Przeglądając ogłoszenia o występach flamenco w Sewilli, natknęłam się na takie, w których wyraźnie zaznaczono, że na scenie można podziwiać tancerzy pochodzących nie tylko z Hiszpanii.
Sewilla jest dla flamenco tym, czym dla filmu Hollywood. Jeśli ktoś ma marzenie, by nauczyć się flamenco, pierwsza myśl to: pojechać do Sewilli. To tutaj powstało wiele stylów, a karierę rozpoczynali liczni znani tancerze, śpiewacy oraz gitarzyści.
Mieszkasz w Sewilli od 14 lat. W tym czasie poznałaś osoby z jakich krajów?
Przeróżnych! Moi znajomi to absolutnie multikulturowe grono. Niech sobie przypomnę, kogo poznałam w pierwszym roku… Była oczywiście Japonka, dziewczyna z Malty, kilka osób z Francji i Niemiec, Amerykanka, Kanadyjka, Chinka, Tajwanka, Rosjanka i Meksykanka. A w kolejnych latach pojawiały się osoby z kolejnych krajów, choćby Indii i Australii. Łatwiej byłoby mi wymienić nacje, z którymi się nie zetknęłam, niż odwrotnie.
Pasja łączy ludzi bez względu na jakiekolwiek granice i to jest coś niesamowitego!
Dlaczego podkreśliłaś, że w gronie znajomych "oczywiście" była Japonka?
(śmiech) U moich japońskich znajomych obserwuję, że kiedy się już czymś interesują, to na całego. Są tak samo wkręceni we flamenco jak w Chopina. W ich kraju jest więcej szkół flamenco niż w całej Hiszpanii!
Ale jak wspomniałam, przyjeżdżają tutaj osoby z całego świata. Kiedy się wchodzi do szkoły flamenco w Sewilli, mniej więcej 80 proc. uczących się pochodzi spoza Hiszpanii. Natomiast kiedy wejdziemy już do świata profesjonalnego i spojrzymy na tancerzy, proporcja jest odwrócona.
Jak do tego doszło, że w tym elitarnym gronie znalazłaś się ty, dziewczyna z Krosna?
Nie z Krosna, a z Frysztaka, małej wsi na Podkarpaciu. To bardzo mała miejscowość. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do niej z mężem…
Dodam, że Diaa jest Syryjczykiem.
…niektórzy reagowali bardzo pozytywnie, ale pojawiały się również stereotypowe komentarze. Na szczęście czas sprawił, że nasz związek przestał budzić emocje.
O waszą miłość i małżeństwo będę oczywiście pytać, ale wróćmy jeszcze do czasów, kiedy byłaś nastolatką.
Krosno jest miastem, z którym czuję się silnie związana od czasów licealnych. Tam chodziłam nie tylko do liceum, ale też do ogniska muzycznego, gdzie uczyłam się gry na gitarze klasycznej. Któregoś dnia wywieszono plakat informujący o festiwalu w Krzyżowej. Pojechałam, a na miejscu okazało się, że odbywają się też zajęcia z gitary oraz tańca flamenco. Stwierdziłam: poruszam się trochę.
Kiedy zobaczyłam tancerkę występującą na scenie, oniemiałam! To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Ile miałaś lat?
16.
"Pięknych chwil się nie planuje, one zdarzają się same": zapamiętałam taką myśl, którą ktoś napisał sprayem na ścianie. Tamtego poranka nie mogłaś wiedzieć, że to będzie przełomowy dzień w twoim życiu.
Ta siła, która wypływa z tańca, ta wolność – zafascynowało mnie to niesamowicie!
Po powrocie do domu powiedziałam sobie: tutaj, w Krośnie, nie mam do tego świata żadnego dostępu. Muszę pojechać na studia do miasta, w którym są szkoły flamenco. W Warszawie działały trzy. Wyjechałam więc na studia lingwistyczne do stolicy i od razu zapisałam się do szkoły tańca.
Ktoś mógłby powiedzieć: co to za kryterium wyboru miejsca studiowania?! Ale ja to w pełni rozumiem. Podążałaś za instynktem, za pasją.
Życie bez pasji byłoby takie smutne!
Na pierwszym roku chodziłam na zajęcia raz w tygodniu, potem dwa, trzy, aż ostatecznie wykupowałam karnet open i chodziłam na wszystko, co się dało. (śmiech) Nie było dnia bez flamenco.
Zawładnęło mną to totalnie, więc zaczęłam się zastanawiać, co więcej mogę w tym kierunku zrobić. Jednocześnie kończyły się studia, a po praktykach w biurze tłumaczeń wiedziałam już na pewno, że nie tak będzie wyglądało moje życie.
Złożyłam podanie do Fundacji Cristiny Heeren [organizacja non profit, której działania koncentrują się na zachowaniu, nauczaniu i promocji flamenco; od 1996 roku, kiedy otwarto Międzynarodową Szkołę Sztuki Flamenco, wspiera szkolenie artystów – przyp. red.] w Sewilli i zostałam przyjęta. W 2011 roku przeprowadziłam się do Hiszpanii. Bardzo się przykładałam do nauki. Poza zajęciami w fundacji chodziłam jeszcze na zajęcia do wielu nauczycieli do prywatnych szkół tańca.
To musiało sporo kosztować?
Na szczęście miałam możliwość dorabiania dorywczymi pracami tłumaczeniowymi.
Myślę, że dziadkowie i część znajomych spodziewali się, że po roku, maksymalnie dwóch wrócę do kraju. Nie było na to szans. W Sewilli czułam się tak szczęśliwa, jakbym unosiła się nad ziemią. Nie tylko tańczyłam, ale też chodziłam na liczne koncerty i spotkania miłośników flamenco. Coś wspaniałego!
W którym momencie tej historii pojawia się twój mąż?
Właściwie od początku był obecny. Z czasem zmienił się tylko charakter naszej znajomości. Poznaliśmy się w szkole flamenco. Pod koniec pierwszego roku coś zaczęło iskrzyć, zeszliśmy się w 2013 roku, a ślub wzięliśmy trzy lata później.
Ceremonia odbyła się w Hiszpanii. Szłaś do ślubu w sukni do tańca flamenco?
Wyjątkowo nie. (śmiech) Suknia była biała i skromna. Samodzielnie wyhaftowałam koralikami jej rękawy. Ale podczas ceremonii flamenco było wszechobecne. Nasza świadkowa, która jest śpiewaczką flamenco, śpiewała, a gitarzysta grał. Wśród gości byli nasi przyjaciele oraz mistrzowie – nasi nauczyciele. W prezencie dostałam manton, czyli haftowaną chustę z frędzlami, a mąż baston – laskę, którą wystukuje się rytm.
Naszym tzw. pierwszym tańcem po ślubie było flamenco. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Promieniałam!
Mój mąż jest wspaniałym człowiekiem. Od samego początku miałam pewność, jak bardzo jest zaangażowany, jak bardzo mu zależy na naszej relacji.
Czy różnice narodowościowe odgrywają w waszym związku jakąkolwiek rolę?
Absolutnie nie. Jasne, że są między nami różnice, ale one nie wynikają z kwestii narodowościowych ani religijnych – oboje jesteśmy osobami uduchowionymi – tylko charakterologicznych. Wydaje mi się, że to absolutnie naturalne. Dwoje ludzi się poznaje, odkrywa przed sobą, uczy siebie. Związek to jest praca. Docieranie się.
Ja jestem osobą spokojną i stonowaną, a Diaa pełną energii i pasji. Ja jestem w naszym związku wodą, on ogniem. To on jest aktywny, on działa, pcha wszystko do przodu.
To on rzucił pomysł: zakładamy własną szkołę tańca?
To było nasze wspólne marzenie, natomiast to jego siła i determinacja sprawiły, że marzenia się urzeczywistniły.
Znam nauczycielki i nauczycieli flamenco, którzy pochodzą spoza Hiszpanii, ale o drugiej szkole tańca, którą prowadzą osoby przyjezdne, nie słyszałam.
Wasi uczniowie nie dziwią się, że będą ich uczyli Polka i Syryjczyk?
Być może niektórzy się dziwią, ale w zdecydowanej większości przypadków jest tak, że osoby, które przychodzą do nas, doskonale wiedzą, u kogo będą się uczyć.
Czyli macie wyrobioną markę. W którym roku po raz pierwszy to ciebie można było podziwiać na scenie jako bailaora de flamenco – tancerkę flamenco, tak jak ty podziwiałaś tamtą artystkę w Krzyżowej?
Pomniejsze występy finałowe w szkołach tańca były jeszcze w czasie studiów, ale pierwszy prawdziwy, profesjonalny występ mieliśmy wspólnie z mężem tutaj, w Sewilli. Był rok 2013. Wystąpiliśmy w tablao…
Czyli?
Tablao to bar lub restauracja ze sceną, gdzie odbywają się tradycyjne występy. Są takie, gdzie nie ma baru i tylko ogląda się przedstawienie, ale są i takie, gdzie w przerwie publiczność może wypić lampkę wina czy dobrze zjeść.
Ja i Diaa wystąpiliśmy po raz pierwszy w miejscu, które już niestety nie istnieje. Nazywało się La Caja Negra. To było ogromne przeżycie! Na widowni siedziało bardzo wielu naszych przyjaciół. Energia była niesamowita. Czułam, jak płynęła od nich czysta miłość! Po powrocie do domu nie mogliśmy zasnąć. Ciągle się śmialiśmy, ponieważ w głowie i on, i ja ciągle tańczyliśmy. (śmiech) Opowiadaliśmy sobie, co kto właśnie odtwarza.
Następnego dnia poszliśmy do szkoły, gdzie się uczyliśmy, a maestra mówi: "Mój znajomy krytyk był na waszym występie. Zachwycił się!".
Wydrukowała jego wpis z bloga. Czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Tyle tam było ciepłych słów! Mam ten tekst do dziś. (śmiech) Tytuł brzmiał: "Został nam już tylko śpiew", dlatego że z całego zespołu, który występował, tylko śpiewak był Hiszpanem. Gitarzyści, a było ich dwóch, bracia Kentaro i Kojiro, są Japończykami, a tańczyli Polka i Syryjczyk.
Czy dziś, kiedy tańczysz oraz kiedy uczysz flamenco, wciąż czujesz tak wielkie emocje jak na początku?
Ja się bardzo cieszę i jestem wdzięczna losowi, że mogę robić to, po co przyjechałam do Sewilli. Nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że to się uda!
Ale nie będę owijać w bawełnę…
…i powiesz, że życie artystów nie jest łatwe, że czasem trudno jest się z tego utrzymać?
Na pewno trzeba rozgraniczyć pierwotną emocję, która wychodzi z serca, że robię to, co kocham, od szarej codzienności, w której trzeba organizować zajęcia, wypełniać formularze i płacić rachunki.
Po sześciu latach prowadzenia szkoły już mniej więcej wiem, czego się spodziewać, więc jestem spokojniejsza, ale początki bywały trudne. Miałam momenty, kiedy dopadały mnie wątpliwości: czy to ma sens, czy jesteśmy na właściwej drodze?
Tutaj, w Hiszpanii, charakter naszego zawodu jest sezonowy. Są miesiące, kiedy przyjeżdża i zapisuje się do szkół bardzo wiele ludzi, ale są i takie – te, które właśnie nadchodzą – kiedy ze względu na pogodę jest słabiej. Bywa, że trzeba zacisnąć pasa i zęby. Trzeba planować, odkładać pieniądze, przewidywać. Zawsze mieć plan.
Na szczęście w życiu jest tak, że po okresach chudych następują grube. Miałam momenty zwątpienia, ale potem zawsze przychodziły lepsze dni.
Nie tylko tańczysz i uczysz flamenco, ale także organizujesz warsztaty plastyczne. Wciąż dorabiasz również tłumaczeniami?
Nie. Koncentruję się wyłącznie na sztuce i to mi daje wielką satysfakcję. Marzyłam, żeby tak właśnie potoczyło się moje życie.
Za chwilę skończy się sezon. Jak ty i Diaa spędzacie lato?
Zbliżające się wakacje będą dla mnie absolutnie wyjątkowe, dlatego że we wrześniu będzie premiera mojego pierwszego autorskiego spektaklu flamenco "Jardines del Alma". Odbędzie się to w Krakowie, w bardzo pięknym miejscu – oranżerii ogrodu Łobzów.
Wakacje to będzie intensywny czas prób i przygotowań, szycia strojów…
Nie kupujesz gotowych sukienek?
Można dostać gotową sukienkę, ale ja jestem dosyć wybredna, dlatego zawsze szyję na miarę. W Sewilli są krawcy oraz krawcowe, którzy specjalizują się w szyciu strojów scenicznych flamenco.
Sukienki na spektakl "Jardines del Alma" sama zaprojektowałam. Elementami zarówno scenografii, jak i mojego stroju będą kwiaty, ponieważ spektakl opowiada o odradzaniu się, o wychodzeniu z mroku do światła, do rozkwitającego ogrodu.
Wspaniale jest słuchać osoby, która opowiada o swojej pracy z taką radością! Domyślam się, że nie zamierzasz opuszczać Sewilli?
Nie, to jest nasz dom. Sewilla to urocze, nieduże miasto. Idąc ulicą, zawsze a to spotkam swojego ucznia, a to za rogiem okazuje się, że mój nauczyciel sprzed lat siedzi przy kawie i od słowa do słowa już siedzę razem z nim. (śmiech)
Relacje, spotkania z ludźmi są tutaj szczególnie ważnym elementem nie tylko życia towarzyskiego, ale życia w ogóle. Bardzo mi to odpowiada.
Po latach człowiek nieświadomie nasiąka naturą ludzi, wśród których żyje. Znajomi w Polsce do dziś się dziwią: Czemu ty tak głośno mówisz? Dlaczego tak zamaszyście gestykulujesz? (śmiech)
Jakie najpiękniejsze komplementy słyszysz o sobie jako o bailaora de flamenco?
Że udało mi się dotrzeć do czyjejś duszy. Że ktoś poczuł, co chciałam wyrazić w tańcu. To wspanialszy komplement, niż mogłam sobie wymarzyć!
Eliza Miścior. Rocznik 1987. Tancerka, choreografka i instruktorka tańca flamenco oraz artystka plastyczka. Absolwentka studiów tłumaczeniowych na Wydziale Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego oraz renomowanej szkoły Fundación Cristina Heeren de Arte Flamenco w Sewilli. Na koncie ma występy, trasy koncertowe oraz prowadzenie warsztatów w Hiszpanii, Polsce, Armenii, a także Szwecji. Jest współzałożycielką szkoły tańca flamenco A Compás w Sewilli oraz sekretarzem stowarzyszenia na rzecz polsko-hiszpańskiego dialogu międzykulturowego Tu Kultura. Poza flamenco pasjonuje się linorytem i malarstwem. Od 2017 r. jest członkinią Związku Plastyków Artystów Rzeczypospolitej Polskiej.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.