
Łukasz Markowski zaczął swój ostatni dyżur wieczorem 22 lutego. Było dość spokojnie, więc w środku nocy położył się, żeby odpocząć.
- To nic dziwnego. Jeśli tylko mamy wolną chwilę, staramy się ją wykorzystać, by się choć trochę zregenerować. Łukasz prawdopodobnie liczył, że może uda mu się poleżeć jakieś dwie godziny - opowiada nam znajomy Łukasza, ratownik medyczny z ponad 20-letnim stażem.
Jakiś czas później do pokoju zajrzała inna osoba, która też chciała chwilę odpocząć. Zorientowała się, że Łukasz Markowski jest nieprzytomny. Nie udało się go uratować.
- Gdyby na przykład zasłabł i upadł przy kimś, od razu by podjęto reanimację i pewnie byłaby ona skuteczna. To koszmarne, że ratownik umiera na SOR-ze, czyli w miejscu, gdzie ratuje się ludzi - dodaje nasz rozmówca.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje
"Zawsze można było na nim polegać"
- Wciąż jesteśmy wstrząśnięci tym, co się stało. Zawiadomiono prokuraturę i Państwową Inspekcję Pracy, żeby zbadała wszystkie okoliczności tego zdarzenia. Zapewniliśmy też wsparcie psychologiczne żonie zmarłego ratownika - mówi Aleksandra Szymańska, rzeczniczka prasowa Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie Wielkopolskim.
Żona ratownika najpierw sam na sam pożegnała się w szpitalu ze zmarłym mężem. Potem poprosiła, żeby personel placówki dobrze zaopiekował się Łukaszem. - Pan Łukasz był starszym dyżurnym. Od osób, które z nim pracowały wiem, że zawsze można było na nim bezwzględnie polegać. To ogromna strata dla całego środowiska medycznego - dodaje Szymańska.
Według rzeczniczki prasowej w styczniu w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie ratownik przepracował na dyżurach 168 godzin. W lutym 96 godzin. - To norma dla ratownika na kontrakcie - mówi.
Nasz rozmówca potwierdza: - 168 godzin miesięcznie to dla ratownika na kontrakcie absolutne minimum. Choć zwykle pracują po 240 godzin. Można pracować na SOR-ze i dodatkowo jeszcze brać dyżury w pogotowiu. Wielu z nas pracuje w kilku miejscach. Trzeba godnie utrzymać rodzinę, opłacić rachunki, gdzieś pojechać. Ale sam nie wyobrażam sobie, żeby po dyżurze na SOR-ze iść na dyżur do pogotowia. Jestem po pięćdziesiątce, chcę się wysypiać i iść do pracy wypoczęty.
I dodaje: - Od 2000 roku jestem na samozatrudnieniu. Płacę podatek dochodowy i składkę na ZUS, która wynosi obecnie 2045 zł miesięcznie. Zostaje mi na rękę około 4 tys. zł. Daję radę, bo na całe szczęście żona też pracuje, a dzieci mamy odchowane.
Ciche dyżury
Ratownicy z gorzowskiego szpitala mówią, że po śmierci kolegi mają teraz "ciche dyżury". - Nie możemy się pogodzić z tą stratą. Po dyżurze Łukasz planował wrócić do domu, odpocząć, a potem pojechać z rodziną w góry - opowiada Szymańska.
Znajomy Markowskiego: - To był chłopak złoto, wybitny specjalista w dziedzinie ratownictwa medycznego. Dla niego pieniądze nie były najważniejsze. Miał ogromną potrzebę pomagania. Nigdy nie dzielił chorych na lepszych i gorszych, do każdego podchodził z taką samą troską i empatią.
Markowski uczył studentów, szkolił też innych ratowników, a ostatnio także ukraińskich lekarzy, którzy przyjechali do Polski. - Robił to jako wolontariusz. Chciał i lubił dzielić się swoim doświadczeniem - podkreśla.
Aleksandra Szymańska zapowiada, że szpital dogłębnie przeanalizuje tragedię, jaka wydarzyła się na SOR-ze.
- Na pewno już po pożegnaniu pana Łukasza będziemy rozmawiać o tym, czy jest coś, co można na SOR-ze robić inaczej, czy da się lepiej zabezpieczyć naszych pracowników. Rozważamy również uruchomienie dyżuru psychologa - mówi.
Łukasz Gospodarek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim podaje, że przyczyną śmierci 40-letniego ratownika medycznego była niewydolność krążeniowo-oddechowa. - Takie są wstępne wyniki sekcji zwłok. Muszą jeszcze być przeprowadzone badania toksykologiczne oraz histopatologiczne. Ich wyniki poznamy najwcześniej za kilka tygodni - podkreśla.
W środę Łukasza Markowskiego pożegnała rodzina i przyjaciele. Ratownicy medyczni utworzyli szpaler, przyjechała karetka. Pogrzeb odbył się w jego rodzinnym Kostrzynie nad Odrą.
Jego pasją była piłka nożna
Łukasz Markowski pozostawił żonę i osierocił dwoje dzieci: trzy- i pięcioletnie. W internecie trwa już zbiórka pieniędzy dla jego rodziny.
- Dla nas medyków był świetnym specjalistą w dziedzinie ratownictwa medycznego, pełnił dyżury zarówno w Zespołach Ratownictwa Medycznego, jak i w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Zawodowo związany z Nowym Szpitalem w Kostrzynie nad Odrą, Wielospecjalistycznym Szpitalem Wojewódzkim w Gorzowie oraz Wojewódzkimi Stacjami Pogotowia Ratunkowego w Gorzowie i Szczecinie - piszą koleżanki i koledzy Markowskiego.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje
Wielu przyznaje, że Łukasz Markowski był mentorem, autorytetem i wzorem do naśladowania. Zawsze ciepło wypowiadał się o żonie i dzieciach, a jego pasją - poza pracą - była piłka nożna. W latach 2016-2021 był zawodnikiem pierwszej drużyny Celulozy Kostrzyn, ostatnio grał w drugiej drużynie tego klubu.
- Spotkałem go jakieś dwa tygodnie temu. Świetnie wyglądał, uśmiechnięty, przystojny. Właśnie takim go zapamiętam - mówi znajomy ratownika.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.