Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

O tej kobiecie zawsze opowiadam swoim studentom. Choć wcześniej jej nie znałem, jej historia trwale zmieniła moje podejście do życia i śmierci.*

Byłem na dyżurze ze świetnym neurologiem. Nieraz z nim jeździłem, lubiłem z nim pracować. Rozumieliśmy się. 

Dostaliśmy wezwanie do willowej dzielnicy Wrocławia. Duży, piękny dom, nowoczesny, ale jednocześnie klasyczny. Było w nim coś dostojnego. Przestronny salon, a w nim antyczne biblioteczki wypełnione po brzegi książkami. Przygaszone światło, takie z lampki nocnej z dużym abażurem. Pośrodku pokoju, w stylowym fotelu, siedziała nasza pacjentka. 

Ta pani miała trzydzieści, może trzydzieści pięć lat i jakiś czas temu usłyszała diagnozę, która brzmiała jak wyrok: nowotwór piersi. Była po amputacji piersi i jej ręka niesłychanie napuchła, wyglądała jak u słonia. To częste powikłanie związane z zaburzonym krążeniem limfy po wycięciu węzłów chłonnych. Być może miała już przerzuty, może chemia wykończyła jej organizm tak bardzo, że nie miał już siły działać. Dusiła się, rozpaczliwie chwytała każdy oddech. 

W takich sytuacjach nie ma czasu do stracenia. Trzeba walczyć o życie. Rozpoczęliśmy od leków, które miały jej pomóc oddychać. Pomogły, ale nadal z trudem robiła choć jeden krok. Zaczęliśmy więc pakować ją na wózek, żeby zabrać ją do szpitala. Ale wtedy wymieniliśmy z neurologiem jedno spojrzenie i wszystko było już dla nas jasne. To nie ma sensu. Ona tej drogi do szpitala nie przeżyje. Gdy tylko zaczynaliśmy ją ruszać, gdy zmieniało się położenie jej serca, naczyń krwionośnych, wszystko zaczynało wariować, spadały parametry życiowe, serce stawało się niewydolne. 

Posadziliśmy ją z powrotem w tym stylowym fotelu, na kremowym tkanym kocu. Na miejscu byli jej mąż i dwoje dzieci. Maluchy, bąble takie, może po kilka lat… Mąż podszedł do niej, złapał ją za rękę. Dzieci usiadły jej na kolanach, przytuliły się z czułością. 

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Podłączyłem defibrylator, te wszystkie kable, które monitorują pracę serca. Byłem w drugim pokoju, stałem w przeszywającej ciszy i słyszałem, jak ono pika i słabnie z każdym kolejnym uderzeniem. Umarła w niespełna piętnaście minut… 

Teraz myślę, że to było najpiękniejsze piętnaście minut w ich życiu. Mówili sobie o tym, jak bardzo się kochają, jak bardzo będzie im jej brakowało. Ona powtarzała, że na pewno sobie poradzą, że dzieci będą pięknie rosły i żeby nie zapomniały o niej i o tym, że ich kochała, że były dla niej najważniejsze. 

Kiedy już nikt z nas nie słyszał pikania defibrylatora, podszedłem do męża i potwierdziłem, że żona dokładnie w tym momencie umarła. Zostawiłem ich samych, a oni dalej tak się przytulali bez słowa. Wypisaliśmy jej z neurologiem bilet do nieba. Mąż przyszedł do nas potem i powiedział: 

– Bardzo wam dziękuję. 

To jest piękna historia i myślę, że trzeba na nią spojrzeć z perspektywy tej rodziny. Oni mogli być ze sobą, kiedy mama umierała, kiedy kończyło się jej życie, mogli sobie wiele powiedzieć. Nie słyszałem całej rozmowy, ale być może zakończyli jakieś ważne sprawy, powiedzieli sobie coś, czego nie potrafili powiedzieć przez całe życie. Albo czego powiedzieć nie mogli. To niesamowicie ważne, że ona odeszła wśród bliskich, w spokoju, w swoim domu. Kiedy umierała, na jej twarzy błąkał się uśmiech. 

(…) 

Biegacz

Wieczór był paskudny. Szarówa, mgła, chłód. Rejon mieliśmy wtedy bardzo duży, więc dostaliśmy wezwanie na drogę pod Wrocławiem. Do wypadku. 

Przyjechaliśmy na miejsce i na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić, co właściwie się stało. Nie zadziałała zasada przedniej szyby. Zazwyczaj, gdy pędzisz karetką i zbliżasz się do miejsca zdarzenia, jesteś w stanie, patrząc właśnie przez przednią szybę, z grubsza ocenić, co się stało. Taka ratownicza umiejętność. 

Tym razem patrzymy – na drodze brak rozbitych aut, płot i drzewa bez uszkodzeń, a za płotem leżą na sobie dwa sklejone dachami auta. 

Najpierw pomyśleliśmy, że ktoś się pomylił, że to jakiś szrot, bo zezłomowane auta leżą jedno na drugim. I nie ma kierowcy. Rozejrzeliśmy się. Na drodze świeże ślady hamowania. No i ślady załapania pobocza. Ktoś musiał jednak jechać tym autem. 

W takich sytuacjach zarządza się poszukiwanie ofiar. Policjanci, strażacy, gapie przeszukują kolejno rowy, chaszcze. Kierowcę znaleźliśmy pięćset metrów dalej, skulonego w krzakach pośrodku pola. Co się okazało? 

Facet przegiął z prędkością i na łuku wyleciał z drogi. Przekoziołkował przez płot, obrócił się w powietrzu i wylądował dachem na zaparkowanym aucie. Musiał to zrobić jak Partyka za swoich najlepszych czasów.  Mimo że był kompletnie pijany, musiało do niego docierać, co zrobił, bo wyskoczył z auta i uciekł w krzaki. Ale nie to było najbardziej wstrząsające. 

Najbardziej rozwalił mnie fakt, że ten człowiek miał połamane obie nogi. W siedemnastu miejscach! Co potwierdziło prześwietlenie w szpitalu. Podeszliśmy do niego. Siedział w tych krzakach, pijany, ale w kontakcie. 

– Jak pan to zrobił? Że pan tyle uszedł? 

– Biegłem. Uciekałem. 

– Nic pana nie boli? Nic pan nie czuje? 

– Nic. 

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Mieszanka szoku i alkoholu sprawiła, że mimo tak poważnych obrażeń był w stanie przebiec ponad pięćset metrów! Piep*zony Usain Bolt! 

W przypadku tego faceta do głosu doszedł instynkt samozachowawczy. I potworny stres. W takim stresie, w ogromnym spięciu organizmu, ludzie robią niebywałe rzeczy. Taki stres daje siłę. Wydzielają się adrenalina i kortyzol – hormony walki. 

Media opisywały kiedyś niesamowitą sytuację w Łodzi: pięćdziesięcioletnia kobieta przewróciła na bok malucha, którzy przygniótł jej dziecko. Jak gdyby nigdy nic przesunęła auto, które zagrażało jej synowi. Takie rzeczy dzieją się naprawdę. 

To wręcz niewyobrażalne, jak na ludzi działa stres. Jak organizm jest się w stanie zmobilizować. 

Często ludzie mnie pytają, jak to jest możliwe, że pijak wypada z okna i nie ma żadnych obrażeń, podczas gdy człowiek trzeźwy na pewno by się połamał. Gdy człowiek jest pijany, to przestaje świadomie walczyć. Jego ciało staje się wiotkie, bezwładne, poddaje się naturalnym odruchom, tym najgłębszym. Gdy jesteśmy przytomni, zaczynamy się bronić, łapiemy różne rzeczy, ściągamy je na siebie, co kończy się gorzej. Pijani mają stosunkowo niewiele urazów. Praca w pogotowiu nieraz pokazała mi, że pijany spada na cztery łapy. Ale to chwilowy sukces. Stres odpuszcza, alkohol wietrzeje i zostaje ofiara wypadku. 

Bohater tej historii przez kilka tygodni leżał na ortopedii. Przeszedł wiele operacji, po których na pewno już do końca życia będzie piszczał na lotniskowych bramkach. Cud, że w tym czasie żadne dziecko nie bawiło się na podwórku ani nikt nie szykował się do podróży autem, które zostało przygniecione. 

Gromnica 

Dostaliśmy wezwanie do zgonu. 

– Babcia nie żyje – powitała nas w progu starego pałacyku blada i zapłakana rodzina. Wchodzimy do środka. Rzeczona babcia leży na wersalce, cała ubrana na czarno. Rączki złożone, w rączkach różaniec, książeczka do nabożeństwa. Dookoła palą się gromnice. 

Wyglądało to co najmniej dziwnie, bo przecież byliśmy z pogotowia, nie z zakładu pogrzebowego. Cóż było robić. Bąknąłem do rodziny coś w stylu: „Bardzo mi przykro, moje kondolencje" i podszedłem do zmarłej, żeby potwierdzić zgon. 

Kiedy zbliżyłem się do łóżka, pomyślałem, że coś za dobrze ta kobiecina wygląda jak na trupa. Owszem, była blada, miała zapadnięte policzki, ale nie jest to nic niezwykłego u tak leciwych osób. A jak udało mi się ustalić, babcia miała ponad dziewięćdziesiąt lat. 

Kucnąłem obok kanapy i dosyć donośnym głosem zapytałem: 

– Dzień dobry pani, jak się pani miewa? 

Rodzina zgodnym chórem wykrzyknęła: 

– Ale co pan?! Przecież ona nie żyje! Co pan robi? 

W tym momencie starowinka leniwie otworzyła oczy, jakby się przebudziła z głębszego snu. 

– Dobrze się mam, synku, dobrze. 

Podparłem jej plecy i pomogłem usiąść na kanapie. Rozejrzała się, zdziwiona, dookoła. 

– A co wy tu na kolanach klęczycie? Czemu tacy zapłakani? Co to za świece?! – zapytała trochę osłabionym, ale jednak cały czas dosyć żywotnym głosem. 

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Z tego, co pamiętam, ta pani żyła potem jeszcze co najmniej cztery lata. Zdarzało nam się z kolegami do niej jeździć na mniej i bardziej poważne wezwania. Owszem, była stara i wyglądała trochę jak trup, kiedy przysnęła na kanapie, ale rodzina pochowała ją zdecydowanie za szybko. 

Pamiętam, że kiedy już wszyscy otrząsnęli się z szoku, ochłonęli i zajęli się babcią, a my z ekipą zbieraliśmy się do wyjścia, podszedłem do palącej się gromnicy i „huuu!" – zdmuchnąłem ją. 

– Koniec modłów! – powiedziałem, uśmiechając się pod nosem. – Oby wszystkie wezwania do zgonów tak się kończyły. – Zaśmialiśmy się z kolegami, pakując sprzęt do karety. 

Na wezwaniach straszne sytuacje mieszają się z absurdalnymi. Jasne! Życie bywa i absurdalne, i zabawne, i zaskakujące. Kiedyś kolega podczas reanimacji zgubił obrączkę. Co w tym absurdalnego? Niezręczność sytuacji. Ta akcja zakończyła się niestety zgonem pacjenta. Posprzątaliśmy, załatwiliśmy wszystkie formalności, wyszliśmy sterani, zmęczeni i kiedy mój kolega doszedł do karetki, zorientował się, że nie ma obrączki. Musieliśmy wrócić do tego mieszkania. Kiedy wychodzisz, szczególnie po trudnej akcji, to bierzesz głęboki wdech, „ufff… najgorsze za mną", i idziesz dalej. 

Zobacz wideo "Nie oceniaj książki po okładce". Ratownik wyjaśnia, dlaczego osoby w kryzysie bezdomności mają problem z higieną

A tu nagle: „Puk, puk, dzień dobry, to znowu my, bo kolega zgubił obrączkę". Rodzina pogrążona w żałobie, łzy, spazmy, dramat, a my tak trochę w stylu: „Przepraszam, zastałem Jolkę?". Było nam strasznie głupio. Szukaliśmy w tapczanie, pod dywanem, między deskami. Wywróciliśmy wszystkie pierzyny, przeszukaliśmy kosz na śmieci. I nic – nigdzie jej nie było… 

*Fragmenty książki "Ratownik. Nie jestem bogiem"