Rozmowa
Król Karol III podczas spotkania z poddanymi, 10 lipca 2025 r. (Fot. REUTERS/John Phillips)
Król Karol III podczas spotkania z poddanymi, 10 lipca 2025 r. (Fot. REUTERS/John Phillips)

Czy król Wielkiej Brytanii Karol III widzi siebie jako strażnika tradycji, czy raczej jako cichego reformatora? 

Myślę, że po trochu jedno i drugie. Karol jest historykiem z wykształcenia, ale też – w pewnym sensie – zakładnikiem historii. Są rzeczy, które chce zmieniać: drobne reformy, poprawki. Ale jednocześnie ma pełną świadomość, że nie może naruszyć tego, co najważniejsze: zasady, że monarcha konstytucyjny działa wyłącznie w ramach wyznaczonych przez rząd. 

Jako książę Walii bywał bardzo otwarty, także wobec mediów. Jako król przestał rozmawiać z dziennikarzami: nie udziela wywiadów, unika bezpośrednich wypowiedzi. 

Wiele osób zakładało, że skoro jako książę Walii Karol III głośno wypowiadał się o architekturze, edukacji czy środowisku, to będzie tak samo aktywny jako król. Tymczasem on dobrze wie, że rola monarchy nie polega na politycznym zaangażowaniu. Miałem okazję rozmawiać z nim kilka razy, m.in. przy okazji programu z okazji jego 60. urodzin. Już wtedy bardzo pilnował, żeby nie przekraczać granic wyznaczonych dla monarchii konstytucyjnej. Jako książę Walii był aktywniejszy, ale jako król natychmiast się wycofał z publicznych wypowiedzi. 

Krytycy obawiali się, że będzie "politycznym monarchą", ale nie mają dziś na to żadnych dowodów. Karol jest ostrożny. Przykład? Gdy odbywała się ważna konferencja klimatyczna, nie pojechał na nią, choć wcześniej, jako książę, bywał obecny. Zamiast tego zaprosił delegatów do Pałacu Buckingham. Nie wygłosił przemówienia, nie narzucał swojego zdania, po prostu stworzył przestrzeń do rozmowy. 

Kilka lat temu powiedział mi, że jego rola powinna według niego polegać na wykorzystaniu "siły konwencji" – tej miękkiej władzy, która pozwala ludziom się spotkać i rozmawiać. Bez wskazywania rozwiązań, bez wywierania presji. To właśnie jego rozumienie królewskiej odpowiedzialności. 

Król Karol nie angażuje się w partyjną politykę, ale bardzo interesuje go wspieranie rządu. Na zdjęciu z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem podczas jego wizyty (Fot. REUTERS/Eliot Blondet)

Czy to prawda, że przez lata Brytyjczycy woleli, żeby to William został królem?  

Ma pan rację, tak było zwłaszcza w latach 90. Po rozwodzie Karola z Dianą i jej tragicznej śmierci pojawiały się głosy, że może lepiej byłoby, gdyby to William został królem. Ale to nigdy nie były poważne propozycje, raczej sondażowe hasła bez głębszego znaczenia. 

Dlaczego? 

Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli monarchia zacznie funkcjonować jak reality show, w którym zmieniamy głowę państwa jak prowadzącego program, to bardzo szybko ktoś zapyta: "Po co nam w ogóle monarchia?". A stąd już tylko krok do republiki. 

Po drugie, sam William nie miał najmniejszej ochoty na tę rolę. W przeciwieństwie do Karola, który był zawsze bardziej refleksyjny, filozoficzny, pełen wewnętrznych przemyśleń, jego syn, choć poważnie traktuje swoje obowiązki, nie miał nigdy potrzeby formułowania wizji siebie jako króla. On po prostu chciał być ojcem, mężem i robić swoje. Kiedy rozmawiałem z nim kilka lat temu, mówił: "Nie myślę o tym. Lubię swoją pracę pilota helikoptera ratunkowego. Chcę po prostu żyć na tyle normalnie, na ile to możliwe".  

W książce "Karol III. Życie i dwór nowego króla" pisze pan o symbolicznej przemianie – od corgi królowej Elżbiety do jack russell terriera Karola III. Obrazek może i zabawny, ale czy naprawdę mówi nam coś głębszego o stylu nowego władcy? Czy król celowo stara się pokazać, że jest inny? A może po prostu ma inne upodobania? 

Król ma inny gust, inny styl, inne poczucie tonu niż jego matka, ale to nam dużo o nim mówi. Inny pupil to swego rodzaju symbol. Karol np. od zawsze interesował się sztuką, o wiele bardziej niż Elżbieta II. Powiedział mi kiedyś, że gdyby mógł na jeden dzień przestać być królem, poszedłby po prostu na spokojne zakupy do sklepu z antykami. 

Jeszcze jako książę miał poczucie, że nie może się angażować w zarządzanie królewską kolekcją sztuki – to było terytorium monarchy. Ale gdy sam został królem, od razu zaczął porządkować ten obszar, choć w sposób niedostrzegalny dla opinii publicznej. Zmienił też styl dworskich przyjęć – dziś przypominają one raczej towarzyski tłum niż elegancki ceremoniał. 

Król Karol III wraz z małżonką królową Camillą (Fot. REUTERS/Eliot Blondet)

Gdy go szukasz w sali pełnej ludzi, zobaczysz tylko gęsty tłum, jak w rugby. On gdzieś tam jest, pośrodku, i doskonale się w tym czuje. Jak sam mówi: "Ludzie przychodzą tu nie tylko po to, żeby zobaczyć mnie, ale też żeby zobaczyć siebie nawzajem. Więc zróbmy z tego imprezę". 

A jakie są inne przykłady tego, że coś się jednak zmieniło?  

Król Karol nie angażuje się w partyjną politykę, ale bardzo interesuje go wspieranie rządu – zarówno poprzedniego, konserwatywnego, jak i obecnego, laburzystowskiego [rząd wywodzący się z Partii Pracy, ang. Labour Party – przyp. red.]. Często pyta: "Czy mogę w czymś pomóc?". I czasem potrafi naprawdę odmienić sytuację. 

Gdy rząd Rishiego Sunaka organizował niezbyt udaną konferencję o bioróżnorodności, Karol zaproponował, że zaprosi delegatów do Pałacu Buckingham na nieformalne spotkanie. To wystarczyło, by wydarzenie zyskało międzynarodowe zainteresowanie i nagle wszyscy chcieli wziąć w nim udział. 

Podobnie było, gdy zaproponował zorganizowanie przyjęcia dla ludzi z branży kreatywnej – od Ridleya Scotta i znanych aktorów po techników, scenografów i operatorów dźwięku. 4 tys. osób przyszło do pałacu i poczuło się dostrzeżonymi. Tak działa Karol – wspiera ważne sektory bez angażowania się w politykę. 

Widać też, że jako król jest dużym atutem dyplomatycznym. Wielu światowych przywódców może niekoniecznie zabiega o spotkanie z brytyjskim premierem, ale chętnie zobaczą się z monarchą. To działa – i to właśnie potrafi wykorzystać. 

Jak w każdej rodzinie – także królewskiej – nie brakuje trudnych spraw. Jedną z nich pozostaje oczywiście odejście Harry’ego i Meghan. Z pana książki wynika, że król Karol chciałby jednak iść dalej i zamknąć ten rozdział.  

Gdyby król Karol był dziś na emeryturze i miał więcej spokoju, pewnie bardzo chciałby się pojednać z Harrym. Ale jako monarcha nie może sobie na to pozwolić – głównie z powodów konstytucyjnych. 

Książę William wraz z rodziną (od lewej książę George, książę Louis i księżniczka Charlotte, w środku zdjęcia u góry - księżna Kate) i król Karol III podczas Trooping the Colour, 15 czerwca 2024 r. (Fot. Pete Hancock/Shutterstock)

Harry toczył bowiem otwarty spór prawny z brytyjskim rządem o kwestie ochrony. Przegrał proces dotyczący prawa do policyjnej ochrony podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. W dodatku publicznie wypowiada się o prywatnych rozmowach z ojcem, często w sposób, który może sugerować, że Karol ma opinię na temat działań rządu, a to w monarchii konstytucyjnej absolutnie niedopuszczalne. Dlatego rozmowa z synem może wciągnąć króla w konflikt polityczny, co z jego pozycji jest niemożliwe.  

Z relacją Harry’ego z Williamem jest inaczej. Tam pęknięcie wydaje się głębsze i bardziej osobiste. Mimo wszystko Karol wciąż, jak sądzę, ma nadzieję, że z Harrym da się jeszcze kiedyś porozmawiać. Ale teraz, jako głowa państwa, ma inne obowiązki, a sprawy z Harrym wciąż wymykają się spod kontroli. 

Muszę zapytać też o księcia Yorku Andrzeja, w przeszłości oskarżonego o wykorzystanie seksualne [sprawa zakończyła się ugodą – przyp. red.], wiązanego z listami Jeffreya Epsteina. Czy to podobna sytuacja? Czy król właśnie dlatego, że jest monarchą, musi całkowicie wycofać się z jakiegokolwiek zaangażowania w tę sprawę? 

Bycie królem nie oznacza, że przestaje się być bratem. W przypadku księcia Andrzeja Karol nie stoi jednak w obliczu konfliktu konstytucyjnego – jak z Harrym – ale problemu reputacyjnego. Andrew chce wrócić do życia publicznego, tylko że… nikt tego nie chce. Społeczeństwo go odrzuca, a bez poparcia opinii publicznej nie ma mowy o oficjalnej roli. 

Karol nie odciął go całkowicie, nie wyrzucił z rodziny. Pozwala mu uczestniczyć w prywatnych uroczystościach, takich jak święta, ale nie ma już miejsca dla niego w roli reprezentacyjnej. Król wyraźnie zaznaczył, że jeśli Andrew chce mieszkać w królewskiej posiadłości – a formalnie ma do tego prawo – to musi sam być w stanie to sfinansować. Nie otrzyma w tym zakresie wsparcia. 

Andrew próbował się postawić, ale Karol pozostał nieugięty. W pałacu panuje przekonanie, że jego rola w monarchii się skończyła. Nie ma wywiadów, nie ma książek, nie ma publicznych oskarżeń – jak w przypadku Harry’ego – ale też nie ma powrotu do życia oficjalnego. To koniec jego publicznej roli. 

Na koniec pytanie trochę inne niż dotąd. Wiele osób, także w Polsce i po drugiej stronie Atlantyku, zna monarchię głównie z serialu "The Crown". Czy pana zdaniem, jako osoby, która ma wiedzę o brytyjskiej rodzinie królewskiej większą niż ktokolwiek inny, serial dobrze oddaje fakty?  

Nie jestem fanem "The Crown". Nie chodzi mi o samą licencję artystyczną – rozumiem, że dramatyzując historię, czasem trzeba coś uprościć czy podkoloryzować. Ale uważam, że już sama koncepcja serialu była błędna. Próbowano opowiedzieć całe życie królowej Elżbiety II – kobiety, która w momencie emisji wciąż żyła i pełniła obowiązki, aż do swojej śmierci. 

Książę Harry toczy otwarty spór prawny z brytyjskim rządem. Na zdjęciu wraz z żoną Meghan w 2021 roku (Fot. Lev Radin/Shutterstock)

Oglądałem pierwszy sezon i muszę przyznać, realizacja była imponująca, produkcja na najwyższym poziomie, ogromny budżet, dbałość o detale. Ale już wtedy zauważyłem poważne błędy. A autor scenariusza przyznał w wywiadzie, że nie zależało mu na faktach, tylko na "prawdzie emocjonalnej". To bardzo niebezpieczne podejście, zwłaszcza gdy mówimy o osobach publicznych. Jak wyglądałby świat, gdyby dziennikarze tak podchodzili do swojej pracy? 

Z każdą kolejną serią było coraz gorzej. W jednej ze scen mała Elżbieta siedzi w Windsorze, a nad zamkiem przelatują bombowce Lancaster, choć w rzeczywistości te samoloty nie istniały w roku, który pokazano. W innym odcinku Karol rozmawia z księciem Gloucester o swojej dziewczynie, mimo że ten książę nie żył już od czterech lat. 

Zobacz wideo "Downton Abbey" przedstawia nam Wielką Brytanię, której nigdy nie bedziemy mieli szansy poznać [Popkultura]

Przecież to są podstawowe błędy, które można zweryfikować w Wikipedii.  

Ale scenarzyści nawet tego nie sprawdzają, a aktorzy nie wiedzieli, kogo grają. Serial daleko odszedł od faktów.  

To jednak nie są największe grzechy jego twórców. Zbliżając się do współczesności, przekroczył on granice fabularnej fikcji. Choćby tragiczna katastrofa w Aberfan w 1966 roku, gdy osunięcie się kopalnianej hałdy zabiło ponad sto dzieci. Serial sugeruje, że królowa nie przejęła się tragedią, co jest zupełnie nieprawdziwe. Była głęboko poruszona, ale nie pojawiła się od razu, bo bała się, że jej obecność przyćmi żałobę mieszkańców. Zamiast tego pokazano ją jako chłodną, nieczułą – to po prostu krzywdzące. 

Uważam, że Olivia Colman, choć wielka aktorka, stworzyła ze wszystkich trzech kobiet odgrywających królową najmniej wiarygodny portret Elżbiety II. A potem przyszedł czas na lata Thatcher i kolejne absurdy. Margaret Thatcher pokazana jest niemal jak karykatura, a królowa – jako osoba aktywnie próbująca destabilizować jej rząd. Serial sugeruje, że monarchia spiskowała przeciwko demokratycznie wybranej premier. 

I niestety, wiele osób wierzy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. A to już nie jest tylko fikcja – to nieuczciwe pisanie historii. 

Radosław Korzycki. Dziennikarz, który zajmuje się polityką zagraniczną, głównie amerykańską oraz relacjami transatlantyckimi. Publikował m.in. w "Polityce", "Tygodniku Powszechnym", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku". Regularnie komentuje tematy amerykańskie na antenie TOK FM. Autor korespondencji i reportaży z USA.