Czy w 2027 roku będzie można głosować na partię Joanny Senyszyn?
Idziemy jak burza. Jest entuzjazm. W trzy dni zgłosiło się ponad pięć tysięcy chętnych do działania na rzecz niepodzielonej, przyjaznej Polski i nowej jakości w polityce.
Zawołanie z debat przedwyborczych "Witajcie, kochani!" zapisze się w podręcznikach do politologii. Uwieść Polaków miłością to była od początku strategia na wybory?
Raczej spontan. Wszystko zaczęło się w Końskich. Kiedy spóźniona weszłam na scenę, na której kandydaci na prezydenta już odpowiadali na pytania i zobaczyłam, że to przede wszystkim wiec poparcia Karola Nawrockiego, wiedziałam, że muszę rozbroić atmosferę, i zadziałał instynkt. Podniosłam ręce i dosłownie wykrzyczałam: "Witajcie, kochani! Dziękuję za zaproszenie. Wiedziałam, że na mnie liczycie i was nie zawiodłam, bo nigdy nikogo nie zawodzę!". Rozległy się brawa, bo ludzie, zwłaszcza młodzi, lubią szyderę. Spodobało im się, że nie zachowuję się jak reszta polityków, sztywno i z nadęciem. Atmosfera się rozluźniła, a zawołanie "Kochani!" poszło w świat i stało się moim znakiem rozpoznawczym. Podobnie jak czerwone korale.
Na kolejnej debacie, która pierwotnie miała być jedynie pojedynkiem Trzaskowskiego z Nawrockim, a stawiło się nas jeszcze kilkoro, poszłam za ciosem. Na końcowe wystąpienie, transmitowane przez TVP, TVN i Polsat, wyszłam przed pulpit, co zawsze zbliża, i mówiłam z serca. Użyłam metafory matki, która kocha wszystkie swoje dzieci, bez względu na to, jakie mają poglądy i jakich życiowych wyborów dokonały. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Widzowie mieli w oczach łzy, poruszeni, że można w ten sposób uprawiać politykę.
Kilka dni temu na Facebooku dostałam wiadomość o treści, która mnie wzruszyła: "Ani na panią nie głosowałem, ani nie sypiam na lewym boku, a jednak z całej kampanii zapamiętam właśnie panią. Pani jest z innej galaktyki! Chciałbym tam kiedyś zamieszkać".
Czy potrafiłaby pani powiedzieć coś dobrego o każdej z osób, z którą spotkała się pani na przedwyborczych debatach?
O każdej byłoby mi trudno, dlatego że większości nie miałam okazji poznać.
To może konkretnie? O Grzegorzu Braunie?
Zszokowały mnie jego przemocowe akcje w Sejmie i w szpitalu w Oleśnicy, bo w kontaktach osobistych jest szarmancki i uczynny. Kiedyś zapytałam, czy mógłby mnie zapisywać do sejmowych wystąpień, skoro zawsze zapisuje siebie. Uznał to za oczywistość i pamiętał do końca kadencji.
Sławomir Mentzen?
Ciężko byłoby mi cokolwiek powiedzieć. On sam mówi, że nie lubi kontaktów międzyludzkich i dlatego ich unika. Między innymi z tej przyczyny w ogóle nie powinien kandydować na prezydenta, ponieważ głowa państwa musi mieć wybitne zdolności w tej materii.
Z kolei o pani bardzo ciepło wypowiada się Krzysztof Stanowski.
Po ostatniej debacie zaproponował mi, bym poprowadziła autorski program w jego Kanale Zero i umówiliśmy się, że wrócimy do tematu, kiedy emocje wyborcze opadną. Chętnie podejmę tę współpracę.
A co pani dziś powie wszystkim tym, którzy nie przestają rozpaczać po wygranej Karola Nawrockiego?
Nie lękajcie się! Za nami 10 lat prezydentury Andrzeja Dudy, więc 6 sierpnia dla koalicji 15 października nic się pod tym względem nie zmieni. Martwić może się Jarosław Kaczyński.
Nie wykluczam, że Karol Nawrocki, który jest bardziej konfederacki niż PiS-owski, będzie próbował marginalizować PiS, a pompować narodowców. Nie raz i nie dwa postawi się prezesowi PiS, bo jak mówi francuskie przysłowie, najbardziej nienawidzimy tych, którym wiele zawdzięczamy.
Jak dotąd nasza rozmowa kręci się wokół mniej lub bardziej prawicowych polityków oraz ugrupowań – i trudno, żeby było inaczej, skoro identycznie jest z krajową polityką. Dlaczego lewica notuje od lat tak mizerne wyniki wyborcze?
Zasiadająca w Sejmie i w rządzie tzw. Nowa Lewica nie jest ani lewicowa, ani tym bardziej demokratyczna. Jest spragniona kasy i stołków.
Wyraźnie było to widać podczas żenujących targów o ministerialne fuchy w 2023 i w 2024 roku, kiedy wybory do europarlamentu zostały ustawione tak, żeby do Brukseli wysłać Biedronia, Śmiszka i Scheuring-Wielgus. Żeby zrealizować dewizę "rodzina na swoim", z list wyrzucono polityków, którzy mogliby przeskoczyć protegowanych, jak choćby Łukasza Kohuta, który – gdyby startował – wziąłby mandat kogoś z tej trójki.
To był swoisty wyborczy szwindel, którego nie widzieli nie tylko wyborcy, ale nawet premierzy Cimoszewicz i Belka, którzy zgodzili się zbierać głosy dla trojga wiośniarzy.
Wiem, że nie wycofa się pani z tych słów podczas autoryzacji. Jest pani jedną z niewielu znanych mi osób, które jeśli proszą o zmiany, to nie w kierunku łagodzenia swoich wypowiedzi, ale ich zaostrzania.
(śmiech) Uważam, że nie wolno lukrować rzeczywistości. Trzeba uświadamiać społeczeństwu, na czym stoimy. Jestem matką terminu "kaczyzm". Ponad 20 lat temu domagałam się likwidacji IPN jako instytucji szkodliwej, którą nazwałam instytutem prześladowań narodu, bo służy fałszowaniu historii i wyciąganiu haków na niewygodnych. Sprzeciwiałam się emerytalnej dyskryminacji służb…
A liberalizacja aborcji? Mój projekt z 2004 roku był pierwowzorem wszystkich późniejszych – zarówno społecznych, jak i poselskich. Trudno być prorokiem we własnym kraju, a we własnej partii – jeszcze trudniej.
Do SLD – i stosunku włodarzy tej partii do kobiet – zaraz wrócę, proszę tylko najpierw powiedzieć, czy zawsze pani taka była? W szkole potrafiła się pani sprzeciwić nauczycielom?
Bardzo często. Nie przepadałam np. za pisaniem wypracowań. W moich czasach wymagano czterech–pięciu stron tekstu. Któregoś razu oddałam jednostronicowe wypracowanie i dostałam trzy minus. Powiedziałam polonistce, że to niesprawiedliwe, bo to najlepsze wypracowanie, jakie w życiu napisałam, a jedną z głównych jego zalet jest właśnie zwięzłość. W niczym to nie pomogło, ocena się nie zmieniła, co absolutnie nie odwiodło mnie od wyrażania swojego zdania w przyszłości.
W klasie zazwyczaj byłam gospodynią, a na studiach starościną grupy czy nawet roku. Potrafiłam skutecznie walczyć o studentów, którym coś poszło nie tak.
Rodzice czasem się martwią, że przebojowość obróci się przeciwko dzieciom, dlatego radzą: nie wychylaj się. Jakie podejście mieli pani mama i ojciec?
Tata zmarł wcześnie. Wychowywała mnie mama, która pracowała od rana do wieczora, ponieważ prowadziła pracownię krawiecką, a potem wypożyczalnię sukien.
Co do mojego charakteru – nigdy mnie nie hamowała. Również wtedy, kiedy w domu starałam się forsować swoje zdanie.
Z tego, co pani mówi, mama była niesamowicie silną kobietą.
Niezwykłą! Poświęcam jej wiele miejsca w mojej książce.
Pisze pani autobiografię?
Od kilku lat. (śmiech) Ciągle brakuje mi czasu, trudno też pisać o sobie samej, ale teraz już będę musiała się za to wziąć, bo po kampanii wyborczej otrzymałam propozycję wydania książki od pięciu wydawnictw i szybko muszę się na coś zdecydować.
Ciekawa jestem, co pani napisze na temat tego, że polityka to męski świat? Ostatecznie prezydentem został mężczyzna. A jak trzeszczy w koalicji, to co się dzieje? Kilku panów się spotyka i decyduje co dalej. I nikogo to nawet nie dziwi.
To jest właśnie gender! Role społeczne, które z automatu zostają przypisane danej płci. Kiedy w Polsce prowadzono badania, jak sobie obywatele wyobrażają prezydenta, ankietowani mówili, że to mężczyzna między 40. a 50. rokiem życia, który ma żonę i dzieci. Partie, z małymi wyjątkami, takiego właśnie kandydata wystawiają.
W 2011 to pani była blisko objęcia przywództwa w SLD, jednak w ostatniej chwili wystartował także Leszek Miller i wygrał. Jaka była w tej – jak by nie było – lewicowej partii rola kobiet?
Taka sama jak we wszystkich innych. Kiedyś nawet na jednym z wyjazdowych posiedzeń zarządu SLD przeprowadziłam antyseksistowskie szkolenie. Niestety, niewiele to dało. Mężczyźni w odróżnieniu od kobiet wykazują bardzo dużą solidarność płci. Zwłaszcza w partiach politycznych.
Pamiętam, jak w 2014 roku głosowano w partii, kto dostanie jedynkę do Parlamentu Europejskiego w województwie świętokrzyskim. W 2009 roku o ponad 10 tys. głosów przegrał tam ze mną Andrzej Szejna, pomimo że był liderem listy. Wydawało się oczywiste dla wszystkich, że tym razem powinnam dostać pierwsze miejsce. I dostałam. Na Szejnę padło jednak kilka głosów.
Jeden z kolegów powiedział mi potem: "Wiem, że jesteś lepsza, ale z Andrzejem pijemy wódkę".
Joanna Mucha stwierdziła kiedyś, że koniec końców politykę robią mężczyźni, którzy ze sobą piją whisky.
Whisky też. Badania socjologiczne wykazują, że aby jakakolwiek grupa społeczna miała wpływ – bez różnicy na co – to jej udział w gremium musi wynosić minimum 30 proc. W Sejmie mamy teraz 29,13 proc. kobiet. Choć to dotychczasowy rekord w III RP, magicznych 30 proc. nie udaje się przekroczyć. I kobiety wciąż nie mają wpływu na nic.
Jak pani się z tym czuje?
Jestem przekonana, że gdybym była mężczyzną, to w 2010 roku – po katastrofie smoleńskiej – SLD wystawiłoby mnie w wyborach prezydenckich, a może bym nawet wygrała.
Nie budzi to w pani frustracji?
To niesprawiedliwe, że wciąż żyjemy w patriarchacie, ale staram się nie ulegać tego rodzaju emocjom, bo one do niczego nie prowadzą. To nie są uczucia konstruktywne.
W całym swoim politycznym życiu nie miewała pani momentów, kiedy załamywała się pod wpływem bezsilności?
Sprawdziła się na mnie teoria, o której mówił Aleksander Kwaśniewski, że kiedy odchodzi się z polityki, organizm zaczynają dopadać choroby. W 2014 roku zabrakło mi bardzo niewielu głosów, by dostać się do Parlamentu Europejskiego. Krótko potem miałam zawał serca z zatrzymaniem krążenia, a kilka miesięcy później złamałam szyjkę kości udowej.
Twierdzi pani, że polityka to tak niesamowicie silne emocje, że kiedy nagle ustają, odbija się to na zdrowiu?
Na to wygląda. Odchorowałam swoje, ale na szczęście udało mi się wyjść na prostą. Przede wszystkim dzięki pracy ze studentami, której z radością poświęciłam 50 lat życia, ostatnie 30 łącząc z polityką i dziennikarstwem.
Chorując, zastanawiała się pani, czy warto się było tak angażować, czy obrała pani słuszną drogę?
Zawsze uważałam, że idę dobrą drogą. I dziś z całą stanowczością mogę powiedzieć, że niczego nie zmieniłabym w swoim życiu.
"Nie żałuję niczego!" – mówi pani jak Edith Piaf.
"Je ne regrette rien".
Pani, tak silna osoba, śmierć męża Bolesława nazywa nie inaczej, tylko katastrofą.
Trudno się pozbierać po stracie człowieka, z którym przeżyło się niemal 50 lat. Ale kampania bardzo mi pomogła.
Tak właśnie myślałam, że działanie jest dla pani formą terapii.
Zdecydowanie! Kiedy człowiek przeżywa nieszczęście, przede wszystkim musi być między ludźmi i coś robić. Jestem bardzo wdzięczna moim przyjaciołom, którzy po śmierci męża praktycznie mnie nie opuszczali. Przez pierwsze tygodnie wyglądało to niemal, jakby pełnili przy mnie dyżury. Od rana do wieczora. A potem zaczęła się kampania.
Mąż bardzo chciał, żebym kandydowała, a w zasadzie to chciał, żebym została prezydentem. Wystartowałam i w wirze kampanii nie miałam czasu na rozmyślania.
W czym pani, ateistka, szuka pocieszenia, myśląc o tym, że przenigdy nie spotkamy już naszych ukochanych zmarłych?
Przede wszystkim pod żadnym pozorem nie można się zamykać w takich myślach! Żałobę trzeba przeżyć i wrócić do normalnego życia. Chociażby po Jarosławie Kaczyńskim widzimy, że kultywowana, niekończąca się żałoba do niczego dobrego nie prowadzi.
Mówi pani: niczego nie żałuję, a więc decyzji o nieposiadaniu dzieci również.
Wręcz przeciwnie. To była jedna z moich najlepszych, jeśli nie najlepsza decyzja.
Kobiety bezdzietne często są straszone okropnym hasłem: "Kto ci na starość szklankę wody poda?".
Podejście "żeby miał się mną kto zajmować na starość" to wręcz nieprawdopodobny egoizm, a ci, którzy traktują dzieci jako zabezpieczenie, bywają srogo rozczarowani.
Dorosłe dzieci wyjeżdżają do innych miast albo za granicę, mają swoje życie, własne rodziny i nie chcą lub nie mogą poświęcać się opiece nad seniorami. Dlatego wszystkim zatroskanym o to, jaka będzie starość bez dzieci, proponuję opowiedzieć dowcip o mężczyźnie leżącym na łożu śmierci, który mówi do zgromadzonego wokół licznego potomstwa: Chciałem innego życia, chciałem się bawić, podróżować, ale rodzina nakłaniała mnie do ożenku, spłodzenia dzieci, żeby miał mi kto na starość podać szklankę wody. I po co to wszystko było, skoro wcale mi się teraz pić nie chce?
Powtarza pani, że bliskie, czasem wręcz emocjonalne relacje miewała pani ze swoimi studentami.
Szczególnie ze studentkami. Moje seminaria magisterskie często wybierały m.in. wyjątkowej urody dziewczyny, które wiedziały, że u mnie będzie im dobrze, bo nie będę zazdrosna ani o ich młodość, ani o urodę.
Czy te młode kobiety prosiły panią o rady na życie?
Bywało. A kiedy byłam europosłanką, organizowałam nawet szkolenia pod hasłem, jak lepiej, mądrzej i przyjemniej żyć, w których wzięło udział kilka tysięcy kobiet.
Jak pani odpowiadała na pytanie, czy możliwe jest szczęście w pojedynkę, czy też należy szukać partnera?
Na siłę niczego nie należy szukać. Kiedy jedne drzwi się zamykają, drugie się otwierają. Znam wielu singli i singielek deklarujących, że są szczęśliwi. Często mają psa czy kota, z którym łączy ich silna emocjonalna więź. Wcale nie jest jednak powiedziane, że pewnego dnia nie spotkają drugiej połówki i nie będą już wspólnie zajmować się tym zwierzakiem domowym.
Uważa pani, że jest nam przeznaczona tylko jedna osoba na życie?
Myślę, że można się zakochiwać wiele razy. W młodości byłam dosyć kochliwa.
A czy chciałaby pani jeszcze kiedyś się zakochać?
Zakochanie jest bardzo przyjemne, więc nie mówię nie. Ale teraz na to nie pora.
Teraz pora na własną partię. O jakim wyniku wyborczym w 2027 roku pani marzy?
50 mandatów byłoby dobrym początkiem.
Joanna Senyszyn. Profesor nauk ekonomicznych. Polityczka i działaczka społeczna. Czterokrotna posłanka na Sejm RP, a w latach 2009–2014 europarlamentarzystka. Była dziekanem Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Gdańskim oraz rektorką Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. Wypromowała ponad 600 magistrów i 6 doktorów. Aktualnie tworzy ruch społeczny pod roboczą nazwą Czerwone Korale Senyszyn oraz pracuje nad autobiografią.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.