Rozmowa
Nowojorskie metro, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Shutterstock.com/rblfmr)
Nowojorskie metro, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Shutterstock.com/rblfmr)

Czy wypada powiedzieć: "nie lubię dzieci"? Czy strefy bez dzieci to dobry pomysł? Co o małych ludziach w przestrzeni publicznej myślą Polacy i nie tylko? O tym piszemy w Weekend.gazeta.pl. Jak do dzieci podchodzą mieszkańcy Nowego Jorku, opowiada Magdalena Żelazowska.

***

Przez cztery lata wychowywałaś kilkuletnią córkę w Nowym Jorku. Jak to się stało, że tam zamieszkałyście?

Przeniosłam się z Warszawy w celach zawodowych. Gdy wyjeżdżałyśmy, Kalina miała dwa latka. W Polsce byłam kierowniczką marketingu w amerykańskim wydawnictwie książkowym. To była praca marzeń, ale gdy wróciłam do biura po urlopie macierzyńskim, okazało się, że nie ma już dla mnie miejsca, dostałam wypowiedzenie w ciągu dwóch tygodni. Dosyć szybko znalazłam inną pracę – w Polskiej Organizacji Turystycznej. Nie wiedziałam, że POT ma zagraniczne placówki, a akurat rozpisali konkurs na stanowiska pięciu dyrektorów: w Rzymie, Londynie, Pekinie, Tokio i w Nowym Jorku. Nie wiem, czy sama wpadłabym na pomysł, żeby aplikować, ale namówili mnie koledzy na korytarzu.

Dlaczego wybrałaś Nowy Jork?

Szybko odrzuciłam pozostałe cztery miasta. Rzym i Londyn są wspaniałe, ale mogę tam polecieć na weekend. Co do Tokio i Pekinu, to nie znam tamtejszych języków ani kultur, a aplikowałam na odpowiedzialne stanowisko. Nowy Jork był moim wymarzonym miastem, uznałam, że taka szansa trafia się raz. Nie marzyłam o tym, żeby się dorobić i przywieźć walizkę dolarów, tylko żeby zdobyć ciekawe doświadczenie zawodowe i przy okazji zwiedzić USA.

Miałaś obawy?

Ogromne. Przede wszystkim dotyczące tego, jak wychować malucha w betonowej dżungli, w dodatku bez stałej pomocy męża, który sporo czasu zamierzał spędzać w Polsce, gdzie pracuje. Bałam się, że Nowy Jork nas przytłoczy, sparaliżuje i wyssie, ale uznałam, że raz kozie śmierć – córkę zapiszę do żłobka i przynajmniej spróbujemy.

Nowy Jork (Fot. Shutterstock.com/Karolis Kavolelis)

To od razu zdradźmy, że ze żłobkiem łatwo nie było.

Gdy tak sobie radośnie planowałam przeprowadzkę z Warszawy, miałam raczej blade pojęcie o tym, jak wygląda nowojorska infrastruktura dla dzieci i rodziców. Okazało się, że łatwiej tam o przedszkole dla psa niż o publiczny żłobek dla dziecka – jakieś są, ale wyłącznie dla najuboższych. Na prywatny żłobek nie było mnie stać, cztery lata temu kosztował między dwoma a dwoma i pół tysiąca dolarów miesięcznie, bez wyżywienia. Zatrudnienie niani, bez wieczorów i nadgodzin – cztery tysiące dolarów. Nie mogłam też przyjąć au pair [młoda kobieta, która mieszka z goszczącą ją rodziną z innego kraju i pomaga w opiece nad dzieckiem w zamian za zakwaterowanie, wyżywienie i kieszonkowe – przyp. red.], bo nie byłam rezydentką USA.

Z Warszawy szukałam żłobka przez kilka miesięcy zdalnie i bezskutecznie. Przetrząsnęłam chyba wszystkie możliwe strony internetowe, a na Google Maps ręcznie sprawdzałam każdą placówkę w miarę blisko mojego przyszłego biura. Przez kontakty polonijne szukałam emerytki, która chciałaby sobie dorobić – nic. Zaczęłam nawet pytać niezamężne kuzynki i koleżanki, czy nie chciałyby z nami wyjechać. Zapewniałam mieszkanie, wyżywienie, wolne weekendy i wieczory plus kilka tysięcy złotych kieszonkowego. Żadna nie chciała opuścić Polski na kilka lat.

Żłobek znalazł się w ostatniej chwili.

Gdyby się nie znalazł, pewnie na tym moja amerykańska przygoda by się zakończyła. Życie uratowała mi facebookowa grupa dla nowojorskich rodziców – ktoś napisał na niej o żłobku, w którym czesne wynosiło 850 dolarów. Zadzwoniłam tam, pewna, że zapomnieli dopisać jedynkę z przodu. Placówka dostawała granty od miasta i było miejsce, w dodatku mogłam je zarezerwować z Warszawy, tyle że nie mogłam wpłacić zaliczki – akceptowali tylko czeki albo gotówkę. Nie chciałam wysyłać pieniędzy w kopercie, a czeku żaden polski bank nie chciał mi wystawić. Nowojorski żłobek musiał więc zaufać polskiej matce, której na oczy nie widział, a ja żłobkowi, że istnieje. Wysłałam nowojorskich znajomych, żeby to sprawdzili. Ich raport brzmiał: przed wejściem stoją wózki, a w środku są dzieci.

Gdy wyjeżdżałyśmy do Nowego Jorku, Kalina miała dwa latka (Fot. archiwum prywatne Magdaleny Żelazowskiej) , Magdalena Żelazowska: Nie marzyłam o tym, żeby się dorobić i przywieźć walizkę dolarów, tylko żeby zdobyć ciekawe doświadczenie zawodowe, a przy okazji zwiedzić USA (Fot. archiwum prywatne Magdaleny Żelazowskiej)

Urlop macierzyński w USA trwa trzy–cztery miesiące i jest bezpłatny. Publiczne przedszkole jest dostępne od trzeciego–czwartego roku życia dziecka. Jak ludzie sobie radzą?

Korzystają z płatnych placówek. Istnieją programy społeczne dla osób, które wykażą, że nie stać ich na taki koszt, ale większość nie może liczyć na pomoc państwa. Zresztą w Polsce było wtedy podobnie – miejsce w publicznym żłobku było dla nas nieosiągalne i płaciliśmy bardzo dużo za żłobek prywatny. Nie dziwiłam się więc, że i w USA muszę płacić, szokowała tylko kwota – żłobek zjadał dużą część mojego wynagrodzenia. Wszyscy amerykańscy znajomi na to narzekali i czekali jak na zmiłowanie na trzecie lub czwarte urodziny dziecka (pułap wiekowy zależy od miejsca zamieszkania), by mogło iść do publicznego przedszkola. My mieszkałyśmy w Hoboken w stanie Nowy Jork, po stronie New Jersey, tam obowiązywały nas cztery lata.

Żal mi było amerykańskich mam – wracają do pracy czasem tuż po porodzie, gdy ich dzieci mają dwa–trzy miesiące. Sale w żłobkach dla maluchów przypominają szpitalne oddziały dla noworodków. Mamy nie śpią w nocy, co kilka godzin odciągają pokarm laktatorem, a mimo to pracują w pełnym wymiarze. Nie mają żadnej taryfy ulgowej, nikt nad nimi nie ubolewa. Niedawno rozmawiałam z Markiem Wałkuskim, korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie. Powiedział, że zastępczyni rzecznika Białego Domu wróciła do pracy po sześciu tygodniach od porodu. Zdziwiła się, gdy zapytał, jak daje radę.

Zobacz wideo 800 plus na dziecko - to dużo czy mało?

Pisałaś, że po pierwszym spotkaniu w żłobku zrobiło ci się bardzo żal i dzieci, i rodziców.

Odczytano nam regulamin obowiązujący dwu- i trzylatki – to była litania zakazów. Na przykład dzieci nie mogą przynosić przekąsek z orzechami, bo inne dzieci mogą być uczulone. Maluch, który przypadkiem zabrał w śniadaniówce batonik z orzechami, zjada go w samotności w osobnym pomieszczeniu i dezynfekuje się po nim stół. Dwuletnie i trzyletnie dziecko musi samo umieć skorzystać z toalety i się podetrzeć. Opiekunowie nie mogą mu pomóc, bo to naruszanie intymności dziecka. Jeśli się pobrudzi, to musi tak chodzić przez resztę dnia. Martwiłam się o to, ale moja córka szybko się nauczyła – nie miała wyjścia.

Dostałam też mnóstwo dokumentów do podpisu. Gdy moja córeczka się przewróciła i nabiła sobie guza, tego samego dnia miałam spotkanie z dyrektorem i musiałam podpisać protokół zdarzenia oraz że zrzekam się dochodzenia i ich nie pozwę. Mogłabym, bo pozwy są w USA nagminne i z tego wynikają absurdalne nieraz zapisy.

Godziny przywożenia i odbierania dziecka ze żłobka są stałe, nie ma marginesu błędu. Za spóźnienia są kary finansowe i duże nieprzyjemności, nawet jeżeli uprzedzisz, że się spóźnisz.

Raz nie zdążyłaś.

Tak, utknęłam w tunelu w korku. Spóźniłam się około 40 minut, wcześniej dzwoniłam, tłumaczyłam, przepraszałam, informowałam o moim położeniu. Nie było zwykłej rozmowy: "Pani Magdo, trudno, może następnym razem zrobimy tak i tak". Musiałam zapłacić 70 dolarów kary, dostałam też list od dyrektora z groźbą, że kolejne takie spóźnienie skończy się tym, że zawiadomią władze.

Amerykański system edukacji nie jest elastyczny, ale widzę też dużo zalet.

Magdalena Żelazowska w latach 2018-2022 roku była dyrektorką Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Nowym Jorku (Fot. archiwum prywatne Magdaleny Żelazowskiej)

Jakich na przykład?

Jako mama małego dziecka mogłam obserwować, czego uczyła się Kalina w amerykańskim żłobku i przedszkolu, a jak wyglądają jej zajęcia w polskim przedszkolu i teraz w polskiej szkole. To naprawdę ogromna różnica. Gdy wyjeżdżałam do Stanów, myślałam, że nasz system edukacji jest lepszy. Amerykanie mają wiedzę pobieżną, zarzuca im się wręcz wtórny analfabetyzm, ale to nieprawda. Kalina w żłobku w wieku trzech i pół, czterech lat uczyła się zapisywać całe zdania. Umiała wymienić i narysować wszystkie planety. Z dziećmi już w żłobku rozmawia się o ochronie środowiska, dbaniu o zwierzęta, sortowaniu śmieci. Dużym tematem są różnice kulturowe. Dla rodziców potrafi to być udręka, bo jest dużo wolnych dni od opieki przedszkolnej i szkolnej – nie tylko święta katolickie, lecz także żydowskie, chiński Nowy Rok, cały czas jest okazja do świętowania, rysowania, przebierania się.

Ale chyba najbardziej niesamowite było dla mnie to, jak dużo i jak wcześnie dzieci uczą się o emocjach, samoregulacji, rozwiązywaniu konfliktów, negocjacjach, nazywaniu tego, co przeżywają. Czułam się tak, jakbym miała w domu małego terapeutę. Miałyśmy jakąś nerwową sytuację, coś się rozlało, szorstko odezwałam się do Kaliny. Pięć minut później poszłam do niej: "Córeczko, przepraszam, nie powinnam była tak do ciebie mówić". A ona na to: "Mamo, przeżywałaś złość, to naturalna emocja". Miała trzy i pół roku. Albo Kalina krzyczy, rzuca się na podłogę, kopie, klasyczna furia. Czekam, aż jej to przejdzie, i mówię: "Kalinko, ja rozumiem, że byłaś zawiedziona, ale możemy to załatwić w inny sposób. Nie musisz krzyczeć i mnie bić". Na co ona: "Nie, mamo, ja jestem zła i muszę tę złość wyrazić". Mówię: "No, dobrze, okej, też jestem zła, ale czy ty widzisz, żebym rzucała się na podłogę?". A ona: "Ale ty jesteś dorosła, a ja mała i może moja złość jest większa?". Zdębiałam.

Być może nacisk na rozmowę o emocjach wynika z tego, że w USA jest dużo stresu społecznego, w przedszkolu rozmawia się na przykład o szkolnych strzelaninach. Trudne emocje rozładowuje się poprzez nazywanie różnych stanów emocjonalnych. Już maluchy uczą się rozwiązywać konflikty i zyskują świadomość, że ich racja nie jest jedyną słuszną, każdy ma swoją. Przyznaję, że sama bardzo dużo na tym skorzystałam.

Jak się to przekłada na zachowanie najmłodszych w miejscach publicznych? Czy w USA też toczy się debata na temat stref bez dzieci, które rzekomo są niegrzeczne i przeszkadzają dorosłym?

W USA nie ma takiej debaty ani w ogóle tego tematu. Wynika to z tego, że dla wszystkich jest oczywiste, że dziecko jest odpowiedzialnością rodziców. Czyli jak masz dziecko, to inni ludzie mają nie cierpieć z tego powodu, dziecko ma się nie wylewać ze swoimi zapachami, odgłosami, bałaganem. O tym się nie mówi, bo to jest jasne, że ty masz nad swoim dzieckiem zapanować, że masz się z nim nie narzucać, nie oczekiwać specjalnego traktowania. Tam nikt nikogo z dzieckiem nie przepuszcza w kolejce, co w Polsce wciąż jest instynktowne i jakoś ponad podziałami. W Stanach, jak masz dziecko, to sobie radź. To się niewiele różni od posiadania psa. Chciałaś psa, to go pilnuj i sprzątaj po nim.

'W Stanach, jak masz dziecko, to sobie radź. To się niewiele różni od posiadania psa. Chciałaś psa, to go pilnuj i sprzątaj po nim' (Fot. Shutterstock.com/Naveed Ashraf)

Jest jeszcze jeden powód: w USA już od bardzo dawna funkcjonuje rodzina nuklearna: rodzice i dzieci, bez pomocy dziadków, dalszej rodziny, całej wioski. Amerykanie należą do najbardziej mobilnych społeczeństw na świecie. Według amerykańskiego GUS-u Amerykanin przeprowadza się średnio 11 razy w ciągu życia. Rodziny są rozsiane po całych Stanach, od dziadków się nie oczekuje, że zajmą się dziećmi, to też wpływa na samodzielność.

Jeśli dziecko na przykład przeszkadza w restauracji, ktoś zostanie upomniany?

Nie spotkałam się z tym, że dzieci są gdzieś szczególnie niechciane. Bardziej to idzie w tę stronę, że nie ma specjalnego traktowania. Praktycznie nie ma też tego, co jest w Warszawie – kawiarni dla rodziców z kącikiem zabaw dla dzieci. Prawie nie ma też atrakcji bezpłatnych. Miejsc, gdzie można się zatrzymać, odsapnąć. A szukałam ich po całym Nowym Jorku.

Również samo miasto i przestrzeń miejska nie są przystosowane do dzieci. Turyści, którzy podróżują z dziećmi, skarżą się, że maluchy są przytłoczone hałasem, tłumami, liczbą bodźców. Trzeba bardzo szybko chodzić, krawężniki są wysokie. Metro jest bardzo sprawne, ale stare, więc tylko na nielicznych stacjach są windy, bramki są wąskie, nawet najwęższy wózek nie przejedzie, trzeba go złożyć, dziecko pod pachę, przełożyć górą, dołem.

Magdalena Żelazowska: W Nowym Jorku prawie nie ma atrakcji bezpłatnych. Miejsc, gdzie można się zatrzymać, odsapnąć (Fot. Shutterstock.com/GEA Stock)

Powiedziałaś, że "z dziećmi nie można się narzucać". Co jest w Nowym Jorku narzucaniem się z dzieckiem?

Oczekiwanie, że możesz pierwsza gdzieś przejść. Torowanie sobie drogi: "Pani mnie przepuści do toalety, bo ona już nie wytrzyma".

Raz tak długo czekałyśmy z Kaliną w kolejce do toalety przy plaży, że zsikała się w majtki. Dziś bym z nią poszła za wydmę, bo tam nikogo nie obchodzi, że dziecko przebiera nóżkami.

Kolejna rzecz: pytanie, czy coś można. Na przykład jest kolejka do restauracji, ale widzę wolny stolik – czy możemy przysiąść? Nie możemy. Zawsze: Sorry, no. Kiedyś próbowałam wsiąść do metra, któryś wagon mi odjechał przepełniony, bo gdy się tarabaniłam z wózkiem, ludzie prawie przeskakiwali mi nad głową. Zapytałam pracownika metra, czy mógłby mi pomóc. Spojrzał tak, jakbym kazała mu się rozebrać, i odmówił. W USA domaganie się specjalnych praw dla rodziców i dzieci jest traktowane jako dyskryminacja tych, którzy dzieci nie mają.

Są w USA strefy bez dzieci? Hotele tylko dla dorosłych?

Pewnie są takie resorty na Florydzie albo w Kalifornii. Ja akurat szukałam odwrotnie i brakowało mi miejsc, gdzie o dzieciach by pomyślano. W hotelach w Europie bardzo popularne są wakacyjne klubiki dla dzieci, w Stanach nie ma takiej opcji. Jak to, jedziesz z dzieckiem na wakacje i się nim nie zajmujesz? What’s wrong? Oczywiście nie brakuje miejsc, gdzie możesz wydać mnóstwo pieniędzy na to, żeby dziecko się rozerwało, są parki rozrywki, kina, sklepy tematyczne, ale dziecko pozostaje tam pod twoją opieką.

Czyli rodzice podlegają twardym prawom kapitalizmu?

Raczej egalitaryzmu. Masz dziecko, bo chcesz je mieć, ale ponosisz konsekwencje.

Czy ciebie albo Kalinę kiedyś upomniano?

Przez cztery lata życia w Nowym Jorku upominano mnie non stop. Dostawałam od Amerykanów instrukcje, pouczenia, porady. Było ich tak dużo, że mnie to raziło. Od obcych ludzi słyszałam, że po złej stronie ustawiam się w kolejce, wchodzę do autobusu niewłaściwym wejściem, a nasz wózek przeszkadza innym. Raz straciłam Kalinę z oczu w supermarkecie. Po chwili odnalazłam ją w sekcji z zabawkami. Inny zakupowicz już z nią czekał, a ja dostałam długaśny wykład, jakie to było nieodpowiedzialne. Podziękowałam, ale osoba uznała, że temat nie jest wyczerpany, i kontynuowała daleko idący instruktaż. Miałam wrażenie, że jakieś pouczenie czeka mnie na każdym kroku.

Męczące.

Tak. Ale słyszałam równie dużo dobrych rzeczy. W Polsce nie krytykujemy wprost osób, których nie znamy, ale też nie chwalimy. W USA wielokrotnie słyszałam, że na przykład ktoś mnie obserwuje na placu zabaw i podziwia, jaką jestem fantastyczną matką. Pani, u której z Kaliną wynajęłyśmy pokój przez Airbnb, patrzyła, jak się bawimy na podwórku, i dostałam pochwałę, że świetnie wszystko córce tłumaczę i jaka to dobra relacja. Więc to działa w dwie strony.

Amerykanie są generalnie bardzo życzliwi i pomocni. Potrafią być irytujący w tej swojej praworządności – i to było dla mnie dużym zaskoczeniem, że tacy są – ale też dbają o wzajemne bezpieczeństwo, o sprawiedliwość, o to, żeby się komuś krzywda nie stała. Zagubionej osobie pomogą, wskażą drogę. Wszystkich traktują równo, a w to wliczają się też dzieci.

Twoja córka tęskni za Ameryką?

Bardzo chętnie by tam pojechała, ale była szczęśliwa, że wracamy. To był jeden z powodów, dla których zdecydowałam, że nie przedłużam życia w USA. Kalina jest rodzinna, cieszy się, że w Polsce ma babcie, dziadków, kuzynki. Po Ameryce została jej znajomość angielskiego i korespondencyjne przyjaźnie. Głębokie obserwacje i życiowe wnioski. Nadal jest małym terapeutą.

Magdalena Żelazowska. Pisarka, dziennikarka, podróżniczka. Prowadzi blog zelazowska.pl. W latach 2018–2022 roku była dyrektorką Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Nowym Jorku. Autorka kilku książek, m.in. "Nowy Jork. Opowieści o mieście".

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl