Rozmowa
Przemysław Brych pracuje na kolei od 2012 roku (Fot. Archiwum prywatne)
Przemysław Brych pracuje na kolei od 2012 roku (Fot. Archiwum prywatne)

Oboje jesteśmy punktualni, więc opóźnienia nie będzie i nie ulegnie zmianie. Przepraszam za tego suchara.

(śmiech) A tak na poważnie to wskaźnik punktualności pociągów pasażerskich w Polsce przekracza 90. proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce. To już nie jest siermiężna kolej z lat 90.

A czy za pracę na kolei dziś częściej się od nowo poznanych osób obrywa – bo zaczynają narzekać – czy wręcz przeciwnie: wzbudza ona zainteresowanie?

Uśmiech i zainteresowanie pojawiają się często, ale zdarzają się też nieprzychylne komentarze, wynikające właśnie ze stereotypów. Na Facebooku czytam np.: "Bo wy tam to nic nie robicie! Tylko sobie siedzicie…".

Kawkę popijacie…

A pensję dostajemy niby za nic.

Praca kierownika pociągu czy konduktora to nie jest tylko kontrola biletów, lecz także masa czynności, których podróżni nie widzą: sprawdzamy stan techniczny pociągu, przeprowadzamy próbę hamulca, a przede wszystkim na każdym przystanku kontrolujemy, czy wszyscy bezpiecznie wysiedli i wsiedli.

Jeżeli np. nie zauważyłbym, że człowiek wpadł pomiędzy pudło wagonu a peron, i doszłoby do tragedii, prokurator w pierwszej kolejności zainteresowałby się mną.

Stresuje to pana?

Nie, aczkolwiek kiedy widzę skrajnie nieodpowiedzialne zachowania, przyznaję, że jestem w stanie dać ostrą reprymendę. Ostatnio np. mężczyźnie, który wyjechał rowerem z pociągu wprost na peron.

Brych funkcjonuje na Facebooku funkcjonuje jako Konduktor Przemek (Fot. Archiwum prywatne)

Podziękował? Zreflektował się, że to bezmyślne?

Nic z tych rzeczy. Pojechał sobie dalej.

Ale żeby było jasne: w zdecydowanej większości podróżni są bardzo fajnymi ludźmi, a ja staram się nawiązywać z nimi sympatyczne, czasem wręcz przyjacielskie kontakty. To jedna z najprzyjemniejszych stron tej pracy.

Wczoraj w Wadowicach widzę, jak wsiada człowiek. I od razu się do siebie uśmiechamy, chwilkę rozmawiamy, bo przecież się znamy. Ja wiem, że on dojeżdża do pracy do Bielska-Białej, a w Kętach dosiądzie się jego koleżanka.

Czasami zagadują także nieznajomi. (śmiech) Kilka dni temu wagon był prawie pusty. Nagle odzywa się mężczyzna: "A wie pan – mówi – że w jednym szpitalu chirurg się pomylił i podczas operacji zszył kobiecie żołądek bezpośrednio z sam pan wie czym?". Nie bardzo wiedziałem, jak odpowiedzieć. "I co się stało?" – zapytałem. "Umarła" – zakończył rozmowę grobowym tonem.

Zrobiło się mrocznie, dlatego poproszę o najbardziej uroczą historię, która się panu przydarzyła w pracy.

Znalazłem dziecięcą zabawkę – gumowego smoka. Zrobiłem zdjęcie i wrzuciłem post. Miał pół miliona wyświetleń! Następnego dnia byłem gościem jednej największej telewizji śniadaniowej, a następnego – drugiej. Dziecko się znalazło, zabawkę odzyskało.

A może jakieś romantyczne historie też ma pan w zanadrzu?

Jechała pani kierownik pociągu, bardzo zasadnicza Ślązaczka, i zobaczyła podróżnego z dwoma psami. Regulamin tego zabrania, więc zadzwoniła do dyspozytora. Zgłasza sprawę. "Zostaw. Daj spokój" – uspokajał ją. Po chwili ta sama pani kierownik widzi, że para młodych ludzi zamyka się w ubikacji i dłuższą chwilę nie wychodzi. "Panie dyspozytorze! D***ą się!" "Kto? Psy?" (śmiech)

'Jestem najprawdopodobniej najbardziej rozpoznawalnym konduktorem w Polsce'
'Jestem najprawdopodobniej najbardziej rozpoznawalnym konduktorem w Polsce' Fot. Archiwum prywatne

Na serio: pan by nie interweniował, gdyby pasażerowie uprawiali seks w toalecie?

Interweniowałbym. Współżycie w pociągu jest zabronione.

Co do zwierząt, to z mediów znam historię pana, który jeździ pociągiem razem z gęsią – i to jest dla mnie sprawa kontrowersyjna, dlatego że regulamin mówi wyraźnie: "Zwierząt gospodarskich pociągiem nie przewozi się".

Mimo to jeszcze w latach 90. np. na trasie Żywiec–Zwardoń regularnie można było spotkać osoby przewożące… świnie. Może nie mieli traktora, a może ich nie było stać na benzynę, więc te zwierzęta jeździły koleją i zanieczyszczały odchodami wagony. Niedopuszczalne.

Gdyby spotkał pan rzeczonego pasażera z gęsią, wyprosiłby go pan?

Nie jestem służbistą, nie czepiam się po to, żeby się czepiać. Gdyby mnie przekonał, że gęś jest udomowiona i nie nabrudzi – wtedy nie.

Inna sprawa, że to nie zależałoby tylko ode mnie. Gdyby któryś ze współpasażerów z powodu obecności gęsi w przedziale czuł się niekomfortowo, musiałbym interweniować. Ja sam, kiedy jestem pasażerem, czuję się np. niekomfortowo, gdy ktoś ściąga skarpetki...

Ta kwestia nie mogła się nie pojawić. Na pańskim profilu na Facebooku można znaleźć zarówno zdjęcie pasażerki "wietrzącej stopy", jak i kogoś, kto trzyma nogi tuż nad głową śpiącej osoby.

Jest tylko jedna sytuacja, kiedy pasażerowie mogą bez skrępowania ściągać w pociągu buty i skarpetki, a mianowicie gdy jadą rodziną lub grupą przyjaciół i wykupią wszystkie miejsca w przedziale. Wtedy bardzo proszę, jeśli wszystkim to pasuje, mogą być boso.

W przeciwnym wypadku nie wypada. Nie chodzi nawet o kwestię problemów higienicznych i ewentualnych rozchodzących się po przedziale nieprzyjemnych woni, ale o to, że kulturalny człowiek w miejscach publicznych nie wystawia nieobutych stóp na widok publiczny.

Zwraca pan uwagę podróżnym, którzy to robią?

Kiedy poproszą o to inni podróżni bądź problem "czuć" – owszem. Oczywiście nie mogę podróżnemu powiedzieć wprost, że jego stopy śmierdzą. Muszę zachować się profesjonalnie, tak by w efekcie włożył buty, ale nie poczuł się urażony. Mówię: "Proszę o założenie obuwia, ponieważ współpasażerom może nie być teraz komfortowo". Najczęściej to wystarcza. Dodam też, że takich sytuacji nie jest dużo.

'Ze swojej pracy zrobiłem projekt'
'Ze swojej pracy zrobiłem projekt' Fot. Archiwum prywatne

O interwencje w jakich jeszcze sprawach proszą pasażerowie?

Miałem kiedyś sytuację, że starszy pan zaczepiał nieletnią dziewczynę. Składał jej niestosowne propozycje. Powiedziałem, że albo wezwiemy policję, albo sam opuści pociąg na najbliższej stacji. Nie dyskutował.

A najniebezpieczniejsze sytuacje mają związek z pijanymi podróżnymi?

Pijani pasażerowie nie są niebezpieczni, dlatego że najczęściej po prostu śpią.

Raz jeden się zdarzyło, że pomiędzy sobą pobiła się grupa pijanych osób. Zabrałem wtedy resztę pasażerów do pierwszego wagonu i tam czekaliśmy na policję, a tamci się bili przez jakiś kwadrans, dopóki nie pojawili się funkcjonariusze. Osobom postronnym nie stała się żadna krzywda. Dla mnie to jest najważniejsze – żeby moi podróżni byli bezpieczni.

Dziś – również w nocnych pociągach – niebezpieczeństwa praktycznie nie ma. Nie tylko na każdej stacji jest monitoring, lecz także zdecydowana większość wagonów Intercity, również regionalnych, jest monitorowana. A jakość nagrań jest tak dobra, że widać nie tylko, że osoba trzyma książkę, lecz także można przeczytać, co czyta!

Kieszonkowca w pociągu widziałem ostatnio 10 lat temu. "Kowbojka" bezpowrotnie się skończyła. Na początku lat dwutysięcznych sam jako pasażer byłem świadkiem, jak człowiek jechał z Przemyśla do Poznania kupić samochód. W reklamówce miał kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dwóch gości mu tę reklamówkę wyrwało, zaciągnęli hamulec ręczny i uciekli.

Ale to są zamierzchłe czasy.

O zamierzchłych czasach na kolei coś pan wie m.in. z opowieści taty, który również pracował na kolei, prawda?

Mało tego, dziadkowie ze strony mamy i taty oraz kilku wujków również.

Mój tata opowiadał, jak w latach 90. mafiosi używali przesyłek konduktorskich, by pomiędzy miastami przerzucać gotówkę. Któregoś razu na trasie z Bielska-Białej do Jeleniej Góry ojciec przyjął przesyłkę konduktorską. To był mały karton. W Kędzierzynie osoba odebrała przesyłkę i zapytała: "Wie pan, co pan wiózł?". Zaprzeczył. Facet otworzył paczkę. Była wypełniona banknotami.

Wróćmy do współczesności. Powiedział pan, że kolej przeszła zasadniczą przemianę. A pasażerowie?

Tak jak można polegać na punktualności pociągów, tak można polegać na uczciwości podróżnych.

Nieraz zdarzyło mi się kupić komuś bilet. Przypadki chodzą po ludziach. Widzę, że to nie cwaniak – "Nie mam biletu i co mi zrobisz?!" – tylko człowiek w potrzebie, więc pomagam. Kiedyś umawiałem się: "Zostawi pan/pani dla mnie pieniądze w kasie biletowej". I wie pani co? W 90 proc. przypadków pieniądze w kasie na mnie czekały.

Technika poszła do przodu. Ostatnio miałem pana, któremu telefon się rozładował i nie miał jak zapłacić za bilet. Powiedziałem: "Ja panu ten bilet wystawię i napiszę z tyłu mój numer telefonu. Jak już pan naładuje komórkę, to mi pan puści pieniądze blikiem". Potem o tym zapomniałem. Wieczorem patrzę: o, blik przyszedł!

To są odosobnione przypadki z cyklu "zapomniałem portfela i co teraz?".

Dziś bardzo mało ludzi jeździ bez biletu. Kiedy w 2012 roku zaczynałem pracę, było inaczej. Wezwań do zapłaty pisało się dosyć dużo, bo też dosyć dużo było pasażerów, których po prostu nie było na zakup biletu stać. Społeczeństwo było wtedy uboższe, a też ceny biletów – jak na tamte czasy – zbyt wysokie.

Sytuacja zdecydowanie się poprawiła. Jeśli nad morze można dziś kupić bilet w pierwszej klasie za 90 zł, to moim zdaniem wcale nie jest drogo.

'Nasza kolej jest tak punktualna, jak uczciwi są pasażerowie' (Fot. Archiwum prywatne)

W dodatku podróżowanie koleją jest ekologiczne.

Obawiam się, że ekologia nie jest czynnikiem, którym ludzie kierują się najbardziej. Jeśli natomiast kalkulują, że podróż całą rodziną wychodzi taniej pociągiem niż samochodem, wtedy wybierają pociąg.

Bardzo lubię obserwować np. rodziny, po których widać, że dla nich to nie jest tylko przemieszczenie się z domu na wakacje, ale że sama podróż pociągiem jest dla nich frajdą, przygodą. Dziś to jest przecież naprawdę komfortowa i bardzo przyjemna sprawa przejechać się pociągiem. Ubolewam, że niektórzy pasażerowie tak szybko stracili pamięć. To chyba wynika z tego, że szybko przyzwyczajamy się do dobrego. Dziś, jeśli jest awaria i wyjątkowo nie działa klimatyzacja, niektórzy od razu podnoszą lament. W latach 90. o klimatyzacji można było tylko pomarzyć. Już nie mówiąc o tym, że w PRL-u smutnym standardem było przecież to, że wielu pracowników kolei było na permanentnym rauszu.

Dziadek opowiadał mi, jak na Mazurach wykoleił się parowóz. Przyjechała milicja. Mówią: "Wszyscy będziecie musieli dmuchać!", a tam i dyżurny ruchu, i nastawniczy, i maszynista – wszyscy na rauszu. Dlatego proszą tych milicjantów: "Nie moglibyście dmuchać za nas?". Na co ci milicjanci, że im też coś wyjdzie, bo "było wczoraj pite". Co zrobili? Poszli do najbliższego spożywczego i sklepowa dmuchała za wszystkich obecnych, żeby w papierach się zgadzało.

Ale to przecież nie była specyfika wyłącznie kolei. W wielu branżach ludzie nie stronili od alkoholu. To również się totalnie zmieniło. Dziś byłoby nie do pomyślenia, żeby do pracy ktoś przyszedł na rauszu.

Być może dlatego, że ludzie szanują swoją pracę.

Ale pytała pani o podróżnych. Tu niestety nastąpiła jedna negatywna zmiana: u niektórych zapanował wtórny analfabetyzm. Chyba smartfony i aplikacje, które organizują ludziom całe życie, sprawiają, że niektórzy już w ogóle nie zwracają uwagi na rozkłady jazdy i informacje umieszczone wprost na wagonach.

Jechał np. pociąg nocny z Wiednia do Warszawy, który prowadził wagony do Berlina…

Zobacz wideo Nocne połączenia kolejowe w Europie? Ekspert: Alternatywa dla samolotu

Zaraz pan powie, że niektóre z tych wagonów po drodze zostały odczepione? Na stacjach zawsze takie informacje są wielokrotnie powtarzane.

Mało tego, zgodnie z Ustawą o transporcie kolejowym tablica informacyjna musi się znajdować na każdym wagonie. W Boguminie kilka wagonów zostało odczepionych i przez Wrocław pojechały dalej do Berlina.

Pan napisał do mnie na Facebooku, że to jest wina kolei, że on zamiast do Wrocławia dojechał do Warszawy, bo on na pewno wsiadł do prawidłowego wagonu, tylko kolejarze źle go odczepili. Odpisałem mu, że to niemożliwe.

Mówi pan, że podróżni są zapatrzeni w smartfony. Pewnie niektórzy nie omieszkają prowadzić w wagonach głośnych rozmów?

A jakże! I zdają się nie mieć pojęcia, że cały przedział słyszy. Przykład z życia: "Mąż Jadźki przeleciał sąsiadkę, a potem do kościoła poszedł jakby nigdy nic!".

Wszystkiego się pani może dowiedzieć w pociągu: jakiej orientacji seksualnej jest czyjś sąsiad, kto ile zarabia pieniędzy i dzięki komu dostał stołek. (śmiech)

Ale to wszystko są wyjątki potwierdzające regułę. A reguła jest taka, że w pociągu najczęściej spotyka się ludzi sympatycznych.

'Nasza kolej jest najlepsza w regionie' (Fot. Archiwum prywatne)

Jako turysta dużo jeździ pan pociągami po Europie. W porównaniu z innymi krajami jak pan widzi naszą kolej?

Nie powinniśmy się porównywać do Francji albo Niemiec, ale do Czech, Węgier, Słowacji i państw nadbałtyckich. Spośród krajów, które należały do bloku wschodniego, mamy najlepszą kolej. Mówię to z pełnym przekonaniem.

Do Zachodu jeszcze trochę nam brakuje, szczególnie jeśli chodzi o prędkość. My na razie piłujemy to 200 na godzinę maksymalnie, w planach mamy 250. Francja i Niemcy od dawna jeżdżą szybciej, ale to wynika z powojennych zaszłości. Gdybyśmy tak jak tamte państwa przyjęli plan Marshalla, nasza kolej również wyglądałaby dziś inaczej.

Wspaniale się słucha, jak opowiada pan o swojej pracy. Tą pasją dzieli się pan m.in. podczas spotkań edukacyjnych z dziećmi. Maluchy chcą zostać w przyszłości wyłącznie youtuberami, czy niektóre marzą, by pana zastąpić?

Owszem, bywa, że snują plany na przyszłość związane z pracą w PKP.

Jak trudno jest zrealizować takie marzenia? Jakie trzeba mieć wykształcenie, żeby zostać kierownikiem pociągu?

Wystarczy średnie. Potem trzeba zrobić kurs na konduktora, przejeździć rok, a potem zrobić jeszcze kurs na kierownika.

A na jakie zarobki można liczyć?

To zależy od tego, w jakiej spółce się jeździ, ale według mnie bez nadgodzin sześć–siedem tys. zł netto kierownik pociągu w naszym kraju zarabia.

Poleca pan tę pracę młodym ludziom?

Uważam, że każdy musi dobrać pracę pod swój charakter. Mnie ta praca cieszy. Sprawia mi frajdę, ale to w dużej mierze wynika z tego, że zrobiłem z niej projekt. Miałem na siebie pomysł.

Traktuję pracę poważnie, ale staram się też nią bawić i opowiadać o niej ludziom. Na luzie.

Dziś jestem najprawdopodobniej najbardziej rozpoznawalnym konduktorem w Polsce. Ostatnio na Messengerze dostałem od fana pytanie, czy sprzedam mu swoje skarpetki. Dziwne uczucie być celebrytą! (śmiech)

Przemysław Brych. W branży od 2012 r. Kierownik pociągu. Inżynier transportu kolejowego. Społecznik, jeden z założycieli Cieszyńskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, które wywalczyło dla tego miasta przywrócenie kluczowych połączeń. Animator zajęć dla dzieci. Na Facebooku funkcjonuje jako Konduktor Przemek. Cieszy go, że jego profil obserwuje m.in. Ministerstwo Infrastruktury, a urzędnicy tego resortu lajkują jego posty. Wydał książkę "Być jak konduktor" i jest w trakcie pisania kolejnej.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.