– Jestem na morzu. Wieje silny wiatr i nie mogę wrócić do brzegu – usłyszała w słuchawce Ewelina. Dzień był spokojny i ciepły, chłopak po drugiej stronie słuchawki nie brzmiał jak ktoś przestraszony.
Powinien był zadzwonić pod 112, a nie pod 999. Trzy dziewiątki są linią dla przypadków medycznych, a tu karetka nie była potrzebna. Ale chłopak zadzwonił do niej.
– Gdzie pan jest? – zapytała Ewelina.
Nie miał pojęcia. Rozmowa trwała może dwie minuty i nie wynikało z niej nic konkretnego. Miał kamizelkę ratunkową, pływał na jakimś rodzaju deski i ćwiczył przed zawodami, które miały być jutro.
Łup! – usłyszała nagle w słuchawce zniekształcony łomot pioruna, aż podskoczyła na krześle.
– Jestem w wodzie! – zdążyła jeszcze usłyszeć. Później cisza.
Oddzwoniła. "Jezus Maria" – myślała. Spróbowała jeszcze raz, znów włączyła się skrzynka.
"Chłopak się utopi i to moja wina, o nic nie zapytałam, nie wiem, gdzie jest, jakie wejście na plaży, nic, nic, będzie prokurator, miałam pomóc człowiekowi i nie pomogłam" – miała w głowie.
Nie wiedziała, co robić. W dyspozytorni pracowała od miesiąca. Poszła po pomoc do dyspozytora głównego. Sprawdzili razem, z jakiego nadajnika korzystał telefon chłopaka. Zawiadomili WOPR i policję. Odsłuchali nagranie. Podczas rozmowy nie padło nic, co pomogłoby namierzyć chłopaka. Ewelina była mokra od potu.
Wyszła na dwór, trzęsącymi się rękami wyciągnęła papierosa. Wróciła na górę. Usiadła przy stanowisku. Siedziała w wygodnym fotelu, bezpieczna i najedzona, a gdzieś tam topił się chłopak.
W głowie wciąż słyszała krzyk: "Jestem w wodzie!". Dzwoni kolejny telefon.
Telefon, telefon, telefon
– Po trudnym zgłoszeniu zawsze wpada pierdoła – mówi Atanazy*, który przepracował w gdańskiej dyspozytorni dwa lata. W Polsce są 23 takie placówki, po jednej–dwie na województwo.
Ludzie dzwonią z gorączką ("Ile stopni? Od kiedy? Inne choroby? Brał pan apap? To proszę wziąć"), krwotokiem z nosa ("Pochylić się do przodu, nie połykać, jak nie przestanie, to zadzwonić"), bólem kolana ("Proszę umówić się w przychodni").
Dzwonią w panice, nie potrafią złożyć zdania i wyjaśnić, co się dzieje. Trzeba brzmieć spokojnie, chociaż samemu czuje się napięcie w całym ciele. Zmusić rodziców małego dziecka, żeby nie panikowali. Ich czteroletnie dziecko wpadło na szybę i poharatało się szkłem. Może się wykrwawić, nim przyjedzie pomoc, trzeba wytłumaczyć rodzicom, jak zatamować krwawienie.
"Mąż nie żyje, ja nie wiem, co robić, nie wiem, co robić, nie wiem, co robić!" – krzyczy kobieta do słuchawki. Gdyby posłuchała poleceń dyspozytora i rozpoczęła resuscytację, mąż miałby szansę. Ale ona biegała po pokoju kompletnie zdezorientowana, nawet nie trzymała telefonu przy uchu. "Dzwoniący nie prowadzi resuscytacji krążeniowo-oddechowej, nie współpracuje" – musiał wpisać do dokumentacji kolega Eweliny.
A potem ktoś dzwoni, żeby zapytać, gdzie jest apteka. Albo prosi, by przyjechało pogotowie, bo skończył się paracetamol, a apteka jest już zamknięta.
– Ma pani Żabkę 300 m od domu – zwraca uwagę Łukasz, bo widzi to na mapie. Również pracuje w gdańskiej dyspozytorni. Ma 34 lata i tatuaż inspirowany grą "Wiedźmin" – po pracy lubi przenieść się w świat wymyślonych ludzi i decyzji, które nie mają żadnego znaczenia.
"Płacę podatki, mi się należy". "Wy jesteście od tego, żeby mi pomóc, jak d*pa od srania" – słyszy wtedy w słuchawce. Mówi, że się przyzwyczaił.
Zatrzymanie moczu, dziecko, które nie może oddychać, skręcona kostka. Telefon, telefon, telefon.
Może by jeszcze pożył
Maciek, także pracownik gdańskiej placówki, odebrał telefon od mężczyzny, który zobaczył, jak człowiek idący przed nim nagle upuścił siatki z zakupami i upadł.
– Proszę podejść, szturchnąć, sprawdzić, czy oddycha – poprosił dyspozytor.
Mężczyzna kategorycznie odmówił. Maciek poprosił raz jeszcze. Przeczytał mu art. 162 kodeksu karnego, mówiący o odpowiedzialności za nieudzielenie pomocy. Usłyszał dźwięk rozłączanego połączenia.
Chwilę później odebrał kolejny telefon – z tego samego miejsca. Zdenerwowana dziewczyna mówiła szybko: jest studentką, pierwszy rok fizjoterapii, podeszła do mężczyzny leżącego na chodniku, zaczyna resuscytację. Po chwili Maciek usłyszał, że ktoś do niej dołącza. Po dźwiękach mógł podejrzewać, że dobrze prowadzą reanimację. Karetka miała być za chwilę. Rozłączył się.
Był zdenerwowany. Nie chciał odpuścić, oddzwonił do mężczyzny, który odmówił udzielenia pomocy.
– Uciskają mu klatkę piersiową – powiedział Maćkowi. Był wciąż na miejscu. Jeśli można po głosie rozpoznać kolor twarzy, to mężczyzna był blady.
– Przekazałem policji pana dane. Proszę poczekać, może funkcjonariusze będą chcieli zadać parę pytań – powiedział do słuchawki. Miał nadzieję, że mężczyzna zbladł jeszcze bardziej. Sprawdził w dokumentacji medycznej, jaki był rezultat reanimacji. Może gdyby udało się przekonać pierwszego dzwoniącego do udzielenia pomocy, mężczyzna z zakupami jeszcze by żył.
Taka jest norma
Mama Maćka pracowała w dyspozytorni medycznej i on obiecywał sobie, że nie pójdzie w jej ślady. Został ratownikiem na SOR-ze. – Ale stwierdziłem, że trzeba mieć pracę, którą można wykonywać też, jak siądzie zdrowie. Może to kwestia wieku? – mówi 30-latek.
Teraz pracuje w Gdańsku jako dyspozytor i ratownik medyczny. Oba zawody wymagają podobnych kompetencji. Pracuje się długo, dyżury trwają 12 albo 24 godziny, w zależności od decyzji pracownika.
Dyspozytor, mimo że musi mieć przynajmniej trzyletnie doświadczenie w ratownictwie medycznym, zarabia od ratownika mniej, w województwie pomorskim o około 1000–1500 zł. Ogłoszenie sprzed kilku miesięcy mówiło o pensji dla dyspozytora w wysokości 5600 zł brutto (plus dodatki)**.
Wywiad medyczny zbiera się tak samo w obu zawodach: trzeba ustalić, jakiego rodzaju pomocy potrzebuje pacjent. Trudność polega na tym, że dyspozytor nie widzi, z kim rozmawia.
W gdańskiej dyspozytorni opowiada się anegdotę o tym, jak dzwoniący nie wspomniał, że "pobity" znaczy "poraniony siekierą".
Według moich rozmówców najtrudniejsza w dyspozytorni jest intensywność pracy. Ratownik w pogotowiu podczas trudnego dyżuru może wyjechać kilkanaście razy. Czasem zdarza się, że wyjazdów jest mniej i można się chwilę zdrzemnąć.
W dyspozytorni 10–15 minut przerwy to dużo. Rekordzista w Gdańsku przeprowadził podczas 12-godzinnej zmiany około 160 rozmów. "Zrób sobie przerwę", "Idź na kawę" – mówi kierownik dyspozytorni swoim podwładnym, kiedy widzi, że kolejną godzinę nie wstają sprzed monitora.
– Mnie to nie obciąża – mówi Maciek. – Kiedy wychodzę z pracy, o wszystkim zapominam. Kasuje mi się wszystko. Jak w "Men in Black", gdzie tajni agenci mają urządzenie do usuwania wspomnień – puf! i nie ma.
Nigdy – czasem – często
Zazwyczaj nie wiedzą, co dalej stało się z ludźmi, z którymi rozmawiali przez telefon. Sprawdzają, kiedy przypadki są medycznie ciekawe, bo "ciągle trzeba się uczyć", jak mówi Adam, jeden z bardziej doświadczonych dyspozytorów. Jest niewysokim, spokojnym mężczyzną o głosie podbitym zmęczeniem.
Ewelina często sprawdzała los "swoich" pacjentów.
Żeby wiedzieć, że znaleźli tego chłopaka na morzu. Bo znaleźli. Żeby wiedzieć, czy podjęłam dobrą decyzję. Żeby nie pluć sobie w twarz potem.
Jak wtedy, kiedy dostała telefon od mężczyzny, który mówił, że ma duszności. Podał adres, rozłączył się. Oddzwaniała dwa razy, nie odebrał. Spanikowana wysłała karetkę w kodzie pierwszym, najpilniejszym.
Czekał na ratowników z papierosem i gotową walizką, spakowany do szpitala. Chciał, żeby go zabrać na badania. Ewelina była wściekła. Technicznie wykonała swoje zadanie, jak należy, ale czuła, że nie może pozwalać sobie na takie błędy. Karetek jest za mało. Ktoś przez tego człowieka, przez nią mógł nie otrzymać pomocy na czas.
Sen o dyżurze
Ewelina zbierała wywiad bardzo dokładnie. Wypytywała o wszystko: jakie leki, alergie, które piętro, czy jest winda. Bardzo chciała pomóc, a dobry wywiad to było wszystko, co mogła zrobić. Po zgłoszeniu jeszcze raz przeglądała "formatkę", by się upewnić, czy niczego nie pominęła. Czasem oddzwaniała.
Ukrywała przed mężem, że znów zaczęła palić. W nocy nie mogła spać. Przez sen przeprowadzała wywiad medyczny. Śnił jej się natarczywy dzwonek. Budziła się wyczerpana.
Spać nie mógł też Atanazy. W nocy analizował, czy wszystko zrobił dobrze. Przychodziło mu do głowy, że pacjent, do którego nie wysłał karetki, mógł mieć jakieś nieoczywiste schorzenie. Nie zapytał. Albo że w pobliżu człowieka z zatrzymaniem krążenia był defibrylator. Mógł powiedzieć, żeby ktoś po niego pobiegł.
Zrobił się szorstki, nieprzyjemny dla rodziny.
– To wszystko się kłębi w głowie. Nie wierzę, jeśli ktoś mówi, że po dyżurze wszystko z niego schodzi. To siedzi w człowieku – stwierdza.
On też na początku myślał, że robi swoje i zamyka sprawę. A potem przewracał się w łóżku z boku na bok, wracając do spraw sprzed kilku miesięcy.
Na swoją obronę
Atanazy w takie noce nie myślał wyłącznie o pacjentach. Myślał też o sobie.
– Nawet jeśli dyspozytor zada wszystkie pytania i wyjdzie, że człowiek jest przytomny, sam chodzi i w ogóle nie ma mowy o stanie nagłym, ciągle mogą dyspozytora uwalić – mówi.
– Dostajemy wezwanie. Dotyczy jakiejś sprawy sprzed miesięcy, której się nawet nie pamięta. Dopiero w prokuraturze dowiadujemy się, o co chodzi. Przeważnie okazuje się, że jesteśmy w sądzie jako świadkowie – opowiada jego kolega Robert Malinowski, który w gdańskiej dyspozytorni ma najdłuższy staż pracy.
Dyspozytornie medyczne od ponad dwóch lat znajdują się w strukturach urzędów wojewódzkich i od tego czasu w żadnym z województw nie pojawiły się zarzuty karne dla dyspozytora. Skargi są jednak na porządku dziennym.
W Polsce 1216 osób ma uprawnienia do pracy na stanowisku dyspozytora medycznego. Nie mają one swojego związku zawodowego, ale blisko im do środowiska ratowników medycznych.
Piotr Dymon jest ratownikiem, dyspozytorem i byłym przewodniczącym Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych (do października 2022 roku). Tłumaczy, że dyspozytorzy – inaczej niż lekarze – nie mają samorządu, izby, struktur, które za nimi staną. Ich rozmowy są nagrywane, każde potknięcie może być wykorzystane przeciwko dyspozytorowi.
Komisja skargowa często składa się wyłącznie z urzędników, którzy nie mają pojęcia o naszej pracy – mówi – oceniają nasze wybory na podstawie zgodności z procedurą. A te nie zawsze przekładają się na realne sytuacje.
120 sekund
Dyspozytor przyjmujący, który odbiera telefony, ma 120 sekund na podjęcie decyzji: przyjąć zgłoszenie czy nie przyjąć. – Jeśli osoba, która dzwoni, jest zdenerwowana, czasem pięć minut nie wystarczy, żeby dowiedzieć się choćby, skąd dzwoni – mówi Dymon.
Zgłoszenie następnie otrzymuje dyspozytor wysyłający. To on decyduje, kiedy i gdzie zespół pojedzie. W dyspozytorni w Gdańsku na zmianę przypadają trzy osoby na tym stanowisku. Mają pod sobą 49 karetek i muszą zrobić tak, żeby ich starczyło dla 1,8 mln mieszkańców z 15 powiatów województwa pomorskiego (pozostałe pięć powiatów obsługuje niewielka dyspozytornia w Słupsku, która dysponuje swoimi karetkami).
Pracę dyspozytora wysyłającego reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia o ramowych procedurach obsługi zgłoszeń. Zasady mówią, że jeśli zgłoszenie jest w kodzie pierwszym, ma on 30 sekund na wysłanie karetki. Jeśli to kod drugi – 180 sekund.
– Gdybyśmy przyjmowali wszystko zgodnie z procedurami, karetki bardzo szybko by się skończyły – mówi Piotr Dymon. – System trąbi, że czas minął, ale czasem fizycznie nie ma kogo wysłać. Karty nawet z poważnymi zgłoszeniami czekają.
– Mógłbym wszystko wysyłać od razu, jasne. W ten sposób karetka mogłaby jechać do gorączki, a nie do zawału, bo zgłoszenie do gorączki przyszło trzy minuty wcześniej – złości się Atanazy. – W takiej sytuacji byłbym bezpieczny, bo wysłałem karetki w przewidzianym czasie. Tylko że pracując w ten sposób, całe województwo padnie w kilka minut.
– Wolę być dyspozytorem myślącym niż działającym zgodnie z procedurą – mówi Adam, jeden z pracowników najstarszych stażem w Gdańsku.
Przyznaje, że nagina procedury. Stara się oszczędzać karetki, żeby nie marnować ich na zgłoszenia, które mogą poczekać. Oddzwania do pacjenta. Upewnia się, czy wszystko w porządku. Prosi służby pomocnicze o wsparcie. Uprzedza pacjentów, że będą musieli chwilę poczekać.
– Trzeba się gimnastykować, decydować, do kogo karetkę wysłać, kto może poczekać... To jest granie ludzkim życiem. Inaczej pracować się tu nie da – podsumowuje Dymon.
Kogo dziś uratuję?
– Jest jedna karetka w okolicy i dwa pilne zgłoszenia. Mam zdecydować, do kogo pojedzie najpierw? – powtarza moje pytanie Łukasz. – Jedynym kryterium jest czas. Patrzę, które zgłoszenie było pierwsze, nawet jeśli to minuty. Nie będę się bawić w Boga.
– Nikt nim nie chce być – podejmuje temat Adam. – Ale nie ma co się oszukiwać, to są nasze wybory. Liczy się wiek pacjenta. Staram się jak najszybciej pomóc dzieciom. Jeśli mam zdrowego 50-latka i 85- latka, karetka pojedzie najpierw do tego młodszego – mówi i przywołuje konkretną sytuację.
Ta sama okolica, jedna karetka i takie same objawy – ból w klatce piersiowej. Adam wysłał bliższy zespół do młodszej osoby.
Mężczyzna kilka dni temu mocno stłukł żebra. Chciał, żeby ktoś go zbadał, więc zataił część historii.
Starszy pacjent rzeczywiście miał zawał. Nie przeżył.
– Nie. Nie, nie czuję, że to jest moja wina, tylko… mógłbym podjąć inną decyzję i człowiek by żył – mówi Adam.
Karetka nie powinna jechać
Adam sądzi, że karetek by wystarczyło, gdyby pogotowie zajmowało się tylko tym, co do niego należy według Ustawy o ratownictwie – tzn. "stanami nagłymi".
Zamiast tego rodzina dzwoni, żeby pogotowie potwierdziło zgon bliskiego. Koronera nie ma. W takiej sytuacji powinien to zrobić lekarz rodzinny, ale ten mówi, że nie przyjedzie. Adam oddzwania i mówi, że on karetki też nie wyśle. – Robię wszystko, żeby jej nie wysyłać do zmarłego, bo potrzebują jej żywi!
W takiej sytuacji czasem ktoś z rodziny dzwoni ponownie. Mówi, że się pomylił i że jednak dziadek żyje. Reanimują go.
Adam nie wierzy w ani jedno słowo. Nie wie, czy człowiek po drugiej stronie sam na to wpadł, czy skorzystał z czyjejś podpowiedzi, ale jeśli człowiek po drugiej stronie się upiera, Adam nie ma wyboru. Karetka jedzie na sygnale.
Ratownik, czyli lekarz pierwszego kontaktu
– Realizujemy zgłoszenia, które powinny być wizytą lekarza rodzinnego – mówi jeden z dyspozytorów. – Ludzie do nas dzwonią, bo nie mogą dostać pomocy nigdzie indziej. W przychodni nie odbierają. Albo każą przyjść za tydzień. Od kilku dni słyszą, że mają "zadzwonić jutro". Czasem pacjent przyznaje, że sam lekarz mu przekazał, co ma powiedzieć, żeby pogotowie przyjechało.
– Ludzie nie rozumieją, że ratownik ma do dyspozycji 47 leków do stanów zagrożenia życia, nie może wypisać recepty ani zwolnienia – mówi Piotr Dymon. – Za każdym razem, kiedy ktoś ze związku zawodowego jedzie do ministerstwa, podnoszony jest temat, że wykonujemy pracę za przychodnie. Nie ma reakcji. Możemy to robić, ale dajcie nam na to środki! – dodaje.
Według ministerstwa problem nie istnieje. Z danych resortu wynika, że pacjentów, którzy wzywali pogotowie, ponieważ nie otrzymali pomocy w przychodni, jest w całym kraju mniej niż dwa tysiące każdego miesiąca. Podobną liczbę zgłoszeń każdego dnia otrzymuje województwo mazowieckie.
Ale zdaniem Dymona skalę problemu najlepiej pokazują inne liczby. 2 100 000 wezwań, czyli 40 proc. wszystkich wezwań karetek w 2022, według Ministerstwa Zdrowia było nieuzasadnionych.
A 69 proc. pacjentów oddziałów ratunkowych nie wymagało pilnej pomocy (dane NFZ za pierwsze półrocze 2019 roku).
Jeździmy do wymiany cewnika, do gorączki u dziecka, żeby zawieźć starszą panią do szpitala. Zobaczyć, czy pijak w parku oddycha, bo każdy dzwoni, ale nikt nie chce podejść i zapytać, czy wszystko jest w porządku – wylicza jeden z dyspozytorów.
Jego zdaniem ludzie kłamią i wymuszają przyjazd karetki z bezradności. Nie wiedzą, kto inny może im pomóc.
Łukasz przyznaje, że czasem przyjmuje te zgłoszenia, nawet kiedy jest przekonany, że zagrożenia życia i zdrowia nie ma. Wie, że ludzie nie mają od kogo dostać pomocy. I jest mu ich po prostu żal.
Niech przestaną krzyczeć
– Żeby było więcej karetek. Żebyśmy mogli jeździć tylko do osób, które naprawdę tego potrzebują –jeden z dyspozytorów urządza koncert życzeń na moją prośbę. – Żeby ludzie słuchali naszych zaleceń. I na nas nie krzyczeli – dodaje.
Wyzwiska słyszał kilka razy dziennie. Ludzie krzyczeli na niego, bo nie chciał wysłać karetki. Bo prosił ich, żeby udzielili pierwszej pomocy potrzebującemu. Albo ze strachu i z przerażenia.
Ewelina rozmawiała z chłopakiem, który znalazł nieżywego ojca. Z trudem ustaliła, gdzie są ("Przyjedźcie tu, k*rwa, już macie być, na działki"). "Obrócić na plecy, uciskać klatkę piersiową" – próbowała tłumaczyć. Ale chłopak wpadł w furię – mijały minuty, a karetki wciąż nie było. "Znajdę cię, dzi*ko! Za*ebię ci dzieci" – wrzeszczał.
Jest pewna, że rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby była obok. Jako ratowniczka medyczna straciła kiedyś jedynkę po ciosie pacjenta. Mimo to wolała człowieka, któremu mogła spojrzeć w oczy, niż ten krzyk przez słuchawkę. Przez dziesięć minut próbowała przekonać mężczyznę, by rozpoczął masaż serca. W końcu podszedł do niej kolega, gestem ręki przekazał, żeby odpuściła. Minęło tyle czasu, że reanimacja nie mogła już nic zmienić. – Ratownicy są w drodze – powiedziała Ewelina i się rozłączyła.
Kiedy wieczorem wracała do domu samochodem, coś w niej pękło. Niedługo później zrezygnowała z pracy w dyspozytorni. Wytrzymała tam trzy miesiące.
– Poryczałam się wtedy jak dziecko – mówi. – Że tylu ludzi dzwoni, potrzebuje pomocy – dzieci, wypadki, nowotwory – a ja sobie siedzę w ciepłym miejscu, odbieram i nie mogę nic zrobić.
Ewelina jest dzisiaj ratowniczką medyczną.
*Atanazy to zmienione imię. Rzeczywiste dane do wiadomości redakcji.
**Zarobki dyspozytorów i ratowników mogą się różnić w zależności od województwa i rodzaju umowy (kontrakt z jednoosobową firmą albo umowa o pracę).
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories; obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w '"Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.
Do 29 maja czekamy na Twoje zgłoszenie!
Jan Rybicki wygrał I edycję konkursu Polska Stories. - To świetne warunki dla każdego początkującego reportażysty, żeby zdobyć bezcenne doświadczenie - tak podsumowuje swój udział w programie. Weekend.Gazeta.pl rozpoczyna nabór do kolejnej edycji Polska Stories! Dziesięcioro uczestników i uczestniczek, którzy dojdą do finału, weźmie udział w bezpłatnym cyklu szkoleń dziennikarskich. Poprowadzi je nagradzana reportażystka Olga Gitkiewicz. Każdy reportaż przygotowany w ramach Polska Stories zostanie opublikowany na stronie głównej Gazeta.pl oraz w serwisie Weekend.Gazeta.pl. Spośród dziesięciu opublikowanych reportaży jury wybierze najlepszy tekst. A jego autor na minimum sześć miesięcy dołączy do współpracowników Weekend.Gazeta.pl.


