Sztuka i design 
19 czerwca w Bazylei startują targi Art Basel. Na zdjęciu odsłona wystawy z Miami Beach (Fot. Użytkownik o nicku Mia2you/Shutterstock)
19 czerwca w Bazylei startują targi Art Basel. Na zdjęciu odsłona wystawy z Miami Beach (Fot. Użytkownik o nicku Mia2you/Shutterstock)

Najlepiej ubrać się w koszulę w print, ewentualnie w jednokolorowy garnitur, tak żeby dobrze wypaść na instagramowych fotkach – radzą bywalcy. Do tego baletki lub sportowe obuwie, odpowiednie na długie dystanse między stoiskami. I jeszcze mała torebka, która pomieści kartę VIP sprezentowaną nam przez szwajcarski bank obsługujący nasz prywatny rachunek (już na miejscu okaże się, że ekskluzywnych kart wstępu jest kilka rodzajów i z całą pewnością nie jesteśmy w pierwszej lidze w tej kategorii, więc i tak poczekamy w kolejce). Koniecznie portfel, żeby starczyło na zakupy – ceny obrazów i rzeźb zaczynają się od kilku tysięcy franków.

19 czerwca w Bazylei znów startują targi Art Basel, które wprowadzają cały świat sztuki i jego okolice w stan podenerwowania, gorączki i drżenia. To igrzyska kolekcjonerów, trampolina do galeryjnych sukcesów i finansowy Święty Graal dla artystów. A przy tym – popkulturowa impreza trochę przypominająca połączenie festiwalu Coachella z idami marcowymi. Tu promuje się i uśmierca obiekty sztuki, a tłum oczywiście to kocha.

Liczy się to, co trafia na Art Basel

Po raz pierwszy targi sztuki w Bazylei zorganizowane zostały w 1970 roku, a za ich pomysłem stali szwajcarscy galerzyści: Ernst Beyeler, Trudl Bruckner and Balz Hilt. Późniejsi mecenasi rzeczywiście zbudowali na sztuce fortuny, pod koniec życia pozostawiając je społeczeństwu i fundując muzealne instytucje. Na razie jednak szacowne grono definiuje sobie cel ambitnie, choć i komercyjnie – należy stworzyć dochodową imprezę sztuki w wielkiej skali i przyciągnąć do sennej Bazylei najbardziej wyrafinowaną europejską publiczność oraz jej portfele.

Marszandzi, zwłaszcza Ernst Beyeler, spokojnie radzili sobie ze sprzedażą oferowanych prac i bez formuły targowej, mieli jednak naprawdę potężne apetyty i dalekosiężne wizje. Ich punktem odniesienia nie były ówczesne praktyki galeryjne, ale XIX-wieczna idea paryskiego Salonu, czyli miejsca, a zarazem instytucji prezentującej najlepsze prace wyjątkowych artystów.

Targi Art Basel to igrzyska kolekcjonerów, trampolina do galeryjnych sukcesów i finansowy Święty Graal dla artystów (Fot. Andriy Solovyov/Shutterstock)

Na równi z umiejętnością wyboru i przyciągnięcia sztuki świetnej jakości chodziło o stworzenie – nazwijmy to – systemu certyfikacyjnego. Podobnie jak w paryskim Salonie Beyelerowi, Brucknerowi i Hiltowi zależy na zbudowaniu maszyny do przybijania sztuce stempla uznania i wierzytelności. Tak jak w Paryżu wiek wcześniej liczyło się to, co pokazuje Salon, tak w Europie od lat 70. to, co trafia na Art Basel, automatycznie zostaje ocenione jako lepsze od tego, czego na Art Basel nie ma.

Debiutancka edycja targów w 1970 roku przyciągnęła ponad 16 tys. zwiedzających i 90 wystawców z dziesięciu krajów. Ot, czasy bez internetu, kiedy żeby obejrzeć i kupić wyjątkowy obiekt, rzeczywiście trzeba było przed nim stanąć.

Mrugnięć do historii sztuki w ramach Art Basel jest więcej: od samego początku impreza prezentuje nie tylko sztukę współczesną, ale także klasyków XX wieku. Funkcjonuje więc na przecięciu rynku pierwotnego i wtórnego, jakby w myśl niewypowiedzianej zasady: pokażemy wam to, co w sztuce najświeższe i najciekawsze, ale też podetkniemy wam pod nos obrazy, które znacie z muzeów i licealnych lekcji historii – wszystko po to, żebyście na pewno zrozumieli wagę naszych działań i nie podważali idei targów.

W radzie programowej pierwszych targów zasiedli dyrektorzy szacownych lokalnych instytucji prezentujących właśnie sztukę XX wieku, czyli Kunsthalle i Kunstmuseum. Tym samym położone zostały podwaliny pod ekosystem współczesnej imprezy. Art Basel to nie tylko stoiska wystawiennicze galerii w budynku Messe, lecz także towarzyszące imprezie muzealne wystawy, interwencje, imprezy satelickie, projekty specjalne. Czasami absolutnie hitowe, takie jak wystawa Pabla Picassa w Fundacji Beyeler w 2023 roku czy wcześniejsze pokazy Paula Klee, Claude’a Moneta i Gustave’a Courbeta.

Art Basel to marka, która replikuje się w nowych rzeczywistościach - od 2013 roku targi organizowane są również w Hongkongu. Na zdjęciu wystawa w Miami (Fot. Użytkownik o nicku Mia2you/Shutterstock)

Sklonować żyłę złota

Dziś Art Basel to, o dziwo, dużo więcej niż jedna impreza w bazylejskich halach targowych. W 2002 szwajcarski Lewiatan podniósł głowę i spojrzał za Atlantyk. Nie bez powodu – na Florydzie aktywnie działa kilkunastu gigantycznych kolekcjonerów, w tym Norman Braman, mecenas i rzutki biznesmen sztuki, który zbił fortunę na sprzedaży samochodów. Za ideą przeniesienia targów za ocean lobbowali też amerykańscy klasycy kolekcjonowania Mera i Don Rubellowie, wskazując szwajcarskim organizatorom zupełnie nowy potencjał biznesowy i lifestyle’owy. Komitet organizacyjny Art Basel zdecydował więc sklonować swoją markę. Tak powstało Art Basel Miami Beach. I choć miłośnicy sztuki wysoko podnosili brwi, dziwiąc się: "To ciągle Bazylea czy już Floryda?", był to strzał w dziesiątkę.

Formuły, które w Szwajcarii dopiero się rozkręcały – imprezy prowadzone w języku rosyjskim, wernisaże sponsorowane przez marki szampana – w Miami rozrosły się niemal do głównej treści imprezy. O targach szybko zaczęto mówić "bachanalia", a prasę brukową obiegały zdjęcia brytyjskiej księżniczki Eugenii (historyczki sztuki i dyrektorki topowej galerii Hauser & Wirth) imprezującej z Leonardo DiCaprio i Kendall Jenner o szóstej nad ranem.

Skandali i skandalików związanych już z samą sztuką dostarcza niemal każda edycja targów. Od performance’u koreańskiej artystki Miru Kim, która w towarzystwie dwóch uratowanych z rzeźni świń spędziła w witrynie jednej z galerii sto godzin, po prezentację sławnej pracy "Comedian" Maurizia Cattelana, czyli po prostu przyklejenie do ściany taśmą montażową zwykłego banana z supermarketu (pięć lat po Art Basel Miami praca sprzedała się w Sotheby’s za ponad 5 mln dolarów).

Były też blamaże zupełnie prawdziwe, takie jak kradzież talerza pomalowanego przez Pabla Picassa w czasie, kiedy okoliczne galeryjne boksy odwiedzali celebryci, w tym raper Usher – i to jego, a nie sztukę, zabezpieczali pracownicy ochrony. Albo strącenie miniaturowej rzeźby Jeffa Koonsa z podestu w czasie tłumnych odwiedzin na stoisku ("Nic się nie stało, przecież można ją odtworzyć" – skomentował jeden z najdrożej sprzedających się żyjących artystów).

Formuły targów, które w Szwajcarii dopiero się rozkręcały, w Miami rozrosły się niemal do głównej treści imprezy (Fot. Aleksandr Dyskin/Shutterstock) , Dziś Art Basel to, o dziwo, dużo więcej niż jedna impreza w bazylejskich halach targowych (Fot. Felix Mizioznikov/Shutterstock)

Dziś florydzka odsłona szwajcarskich targów to największe i najbardziej prestiżowe targi sztuki w Stanach Zjednoczonych i rzeczywiście, w dalszym ciągu to okno na świetną europejską i południowoamerykańską sztukę w sercu Nowego Świata. Po cichutku większość bywalców dodaje: i świetny sposób, żeby na początku grudnia urwać się z posępnego Nowego Jorku, złapać trochę słońca i przewietrzyć letnie sukienki.

Oczywiście imprezowy charakter Art Basel Miami i rozlewanie się rozrywkowych oczekiwań na główne targi w Bazylei budzi niesmak tych, dla których targi są świętem dobrej sztuki. W 2019 roku kolekcjoner i galerzysta Adam Lindemann opublikował esej, w którym wyjaśniał, dlaczego zignorował doroczną edycję targów. "Zaczęła przyciągać ludzi, którzy nigdy w życiu nie byli w muzeum, chyba że na gali" – pisał. Nie przeszkodziło mu to pięć lat później formułować rekomendacji, co warto odwiedzić w ramach kolejnej florydzkiej odsłony Art Basel. Bicie obrażonego konesera w medialny bębenek zadziałało tylko na korzyść jego samego – dziś Lindemann to światowa marka, chociaż wcześniej słyszeli o nim raczej głównie nowojorczycy.

Skandal w stylu Art Basel Miami ufundowany na krytyce Art Basel Miami? No pewnie, od tej imprezy można się wiele nauczyć, nawet jeśli jest się wyjadaczem na rynku sztuki.

Podgryzanie giganta

Art Basel to marka, która replikuje się w nowych rzeczywistościach – od 2013 roku targi organizowane są również w Hongkongu, a ich azjatycka edycja nieco skręca w stronę rzemiosła, materialności sztuki i designu. To ciekawy profil i próba wstrzelenia się w specyfikę azjatyckiego kolekcjonowania, choć pączkowanie na Wschód zostało odczytane przez środowisko przede wszystkim za ruch biznesowy, bo za zreprodukowaniem stały konkretne fundusze inwestycyjne i firmy eventowe.

Nieoczekiwany zwrot wydarzeń nastąpił w 2022, kiedy ogłoszono, że kolejna odsłona Art Basel odbywać się będzie corocznie w… Paryżu, zmiatając z powierzchni ziemi lokalne targi Fiac o długoletniej tradycji. Tym samym bazylejskie targi pokonały lokalny podmiot rynku sztuki, który działał całkiem dobrze, ale musiał ugiąć się pod ciężarem gatunkowym bestii z Bazylei. Patrząc z drugiej strony – po dokonaniu ekspansji na Amerykę i Azję Art Basel nie miało już innych jeńców do wzięcia, sięgnęło więc po europejskie centrum.

Targi Art Basel to popkulturowa impreza trochę przypominająca połączenie festiwalu Coachella z idami marcowymi. Na zdjęciu: jeden z eksponatów odsłony wydarzenia organizowanej w Miami (Fot. Użytkownik o nicku Mia2you/Shutterstock)

Marka szwajcarskich targów rośnie w siłę w błyskawicznym tempie, czego dowodem są również próby schowania się pod jej parasolem, niekoniecznie legalne i w dobrym guście. Dwa lata temu uwagę świata sztuki przykuła internetowa platforma sprzedażowa o zwięzłej nazwie Digital Basel oferująca dostęp do wyselekcjonowanych dzieł sztuki współczesnej. Wielu miłośników sztuki uznało, że to naturalne cyfrowe przedłużenie targów, więc już od momentu startu platforma notowała niezły poziom sprzedaży dość przyzwoitych prac. W ruch poszły kodeksy prawne, Art Basel błyskawicznie pozwało internetowych przedsiębiorców, doprowadzając do zamknięcia firmy, choć przecież Basel to przede wszystkim nazwa miasta, a dopiero później targów sztuki. Szach-mat! Z hegemonem rynku sztuki nie da się wygrać. Ciągle jednak zdarzają się zakusy, a podgryzanie giganta to duża pokusa dla regulatorów i silnych graczy. Sześć lat temu bank UBS, główny partner targów, został ukarany w paryskim sądzie wielomiliardową grzywną za nielegalne praktyki związane z opodatkowaniem. Skoro tak trudno podciąć nogę Art Basel, zawsze można spróbować ze współorganizatorami targów.

Co w sztuce piszczy

Niezależnie od kontrowersji i niekontrolowanego poziomu blichtru warto jednak pamiętać, że szwajcarska edycja Art Basel – a więc impreza matka, która startuje już za chwilę – daje niezwykłą możliwość przyjrzenia się jak w soczewce temu, co w sztuce współczesnej piszczy. Tegoroczna edycja obejmuje prezentację tysięcy artystów i 290 galerii. Tym wszystkim, którym przejadło się oglądanie komercyjnych obiektów, organizatorzy podpowiadają wizytę w sekcji Unlimited. To ambitny program obejmujący instalacje, wielkoformatowe projekcje wideo, performance, a więc to, czego nie da się sprzedać, a w czym da się uchwycić nowy puls sztuki i zmianę w jej języku.

Zobacz wideo Cenzura w Hollywod. Co było zabronione i jak obchodzili to twórcy?

Prawdziwy cymes szykuje dla gości targów Natalia Grabowska, kuratorka pracująca w londyńskim Serpentine, specjalizująca się w architektonicznych projektach przypisanych do konkretnych miejsc. Pod jej opieką świetna niemiecka artystka Katharina Grosse zrealizuje projekt zmiany placu, na którym stoją hale targowe. Na pusty plac przed wejściem rzuci światła, które dadzą wrażenie wielobarwnego świetlnego płótna, po którym poruszać się będą zwiedzający. Z kolei nieczynne sklepy, witryny, przestrzenie hotelowe, przejście podziemne i nadrzeczne bulwary również włączone zostaną w program imprezy jako sekcja "Parcours", co roboczo można przetłumaczyć jako "przebieżka". Tegoroczne targi Art Basel wychodzą więc z ciasnych handlowych boksów i próbują przekierować ludzi sztuki w stronę miejskich doświadczeń i ambitnych eksperymentów. Czy wychodzą z ciasnych ram własnej legendy i reputacji? Chyba nie, ale przecież za to kocha je tłum.

Anna Theiss - art advisor, krytyk i popularyzatorka sztuki. Od ponad 20 lat zajmuje się praktycznym wykorzystaniem sztuki jako narzędzia biznesowego i generującego zmianę społeczną. Absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW i Storia dell Arte Universita La Sapienza w Rzymie.