Włochy to jedna z ulubionych destynacji wakacyjnych Polaków. Uwielbiamy tamtejszą kulturę, zabytki, plaże, a przede wszystkim - kuchnię. A co myśli o Polsce Włoch, który - jak sam mówi - włoską kuchnię ma we krwi?
Coś dziś gotowałeś?
Dziś mam w kuchni totalny chaos, bo robię zdjęcia do nowego e-booka o tiramisu. Przed chwilą zrobiłem tiramisu wytrawne, grzybowo-prawdziwkowe, z połączenia grzybów świeżych i suszonych. Na górze posypałem je suszonymi, żeby imitowały kakao. Zrobię jeszcze tiramisu ananasowe z zieloną herbatą, opalane z góry palnikiem jak crème brûlée.
I to wszystko trzeba zjeść! Zacząłem więc poranek typowo po włosku, z dużą ilością słodyczy. Wleciała też kawa, którą lubię, czyli ristretto, a do tego focaccia przekrojona na pół z pesto i prosciutto cotto.
Mieszkasz w Warszawie od ponad sześciu lat i nadal jadasz po włosku.
Włoską kuchnię mam we krwi. Jestem Włochem, większość swojego życia spędziłem we Włoszech i na co dzień nie potrafię jeść inaczej. Lubię kuchnię azjatycką ze wszystkimi jej kolorami i smakami, lubię niektóre dania kuchni polskiej, ale koniec końców i tak wybieram włoską. Lubię włoskie składniki i włoski układ posiłków – antipasti, pierwsze danie, drugie, a na końcu deser. Aż szkoda się od tego odkleić.
Doskonale cię rozumiem, bo kuchnia włoska jest moim zdaniem najlepsza na świecie. A co lubisz w polskiej?
Bardzo lubię zupę grzybową, żurek i pierogi z grzybami. Lubię też niektóre polskie sery, takie jak koryciński czy oscypek, ale szczególną sympatią darzę kabanosy. Moja mama jest Polką, więc gdy babcia przyjeżdżała do nas do Włoch, przywoziła mnie i mojemu bratu walizkę pełną wszelkiego rodzaju kabanosów. W domu wszędzie pachniało wtedy kabanosami, do dziś pamiętam ten niesamowity zapach polskiej wędliny.
W mojej rodzinie nie wszyscy potrafią dobrze gotować, ale wszyscy lubią dobrze zjeść. Lubimy składniki dobrej jakości. Tata zawodowo dużo podróżował i przywoził z tych podróży całe skrzynki pomarańczy, cytryn i dobrej mozzarelli czy pomidorów. Zawsze celebrowaliśmy jedzenie.
W Italii, podobnie jak w Polsce, szczególnie ceni się domową kuchnię. Gotujemy całymi rodzinami, z przyjaciółmi, kuzynami i znajomymi. U mnie w domu na co dzień gotowała mama, a w każdą niedzielę jeździliśmy do naszej włoskiej nonny, czyli babci ze strony taty, która gromadziła całą rodzinę w domku w lesie niedaleko Rzymu, w regionie Castelli Romani. Czasem do wspólnego stołu zasiadało nawet 30 osób.
Przepraszam cię na sekundę, bo chyba mi się przypiekł ananas, który zostawiłem w piekarniku… Na szczęście węch mam dobry, przyrumienił się, ale nie spalił, zobacz!
Rzeczywiście! Co gotowała nonna?
Nonna zamykała się w kuchni już o dziewiątej rano i przyrządzała cukinie, mięsa, makarony, ryby oraz grzyby, które wcześniej zbierał wujek. Jedną ręką mieszała polentę, a drugą sosy z mięsa i pomidorów. Potem zjeżdżali się goście i biesiadowali do późna. Zastanawiasz się pewnie, jak babcia to wszystko robiła? W tym tkwi właśnie magia włoskiej nonny, każdy Włoch to wie. Rodzinne spotkania przy suto zastawionym stole zainspirowały mnie do napisania książki "Włoska uczta". Wychowałem się wokół gotowania, więc zawarłem w tej książce wszystko, co podpatrzyłem i wchłonąłem jako dzieciak. Pasję i miłość, z jaką gotowała moja babcia.
Były makarony, mięsa, warzywa, grzyby, a na deser? Tiramisu takie jak to, które teraz przyrządzasz?
Różnie, chociaż zawsze ktoś przynosił brytfankę tiramisu – zazwyczaj była to moja kuzynka. Ale mnie akurat jej tiramisu nie smakowało, bo było za mocno kawowe. Jedliśmy też inne słodycze: ptysie, ciastka i rurki.
Zazwyczaj mój tata albo jeden z wujków przynosił tacę pełną słodkości i każdy brał sobie po kawałku albo po pół. Babcia scalała całą rodzinę swoją obecnością i swoim jedzeniem w tym domku w lesie. Kiedy odeszła, trochę się jeszcze spotykaliśmy, ale z czasem przestaliśmy, bo każdy zajął się swoimi sprawami. Oczywiście spotykamy się co jakiś czas, ale nie co tydzień. Ja w Warszawie robię często nie domówki, tylko tarasówki. Wynoszę na zewnątrz mobilny blat kuchenny, parę palników na indukcję, grill i gotuję. Zwykle serwuję mięsa, cukinię, bakłażan i chleb, taki włoski bufet. Bardzo lubię gościć ludzi.
Jestem ciekawa, w jakim domu wyrosłeś? We Włoszech wciąż jest wielu mammoni, czyli dorosłych mężczyzn pozostających pod skrzydłami mamy.
Moja mama zawsze była bardzo kochająca, ale też bardzo włoska pod kątem temperamentu, gotowania czy podejścia do życia. W końcu 30 lat mieszkała we Włoszech, więc nasiąkała włoską mentalnością. Rodzice dużo podróżowali, więc zdarzało się, że zostawaliśmy z bratem sami w domu. Potem brat się wyprowadził, wyprowadził się też tata, a po nim mama i zostałem sam. Więc raczej do mammoni nie należę, bo już jako 26-latek byłem samodzielny. Podczas gdy moi przyjaciele – mimo że mieli możliwość samodzielnego życia – czekali czasem aż do 37. roku życia. Ja mieszkałem sam we Włoszech do 27. roku życia, tam się wychowałem i skończyłem studia na kierunku zarządzanie i marketing.
Inna sprawa, że wielu młodym Włochom trudno wyprowadzić się z domu, ponieważ ceny wynajmu mieszkań są kosmiczne. Często młodzi pracują, ale to bezpłatne staże. Włochy to kraj, w którym głównie starsi pracują, a młodym jest trudno się przebić. Wyjeżdżają więc za granicę i po wielu latach wracają do kraju. Wtedy dostają pracę i wysokie stanowiska.
A ty dlaczego postanowiłeś przyjechać do Polski?
Mnie skłonił "MasterChef". Wziąłem udział w szóstej edycji programu, ale nie wiedziałem, co będzie dalej. Zawsze mówiłem, że mogę się przeprowadzić wszędzie, tylko nie do Polski. A przyjechałem tutaj i zostałem. Lubię wykorzystywać okazje, bo dopóki nie spróbuję, to nie wiem. Po programie zdecydowałem dać sobie najpierw sześć miesięcy, żeby zobaczyć, jak będzie mi w Polsce. Po tych sześciu miesiącach zostałem na kolejne sześć, a w tej chwili to zamieniło się w ponad sześć lat.
W przepisie na makaron z cukinią mówisz tak: "Siekać, jakby nie było jutra, pieprzyć, ale nie spieprzyć, dodać pożeracza wampirów, czyli czosnek, do tego makaron, prosty, nie jak życie, i ser dojrzały, nie taki jak twój były". Świetnie bawisz się polskim.
To jest z życia wzięte! Od dziecka uwielbiam się bawić słowami i rozkminiać ich etymologię. Bawię się w różne skojarzenia, łącząc włoski, angielski i polski. Gdy przeprowadziłem się do Polski, często żartowałem ze znajomymi i nauczyłem się dużo nowych słów.
Mama od zawsze mówiła po polsku, więc nasiąkałem tym językiem, podobnie jak babcia, która często przyjeżdżała do nas do Włoch. Ale pisać po polsku nauczyłem się dopiero tutaj.
A jak oceniasz różnice między polską a włoską mentalnością? Moja znajoma, która tak jak ty ma ojca Włocha i mamę Polkę, mówi, że Polacy często niepotrzebnie owijają w bawełnę, zamiast mówić wprost.
Masz na myśli bycie bezpośrednim? Polacy chcą być zawsze politycznie poprawni, czasem aż do bólu. Nie chcą sprawiać innym przykrości. Włosi są inni – gdy ktoś jest zmęczony, to mówi do gości, że chce odpocząć, oni wychodzą i nie widzą w tym żadnego problemu. Po prostu nie robimy sobie kłopotu, jesteśmy dużo bardziej otwarci i komunikatywni. To widać, gdy się kogoś poznaje. Więcej z siebie dajemy i pozwalamy się poznać. Polacy często tworzą dystans, gdy nie wiedzą, kto jest po drugiej stronie. Otwierają się dopiero wtedy, jak razem popiją.
Ja stawiam na szczerość, bo uważam, że im bardziej jesteś szczery, tym bardziej możesz sprostać czyimś oczekiwaniom. My, Włosi, nie ukrywamy emocji, zarówno złości, jak i radości czy miłości.
Co cię najbardziej zaskoczyło w Polsce?
Rytm codziennego życia. Jak zapraszam kogoś z polskich znajomych na kolację, to on zwykle proponuje osiemnastą, a ja mówię zazwyczaj: To widzimy się o 21.00. No, najwcześniej o 20.30. Nadal tego nie rozumiem i boli mnie to, że tak mało jest miejsc, w których kuchnia jest otwarta dłużej niż do 21.00. Tu tęsknię za Włochami, gdzie kuchnie w restauracjach są otwarte co najmniej do 23.00, a często, gdy są goście, o wiele dłużej. A wy chodzicie spać głodni.
Włosi chodzą spać najedzeni, a poza tym żyją wolniej niż Polacy, prawda?
Tak, my nie pędzimy. Im szybciej żyjesz, tym więcej masz stresu, a ten nie jest przecież dobry. Warszawa to trochę taki polski Mediolan, gdzie wszyscy pędzą i zapominają, żeby zjeść coś dobrego i to docenić, a nie zapychać i zapychać. Kolacja w godzinę? Półtorej albo dwie to minimum, żeby delektować się nie tylko jedzeniem, ale i życiem. Zwłaszcza jak jest tak piękna pogoda! Można zjeść makaron między 13.00 a 14.00, potem parę godzin na odpoczynek, a po nim można znów pracować. Ja w domu najchętniej robię sobie makaron spaghetti z pomidorami na oliwie, trochę czosnku, bazylii oraz startego sera i skórki cytryny.
Po prostu?
Proste i pyszniutkie! Wieczorem zwykle jem rybę albo owoce morza. Natomiast gdy jem na mieście, to najczęściej idę na prawdziwe polskie jedzenie, zwłaszcza tradycyjne. Próbuję podrobów, smalcu, pierogów w różnych kombinacjach. Nie ukrywam, że polska kuchnia jest dla mnie zupowo-tłuściutko-ziemniaczana.
Widzisz i pewnie dlatego staramy się nie jadać po nocach!
W kuchni włoskiej są niepisane zasady, których przestrzegamy od pokoleń. Co ciekawe, powstały dawno temu, gdy nikt jeszcze nie słyszał o zdrowym odżywianiu. Pewnie się zastanawiasz, czemu Włosi jedzą tyle węglowodanów, a nie tyją? A to dlatego, że zaczynamy posiłek od antipasti, czyli przekąsek z warzyw, np. cukinii, bakłażana, karczocha i pomidora, które mają sporo błonnika. Dzięki nim wolniej wchłaniamy węglowodany i nie mamy nagłych skoków poziomu cukru. Potem je się primi piatti, czyli dania węglowodanowe z makaronem lub ryżem, a po nich secondi piatti z mięsem, rybami lub owocami morza. Na koniec deser i kawa, której we Włoszech nigdy nie pija się przed posiłkiem czy w jego trakcie.
Jadamy regularnie. Ja zaczynam dzień od małego śniadania, o 11.00 jem małą przekąskę, a między 13.00 a 14.00 obiad. Około 15.00 kolejna przekąska, około 18.00 czas na aperitivo z przyjaciółmi, a o 20.00 kolacja. Odkąd mieszkam w Polsce, bardziej doceniłem Włochy. Patrzę na nie bardziej jak turysta, podziwiam piękne miejsca w Rzymie i rozumiem, dlaczego Polacy tak bardzo kochają Włochy. Nie zwracam też wtedy uwagi na rzeczy, które męczą każdego Włocha, chociażby na wszechogarniającą biurokrację.
Słyszałam od znajomego Włocha, że jedynym momentem, kiedy wszystko da się szybko załatwić, jest pogrzeb.
Biurokracja we Włoszech rzeczywiście jest tragiczna, a poza tym mamy gigantyczne bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych. O ile dobrze pamiętam, wynosi ono ponad 40 proc. wśród ludzi około 30. roku życia. Ja miałem swoją firmę – byłem pilotem dronów – i żyło mi się całkiem nieźle, ale moim rówieśnikom nie zawsze wiodło się tak dobrze [obecnie bezrobocie dotyka 18 proc. młodych Włochów – przyp. red.].
Włochy nie są też tak bezpieczne jak Polska. W ostatnim raporcie Unii Europejskiej "Quality of life in European cities" w kategorii "najniebezpieczniejsze miasta na samotne wędrówki po zmroku" wygrywa właśnie mój rodzinny Rzym. W Warszawie, gdzie mieszkam, mogę chodzić po ulicach nocą bez najmniejszego strachu. Tak, czuję się tu bardzo bezpiecznie.
Co jeszcze podoba ci się w mieszkaniu tutaj?
Gdy przeprowadziłem się do Polski, zszokowało mnie, że na przystankach autobusowych wiszą rozkłady jazdy i autobusy się ich trzymają! We Włoszech nie ma szans, żeby autobus przyjechał punktualnie. Równie dobrze możesz sobie rzucić kostką. Dużo łatwiej jest wygrać w totolotka, niż zgadnąć, kiedy przyjedzie autobus.
Lubię też w Polsce zaawansowaną technologię – mam na myśli płacenie telefonem i to, że nie muszę nosić przy sobie gotówki. Wygodnym rozwiązaniem jest profil zaufany, to jest coś cudownego. Podoba mi się również polska przyroda. Nie jest ona co prawda tak zróżnicowana jak we Włoszech, ale za to jest tak zielono. Moja mama mieszka w Sopocie i chętnie do niej jeżdżę, bo polskie Wybrzeże to dużo świeżego powietrza i dużo natury. Zresztą Trójmiasto jest dla mnie jednym z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Jednym słowem: nie narzekam.
A narzekasz, gdy ktoś dodaje śmietanę do carbonary?
Nie dodaje się śmietany do carbonary. Czy mam to sobie wytatuować? Szkoda kubków smakowych. Niektórzy dodają śmietanę po to, żeby się jajko nie ścięło, a wystarczy trochę uwagi przy przygotowaniu carbonary i się nie zetnie.
A dopuszczasz keczup do pizzy?
To jest prawdziwe zabójstwo włoskiej kultury! Oczywiście nie oburza mnie to, jeśli ktoś lubi pizzę z keczupem i ananasem, to proszę bardzo, ale nie nazywajmy jej pizzą włoską, tylko amerykańską. Ona nie pasuje do tradycji włoskiej. Jeśli ktoś lubi takie połączenia, to kim jestem, żeby mu nie pozwolić?
Gdybyś miał w Polsce włoską restaurację, to podawałbyś pizzę z keczupem i ananasem?
Ostatnio widziałem w internecie filmik o restauracji włoskiej, gdzie wszystkie pizze są po 8–12 euro, a za hawajską właściciel kasuje 100 euro. Taki mandat za obrażanie włoskiej kuchni. Bardzo mi się to podoba. Gdybym miał swoją restaurację, chyba bym to stosował.
Rozmowa została pierwotnie opublikowana 4 września 2024 roku.
Matteo Brunetti. Finalista szóstej edycji programu MasterChef. Urodził się we Włoszech. Jego mama jest Polką, a tata Włochem. Ambasador włoskiej kuchni i tradycji. Mieszka w Warszawie.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.