Nie zaskoczę cię pierwszym wnioskiem płynącym z moich wieloletnich doświadczeń ratownika medycznego. W Polsce piją wszyscy i wszędzie. Niedawno wieźliśmy karetką panią aptekarkę, magister farmacji, po wypadku w pracy. Weszła na stołek, żeby sięgnąć po coś z wysokiej półki, upadła i uderzyła się w głowę. Nic takiego niby się nie stało, ale to wypadek w pracy, uraz głowy, takie tam.*
Celem dalszej diagnostyki pojechaliśmy na SOR. I tak suniemy przez miasto, ona mi tłumaczy, że ma cukrzycę, że niedawno się o tym dowiedziała, leczy się, musi uważać, kiedy spada jej cukier. W sumie tak zaczęła się jej diagnostyka – pacjent w aptece zauważył, że dziwnie się zachowuje, bełkocze, traci równowagę. Pani farmaceutka była oczywiście bardzo oburzona, że klienci wezwali też policję, bo niby pracuje pijana. A ja tak słucham tego mętnego wywodu, choć mam coraz mniejszą ochotę słuchać, jak dorosły człowiek odkrywa świat, w którym żyje. Bo przyjeżdżamy na przykład do zasłabnięcia w urzędzie i okazuje się, że pani kierowniczka jest pijana – i tak jest prawie wszędzie, gdzie jedziemy.
Przy wyjazdach do awantury domowej czy bijatyki można w ciemno obstawiać, że przynajmniej część uczestników jest pijana. Najbardziej bolą takie sytuacje, gdy dostajesz wezwanie „kierowca uderzył w sklep", a w radiu czy na naszym tablecie to wygląda co najmniej jak atak terrorystyczny (tylko w Serocku raczej trudno spodziewać się Al-Kaidy). Przyjeżdżamy na miejsce i okazuje się, że starszemu panu, coś koło osiemdziesiątki, pomieszały się pedały. Zamiast hamulca wcisnął gaz, więc wjechał w witrynę sklepu. Miły staruszek, zestresowany i spocony, opowiada, że ma niepełnosprawną żonę, która nie wychodzi z domu, i on musi robić wszystkie zakupy, a potem jak najszybciej wracać. Gdzieś w głębi tego skostniałego serducha robi ci się żal, a po chwili przyjeżdża drogówka, każe mu dmuchać w alkomat i na liczniku wyskakuje 2,7 promila w wydychanym powietrzu. „Sku*wysynie, a gdyby tam stało dziecko?" – mogę tylko siarczyście zakląć w myślach.
W pogotowiu ratunkowym czy na SOR-ze najczęściej mamy do czynienia z takimi ludźmi, co do których otoczenie jest przekonane, że wszystko z nimi w porządku. Pani urzędniczka w ZUS-ie się przewróciła, była już starsza, tuż przed emeryturą, więc zemdlała. Przyjeżdża pogotowie, potrzebna jest diagnostyka, bo u kobiet nie wszystko wychodzi w EKG, tak jak u mężczyzn, i dopiero na oddziale okazuje się, że to nie jest żadne zasłabnięcie. Kobieta ma 2,5 promila, nic nie jadła od dawna, za to pije już od tygodnia.
Wśród naszych klientów na SOR-ze spokojnie połowa to osoby pod wpływem – mówię tu też o takim, co wypił parę piw, szedł sobie spokojnie ulicą i dostał łomot, ale gdyby był trzeźwy, byłoby tak samo. Ale to jest może 1/4 tych pijackich przypadków. Pozostali trafiają do nas niejako z własnej winy. Kiedyś podczas jednego z ciężkich dyżurów śmialiśmy się z chłopakami, że powinniśmy rozpocząć taki pilotażowy program alkoholowy, bo skoro połowa naszych pacjentów jest narąbanych, to my też moglibyśmy mieć kontrolnie do 1 promila. To jest taka dawka, że wiesz, co się dookoła dzieje, jeszcze w miarę ogarniasz świat, a na pewno lepiej byś się dogadywał z tymi wszystkimi pijanymi palantami, bo na trzeźwo to jest naprawdę nie do zniesienia.
W tym rozdziale, jak zawsze, będzie sporo czarnego humoru, ale muszę zaznaczyć, że osób pod wpływem alkoholu na pewno nie darzę sympatią. Bywa oczywiście tak, że ktoś, kto wypił sobie jedno, dwa, no… trzy piwa i stracił równowagę i skręcił kostkę. To się zdarza nawet najlepszym. Nie ma przecież nic złego w tym, że dziewczyny wyszły na miasto, ubrały szpilki, żeby ładnie wyglądać, jednej z nich obcas utknął między kamieniami… i rozbiła sobie nogę, rękę albo twarz.
Natomiast wszyscy ci, którzy mówią nam na oddziale, że wypili te mityczne dwa piwa, kłamią. I to nie jest problem wyłącznie polski – jak wchodzę na zagraniczne portale, albo fanpejdż z czarnym humorem, to hasło two beers jest tam motywem przewodnim. Na całym świecie jest problem z „dwoma piwami", po których gościom wychodzi w badaniu krwi 2,7 promila albo powyżej 4,5 – ci teoretycznie, zgodnie z wiedzą książkową, dawno nie powinni już żyć. U nas, w Polsce, nie jest wcale tak trudno spotkać takich, którzy mieli pod 10 promili i dalej się szarpią, krzycząc, że nie są pijani.
Zdarzają się tacy doświadczeni zawodnicy, że mają 5,5 promila i naprawdę zachowują się tak, że przysiągłbyś, że są trzeźwi. A uwierz mi, jako ratownik jestem naprawdę wyczulony na ludzi pod wpływem. Czasem pomaga, gdy pytam o alkohol spożywany w ciągu ostatnich 24 godzin, i ostrzegam, że może dojść do ciężkich powikłań, a nawet śmierci, jeśli pili alkohol, a my podamy leki. To jest oczywiście mocno naciągane, bo to są bardzo rzadkie przypadki. Ty też możesz całkiem często spotykać ludzi, których po prostu nigdy nie widziałeś trzeźwych, więc wydaje ci się, że oni po prostu tacy są, a prawda jest taka, że ta pijacka rzeczywistość jest już ich jedyną.
Kolejny przykład z SOR-u: pada hasło przez głośnik, że za 10 minut będzie u nas pacjentka ze świeżym udarem, więc jeszcze dużo będzie można zrobić. Przyjeżdża siwa babuleńka i wszystko wygląda na pełnowymiarowy udar – splątana, zaburzenie siły mięśniowej. Bada ją najpierw wyrywkowo neurolog i potwierdza: „Kurde, no, udar". I w tym momencie wbiega pielęgniarka z wydrukiem z komputera, że to żaden udar, tylko 3 promile we krwi.
Po chwili przyjeżdża rodzina, najpierw są grzeczni, zdruzgotani, bo to ukochana mama i babcia, ale gdy informujemy ich o stanie faktycznym, to skaczą do nas z mordą, prawie z pięściami, że coś pomieszaliśmy. No to bach, jeszcze raz krew do badań i wyskakuje tendencja rosnąca, a to oznacza, że jeszcze przed samą utratą przytomności dopiero co skończyła pić, nie była po prostu w stanie chlać dalej… Rozumiem, że alkoholik może się długo maskować, ale nie mogę uwierzyć, że ktoś mieszka z kimś pod jednym dachem (nawet w dużym domu) i nie zauważa, że od 10 lat mamusia czy babcia naku*wia w przemysłowych ilościach gorzałę. Czasami to są sytuacje tragikomiczne.
Kiedyś pracowałem na SOR-ze we Wrocławiu. Przyjechała reprezentacja lokalnego klubu koneserów alkoholi technicznych i przemysłowych z jakiegoś tam małego miasteczka, nawet dość odległego. Przywieźli kolegę, który od dwóch dni niewiele się ruszał, słabo wyglądał i był mało towarzyski. Zapakowali go do pekaesu, to duże poświęcenie, bo autobus jedzie tylko dwa razy na dobę, i przyjechali do Wrocławia. Wysiedli w samym centrum miasta, władowali się do autobusu MPK, nawet kupili mu bilet i dojechali elegancko na przystanek pod szpitalem. Stamtąd jeszcze 700 metrów nieśli go do poczekalni, położyli na podłodze i grzecznie zapukali. Rejestratorka wychyla się z okienka, a tam gość już ma… plamy opadowe. Wszyscy oczywiście napruci jak szpadle, przez pół województwa wieźli trupa i nikt niczego nie zauważył.
To wszystko, o czym mówię, bardzo dziwi i szokuje na początku. Gdzieś tam na studiach czy praktykach myślisz sobie: „Boże, jakie to są skrajności". A teraz, po kilku latach, wiem, że w każdej sytuacji, do której jedziemy, najbardziej prawdopodobnym jest alkohol. Dwa tygodnie temu pojechaliśmy do 14-latki, która zasłabła w sklepie. Drążymy temat, bo to zawsze może być tak zwana mina i możemy się wpakować w kłopoty przez zbagatelizowanie tego, co teoretycznie jest oczywiste (i w 99% przypadków praktycznie też będzie).
Wiadomo, że dzieciaki, szczególnie dziewczyny, często mdleją w pewnym wieku. Rosną trochę za szybko, serducho jeszcze nie nadąża, temperatura nie taka, jak trzeba, i laska w momencie odlatuje. Dziewczyna przyjechała do babci na wakacje, w rodzinie historie kardiologiczne, więc robimy wszystkie badania, EKG, dzikie węże – no nic nie wychodzi. W końcu się przyznaje, że dziś rano puściła pawia. Czternaście lat, więc pytamy, czy może być w ciąży, ale zarzeka się, że nie. To pytam w końcu: „A co robiłaś wczoraj?". U koleżanki była i dziewczyny zrobiły się dosłownie dwoma piwami, takie uroki debiutantek. Nazajutrz miała kaca, wymioty, zemdlała, bo się nie nawodniła – dokumentację można zamknąć.
Dzieci w roli nieprzytomnych pacjentów pod wpływem niestety się zdarzają i za każdym razem to jest druzgocący widok. Najmłodszy był chyba 13-letni typek, który spił się do nieprzytomności. Widać było, że w domu się nie przelewa, chociaż matka żyły sobie wypruwała, żeby wyprowadzić go na prostą. Może nie wróżę mu od razu poprawczaka, ale myślę, że będzie miał poważne problemy, bo system się takimi nie zajmuje. Tak samo jest zresztą ze studentami – często widzę gości, którzy są ode mnie trochę młodsi i doprowadzają się do stanów, które jasno wskazują, że za 10 lat będą leżeli u nas, bo rozwalą sobie po pijaku łby, a za 20 – obszczani gdzieś pod dworcem.
Zdarza się, że człowiek, przychodzący na świat, nie ma wyboru. O tym wiadomo, kiedy pojawia się na oddziale kobieta w ciąży pod wpływem. Od razu myślisz o dziecku, które niczym nie zawiniło, a będzie miało w życiu przesrane, bo nawet jeśli uniknie FAS-u, to i tak zawsze butelka będzie dla mamy ważniejsza.
Kiedyś miałem wezwanie do kamienicy zbudowanej jeszcze za czasów cara Mikołaja I, więc byłem bardzo podekscytowany. Wchodzę po tych drewnianych, skrzypiących schodach i zastaję „zwłoki" – trzech pijanych do nieprzytomności, a wokół nich dzieci bawiące się butelkami. I to wszystko dzieje się w miejscu, które możesz mijać codziennie w drodze do pracy. Taka scena świadczy o tym, że problem trwa od dawna, a zgłoszenie dostaliśmy tylko dlatego, że przechodziła jakaś starowinka i szkoda jej się zrobiło tych dzieci.
Żadna dawka alkoholu w ciąży nie jest bezpieczna, w pierwszych tygodniach ryzyko FAS-u jest poważne, ale to nie tak, że wypijesz dwa piwa w pierwszym tygodniu ciąży i już jest pozamiatane. To warto powiedzieć tym wszystkim dziewczynom, które dostają schizy, że imprezowały, a jeszcze nie wiedziały, że są w ciąży. Natomiast jeśli kobieta jest w ósmym miesiącu i ma we krwi 3 promile, to dla takiego dziecka nie ma już szans, że będzie całkiem zdrowe.
A o tym, jak bardzo jest chore, dowiemy się, kiedy będzie uczyło się chodzić, rozumieć emocje czy wchodzić w relacje. Był kiedyś pomysł hospitalizacji takich ciężarnych, co wywołało wielkie poruszenie, protestowano przeciwko traktowaniu matki jako inkubatora. Ja nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, bo z jednej strony nie można ograniczyć czyjejś wolności bez wyroku sądu, ale z drugiej – jeśli ktoś podjął decyzję, żeby się rozmnażać, to powinien wykazać się odpowiedzialnością. Jeżeli tego dziecka nie chce, to może oddać je do sierocińca, ale trzeźwość powinien zachować. Tak samo jest z dziećmi, które rodzą się z uzależnieniem od heroiny i w pierwszej dobie życia już są na głodzie. Widziałem kiedyś takie dziecko, żadne nie wyło tak jak ono – to jest cierpienie w każdej komórce, którego nie można w żaden sposób złagodzić.
*Fragmenty książki "Polski SOR. Uwaga, będzie bolało" Yanka Świtały. Książka do kupienia w Publio >>>


