Sztuka i design 
Lenarowy dream team. Za reaktywacją marki stoi razem z Ryszardem Lenarem jego córka Maja, syn Janusz i zięć Michał (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)
Lenarowy dream team. Za reaktywacją marki stoi razem z Ryszardem Lenarem jego córka Maja, syn Janusz i zięć Michał (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)

Piotr Jończyk: Początek lat 90. Jest pan wtedy po czterdziestce i uczy gimnastyki w Akademii Teatralnej w Warszawie. Skąd więc pomysł na szycie szerokich spodni dla skate’ów?

Ryszard Lenar: Pomysł na szerokie spodnie nie pojawił się zupełnie nagle. Równolegle z pracą w Akademii prowadziłem szwalnię, która szyła dżinsy. Projektowałem fajne modele, które nieźle się sprzedawały, ale nie odbiegały specjalnie od tradycyjnych wzorów. Lata 90. to był początek hip-hopu w Polsce. Zaczął się pojawiać w radiu i nawet mi się podobał, ale słuchałem wtedy przede wszystkim muzyki z lat 60. – muzyki mojej młodości. W pewnym momencie zobaczyłem teledysk hip-hopowego zespołu Kris Kross…

Do utworu "Jump" z 1992 roku, największego hitu duetu z Atlanty.

Tak. Młodych chłopaków, którzy występowali w strojach o trzy rozmiary za dużych, założonych tyłem do przodu. Pomyślałem wtedy, że można uszyć podobne spodnie, ale w taki sposób, żeby były wygodne i dopasowane w pasie. Wymyśliłem spodnie z obniżonym o 20 cm krokiem i ogromnymi prostokątnymi kieszeniami. Przeszyte białą nitką.

Fani pana spodni będą wspominać, że mieściła się w nich kaseta VHS i butelka piwa. Ale zanim zostały uszyte, przyszedł pan do szwaczek z tym, bądź co bądź, szalonym pomysłem i…

One mówią: "Co pan? Gdzie pan to sprzeda? Co to za kieszenie, Jezu!".

Wkurzyło mnie to trochę. Nie wiem, czy od razu uwierzyłem, że to będzie sukces, ale wiedziałem, że trzeba to sprawdzić. Uszyłem 10 par z canvasu – materiału używanego raczej do obijania mebli. Pod prawą tylną kieszenią, tak, żeby było go widać nawet spod dużej bluzy, umieściłem znaczek firmowy – elipsę w czarnej obwódce na srebrnym tle z czerwonym napisem Lenar. Zaniosłem je na próbę do sklepu przy ulicy Smolnej w Warszawie. To było wtedy znane miejsce, gdzie wszyscy się zaopatrywali.

- W 1995 roku wybudowałem pierwszą rampę w Warszawie - pod skocznią na Mokotowie. Ubierałem ich od stóp do głów - wspomina pomysłodawca kultowych spodni (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)

I sukces.

Następnego dnia zadzwonił właściciel sklepu i mówi: "Przynieś następne". A po dwóch-trzech tygodniach to już cała Polska wiedziała o lenarach. Nie nadążałem. Cały czas dzwoniły telefony, czy mam kolejne kolory i rozmiary. Zatrudniałem tylko kilka szwaczek, które mogły uszyć może 20 par dziennie. A ja potrzebowałem 100-150 par. Musiałem wynająć kooperantów. Jeździłem po ludziach i w końcu znalazłem kogoś, o kim wiedziałem, że mnie nie będzie podrabiał.

I zaczął pan projektować kolejne modele?

Najpierw były kolejne modele spodni. Potem powoli zacząłem rozszerzać asortyment. Szyliśmy też bluzy, czapki, koszulki. Ale to nie było łatwe – zakładów, które mogłyby mi je uszyć, szukałem po prostu w Panoramie Firm. Koszulki szyła mi firma z Gdańska. Jedną z nich mam do dzisiaj: ma ponad 20 lat i się nie podarła.

Wkręcił się pan w kulturę hip-hopu? Pytam, bo dowiedziałem się, że zajmował się pan kiedyś breakdance’em.

W latach 80. moim studentem był Janusz Józefowicz. Bardzo dobrze tańczył. Przyszedł do mnie kiedyś, bo chciał, żebyśmy poćwiczyli "widmilla". Później pracowałem przy "Metrze" Józefowicza i tam z kolei dwóch chłopaków, którzy tańczyli breakdance, uczyłem akrobatyki. Więc tyle miałem z breakiem wspólnego.

Zacząłem chodzić w lenarach, chociaż wtedy nosili je głównie ci, którzy należeli do subkultury, a potem młodzież szkolna. Ale człowiek 40-letni w szerokich spodniach to jednak według niektórych głupio wyglądał. Chociaż pamiętam, że kiedyś wszedłem do sklepu przy Smolnej i zaraz po mnie weszło kilku ziomków. Jeden z nich skomentował: "Niekiepskie wory". Genialne – pomyślałem. Wykorzystaliśmy to potem zresztą w reklamie w "Ślizgu".

Ryszard Lenar, pomysłodawca i założyciel marki (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)

Były też rolki.

Chłopaki, którzy jeździli na rolkach, zgłaszali się do mnie, żebym ich sponsorował. Dostawali ode mnie stroje, stworzyliśmy grupę, która jeździła na zawody. W 1995 roku wybudowałem pierwszą rampę w Warszawie – pod skocznią na Mokotowie. Ubierałem ich od stóp do głów. Uszyłem im specjalne spodnie z ochraniaczami, bo oni padali przecież ciągle jak muchy. Uczyłem ich również akrobatyki – nie mogłem patrzeć, jak spadają na głowy, próbując robić salta.

Próbowałem też przez moment jazdy na desce, więc dla deskorolkarzy zrobiłem w ogóle inny model spodni. Nazywały się Lenar Prof i miały nieco inny krój, m.in. mniejsze tylne kieszenie. Były uszyte ze wspaniałego włoskiego dżinsu, w przepięknych kolorach. Do dziś mam jedną krótką parę w kolorze ferrari.

Dlaczego w takim razie zdecydował się pan zamknąć firmę?

To się działo stopniowo. Na początku do głowy mi nie przyszło, że ta działalność może się kiedyś skończyć. Przez pierwsze dwa lata na rynku byłem właściwie tylko ja, ale już pod koniec lat 90. pojawiło się bardzo dużo nowych firm szyjących szerokie spodnie. Do tego dochodziło rozprzestrzenianie się podróbek lenarów z gorszej jakości materiałów, niestarannie uszytych, co psuło renomę marki.

Próbowałem z tym walczyć. Mój znak firmowy był zastrzeżony, więc kiedy dowiadywałem się, że podróbki sprzedają np. na Stadionie Dziesięciolecia, zgłaszałem takie sprawy na policję. Tylko że kiedy policja przyjeżdżała o piątej rano, nikogo już tam nie było. O czwartej wszyscy wiedzieli, że będzie kontrola.

- Chłopaki, którzy jeździli na rolkach, dostawali ode mnie stroje, stworzyliśmy grupę, która jeździła na zawody - opowiada nasz rozmówca (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara) , Dla deskorolkarzy powstał inny model spodni. Nazywały się Lenar Prof (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)

Mówił pan kiedyś, że podróbki sprzedawano także za granicą.

Tak, podobno były w Rosji i Kazachstanie. Studentka przywiozła mi kiedyś parę z Litwy. Miały nawet takie same guziki. Kupowałem je od człowieka, który sprowadzał je z Turcji. Okazało się, że w podróbkach guziki są dokładnie z tej samej sztancy.

Co ostatecznie zdecydowało o końcu lenarów?

Muszę powiedzieć, że to mnie jednak również bardzo zmęczyło. 24 godziny na dobę myślałem o firmie. Dzieci były małe, a ja równolegle pracowałem w Akademii Teatralnej. Wieczorami siadałem i rysowałem nowe projekty. Ostatecznie – o ile dobrze pamiętam – firmę zamknąłem w 2002 roku. To był wielki smutek, ale też oddech po kilkunastu latach intensywnej pracy.

Dziesięć lat później, gdy Bartek Chaciński pisał w "Polityce" o dinozaurach polskiego hip-hopu i wspomniał też o panu, powiedział pan, że może jeszcze kiedyś dojrzeje do powrotu.

Bo co jakiś czas ta historia do mnie wracała. W tym samym roku udzielałem też wywiadu w telewizji Plener TV. Z kolei gdy pracowałem w szkole, do dyrekcji przyszła wiadomość z Katowic. Muzeum Śląskie przygotowywało wystawę o 30 latach polskiego hip-hopu i szukało kontaktu do mnie. Uszyłem dla nich kilka rzeczy, dokładnie takich jak przed laty, a Muzeum zrobiło jeszcze rebranding mojego znaku firmowego. Zatrudnili plastyka, który opracował nowe wzornictwo. Zrobili skarpetki, koszulki, czapki. To był znowu kopniaczek.

Ryszard Lenar (Fot. Archiwum prywatne)

Ale jeszcze nie decydujący?

Po pewnym czasie odezwało się "Dzień dobry TVN". Chcieli, żebym uszył spodnie na wizji. To był kolejny sygnał, że należy coś z tym zrobić. Ludzie pisali, że pamiętają i że fajnie by było znów założyć lenary. Moi studenci też mi o tym przypominali. Maciek Zakościelny powiedział mi kiedyś, że mama mu nie pozwoliła ich nosić, bo był za mały. I tak to ciągle wracało, ale cały czas nie byłem przekonany, czy warto. Widziałem, że odgrzewanie marek z przeszłości na dłuższą metę nie działa. A jednocześnie obserwowałem, że po latach mody na ubrania blisko ciała – rurki, bardzo krótkie rękawki w T-shirtach – szerokie ubrania wracały. Co chwila widzieliśmy młodzież w prawie identycznych spodniach. Aż się prosiło, żeby założyli lenary.

Decyzję pomogły podjąć dzieci?

Najbardziej skate’owy z naszej ekipy jest zięć. Podobno marzył kiedyś o lenarach, ale pochodzi z Tarnowa, gdzie były dostępne tylko podróbki. Więc nigdy ich nie miał.

Rozmawialiśmy o tym w rodzinie wiele razy. W końcu kiedyś się umówili – syn, córka i zięć – przyjechali do mnie i mówią: "Tata, robimy lenary".

Zaczęliśmy rozmawiać o tym na poważnie. Rozpisywać, jak mógłby działać ten biznes. I się okazało, że to jest realne.

Teraz działacie jako firma rodzinna.

Wiedziałem, że tym razem nie muszę brać wszystkiego na siebie. Możemy podzielić się obowiązkami. Czasy się zmieniły. Wiele rzeczy można załatwić przez internet czy telefon. Wziąłem na siebie pilnowanie produkcji i cały design. Resztą – reklamą, sklepem internetowym, księgowością, social mediami – zajmują się dzieci.

Fani lenarów wspominają, że w ogromnych prostokątnych kieszeniach spodni mieściła się kaseta VHS i butelka piwa (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara) , Pomysł na szerokie spodnie nie pojawił się zupełnie nagle - Ryszard Lenar równolegle z pracą w Akademii prowadził szwalnię, która szyła dżinsy (Fot. Archiwum prywatne Ryszarda Lenara)

Na początek przygotowaliśmy jeden limitowany drop. 100 par, każda ponumerowana ręcznie przeze mnie osobiście.

I ten drop rozszedł się w trzy dni.

Wtedy już wiedzieliśmy: robimy dalej. Bardzo nas to podbudowało. To niesamowite uczucie widzieć znowu lenary na ulicy. Dzwonili do mnie znajomi, studenci, pytali, gdzie kupić, bo tak szybko schodziły.

Na początku myślałem, że wiele osób kupiło lenary z sentymentu – bo nosili je kiedyś i chcieli sobie przypomnieć młodość. Takich oczywiście było sporo, ale potem okazało się, że coraz więcej młodych też chce je mieć. Moja dawna uczennica opowiadała, że kupili całą rodziną: mama, tata i ona.

Bo rap wszedł do mainstreamu. Teraz szerokie spodnie mogą nosić wszyscy.

Kiedyś trochę nie wypadało nikomu spoza subkultury. A teraz? Teraz może każdy. Bez znaczenia, czy młody, czy stary, czy jeździ na rolkach, czy nie. Chcemy, aby w lenarach każdy czuł się dobrze.

Zobacz wideo Szafa przyjaciół - ciucholand, w którym się nie płaci

Jakie są dalsze plany rozwoju lenarów?

Przede wszystkim planujemy poszerzenie asortymentu. Mam pomysły na nowe spodnie, chcemy też zrobić bluzy z kapturem, czapki. Przed nami burza mózgów. Ludzie do nas piszą, bierzemy ich opinie pod uwagę i dyskutujemy. Wiadomo, że wszystkiego naraz się nie da. Jesteśmy małą, rodzinną firmą. Skupiamy się na jakości, oryginalnych projektach. Chcemy, żeby na ulicy można było rozpoznać, że to są lenary.

Zdradźmy jeszcze czytelnikom, że rozmawiamy w lokalu Relax Qultura na warszawskiej AWF, gdzie trwa właśnie wystawa pana malarstwa. Człowiek orkiestra.

Od zawsze interesowało mnie wiele rzeczy. Kiedy chodziłem do szkoły średniej, to interesowała mnie przede wszystkim fotografia. Później sport. Najpierw uczyłem się tu, na akademii, a potem zająłem się tym profesjonalnie. Jeszcze była gitara. Występowałem kiedyś w klubie na AWF w kabaretowym duecie. Robiłem grafikę do pisma studenckiego.

Chyba nie ma czegoś takiego, co jest najważniejsze. To były różne okresy. Zresztą widać to w malowaniu – jak zrobię jedno, to muszę zrobić coś innego. Dlatego chciałem panu pokazać, że trudno mi się zatrzymać na jednym stylu. Taki już mam charakter.

Ale na pewno lenary będą. Nie wiem, jak długo, ale dopóki mam z tego frajdę, to będą.

Piotr Jończyk. Zwycięzca II edycji programu szkoleniowego dla młodych reportażystek i reportażystów Polska Stories.