 marca bowiem wywiadowcy zobaczyli, jak "Klement" wraca z pracy do domu z bukietem kwiatów, a w progu witają go żona i odświętnie ubrane dzieci. Agenci wiedzieli, że tego dnia wypadała 25. rocznica ślubu  Eichmannów.

Gdy ta wiadomość dotarła do Tel Awiwu, dosyć szybko ustalono, że ubieganie się o ekstradycję nazisty nie wchodzi w grę. Byli dostojnicy III Rzeszy mieli w Argentynie zbyt duże wpływy, by tamtejszy rząd łatwo zgodził się na jego wydanie. Dlatego premier Dawid Ben Gurion zdecydował, że Eichmann ma zostać przewieziony do Izraela żywy lub martwy. Ta pierwsza opcja była dla niego priorytetowa. Chciał bowiem postawić Eichmanna przed sądem jako "nauczkę dla całego świata".

Zespół, który miał wziąć udział w porwaniu "Klementa", liczył ogółem 67 agentów z szeregów Mosadu i Szin Bet, czyli kontrwywiadu. Znajdowały się w nim kucharki, które prowadziły wynajęte w Buenos Aires meliny, ale również najlepszy ówczesny fałszerz i włamywacz Mosadu Mosze Tawor. To on wyposażył samochody agentów w obrotowe tablice rejestracyjne do zmylenia pościgu – zupełnie takie, jakie pojawiły się w filmie "Goldfinger" o przygodach Jamesa Bonda. Przebiegu całej operacji dyskretnie doglądał sam Harel.

Sędziowie podczas procesu Eichmanna: Benjamin Halevy, Moshe Landau i Yitzhak Raveh (fot. Domena publiczna)

Wieczorem 11 maja 1960 roku grupa agentów Mosadu w składzie: Rafi Eitan, Abraham Szalom i Peter Malkin czekała na "Ricardo Klementa" przed jego domem przy ulicy Garibaldiego. Gdy mężczyzna się pojawił, Izraelczycy obezwładnili go i wrzucili na tylne siedzenie samochodu. Nie stawiał oporu i od razu przyznał się do prawdziwej tożsamości.

Przez kolejnych dziewięć dni agenci przetrzymywali zbrodniarza w jednej z melin w Buenos Aires. Czekali na samolot izraelskich linii El Al, który miał zabrać ich do ojczyzny. Jak potem wspominali, był to najgorszy okres w toku całej operacji. Musieli słuchać prowokacyjnych wywodów Eichmanna, a także jego popisów znajomości hebrajskiego (w początkach pracy w SD nauczył się między innymi niektórych modlitw w tym języku). Cały czas podawano mu silne dawki leków uspokajających.

Wreszcie 20 maja agenci przewieźli Eichmanna na argentyńskie lotnisko. Był przebrany za pilota El Al, miał perfekcyjnie sfałszowany paszport – ostatni w swojej karierze. Towarzyszący mu agenci byli tak samo umundurowani. Nieśli go pod ręce półprzytomnego przez cały terminal do samolotu. Wyglądał na pijanego, nie wzbudzał podejrzeń, tymczasem odurzono go lekami. Wreszcie po długim locie z międzylądowaniem w Dakarze o poranku 22 maja 1960 roku Adolf Eichmann znalazł się w stolicy państwa, którego naród tak wytrwale niszczył. Zaraz potem na forum Knesetu Ben Gurion poinformował o sukcesie swoich służb cały świat.

Stryczek w Ramli

Proces Eichmanna przed sądem w Jerozolimie rozpoczął się niemal rok później, w kwietniu 1961 roku. Oskarżono go o zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko narodowi żydowskiemu i członkostwo w organizacji przestępczej. Przebieg procesu, w którym nie brakowało przejmujących zeznań byłych więźniów obozów koncentracyjnych, dokładnie śledziły media z całego świata. Zbrodniarz z Linzu bronił się, jak wielu nazistów przed nim i po nim, że "był patriotą, który wykonywał jedynie rozkazy".

Nie przekonał tymi argumentami sądu. W grudniu 1961 roku Adolf Eichmann został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano w więzieniu Ayalon w Ramli tuż po północy 1 czerwca 1962 roku. Zwłoki Eichmanna skremowano, a prochy rozrzucono na Morzu Śródziemnym poza wodami terytorialnymi Izraela.

Pisząc artykuł, korzystałem m.in. z książek "Simon Wiesenthal. Life and Legends" Toma Segeva, "Szpiedzy Mosadu i tajne wojny Izraela" Dana Raviva i Yossiego Melmana, a także wspomnień Tuwii Frydmana i dokumentów IPN na jego temat.          

Wojciech Rodak. Rocznik 1984. Redaktor i publicysta. Pasjonat szeroko pojętej historii i muzyczny koneser (od DJ Premiera do Jordiego Savalla). W przeszłości związany m.in. z dziennikiem Polska The Times i miesięcznikiem Nasza Historia. Obecnie współpracuje na wielu polach z Ośrodkiem KARTA, a także z Gazetą Wyborczą.