Michał Żebrowski, ikona polskiego kina, 17 czerwca będzie obchodził 53. urodziny. Z tej okazji przypominamy naszą rozmowę z nim - o dzieciństwie, podejściu do aktorstwa i rodzicielstwa oraz miłości do gór.
Właśnie nagrał pan audiobook "żebrowski z małej litery"*, w którym dzieli się pan wspomnieniami z dzieciństwa i szkoły teatralnej. Zaskoczył mnie pan swoją szczerością.
Chciałem zejść z koturnów. Mam wrażenie, że czasem jestem odbierany jako postać pomnikowa, trochę z kamienia, dlatego chciałem się podzielić Żebrowskim, który jest widzom mniej znany. Zgodzi się pani, spotykamy w życiu mnóstwo ludzi i przeżywamy mnóstwo historii, ale niektóre pozostają w naszej pamięci na zawsze. I właśnie takie historie – ze szkoły teatralnej, z liceum, z dzieciństwa – spisałem. Przytaczam też opowieści mojego ojca, który przeżył wojnę i sporo nam o niej opowiadał.
Nigdy nie brylowałem jako ktoś, kto doskonale włada piórem, ale moje osobiste historie pisało mi się jak w natchnieniu. Gdy zacząłem je czytać przyjaciołom, powiedzieli, że olbrzymia wartość tego materiału jest również w tym, że to ja czytam i interpretuję. I że powinienem wydać audiobook. Pomyślałem: dobrze, zrobię to. To nowa dziedzina mojej „twórczości" i podchodzę do niej skromnie, ale uważam, że moje wspomnienia mogą wielu osobom się przydać. Pokrzepić, wzruszyć, sprowokować do myślenia bądź rozśmieszyć.
Obserwując pana podczas różnych premier teatralnych, odniosłam wrażenie, że jest pan zdystansowany wobec ludzi i zamknięty. Unika pan mówienia o swoich emocjach i przeżyciach. Co sprawiło, że postanowił pan zejść z pomnika?
Stałem się popularnym aktorem bardzo wcześnie. Popularność spadła na mnie gwałtownie. Oczywiście bardzo jej pragnąłem, ale w wieku 27 lat nie ma się za dużo do powiedzenia. Czułem się usztywniony i skrępowany, wypytywano mnie o wszystko, a ja nie wierzyłem, że mogę – oprócz grania – coś ludziom zaserwować. Przez lata byłem więc bardzo ostrożny.
Dzisiaj mam 52 lata i czworo dzieci, od 15 lat jestem dyrektorem teatru, więc mogę opowiadać o sobie z innej perspektywy.
Jaki był 27-letni Michał Żebrowski?
Mając 20 lat, uważałem, że jestem geniuszem, i byłem pewien, że będę genialnym aktorem. Dziś już wiem, że nie tylko nie jestem najlepszym aktorem na świecie, nie tylko nie jestem najlepszym aktorem w Polsce, ale również nie jestem najlepszym aktorem w Warszawie.
Chyba się pan nieco zagalopował… Jest pan jednym z najlepszych aktorów w Polsce, tylko obecnie bardziej z Podhala niż z Warszawy.
À propos Podhala, to opisuję, jak się na nim wychowywałem. Jako dziecko cierpiałem, bo wydawało mi się, że spędzam wakacje w głuszy, podczas gdy moi koledzy i koleżanki jeżdżą na kolonie i mają fajnie. Po latach zrozumiałem, jakie to było wartościowe. Ludzie, których poznałem, byli absolutnie wyjątkowi. Spotkało mnie z ich strony samo dobro. Może będzie to pouczające dla dzieci czy młodzieży, że kiedyś wychowywaliśmy się w przysiółkach albo na wsiach, w których nie było prądu.
Z pierwszych sianokosów, w których brałem udział, zapamiętałem wozy na drewnianych kołach obitych blachą. Cieszę się, że wiem, co znaczy koszenie rano, zwożenie, suszenie i przekładanie. Albo co znaczy dojenie krów czy ich wypasanie.
Myślałam, że się pan wychował w mieście, w Warszawie?
Jestem chłopakiem z Krakowskiego Przedmieścia, ale przez moją mamę lekarza od trzeciego roku życia na miesiąc albo dwa byłem wrzucany w zupełnie inny świat. Świat bez prądu, gdzie można było dojść tylko piechotą. To miejsce mnie uformowało.
Bardzo mocno obecny był tam Kościół ze swoimi obrzędami. Gdy miałem pięć lat, spotkałem się tam z papieżem. Dzisiaj opowiadam o tym z perspektywy osoby, która ma już inny stosunek do instytucji Kościoła, ale wtedy tak było. To był świat, w którym godzinę szło się pieszo na mszę i godzinę się wracało. Nikt się nie zastanawiał, czy iść, czy nie iść. To było oczywiste jak jedzenie, wszyscy to robili. Bez wyjątków.
Wakacje spędzał pan na wsi, ale na co dzień wyrastał pan w domu inteligenckim. Pana mama była lekarką, a ojciec inżynierem.
Mam wrażenie, że pochodzę z porządnego domu, z porządnej rodziny, nie mylić z tzw. rodziną dobrą. To znaczy nie przelewało się, ale nie było też biedy. Była miłość i przyzwoitość, nie było alkoholu ani przekleństw. Było bardzo dużo czytania książek i był bardzo silnie obecny Kościół. Moi rodzice przetrwali w związku małżeńskim prawie 60 lat.
Jaki był pana tata?
Należał do Solidarności i zawsze wydawał mi się bohaterem. Jako ojciec przede wszystkim był obecny, był zawsze, więc czułem, że mogę na nim polegać. Bardzo poświęcał się rodzinie. Taki miałem wzór ojca i bardzo bym sobie życzył, żeby być tak dobrym ojcem jak on.
A nie jest pan?
Mam dopiero 52 lata. Ojciec miał 93, jak nas pożegnał.
Niezły wynik! Podobnie jak staż małżeństwa pana rodziców.
Myślę, że nierozerwalność udanego małżeństwa jest chyba najważniejszym spadkiem, jaki można dzieciom przekazać. Może się mylę. Wolałbym nie zmieniać poglądów na ten temat, bo zostałem wyposażony w szczególną wiarę w sens miłości.
Kiedyś zapytałem: "Tato, co to jest miłość?". Odpowiedział: "Miłość jest wtedy, kiedy dwoje ludzi się widzi, wiedzą, że spędzą ze sobą życie, razem wszystko planują z uśmiechem i niczego wspólnie się nie boją".
Bardzo ładna definicja. Stara się pan być równie obecny jak ojciec? Nie było łatwo się z panem umówić na rozmowę, bo pochłaniają pana domowe obowiązki?
Gdy się jest dyrektorem teatru, można ustalać swoje zajęcia pod grafik dzieci. To znaczy grać wtedy, kiedy nie mają wakacji czy ferii, i wszystkie możliwe wolne chwile spędzać z nimi. To olbrzymi walor.
Staram się być ojcem obecnym. Powiem szczerze, może jest to zarozumiałe i trochę niezbyt mądre z punktu widzenia kariery, ale gdybym miał grać w jakimś filmie w czasie wakacji, zamiast wyjechać z dziećmi, czułbym się strasznie pokrzywdzony. Aktorzy marzą o tym, żeby grać, żeby udowadniać światu, że są wyjątkowi, ale ja w tym momencie wolałbym, żeby to granie było od 9.30 do 14.30, niedaleko domu, w konkretne dni, kiedy ja mogę i mam na to czas.
Zdarza się panu rezygnować z ważnych projektów dla dzieci?
Nie jestem już tak rozchwytywanym aktorem czy gwiazdorem jak kiedyś. Miewam propozycje, z których się cieszę i które doceniam, ale dzisiaj raczej uświetniam filmy, niż im przewodzę.
Ma pan świetną sytuację, bo nikt pana nie wyrzuci z pracy. To pana teatr i pan może elastycznie ustalać godziny pracy.
Grałem prawie we wszystkich teatrach w Warszawie, sporo jeździłem też po Polsce. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że będę miał 40 lat, czworo dzieci i będę przychodził na przykład 30 maja do teatru i czytał grafik, który będzie mi ustalał człowiek, który jest urzędnikiem państwowym. Będzie ustalał, że mam grać w czerwcu, we wrześniu, w październiku czy w grudniu. Wtedy przyjdę do żony i powiem: Przepraszam cię, ale nie mogę pojechać z dziećmi, bo kazali mi w tym czasie grać sztukę, której nienawidzę. Pomyślałem sobie, że to jakieś nieporozumienie, które można zaakceptować w trakcie studiów w szkole teatralnej, ale nie w dorosłym życiu, które ludzie mają prawo układać sobie zgodnie z tym, co uważają za rozsądne.
Już pan wtedy zakładał, że będzie miał czworo dzieci?
Zakładałem, że będę miał swój teatr, bo zawsze chciałem. Teatr 6. piętro założyliśmy z Eugeniuszem Korinem, bez którego by nie powstał. W dzieciństwie inni czytali kryminały bądź książki sensacyjne, a ja się lubowałem w studiowaniu wspomnień dyrektorów teatrów. To mnie inspirowało, kręciło i popychało do spełniania marzeń.
Te marzenia to także zamieszkanie na Podhalu?
Nie ma tak dobrze. Mamy dzieci w szkołach w Warszawie i tutaj mieszkamy, ale w zasadzie mam wrażenie, że mieszkam na Podhalu, a w stolicy pracuję. Cierpię z tego powodu. Kiedy dzieci były małe, spędzaliśmy w górach każdą wolną chwilę. Jechaliśmy nawet na trzy dni. Moja dusza i moje serce zdecydowanie są tam. Miasto mnie męczy. Jestem człowiekiem, który może patrzeć na las i odpoczywać. Nic więcej nie jest mi do życia potrzebne. No, może od czasu do czasu muszę jeszcze zagrać, żeby mieć co do garnka wrzucić. Ten miejski zgiełk jest mi absolutnie genetycznie obcy.
Doskonale pana rozumiem, bo ja z kolei mogę godzinami patrzeć na morze. To moje miejsce na ziemi. Co panu daje Podhale?
Radość. Lubię przejrzystość zasad. Jeżeli czegoś nie możesz tu zrobić, to wiesz, że trzeba pójść do Staśkowego brata syna albo Witka Józkowego Zośki siostry i oni pomogą. Wszyscy się znają. Kocham las, kocham rzekę, psy i przyrodę. Kontakt z nią jest dla mnie jak woda i powietrze. Nie lubię betonu, nie lubię spalin, nie lubię pośpiechu i autostrad.
Niektórzy uwielbiają jeździć samochodem, a ja nie cierpię. Gdyby ktoś mógł za mnie prowadzić auto, byłbym najszczęśliwszy. Najchętniej wsiadam w pociąg i patrzę sobie za szybę. Mijają krajobrazy, mózg mi odpoczywa, odprężam się i po prostu jest mi dobrze.
Patrzy sobie pan przez okno i myśli: Michał, jesteś prawdziwym szczęściarzem?
Myślę sobie: o, sarenka na polu skubie trawę i ma nas w tylnej części ciała. Mam nadzieję, że nie pojawi się za chwilę jakiś myśliwy i jej nie zabije. Albo: Boże, jaka Polska jest piękna, jakie ładne zboża. Albo: dlaczego to jest zaniedbane, powinno być naprawione. Mam takie myśli gospodarcze.
Samo czynienie ładu wokół siebie jest terapeutyczne. Można kawałek ziemi wokół siebie urządzić według swoich zasad. To dla mnie rodzaj układania się ze światem.
Lubię być ludziom pomocny. Żeby, jak mnie widzą, mówili: O, fajnie, że idzie Michał, zaraz sobie z nim pogadam. A nie: O, to ten kretyn, muszę uciekać.
Powiedział pan niedawno, że w audiobooku spowiada się pan z 50 lat życia. Jakie grzechy pan popełnił?
Na pewno grzech kradzieży. Jako dziewięciolatek miałem na sumieniu różne występki. To nie jest taka spowiedź, że "więcej grzechów nie pamiętam". Oczywiście pamiętam, ale nie wszystkie nadają się do publikacji.
A jakie najgorsze doświadczenia z dzieciństwa pan pamięta?
Miałem ciężki okres w liceum, bo byłem w matematyczno-fizycznej klasie. Nie wiem po co, ale dzięki moim przyjaciołom skończyłem tę szkołę. Także dzięki temu, że wygrywałem konkursy recytatorskie, trzymali mnie w tej szkole i mogłem po maturze pójść do Akademii Teatralnej. Ale to była makabra, potwornie się w liceum męczyłem. Kompletnie nie rozumiałem, co do mnie mówią, ale za to w Akademii Teatralnej rozumiałem już prawie wszystko.
Zaraz, zaraz… Nie odpowiedział mi pan na pytanie, czy już jako młody mężczyzna chciał pan mieć czwórkę dzieci?
My się w naszej rodzinie dzieci nie boimy, jest ich bardzo dużo. Brałem więc pod uwagę, że i ja będę miał liczną rodzinę. Ale nie jestem w czołówce, raczej w średniej. W mojej rodzinie są osoby, które mają dzieci siedmioro czy ośmioro.
A zakładał pan, że będzie miał żonę, która w social mediach jest popularniejsza od pana?
Moje życie się zmieniło od czasu, kiedy Ola zabrała się za social media. Ludzie mnie widzą i mówią: "Panie Michale, dobrze, że pana widzę. Ja pana nie oglądam, ale proszę pozdrowić żonę, bo robi mi dzień". Jestem z tego bardzo dumny. Mało tego, korzystam, bo Ola otworzyła mnie na social media i nauczyła mnie ich. Bardzo doceniam to medium, to taka trochę prywatna telewizja. Możesz być znikąd, ale jak jesteś pracowity, masz charakter i jesteś kreatywny, możesz dotrzeć do milionów ludzi.
Proszę się przyznać na koniec: nie żal panu, że już nie jest amantem?
Nigdy nie czułem się amantem. Nigdy mnie nie chwalono, tym bardziej za to, że mam ucho czy nos taki albo siaki. To są rzeczy, na które chyba nie należy zwracać uwagi. Opowiem pani na koniec pewną anegdotę. Kiedyś wiozłem dzieci na basen, spieszyłem się, bo to było przed piątą. Był korek, a w dodatku okazało się, że ulica, którą jechałem, była z racji remontu jednopasmowa. Gdzieś się wbiłem na wydrę i chciałem przejechać, ale naprzeciw mnie stanęła blond pani w średnim wieku i nie chciała zjechać. Robiłem jakieś amanckie miny, przymilałem się, ale była nieczuła na moje umizgi. Musiałem się wycofać. Za mną tiry, deszcz siecze, a pani podjeżdża do mnie, zatrzymuje się, otwiera okno i mówi: "Tędy nie można przejeżdżać. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy jest się starym aktorem".
*Pierwsza część audiobooka składa się z 10 odcinków i jest dostępna od 12 września jedynie przez 10 dni.
Tekst został pierwotnie opublikowany 19 września 2024 roku.
Michał Żebrowski. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, dyrektor Teatru 6. piętro. Rozpoznawalność przyniosły mu role w takich filmach jak "Ogniem i mieczem", "Pan Tadeusz", "Wiedźmin", "Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem", "Pręgi" oraz w serialu "Na dobre i na złe". Z żoną Aleksandrą mają czworo dzieci: trzech synów i córkę.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.