Niniejszy wywiad Anny Kality z Weekend.Gazeta.pl został doceniony w konkursie branżowym Wirtuale 2025 i znalazł się w top5 w kategorii "Publikacja Roku: społeczeństwo". Zapraszamy do lektury docenionego materiału.
**
Panie Arturze, czy pan słyszał, co do pana mówiła żona, kiedy pan był w śpiączce?
Artur: Słyszałem! Pamiętam wszystko, co mówiła. "Kocham cię! Wracaj do mnie". Tylko że nie byłem w stanie zareagować.
Śpiączka trwała dwa miesiące. Była pani w Budziku dla Dorosłych codziennie?
Agnieszka: Ja tam mieszkałam. Mąż zapadł w śpiączkę po przeszczepie serca. Doznał udaru niedokrwiennego obu półkul mózgu.
Kiedy ze szpitala na Banacha w Warszawie, gdzie był operowany, dostałam telefon: "Za dwie godziny mąż będzie przewożony do Kliniki Budzik dla Dorosłych", rzuciłam pracę w jednej sekundzie.
Gdzie pani pracowała?
Agnieszka: Sprzedawałam w sklepie. Była godzina 10 rano. Powiedziałam po prostu: "Dziękuję i przepraszam, ale ja muszę teraz wyjść i już tu nie wrócę. Ja się teraz muszę opiekować mężem".
To, że w klinice mogła pani być z mężem dzień i noc, na pewno było dla was obojga bezcenne.
Artur: Dzięki Bogu żona jest i zawsze była ze mną.
Agnieszka: Wie pani, na dobrą sprawę to ja nie dopuszczałam nikogo do opieki nad mężem. Mam na myśli higienę, pielęgnację. Tak, był w śpiączce, ale kiedy pierwszego dnia przyszła opiekunka medyczna, żeby męża umyć, to ja naprawdę czułam, że się krępował. Nie chciałam, żeby zajmował się tym ktokolwiek poza mną. Co tylko mogłam, robiłam sama.
Pielęgnacja to sposób na okazanie miłości chorej osobie.
Agnieszka: Ja opiekowałam się człowiekiem, który jest moim życiem.
Mówiłam do niego bez przerwy. "Kocham cię! Wróć do mnie" – powtarzałam na okrągło. Opowiadałam mu o wszystkim. Nawet jak kupowałam opał do domu: "Taka cena jest dobra, Artek? Co o tym myślisz?".
To scena jak z filmów, w których do osoby w śpiączce zawsze mówią najbliżsi. Gdyby państwa życie miało być scenariuszem na film, byłby to dramat człowieka, który od dzieciństwa ciężko chorował, czy historia o cudzie wybudzenia ze śpiączki?
Artur: Dla mnie to jest cud!
Agnieszka: Wierzymy, że to był cud, bo coś, co medycznie…
Artur: …było niemal niemożliwe…
Agnieszka: ...jednak się wydarzyło. Od neurologów, którzy jako pierwsi badali męża, usłyszałam: "To jest stan wegetatywny". Dlatego teraz śmiejemy się, że mąż mógłby trzy razy w roku obchodzić urodziny, bo również w rocznicę przeszczepu i wybudzenia ze śpiączki.
Przeszczep miał miejsce 1 marca ubiegłego roku. Którego dnia doszło do wybudzenia?
Agnieszka: Nie da się podać jednej daty. Ja, jeszcze zanim przyjechaliśmy do Budzika dla Dorosłych – kiedy mąż był w szpitalu na Banacha – wiedziałam, że on "czai". Piętnaście razy prosiłam: "Spójrz na mnie", aż w końcu, na sekundę, przekręcił oczy w moją stronę! I to był on. To jego, mojego Artka, spojrzenie. Widziałam, że w tych krótkich momentach on był obecny. I czerpałam nadzieję z każdego najdrobniejszego postępu.
Najważniejsze było zdanie, które usłyszałam od prof. Wojciecha Maksymowicza w Budziku dla Dorosłych. Powiedziałam: "Od neurologów z poprzedniego szpitala usłyszałam, że dla mojego męża nie ma szans na powrót do zdrowia". A profesor na to: "Same badania o niczym nie świadczą. Tyle wypracujemy, ile mąż będzie chciał, żebyśmy wypracowali". Wtedy uknułam w głowie plan, że już ja tak męża przekabacę, że on będzie chciał się z tej śpiączki wybudzić. (śmiech) A wiedziałam przecież, że jest silnym chłopem i zawsze walczy.
Następnym razem przyszedł profesor, stanął obok męża i mówi: "Panie Arturze, niech pan na mnie spojrzy". Zero reakcji. Pytam: "Panie profesorze, co on powinien robić?". "Choć trochę iść za moim głosem". Aha! Arturek, muszę cię nauczyć przekręcać głowę! Stałam i stałam przy nim godzinami. Gadałam tak długo, aż w końcu przekręcił głowę. Innego dnia udało mu się mrugnąć oczami, a jeszcze innego podnieść kciuk.
Wybudzanie ze śpiączki nie wygląda jak na filmach. Przynajmniej u nas tak to nie wyglądało.
Że w jednej sekundzie człowiek jest bez kontaktu, a w drugiej otwiera oczy, uśmiecha się, wstaje i bierze żonę w ramiona?
Agnieszka: Było tak, że ja mu ciągle gadałam, że go tak kocham i kocham, i któregoś wieczora, jak go nakarmiłam i poszłam umyć strzykawkę, której w tym celu używałam, powiedziałam: "Boże, Artek, ile ja bym dała, żeby znów usłyszeć od ciebie, że mnie kochasz!". I usłyszałam szept: "Kocham cię". (płacz)
Taka rehabilitacja może być nie tylko trudna, męcząca, ale i bolesna, frustrująca. Zdarzało się panu płakać z bezsilności?
Artur: Łzy? U mnie? Uparciucha? Nigdy!
Żyje pan z chorobą od dziecka. Zespół Ebsteina zdiagnozowano, kiedy miał pan dziewięć lat. Na czym polega ta choroba?
Artur: Problemem jest zastawka…
Agnieszka: ...trójdzielna serca. Mąż wszystko by pani o tej chorobie opowiedział, ale niestety teraz pamięć jest, jaka jest. Wszystko się ulotniło.
Wszystkie wspomnienia?
Agnieszka: Większość. Nie jest tak, że nie potrafi sobie przypomnieć niczego. Świetnie na przykład pamięta nazwiska lekarzy, którzy go kiedykolwiek leczyli! (śmiech)
Proszę zatem, by pani mi opowiedziała, w jakim stanie zdrowia był mąż, kiedy się państwo poznali?
Agnieszka: Ja miałam 18, a mąż 19 lat i był po trzeciej operacji serca. Kiedy był dzieckiem, jego mama usłyszała, że…
Artur: …to jest wada nieoperacyjna.
Agnieszka: I że jeśli Artur dożyje 20. roku życia, to będzie sukces.
Dla nas całe życie męża to cud. Pierwszą operację przeszedł w wieku 14 lat. Co dziś pamięta? Na przykład to, że ominęła go studniówka, bo lekarze nie chcieli go na nią wypuścić ze szpitala. Ale kiedy się poznaliśmy, był akurat w stabilnym, dobrym stanie zdrowia. Przyszedł do mnie w gości na osiemnastkę. Był wtedy chłopakiem mojej przyjaciółki. Ale zaczęliśmy się spotykać, dopiero jak zerwali! (śmiech)
Miłość od pierwszego wejrzenia? Gromy z nieba?
Agnieszka: Nie było jakiegoś wielkiego przyciągania, wie pani. Na początku nie miałam przekonania, że powinniśmy się spotykać, ale mąż był uparty: wydzwaniał, pisał, więc dla świętego spokoju się z nim kilka razy umówiłam.
Po dwóch miesiącach z oczu spadły mi klapki. To jest ten facet! Jak mogłam tego od początku nie widzieć?
Był dobry i bardzo wrażliwy. Od początku wiedziałam i czułam, że jes
tem u niego na pierwszym miejscu. Co jeszcze mnie w nim urzekło? Wiedza. Jest bardzo mądry. Zawsze bardzo dużo czytał.
A pana co urzekło w żonie?
Artur: Jest dobrym człowiekiem. Bardzo kochaną osobą.
Agnieszka: Zaręczyliśmy się po pół roku znajomości.
Słowa przysięgi "w zdrowiu i w chorobie" musiały wybrzmieć mocniej, niż gdy wypowiadają je młode i zdrowe osoby.
Agnieszka: Ślubowałam w pełni świadomie.
Teściowa bardzo przeżyła ceremonię. Płakała tak strasznie, jakby była nie na ślubie, tylko na pogrzebie.
Artur: Mama miała wątpliwości, czy powinniśmy się pobierać.
Agnieszka: Podejrzewam, że się po prostu bała.
Że pani nie udźwignie sytuacji, kiedy przyjdzie moment próby? Ponieważ od tylu lat żyła w ciągłym strachu o pana życie, doskonale wiedziała, jak to wielkie obciążenie, i bała się, że "obca kobieta" – bo przecież jeszcze nie żona, jeszcze nie rodzina – nie będzie miała dość siły, by przez to przejść.
Artur: Ja nie miałem żadnych wątpliwości, że żona jest właściwą osobą na życie.
Agnieszka: Rok temu, kiedy mąż był w śpiączce, teściowa powiedziała najpiękniejsze słowa, jakie mogłam usłyszeć w życiu: "Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej żony dla syna". (płacz) Do śmierci tego nie zapomnę.
Pan natomiast na pewno pamięta doskonale każdy dzień, w którym na świat przychodziły wasze dzieci.
Artur: Patrycja, Maja i Filip. Najpiękniejsze chwile w życiu. Za każdym razem przywoziłem żonie kwiatki do szpitala.
Był pan w stanie zajmować się dziećmi, kiedy były malutkie: nosić na rękach, kąpać, grać w piłkę?
Agnieszka: Przy córkach mąż robił wszystko, ale już z synem niekoniecznie był w stanie grać w piłkę. W międzyczasie przeszedł kolejne dwie operacje serca, jednak niewydolność postępowała. Wszystkim tak bardzo się męczył! By przejść z pokoju do toalety, musiał robić kilka przystanków.
Przeszczep był koniecznością. Synek miał wtedy trzy i pół roku. Tłumaczyliśmy mu, że (płacz) "tata pójdzie do szpitala, będzie miał nowe serduszko, a jak wróci, to będzie mógł z tobą grać w piłkę".
Przeszczepy serca mają w sobie coś niesamowitego, wielkiego, a kiedy jest się pacjentem – zapewne również przerażającego. Bał się pan tej operacji?
Artur: Każdej operacji się bałem – pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej. Tragedia. Zawsze się strasznie bałem. Ale do profesora, który przeszczepiał mi serce, miałem pełne zaufanie. Przed operacją powiedział: "Będzie ciężko, ale się uda". Odpowiedziałem: "Wchodzę w to".
Agnieszka: W trakcie przeszczepu doszło do zatrzymania krążenia. Serce nie chciało podjąć pracy. Profesor walczył do końca. Dosłownie zmusił serce do pracy.
Artur: Oboje uważamy, że gdyby nie ten lekarz, dziś bym nie żył.
Agnieszka: W drugiej dobie po przeszczepie lekarze powiedzieli mi: "Będziemy podejmować próbę wybudzenia". A później: "Próba się nie powiodła". To nie brzmiało dobrze. Odchodziłam od zmysłów. Śpi? Dlaczego wciąż śpi?
Na pewno bała się pani, że nowe serce może się nie przyjąć, ale pewnie nie brała pod
uwagę, że mąż mógłby zapaść w śpiączkę. Bywa, że zamartwiamy się rzeczami, które nigdy się nie wydarzą, natomiast przydarzają nam się tragedie, których nawet byśmy nie wymyślili.
Agnieszka: Dokładnie tak było. Trzeciego dnia usłyszałam: "Niestety, podczas operacji został uszkodzony mózg". Odebrałam ten telefon w pracy. Nie zaczęłam wtedy płakać. Ja zaczęłam wyć. W jednej sekundzie wybiegłam z pracy i pojechałam do szpitala, a lekarze pozwolili mi wejść do niego na OIOM. Męża nie było wiele widać spoza aparatury: ECMO, które wspomagało oddychanie, sprzęt do dializ, bo przy okazji wysiadły nerki, respirator.
Różne rzeczy słyszałam tuż po przeszczepie: że mąż się nie wybudzi ze śpiączki, że nigdy nie będzie samodzielnie oddychał. Myślałam wtedy: niech tylko bije serce!
Nieważne, że będzie leżał, że będę musiała wszystko koło niego zrobić, bo nie
był w stanie palcem ruszyć, głowy przekręcić – to nie miało znaczenia. Żeby tylko biło serce. Bo jak będzie biło serce, to będzie żył.
Panie Arturze, wiem, że to pytanie zabrzmi strasznie banalnie, ale nie mogę go nie zadać: czy człowiek w śpiączce czuje, jakby śnił i nie mógł się wybudzić z tego głębokiego snu?
Artur: Ja tak to właśnie pamiętam.
Prócz zaklinania "Kocham cię! Wróć do mnie!" snuła też pani plany, co takiego zrobicie, kiedy mąż się wybudzi? "Pojedziemy nad morze"?
Artur: Do Karwi! To jest nasze miejsce.
Agnieszka: Byliśmy tam kiedyś na wczasach. Tak opowiadałam, a mąż po dziś dzień czeka na ten wyjazd. Niestety, to nie jest takie proste. Sytuacja jest trudna materialnie, ale przede wszystkim zdrowotnie. Mężowi udało się uzyskać dużą sprawność – jest w stanie samodzielnie chodzić, jeść, korzystać z toalety. To wszystko są cuda, ale to nie zmienia faktu, że każdy dzień to jest wysiłek.
Jak dużo to wszystko pana kosztuje?
Artur: Mniejsza o to! Najważniejsze, że ja potrafię to sam robić. I chcę! Przede wszystkim chcę.
Agnieszka: Na ubranie się schodzi nieraz i godzina, ale daje radę! Obierać ziemniaki mąż zaczyna rano, a w południe kończy, ale ma satysfakcję, że on te ziemniaki obrał. Że coś do obiadu zrobił. Ale jest wiele rzeczy – począwszy od higieny, mycia się, po przyjmowanie leków – przy których jestem mu niezbędnie potrzebna.
Nie jest w stanie sam naszykować i wziąć leków, dlatego że po prostu o tym nie pamięta. Nawet taka prozaiczna rzecz jak picie – mąż ma niewydolność nerek w trzecim stadium i musi dużo pić. Ciągle stoi przy nim butelka, ale jeśli nie powiem: "Napij się, kochanie", to tego nie zrobi.
Tak samo: "Arturek, usiądź i zjedz obiad". "Dobrze" – usiądzie i zje. Na tej zasadzie funkcjonujemy.
A co państwu sprawia przyjemność…
Artur: Życie! Życie to jest przyjemność. Bycie blisko żony.
Wiedziałam, że pan to powie. A z codziennych, niby-prozaicznych rzeczy, których człowiek nie docenia, kiedy jest zdrowy? Zawsze dużo pan czytał.
Artur: Ale teraz niestety niedowidzę. Żona mi czyta.
Co aktualnie?
Agnieszka: Jak zawsze – książkę medyczną. (śmiech) Czytamy sobie teraz o wadach serca. To jest konik męża.
Artur: Schizę mam na tym punkcie!
Rozumiem, chce pan doskonale wiedzieć, na czym pan stoi.
Agnieszka: Z tyłu głowy jest strach, co będzie za chwilę.
Artur: Czuję ten strach przez cały czas.
Agnieszka: W drodze na każdą wizytę u lekarza, każdą kontrolę – mąż co kilka tygodni musi się pojawiać i u neurologa, i kardiologa –jest cisza w samochodzie. Co to będzie? A jak słyszymy, że wyniki badań są w miarę dobre, to już do domu dosłownie fruniemy. Jak na skrzydłach!
Człowiek niesamowicie szybko jest w stanie przyzwyczaić się do nowej sytuacji, prawda? Udar? Śpiączka? Na początku jest koniec świata, a potem okazuje się, że to po prostu nowa norma.
Agnieszka: Myślę, że najważniejsze jest to, że my z pokorą akceptujemy wszystko, co się dzieje.
Panu nie zdarza się pytać Pana Boga, dlaczego pana to wszystko spotkało?
Artur: Nigdy.
Agnieszka: Mąż nie pozwala też, żeby choroba przejęła kontrolę nad naszym życiem.
Wczoraj na wizycie u kardiologa lekarz zapytał: "Jak jest?", a mąż tradycyjnie, szeroki uśmiech: "Dobrze! A jak ma być?". To jest po prostu nasze życie.
Kiedy mąż był w Budziku dla Dorosłych, były osoby, które mnie pytały: "Chcesz zrobić z mieszkania szpital?!". Pojawiały się głosy, że sobie nie poradzę, że muszę umieścić męża w zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Nie ma takiej możliwości! Biorę go do domu! "Jakie życie zgotujesz dzieciom?" – pytali. Jak to jakie? Normalne. Całą rodziną.
Jak dzieci przeżyły ostatnie półtora roku?
Agnieszka: Bardzo, ale wie pani, my wszyscy staramy się być twardzielami. Najbardziej po synku widzę, że go to dotknęło. Zanim pójdzie spać, dużo się do nas tuli, potrzebuje być blisko. Kiedy byłam z mężem w Budziku dla Dorosłych, opiekowały się nim starsze siostry i dziadkowie. Dla nikogo to nie był łatwy czas.
Dziś pan, panie Arturze, jest na rencie…
Artur: Bardzo bym chciał wrócić do pracy! Ale nie jestem w stanie.
Uwielbia pan motoryzację i pracował w serwisie samochodowym. Teraz to żona zawozi pana do lekarza, ale jestem pewna, że mi pan powie, że tak jak wszystko robi doskonale, tak auto też prowadzi świetnie.
Artur: Oczywiście. W każdej sytuacji czuję się przy mojej żonie bezpiecznie.
Żona opiekuje się panem i pobiera świadczenie pielęgnacyjne. Mąż potrzebuje codziennej rehabilitacji. Zapewnia ją NFZ?
Agnieszka: Już nie. Pula godzin, jaka nam się należała, wyczerpała się.
Gdyby pani miała odpowiedzieć na pytanie, czy nasze państwo zapewnia osobom niepełnosprawnym godne życie, to co by pani odpowiedziała? Zdaję sobie sprawę, że godne życie dla każdego oznacza co innego, ale pytam o wasz konkretny przypadek.
Agnieszka: (dłuższa cisza) Ja nie oczekuję cudów. Radzę sobie z tym, co mam.
Najważniejsze, żeby nikt nie utrudniał nam życia. Otrzymanie świadczenia pielęgnacyjnego to była droga przez mękę.
Złożyłam wniosek i dostałam odmowę. Usłyszałam: "Pani się te pieniądze nie należą. Pani ma obowiązek opieki nad mężem!". Ja to przyjmuję. Ja chcę się opiekować moim mężem!
Ale musi też pani z czegoś żyć, utrzymać rodzinę.
Agnieszka: Moja mama zaangażowała się w sprawę. Na szczęście wśród jej znajomych znalazła się osoba, która potrafiła mi pomóc napisać odwołanie. Bo ja sama nie miałam siły na tę walkę.
Pani potrzebowała wszystkich sił, żeby walczyć o męża.
Agnieszka: Nie mogłam i nie chciałam tracić energii na cokolwiek innego. A teraz znowu jest stres: zasiłek będzie mi się kończył w przyszłym roku i jaką wtedy dostanę decyzję? Bo jeżeli mąż był leżący i całkowicie zdany na mnie, a mimo to dostałam odmowę, to co będzie teraz?
Starcza państwu na życie?
Agnieszka: (chwila ciszy) No, nie zawsze. Rehabilitacja jest bardzo droga. Leki – mimo że refundowane – również. Sielanki nie ma. Nie jest różowo. Ale i tak mamy dużo szczęścia. Pomaga nam rodzina, możemy liczyć na przyjaciół.
Artur: I mamy siebie!
To jest najważniejsze. Jak państwo spędzą Boże Narodzenie?
Agnieszka: Wie pani, to jest bardzo odległy czas [rozmawialiśmy na miesiąc przed świętami – przyp. red.]. My nie wiemy, co los przyniesie, co będzie jutro. Żyjemy chwilą. Cała ta sytuacja nauczyła nas nie planować.
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga – opowiedz mu o swoich planach na przyszłość?
Agnieszka: Otóż to. Przed przeszczepem planowaliśmy dużo rzeczy. Z nowym sercem życie miało być bezproblemowe, łatwiejsze, mąż miał żyć bez ciągłego zmęczenia. Tak planowaliśmy, ale ktoś na górze nam utarł nosa. Pokazał, że może być inaczej, niż zakładamy. Inaczej, nie źle. Nigdy nie pozwolę powiedzieć, że nasze życie jest złe.
Jakie są dziś państwa marzenia? Panie Arturze?
Artur: Dużych nie mam. Ja chcę po prostu żyć.
Opatrzność może i utarła nosa, ale jak państwo mówią – dwa razy już panu darowała życie!
Agnieszka: Dokładnie. Może miało nas to nauczyć: ty nie planuj, człowieku, tylko żyj? Dzisiaj, tutaj, tym, co jest ci dane. I ciesz się z niby-małych rzeczy. Bo jak nie zauważysz i nie będziesz umiał się cieszyć z tych małych rzeczy, to i wielkie przeoczysz.
Agnieszka i Artur Sadzowie. Małżeństwo z 22-letnim stażem. Agnieszka i Artur mają trójkę dzieci: córki w wieku 21 i 19 lat oraz siedmioletniego syna. Mieszkają pod Radomiem.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.
Możesz pomóc
Wszystkie osoby, które chcą pomóc Arturowi w odzyskiwaniu zdrowia i sprawności mogą przekazać na jego rehabilitację 1,5 procenta podatku (KRS 0000270261 cel szczegółowy Artur Sadza 14632) lub wesprzeć zbiórkę


