Rozmowa
Iwona Guzowska (Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)
Iwona Guzowska (Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

Czy wiesz, z czym Koalicja Obywatelska idzie do wyborów? Co jest w "szóstce Schetyny"?

Nie mam pojęcia (śmiech) .

Byłaś posłanką przez dwie kadencje, a teraz nie interesujesz się polityką?

W umiarkowanym stopniu, ale się interesuję. Kocham Polskę, więc interesuje mnie, co z nią będzie. Ale haseł wyborczych nie śledzę.

A jak się obserwuje kampanię wyborczą z pozycji osoby, która cztery lata temu podjęła decyzję o odejściu z polityki?

Komfortowo. Ani przez sekundę nie żałowałam, że z polityki odeszłam, ale też ani przez sekundę nie żałowałam, że do tej polityki trafiłam. Więc obserwuję kampanię wyborczą na spokojnie. To mnie już nie dotyczy. I fajnie.

Prowadzenie kampanii to był dla ciebie duży stres?

Nie! Pierwsza moja kampania [w 2007 roku - przyp. red.] to była spontaniczna decyzja. Zadzwonił do mnie Piotruś Dzik [gdański działacz PO - przyp. red.] i mówi: "Jest taka sprawa: czy zgodziłabyś się wystartować do parlamentu?". Zgodziłam się i poszło! To były przyspieszone wybory. Wszystko trwało może miesiąc. Udzieliłam kilku wywiadów i dostałam się do Sejmu. Żadna kampania.

Iwona Guzowska w 2010 roku (Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

Jakieś hasło wyborcze miałaś?

Tylko imię, nazwisko i numer na liście. 

A w 2011 roku?

Uznałam po czterech latach w parlamencie, że jeśli ludzie będą chcieli, bym w nim została, to tak się stanie. Ale owszem, wtedy miałam już ulotki, banery, wisiał nawet jeden billboard. I hasło też miałam: "Siła wrażliwości". 

Ostra była walka o dobre miejsce na liście? O jedynkę?

U nas w regionie gdańskim nie było żadnej walki o pierwsze miejsce. Z góry zostało narzucone, że jedynką będzie Sławek Nowak i koniec, kropka. Nikomu by chyba nawet do głowy nie przyszło z tym dyskutować.

Ja miałam świetne miejsce, bo siódme, a dla mnie siódemka jest szczęśliwa, bo urodziłam się siódmego lutego. Ale pamiętam, jak podczas wieczoru wyborczego od jednego z kolegów z Gdyni usłyszałam: "Ty, Iwona, się nie dostaniesz do Sejmu. Szansy nie masz". Odpowiedziałam: "OK. W porządku". A potem się okazało się, że zrobiłam drugi wynik na swojej liście.

Ile cię to kosztowało?

Na pierwszą kampanię dostałam od partii limit 3 tys. zł, z czego wydałam połowę. Na drugą - 10 tysięcy. Wiem, że inni się zadłużają, biorą kredyty na kampanię, ale mnie to nie dotyczyło.

Pamiętasz dobrze swój pierwszy dzień na Wiejskiej?

Tak! To był prawdziwy koktajl uczuć! Wybuchowa mieszanka. Czułam niepewność, ekscytację i miałam poczucie, że to, co się dzieje, jest naprawdę ważne. 

Pierwszy dzień to jeszcze nie jest regularna praca poselska.

Mieliśmy szkolenie dla nowych posłów. Wypełnialiśmy sterty dokumentów, uczyliśmy się, jak głosować z użyciem specjalnych kart czipowych i jak się poruszać po tych wszystkich przestrzeniach w parlamencie.

A jakie to uczucie zasiąść na swoim miejscu w sali plenarnej?

Na początku masz poczucie elitarności. Jesteś w grupie wybrańców: 460 posłów plus 100 senatorów to niewiele jak na 38-milionowy naród. Ale jak już tak siedzisz wśród 459 innych osób, to ci się wydaje, że jest ich całkiem sporo (śmiech). Jesteś taką trochę mróweczką, siedzącą w tym wielkim krześle, dość zresztą wygodnym. Na sali plenarnej wyczuwało się  wtedy charakterystyczny zapach, bo to jeszcze było przed remontem. To drewno, wykładziny nie pierwszej świeżości. Klimat był wyjątkowy.

Ilu czołowych polityków znałaś, idąc do Sejmu?

Zamieniłam kilka zdań z Donaldem Tuskiem. Zrobił na mnie wrażenie normalnego, sympatycznego gościa. 

Iwona Guzowska i Donald Tusk w 2007 roku (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

A kiedy obserwowałaś go podczas codziennej pracy sejmowej - jak to wrażenie ewaluowało?

Wtedy zobaczyłam, że to jest człowiek, który naprawdę pasjonuje się polityką i poświęca jej się całkowicie. Kładzie się o 2 w nocy, wstaje o 6 i nigdy nie narzeka.

Pracoholik?

To nieładne słowo. Pasjonat. Tusk, kiedy został premierem, w ciągu kilku miesięcy bardzo się zmienił fizycznie: podkrążone oczy, blada cera, ogromne zmęczenie było po prostu po nim widać. Ale zawsze dawał z siebie 100 procent i w tym, co robił, był świetny. To wytrawny polityk. Swoją obecną pozycję w Europie zawdzięcza swojemu talentowi i naprawdę ciężkiej pracy. 

Poza Tuskiem nie znałaś nikogo?

Nikogo.

Czego się po polskiej polityce spodziewałaś?

Jak każdy słyszałam opinie, że "polityka to brudna sprawa".

A polityk to ten, który "dorwał się do koryta".

Oczywiście. Ale ja zawsze miałam do tego duży dystans. I poczucie, że na każdy temat należy wyrabiać sobie własne zdanie. Gdybym w dzieciństwie uwierzyła w to, co mówili o mnie inni, tylko dlatego, że byłam adoptowana - do niczego bym nie doszła. Szłam więc do Sejmu z ciekawością i otwartością. I tę otwartość polecam każdemu.  

Jakie są więc realia pracy w Sejmie? Ile miesięcznie zarabia poseł?

Nie wiem, jak to jest teraz. Za moich czasów na konto wpływało 7100 zł uposażenia. Do tego dochodziła nieopodatkowana dieta w wysokości około 2 tys. zł. 

Do tego pieniądze na prowadzenie biura poselskiego, bezpłatne podróże.

Przejazdy na PKP i przeloty samolotem posłowie mają rzeczywiście bezpłatne przez całą kadencję. Co do biura - nie pamiętam, czy to było 10 czy 12 tysięcy na jego prowadzenie, ale to są pieniądze na zatrudnienie pracowników - a zatrudnia się na etat - oraz wynajęcie powierzchni biurowej. Nie są to środki, z których można zaoszczędzić i dokładać sobie do pensji. 

Mieszkałaś w hotelu poselskim?

Przez krótki czas. Od osób, które pracowały w jego administracji, usłyszałam: "Pani poseł, teraz są nudy. Jak tu była Samoobrona, to tu się działo! Imprezy, wszystko". Nie wiem, czy tak było. Ale takie słowa usłyszałam. Natomiast kiedy ja tam mieszkałam, było spokojnie. Normalne miejsce do życia.

O hotelu sejmowym krążą legendy. Z okna miała wypaść naga prostytutka.

Ja nigdy nie widziałam prostytutek w domu poselskim.

Nowy Dom Poselski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Zdjęcia pijanych w sztok posłów, leżących na korytarzu w hotelu poselskim, co jakiś czas pojawiają się w tabloidach.

Tego też nie widziałam na własne oczy.

Ja za to widziałam prominentnych polityków, którzy w dzień sejmowy pili whisky w sejmowej restauracji Hawełka już od 9 rano. Obowiązywała zasada, że dziennikarzom wolno tam przychodzić tylko pod warunkiem, że nie robią zdjęć

.

Ludzie wchodzą do Sejmu ze swoimi silnymi i słabymi stronami. Również z uzależnieniami. Jeśli pytasz, czy politycy bywali pijani w pracy - tak, bywali. 

Niektórzy pili alkohol praktycznie przez całe posiedzenie Sejmu. Było takich osób kilka, może kilkanaście. Obserwowaliśmy, jak się staczają po równi pochyłej - nie tylko zawodowo, bo to się wszystko kończyło dramatami również w ich życiu prywatnym. Na przykład rozwodami. Zastanawialiśmy się, jak pomóc. Ale z alkoholizmem jest tak, że tu się nie da nic zrobić za kogoś. Samemu trzeba podjąć decyzję i pójść na terapię.

Kilkoro posłów i posłanek przeżyło terapię wstrząsową - media pokazywały ich pijanych podczas posiedzeń Sejmu.

Posłowie bywają alkoholikami tak samo jak lekarze, nauczyciele czy księża. Za tym zawsze stoi dramat człowieka. Tymczasem widziałam ostatnio w mediach zestawienie posłów przyłapanych na pijaństwie w Sejmie. Mnie to nigdy nie śmieszyło. Tabloidowe przedstawienie sprawy.  

Tak samo jak taki obrazek: sala plenarna, w ławach garstka posłów. Wniosek - pozostali to lenie! Nie przyszli do pracy. Stały motyw w tabloidach.

Kiedy na sali plenarnej odbywa się pierwsze czytanie projektów ustaw czy sprawozdań z prac komisji, wtedy na sali jest poseł sprawozdawca oraz  przedstawiciele poszczególnych klubów, którzy mają zająć stanowisko w ich imieniu. W tym samym czasie w kilkudziesięciu salach na terenie Sejmu odbywają się posiedzenia komisji, i to tam jest wykonywana podstawowa praca poselska. Praca nad projektami ustaw.

Ty pracowałaś nad ustawami wzbudzającymi ogromne emocje. To za twoich czasów Sejm zdecydował np. o zakazie bicia dzieci. Do ostrych spięć dochodziło na komisjach sejmowych, kiedy dyskutowaliście o takich sprawach?

Zdarzały się twierdzenia, że to, co się dzieje w rodzinie, to tylko sprawa rodziny i państwo się w nie nie powinno mieszać.

Kto tak twierdził?

Posłowie PiS-u, ale przecież nie wszyscy. Nie jest tak, że przynależność do jakiejś opcji determinuje sposób myślenia człowieka. W każdej partii znajdą się tacy, co nadużywają władzy i cierpią na megalomanię, jednak większość ludzi, z którymi pracowałam, to były bardzo pracowite, zaangażowane osoby, prężnie działające w swoich regionach. Tyle że ich nie widać w mediach, bo tam chodzi tylko wąska grupa posłów. 

Bulterierów głównie.

Dokładnie. Przed kamerami z wielu wychodzi polityczne zwierzę.

Renata Zaremba , Iwona Guzowska i Roman Kosecki podczas wieczornych glosowań w kwietniu 2013 r. (fot. Sławomir Kamiński / AG)

Ta agresja, którą widać w przekazach telewizyjnych, bierze się z realnej niechęci do przeciwnika politycznego, czy też trochę ze świadomości, że odgrywa się polityczny spektakl?

Niektórym adrenalina podskakuje, jak tylko włącza się kamera. Ekscytujące jest, że za chwilę człowieka obejrzy kilka milionów ludzi. Dziennikarze też podkręcają atmosferę. Program się musi oglądać, dobrze, żeby potem był cytowany.

Czasem w studiu telewizyjnym bywa tak ostro, że potem trudno uwierzyć, że goście wyjdą jednym wyjściem.

I bywa tak, że nie wychodzą! Ale ja nigdy nie miałam takiej sytuacji. Chodziłam do mediów, żeby rozmawiać o sprawach społecznych. Dyskutowaliśmy o tym, co zrobić, żeby dzieci w tym kraju były bezpieczne, żeby nie były bite. Nie rzucaliśmy się sobie do gardeł, tylko merytorycznie rozmawialiśmy.

A po programie wracaliście do domu jedną taksówką?

Bardzo często. I rozmawialiśmy jak normalni ludzie: o naszych rodzinach, zwierzętach domowych, o sporcie. 

Czyli można?

No pewnie. 

Zostańmy przy mediach. Za twojej kadencji Tomasz Sekielski zrealizował film "Władcy marionetek", w którym pokazał, jak partie "robią politykę". Dostawałaś "przekazy dnia" od klubu PO?

Rzeczywiście, było coś takiego, nie wiem, czy codziennie, ale było. Tyle że ja akurat się tym nie przejmowałam. Kiedy działo się coś ważnego, np. wprowadzaliśmy zmiany w przepisach dotyczących wieku emerytalnego, nie potrzebowałam żadnych przekazów od kierownictwa partii. Byłam za podwyższeniem wieku emerytalnego i nadal uważam, że to jest bardzo dobre rozwiązanie, szczególnie dla kobiet. One często nawet po wielu latach pracy mają głodowe emerytury. A te ostatnie lata pracy generują najwyższe przychody emerytalne. Poza tym siedzenie w domu nie służy człowiekowi. Dla wolności, godności kobiet wydłużenie wieku emerytalnego to była bardzo dobra decyzja. Tak uważałam i tak też mówiłam w mediach. Ale gdybym była przeciwko, również bym to artykułowała i żadne przekazy partyjne by mnie nie powstrzymały. Zawsze mówiłam to, co myślę. Ja jestem niepokorne bydlę. Dlatego byłam mistrzynią świata (śmiech).

Zostałaś kiedykolwiek wezwana na dywanik za "nieprawomyślną" wypowiedź?

Za głosowanie wbrew linii partii!

O co chodziło?

O kręgosłup moralny. Nie przypomnę sobie, czego dotyczyło to głosowanie - to było 12 lat temu - ale świadomie zagłosowałam po swojemu, za co zostałam zawieszona w prawach członka klubu na miesiąc. Ale miałam do tego odpowiedni dystans, kara nie zrobiła na mnie wrażenia.

Dziennikarka Barbara Barend i Iwona Guzowska w 2012 roku (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Ty byłaś ogromnie popularna już w momencie wejścia do Sejmu. Ale kiedy obserwowałaś szeregowych posłów - jakie oni mieli szanse na zbudowanie popularności? Przebicie się do tej pierwszej ligi? Do mediów?

Jeśli nie ma się wybitnych osiągnięć, choćby naukowych, nie jest się np. prof. Religą, który był marką sam w sobie - fantastycznym, cudownym lekarzem; czy - w dziedzinie prawa - fenomenalnym prof. Widackim, to bardzo trudno jest się "wykreować". Prawda jest taka, że to partia, klub decyduje o tym, kogo wysyła do mediów. I ci wystawiani ludzie nie muszą specjalnie zabiegać o zainteresowanie mediów, bo w tym czy innym temacie są "twarzami" z nadania partyjnego. Niektórzy w danym temacie ekspertami, inni zaczynają się specjalizować w konkretnej "działce" i potem wypowiadają się w imieniu partii.

A ty?

Mnie media same zapraszały. Gdybym miała czekać na zlecenia z klubu, to chyba bym do żadnej telewizji nie poszła. 

Naprawdę?

Naprawdę. Partia, klub nigdy nie zdecydowały, żeby akurat mnie wysłać do tego czy tamtego programu. 

Ale ty też nie byłaś "no-namem". Wchodziłaś do polityki jako znana sportsmenka. Byłaś marką.

I wydawało się, że naturalnym dla mnie tematem będzie sport. Ale nie po to poszłam do Sejmu, żeby się zajmować sportem, tylko żeby rozwiązywać konkretne problemy, poruszać tematy, które uważam za najważniejsze: ustawa o pieczy zastępczej, zakaz bicia dzieci, ochrona kobiet ofiar przemocy. To były dla mnie priorytety. A ponieważ mówiłam o tym, że sama byłam adoptowana, że byłam też ofiarą przemocy - dziennikarze chętnie ze mną rozmawiali. Miałam siłę przebicia. 

Po wygranej w wyborach 2007 r. PO zdecydowała o wysłaniu do mediów Joanny Muchy. Partia ogłosiła ją "pierwszym cudem Tuska", parafrazując swoje hasło wyborcze. Media podchwyciły narrację, ale seksizm to był straszny, bo posłowie Platformy zachwalający młodą, wtedy jeszcze szerzej nieznaną posłankę uśmiechali się znacząco: "jaka ona ładna".

Jasne, że to był seksizm! Ta cała sytuacja była dla Joanny mocno krzywdząca. Chciała być postrzegana przez pryzmat swojej wiedzy, profesjonalizmu, zaangażowania, a nie tylko tego, że jest piękną kobietą. Miałam wrażenie, że jest w niej smutek i mocna niezgoda na tę sytuację. Z czasem stała się zgorzkniała. Prawda jest też taka, że część partyjnych koleżanek zazdrościła jej urody, kariery i wcale nie były jej przychylne. Łatwiej by było walczyć ze stereotypem "paprotek" w polityce, gdyby kobiety bardziej się wspierały. To na pewno.

Joanna Mucha w 2019 roku (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Ty sama doświadczyłaś kiedykolwiek seksizmu w polityce?

Skąd! Mnie faceci postrzegali jako harpagana: "Jak coś jej się nie będzie podobało, to pewnie przyłoży w ryj" (śmiech) . Ale oczywiście, napatrzyłam się w Sejmie na traktowanie kobiet przedmiotowo, z pogardą. Przykład? Proszę bardzo. Komisje sejmowe.

Komisjom sejmowym szefują prawie w 100 proc. mężczyźni.

Otóż to. A kiedy Agnieszka Pomaska została szefową komisji do spraw Unii Europejskiej, od razu podniosło się wielkie larum. Niektórzy panowie byli bardzo niezadowoleni, szczególnie ci, którzy na to stanowisko mieli chrapkę. A Agnieszka jest rekinem politycznym i fakt, że jest drobną, ładną dziewczyną, nie ma nic do rzeczy. Należała jej się ta funkcja, po prostu. 

Wierzysz, że Małgorzata Kidawa-Błońska zostanie jesienią szefową polskiego rządu?

Nie wiem, czy wierzę. To nie jest kwestia wiary: sondaże są jakie są  - musiałby się chyba wydarzyć mały cud, żeby tak się stało. Ale chciałabym, żeby Małgosia została premierem! To fajna babka! Bardzo mądra kobieta, która zawsze szuka konsensusu, ma klasę, przy tym jest ciepła, wyrozumiała, a do tego jest skutecznym politykiem. 

Na szczęście kobiety w polityce mają coraz więcej do powiedzenia. Kiedy byłam w Sejmie, Ewa Kopacz, jako druga kobieta w historii Polski, została premierem. 

Potem Beata Szydło.

A ja teraz czekam na kobietę prezydenta. Jola Kwaśniewska byłaby świetna. To jest mój wzór. Ale ona, niestety, nie chce się angażować politycznie. 

Zostańmy przy pierwszych damach. Poznałaś też Marię Kaczyńską.

Wysłałam do Pałacu Prezydenckiego pismo w sprawie młodej dziewczyny, która miała zostać deportowana do Rosji. Natychmiast zadzwonił do mnie ówczesny minister w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego - a był nim Andrzej Duda - i zaprosił do Pałacu w imieniu Marii Kaczyńskiej właśnie. Ta dziewczyna nie została deportowana, a ja wtedy poznałam Marię Kaczyńską. To była mądra, ciepła i dobra osoba. Angażowała się w tematy, które były mi bliskie, m.in. organizowała konferencje robocze w sprawie adopcji, na które mnie zapraszała. 

A czy rozmawiałaś kiedykolwiek z Jarosławem Kaczyńskim?

Nie.

Krystyna Pawłowicz i Jarosław Kaczyński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

A z posłanką Krystyną Pawłowicz?

Nie. Ale powiem ci coś na jej temat. Oczywiście bawiło mnie - jak nas wszystkich wtedy - to słynne zdjęcie, na którym posłanka Pawłowicz wsuwa sałatkę. Ale przecież nie jej jednej zdarzyło się coś zjeść na sali sejmowej! Bądźmy szczere: głosowania - choćby nad budżetem - potrafią ciągnąć się godzinami, również nocą. I wtedy nieraz sama podjadałam jakąś kanapkę. Tak że to wszystko jest.

...często uproszczone i tendencyjne?

Tak. Tabloidyzacja życia społecznego i politycznego to naprawdę nie jest nic dobrego.

Zaprzyjaźniłaś się z którąś posłanką PiS?

Nie, ale lubiłam wiele z nich. O, na przykład Beata Mazurek! Ona często zagadywała: Iwonka, może byśmy wspólnie poćwiczyły? A ja na to: Jasne. Jakie to miało znaczenie, czy ona jest z PiS-u, czy nie? Z Elą Rafalską też bardzo fajnie się rozmawiało.

A na drugim politycznym biegunie?

Uwielbiałam Izabelę Jarugę-Nowacką. Dużo rozmawiałyśmy o naszych dzieciach, dlatego kiedy ostatnio spotkałam Basię Nowacką, od razu chciałam ją mocno przytulić. Tyle już o niej wiedziałam.

Co z relacjami damsko-męskimi? Kiedy chodzi o podryw, kwestie polityczne mają znaczenie?

(śmiech) Nie mają. Posłowie podrywają niezależnie od barw partyjnych. Ale mnie to nigdy nie interesowało. Nie wchodziłam w relacje z politykami.

Za twoich czasów jeden z tygodników wprost zapytał Joannę Muchę o jej domniemany romans z Jarosławem Gowinem.

(śmiech) A rzeczywiście. Była taka plotka. Ale ja akurat jestem przekonana, że Joanna miała lepsze rzeczy do roboty niż romansować z Gowinem.

Wróćmy do Platformy i Tuska. O czym z nim rozmawiałaś w przerwach między głosowaniami?

O bieganiu! On kocha sport.

Schetyna też.

O tak! Piłkę nożną i koszykówkę.

Tusk czy Schetyna - kto ma większą charyzmę?

Moim zdaniem oni stanowili siłę wtedy, kiedy grali w duecie. To była konfiguracja najbardziej skuteczna i dla PO, i dla Polski. 

Monika Wielichowska, Renata Zaremba, Iwona Guzowska i Roman Kosecki podczas głosowania w sejmie w 2013 roku (fot. Sławomir Kamiński / AG)

Tak żarliwie o tym mówisz. Może jednak nie trzeba było odchodzić z polityki?

Słuchaj, polityka to jest oczywiście wielka, wspaniała sprawa, która decyduje o losach ludzi. Gdyby nie polityka, gdyby nie grupa ludzi z pasją, którzy kilkadziesiąt lat temu walczyli z PRL-owskim systemem, to teraz nie siedziałybyśmy na kawie, żyjąc w wolnej, demokratycznej Polsce i nie robiły wywiadu dla wolnego, demokratycznego medium. 

Więc skoro taka wspaniała jest ta polityka...

Ale z nią jest jak ze sportem: żeby to robić dobrze, trzeba mieć pasję. A ja po dwóch kadencjach w Sejmie czułam, że zaczynam być byle jaka. Tego nie lubię. Dlatego odeszłam. Teraz zajmuję się tym, co mnie pasjonuje: wykorzystuję swoje doświadczenie życiowe i ringowe, by pomagać ludziom w budowaniu dobrych relacji. Dużo pracuję z kobietami. Szkolę. I świetnie się w tym czuję. 

Ale zachowałaś tabliczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem z sali plenarnej Sejmu?

Oczywiście! I jestem z niej dumna! Polityka to jest piękny kawałek mojego życia. Dlatego gorąco apeluję: Czytelniku kochany! Jeśli kochasz ten kraj, to idź na wybory! I głosuj, jak chcesz. Dokonaj wyboru zgodnie ze swoim sumieniem. Ale idź! 

Iwona Guzowska - wielokrotna mistrzyni świata w kick-boxingu, pierwsza Polka, która zdobyła tytuł mistrzyni świata w boksie zawodowym i uzyskała tytuł Ironmana, a także polityk, posłanka na Sejm VI i VII kadencji.

Anna Kalita , absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.