Historia
Jedyne zdjęcie całego oddziału z psem (fot. Materiały prasowe)
Jedyne zdjęcie całego oddziału z psem (fot. Materiały prasowe)

Pod koniec lata 1942 roku nastroje w Wielkiej Brytanii nie były najlepsze. III Rzesza trzymała się mocno na wszystkich frontach. Operacja desantowa alianckich sił w Dieppe została przez Niemców zduszona w zarodku – zakończyła się spektakularną rzezią. Ważyły się losy Egiptu. Generał Bernard Montgomery próbował zahamować impet ofensywy Afrika Korps Erwina Rommla. Jak dotąd bezskutecznie. Na domiar złego potężny sojusznik ze Wschodu, w którym pokładano wielkie nadzieje, wciąż znajdował się w odwrocie. Zagony Wehrmachtu dotarły właśnie do Stalingradu. Wydawało się, że strategiczne kaukaskie zagłębie naftowe też zaraz wpadnie w ręce Niemców.

Tymczasem w pociągach sunących niespiesznie pośród idyllicznych krajobrazów Walii siedzieli młodzieńcy, którzy mimo wszystko optymistycznie patrzyli w przyszłość. Po trudnych latach – stracili ojczyznę, czasem bliskich, a angielskie władze nie szczędziły im upokorzeń – czuli, że dano im nowe życie. Dosłownie i w przenośni. A rozpoczynało się ono na dobre, gdy wysiedli na stacji w Aberdyfi – czy też, jak wolą Anglicy, Aberdovey – malowniczej nadmorskiej wiosce, położonej niemal dokładnie w połowie walijskiej linii brzegowej, u ujścia rzeki Dyfi. To tu mieli przejść przemianę z grzecznych chłopców z dobrych domów w elitarnych żołnierzy.

Mieszkańcy wioski gościli już wcześniej kilka wojskowych turnusów szkoleniowych. Pod ich dachami kwaterowali między innymi Polacy i Norwegowie. Ale nowi przybysze wydali im się mocno podejrzani. Niemal każdy z nich nosił mundur z naszywkami innej jednostki. Jak na młodych wojskowych rzadko się awanturowali, niewiele palili i stronili od trunków. I wreszcie – rzecz dla miejscowych szczególnie zabawna – chociaż każdy z rekrutów nosił angielskie imię i nazwisko, których autentyczność potwierdzały dokumenty, i chociaż oddziałem dowodził Walijczyk deklarujący, że grupa jest w stu procentach brytyjska, to zapytani przez ciekawskich autochtonów, skąd pochodzą, odpowiadali zawsze tak samo: "Łiz ar inglisz" – z silnym niemieckim akcentem, demaskując się niemal na całej linii.

Brytyjskie władze wojskowe miały nadzieję, że mieszkańcy Aberdovey będą dyskretni i informacje o ich supertajnej jednostce nie dotrą do nieodpowiednich uszu. Ostatecznie tajemnicę udało się utrzymać dużo dłużej niż do końca wojny. Poznaliśmy ją bowiem raptem przed kilkoma miesiącami za sprawą Leah Garrett, wykładowczyni z nowojorskiego Hunter College, i jej publikacji zatytułowanej "Oddział X: Żydowscy komandosi w czasie II wojny światowej" ("X Troop: The Secret Jewish Commandos of the World War II"). Idźmy więc tropem jej gęstej narracji.   

Żolnierze alianccy w Dieppe, Normandia (fot. Bundesarchiv / CC By-Sa 3.0)

Wrogi obcy

Klaus Ascher urodził się i wychował we Frankfurcie nad Menem. Jego matka była protestantką, a ojciec, Kurt, pochodził ze zasymilowanej rodziny żydowskiej i był weteranem I wojny światowej. W jego głowie tkwiły odłamki szrapnela, który ciężko ranił go podczas bitwy nad Sommą.

Pewnego wrześniowego popołudnia 1937 roku 15-letni Klaus poszedł z ojcem do piwiarni, jednej z tych na reprezentacyjnym placu Römerberg. Gdy siedzieli przy piwie i kiełbaskach, Ascher senior wdał się w kłótnię z dwoma mężczyznami przy sąsiednim stoliku. Poszło o trwającą wówczas wojnę domową w Hiszpanii. Tamci życzyli zwycięstwa generałowi Franco, na co on zareagował nerwowo. Wydarł się oburzony, że "przecież siły nacjonalistów walczą z demokratycznie wybranym rządem i naziści w żadnym razie nie powinni mu pomagać". I to był początek dramatu.

Opinia Kurta Aschera, wyraźnie sprzeczna z linią hitlerowskiego reżimu, zwróciła uwagę policyjnego szpicla. Po kilku minutach kłótni w piwiarni zjawiło się dwóch funkcjonariuszy i zabrało mężczyznę do aresztu. Tydzień później wysłano go do obozu koncentracyjnego w Dachau. A w połowie października oficer gestapo przyszedł do domu Ascherów, by poinformować o śmierci głowy rodziny w wyniku "problemów z oddychaniem".

Matka Klausa postanowiła nie czekać, aż naziści zamordują także jej syna za "niewłaściwe pochodzenie". Po przeszło rocznych zabiegach znalazło się dla niego miejsce w transporcie zorganizowanym przez kwakrów ewakuującym żydowskie dzieci z Niemiec do Wielkiej Brytanii. W lutym 1939 roku młody Ascher wydostał się z III Rzeszy, po drodze, aż do ostatniego słupka granicznego, prześladowany przez esesmanów, którzy dla zabawy rozrzucili po nasypie kolejowym bagaże Klausa i jego współpasażerów. 

Młody Ascher należał do dziesiątków tysięcy Żydów z Niemiec i Austrii, którzy pod koniec lat 30. znaleźli schronienie przed nazistowskimi prześladowaniami na Wyspach. Mogli mówić o szczęściu. Zabiegi tysięcy innych desperatów także próbujących wyrwać się z hitlerowskiej matni spotkały się z odmową tamtejszych władz. Brytyjczycy nie zamierzali drażnić Arabów, mocno więc ograniczyli też kwoty imigracyjne dla Żydów chcących osiedlić się w Palestynie. Wyraźnie nie mieli w planach przyjmowania większej liczby uchodźców. 

Gdy 3 września 1939 roku Londyn wypowiedział wojnę Berlinowi, los 70 tys. obywateli niemieckich i austriackich na Wyspach z dnia na dzień się pogorszył. Tamtejsza administracja momentalnie zakwalifikowała ich en bloc jako "wrogich obcych" (ang. enemy alien). Mimo że w tej grupie aż 55 tys. osób stanowili Żydzi, których o prohitlerowskie sympatie oskarżać nie sposób, to i tak zostali uznani za potencjalną piątą kolumnę III Rzeszy.

Wkrótce obywateli Rzeszy zaczęto aresztować i zsyłać do obozów internowania na terenie Wielkiej Brytanii i Wspólnoty Narodów. Żydów upychano razem z hałaśliwymi zwolennikami Hitlera czy jeńcami z Wehrmachtu.

"Szczęśliwcami" byli ci, którzy trafili do obozów zorganizowanych w opuszczonych fabrykach pod Manchesterem bądź na wyspie Man. Tam największą uciążliwością były wszechobecny brud, szczury i przeludnienie. Prawdziwą gehennę przeszli ci, którzy trafili do zapyziałych baraków pod Montrealem – wielu zamarzło podczas mroźnej kanadyjskiej zimy. Przeszło 2,5 tys. ludzi wysłano też na okręcie "Dunera" do Australii. Na przepełnionym dwukrotnie statku mnożyły się choroby, epidemie. Sadystyczny kapitan antysemita codziennie bił Żydów, a czasem ordynował im spacery po potłuczonym szkle. Gdy wycieńczeni pasażerowie zeszli na ląd w Sydney, nie mieli się za bardzo z czego cieszyć. Wywieziono ich od razu za druty prymitywnego obozu w Hay, położonego w głębi pustynnego australijskiego interioru, gdzie średnie temperatury latem grubo przekraczały 30 stopni Celsjusza.

Klaus Ascher nie poznał tej strony "brytyjskiej gościnności". Kwakrzy wybronili go przed internowaniem. Pracował, pomagając wychowawcom w sierocińcu. Jednak inni żydowscy młodzieńcy, których rodziny pozostawały w okupowanej przez Niemców Europie, cierpieli podwójnie. Byli bezsilni zarówno wobec upokorzenia, jakie zgotowali im Anglicy, jak i wobec machiny zbrodni III Rzeszy, niosącej zagładę ich bliskim. Gros tych młodych ludzi chciało walczyć. Jak choćby 20-letni Manfred Gans, pobożny Żyd z niemieckiego Borken, czy jego rówieśnik Peter Arany, pochodzący ze zasymilowanej rodziny należącej do wiedeńskiej socjety.

W końcu postanowiono wykorzystać ich potencjał w armii.

Klaus Ascher (fot. Materiały prasowe) , Manfred Gans (fot. Materiały prasowe)

Jednostka X

Zdrowych i młodych mężczyzn sklasyfikowanych jako "wrogich obcych" włączano stopniowo w wysiłek wojenny. Najpierw od połowy 1940 roku, po weryfikacji, mogli opuścić obozy, by służyć w Korpusie Pionierów, czyli jednostkach pomocniczych brytyjskiej armii. Wśród wielu Żydów z III Rzeszy znaleźli się też w ich szeregach Ascher, Gans i Arany. Nie mieli dostępu do broni, co najwyżej do kozików, łopat i kilofów. Ich zadaniem było kopanie rowów, obieranie ziemniaków, rozładowywanie wagonów i inne fizyczne prace. Mimo że setkami składali podania o przeniesienie do jednostek bojowych, to z automatu je odrzucano.

Sytuacja zmieniła się na początku lipca 1942 roku. Wówczas z inicjatywy admirała Louisa Mountbattena, szefa tak zwanych Operacji Połączonych – organizacji, która koordynowała akcje militarne na terenach okupowanych przez III Rzeszę – powołano do życia jednostkę o nazwie No. 10 (Inter-Allied) Commando. Pod jej auspicjami zaczęto formować oddziały komandosów wyselekcjonowanych spośród narodowych grup uchodźców znajdujących się na Wyspach. Mieli być wykorzystywani w różnych misjach na terenie Europy, w zależności od ich umiejętności językowych.

Wśród ośmiu utworzonych oddziałów – w tym francuskiego, holenderskiego i polskiego – znajdował się oznaczony symbolem "X". Ochrzcił go tak osobiście premier Winston Churchill. Tłumaczył: "To będą żołnierze znikąd, o nieznanej sile". Tajemniczymi "wojownikami" mieli być właśnie niemieckojęzyczni Żydzi. O ich pochodzeniu wiedziało tylko kilka osób na najwyższych szczeblach państwowych. Oficjalnie w skład jednostki wchodzili Brytyjczycy.

Dowództwo Oddziału X objął kapitan Bryan Hilton-Jones. Pochodził z zamożnej walijskiej rodziny, miał prezencję hollywoodzkiego dandysa i dyplom ukończenia Cambridge. Władał sześcioma językami, w tym niemieckim, co zdecydowało o jego przydziale do tej właśnie formacji. Wcześniej był w wywiadzie, ale znudzony pracą za biurkiem pod koniec 1941 roku poprosił o przydział do komandosów. Brał udział w kilku rajdach na północne wybrzeże Francji, którymi Brytyjczycy nękali Niemców.

Selekcję potencjalnych rekrutów do nowych oddziałów Mountbattena rozpoczęto już jesienią 1941 roku. Poszukiwania do "sekcji żydowskiej" prowadzili specjalni wywiadowcy, wchodzący incognito w szeregi Korpusu Pionierów. Sprawdzano, czy "obiekt" to człowiek pewny, z wysokim morale do walki, któremu można zaufać. Jeśli zebrano pozytywne opinie o kandydacie, Hilton-Jones zapraszał go na rozmowę, w trakcie której dokładnie go "maglował": wypytywał o przeszłość i motywację do udziału w niebezpiecznych misjach. I wtedy podejmował decyzję, czy zapraszać delikwenta na przeszkolenie. Ogółem do końca wojny przepytano 350 osób. Z tej grupy ostatecznie tylko 87 ludzi weszło w szeregi Oddziału X, w tym Ascher, Gans i Arany. Wielu odpadło na etapie podstawowego cyklu szkoleniowego.

Zanim jednak rekruci trafili na szkolenie, musieli sobie wybrać nową brytyjską tożsamość, by w razie pojmania przez Niemców nie zostali postawieni od razu pod ścianę za pochodzenie lub wywiezieni do obozu koncentracyjnego. I tak Klaus Ascher został Colinem Ansonem, Peter Arany – Peterem Mastersem, Manfred Gans – Fredem Grayem. Nadawano im numery identyfikacyjne, a także wydawano dokumenty poświadczające, że służą w zwykłej jednostce, na przykład w Królewskim Regimencie z Sussex. Przez to niemal każdy miał inne naszywki na mundurze. Poza tym w miarę postępów szkolenia wzbogacano ich fałszywe życiorysy.

Naturalnie konsekwencją tej maskarady była też konieczność pozbycia się wszystkich przedmiotów osobistych związanych z przeszłością, takich jak zdjęcia czy listy. Ochotnicy nie mogli nawet prowadzić korespondencji pod prawdziwymi imionami. Na trudną do zakamuflowania "teutońską" angielszczyznę też znaleziono wytłumaczenie – dociekliwym mieli mówić, że to "walijski akcent". Zaczynali nowe życie.

W lipcu 1942 roku z inicjatywy admirała Louisa Mountbattena, szefa tak zwanych Operacji Połączonych, powołano do życia jednostkę o nazwie No. 10 (Inter-Allied) Commando (fot. IWM / Domena publiczna)

Podstawowe szkolenia kolejnych grup komandosów z Oddziału X odbywały się w zachodniowalijskiej Aberdovey od lata 1942 roku i były bliźniaczo podobne do tych, które przechodzili polscy cichociemni. Hartowano ciała młodzieńców wielomilowymi biegami, a czasem górskimi wycieczkami na pobliski masyw Snowdon. Uczono ich posługiwania się wszelkimi rodzajami granatów i broni palnej, z naciskiem na broń maszynową – zarówno angielską, jak karabiny Thompson, jak i niemiecką – MP40 i MG34. Uczyli się terenoznawstwa, komunikacji za pomocą rozmaitych kodów, a także technik przesłuchań. Naturalnie wprowadzono ich również w rudymenty pirotechniki.

Następne fazy szkolenia odbywały się w różnych miejscach kraju. W Szkocji trenowano wspinaczkę, a także przyzwyczajano żołnierzy do operowania w trudnych warunkach – Hilton-Jones rozkazał im, by przez miesiąc spali w dzień, a działali w nocy. Kurs spadochronowy, dla wybranych, odbywał się w Ringway pod Manchesterem. Ważnym elementem szkolenia były też próbne akcje, podczas których członkowie Oddziału X na przykład włamywali się na lotniska lub "minowali" mosty pilnowane przez niewtajemniczonych żołnierzy innych formacji lub ochotników z obrony cywilnej. Czasem zaliczali wpadki, ale na ogół odnosili sukcesy.

Od Dieppe do Korfu

Oddział X nigdy nie walczył jako zwarta formacja. Żołnierze, czy też ich grupy, wchodzili do akcji w różnym czasie, przydzielani do różnych brytyjskich jednostek, w zależności od decyzji dowództwa. Gdziekolwiek się znaleźli, zawsze wiedzieli, że prowadzą wyścig z czasem o życie bliskich i dalekich krewnych ginących każdego dnia z rąk Niemców.

Zainteresowanych wszystkimi wyczynami wojennymi żydowskich komandosów z Oddziału X odsyłam do książki Leah Garrett. Ale o kilku faktach z jego historii warto tu wspomnieć.

Pierwszych pięciu żołnierzy, którzy trafili do Oddziału X – dwóch Żydów i trzech Niemców sudeckich – brało udział w nieudanej operacji sił alianckich w Dieppe z 19 sierpnia 1942 roku. Garrett potwierdza teorię krążącą wśród historyków, jakoby całe przedsięwzięcie miało na celu między innymi zdobycie niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma (wówczas pojawiła się jej nowa wersja, której jeszcze wówczas nie złamano) oraz księgi kodów, która znajdowała się w tamtejszych budynkach portowych. Z odkryć historyczki wynika, że to właśnie oni dostali rozkaz pozyskania bezcennych dla przebiegu wojny materiałów. Ta misja się nie powiodła.

Colin Anson wraz z grupą kolegów z Oddziału uczestniczył w operacji Husky, czyli lądowaniu aliantów na Sycylii w lipcu 1943 roku. Walczyli tam na pierwszej linii, dowodzili rekonesansami i przesłuchiwali więźniów.

Zdecydowanie największą operacją z udziałem wychowanków kapitana Hiltona-Jonesa była słynna Overlord rozpoczęta 6 czerwca 1944 roku. Aż 43 z nich rozdzielono pomiędzy osiem jednostek komandosów uderzających w pierwszym rzucie na wybrzeże Normandii. Byli w szpicy 6. Dywizji Powietrznodesantowej, która zajęła strategiczny most Pegaza w Bénouville. Prowadzili akcje za liniami wroga: wysadzali stacje radarowe i przygotowywali zasadzki. A przede wszystkim robili to, czego od nich szczególnie wymagano, czyli przesłuchiwali pojmanych Niemców. W walkach we Francji Oddział X poniósł ogromne straty. Aż 27 ludzi zginęło, zostało rannych bądź trafiło do niewoli.

Brytyjscy komandosi w Normandii, 1944 rok (fot. IWM / Domena publiczna) , Manfred Gans jako nastolatek (fot. Materiały prasowe)

Gdy koledzy Ansona walczyli na północy, on buszował po Adriatyku, wspierając z kompanami akcje jugosłowiańskich i albańskich partyzantów. Wreszcie w październiku 1944 roku odniósł największy sukces w militarnej karierze. Przybył na Korfu, gdzie stanowczo, ale spokojnie, wmawiał dowódcy tamtejszego niemieckiego garnizonu, by się poddał, bo "zaraz będą tu tysiące brytyjskich żołnierzy". Blef się udał. Anson zajął wyspę bez jednego wystrzału.

Leah Garrett przytacza masę dowodów na to, że członkowie Oddziału X byli miłosierni dla pojmanych Niemców, nawet esesmanów i znanych im osobiście zbrodniarzy z rodzinnych miast. Nie bili, nie okaleczali, nie zabijali – jak zrobiłoby filmowe komando z "Bękartów wojny" Tarantino – tylko przekazywali ich odpowiednim instancjom. Jeśli bywało inaczej, dokumenty o tym milczą.

Cud w Theresienstadt

Bez wątpienia najbardziej znanym członkiem Oddziału X został Manfred Gans. Stało się to za sprawą niezwykłej wyprawy, na którą ruszył tuż po zakończeniu wojny. Dostał cynk, gdzie mogą znajdować się jego rodzice, aresztowani kilka lat wcześniej, gdy ukrywali się w Holandii. Tylko w towarzystwie dzielnego kierowcy, o którym wiadomo tylko tyle, że na imię miał Bob i pochodził z Londynu, Gans wyruszył przez niebezpieczną sowiecką strefę okupacyjną do obozu Theresienstadt w północnych Czechach. Nie robił sobie nadziei, że znajdzie rodziców żywych. A jednak kiedy ich odszukał, byli w całkiem niezłej formie – jak na starszych ludzi po paru latach kacetu. Wywiózł matkę i ojca do Holandii, a wzruszająca rodzinna historia trafiła do gazet na całym świecie.

Klausowi Acherowi także udało się odnaleźć matkę, we Frankfurcie. Niestety, wielu członków Oddziału X nie miało takiego szczęścia. Na przykład w Auschwitz zginęła matka Petera Levy'ego, znanego w X Troop jako Fred Jackson. Możemy domyślać się co czuł ten żołnierz, gdy po wojnie został przydzielony do przesłuchiwania Rudolfa Hössa, komendanta tegoż obozy zagłady.

Historia Oddziału X kończy się w lecie 1945 roku, kiedy został rozwiązany. Niektórzy jego weterani żyli pod fałszywymi brytyjskimi nazwiskami aż do śmierci, starannie ukrywając swoją przeszłość przed najbliższymi. Była zbyt bolesna.