18 proc. Polaków deklaruje, że nie chce mieć dzieci, bo "ich nie lubi".*
Gdy słyszę zdanie: "Nie lubię dzieci", to zapala mi się czerwona lampka. W pełni rozumiem to, że ktoś nie ma na dzieci miejsca w swoim życiu, na szczęście nie ma przymusu. Problem widzę w tym, że wiele osób ma tendencję do mówienia wprost: "Nie lubię dzieci". Odczuwam to jako dyskryminacyjne, bo dzieci są ludźmi i rozumieją, co się mówi nad ich głowami. Kiedy ktoś nad głową mojego albo innego dziecka, które akurat jest w kryzysie i krzyczy – co jest oczywiście nieprzyjemne dla dorosłych – stwierdza: „Dobrze, że nie mam dzieci" albo: "I właśnie dlatego nie lubię dzieci", to są to okropne słowa. Już raczej nie pozwalamy sobie na mówienie takich rzeczy o innych grupach. Nie powiesz: "Nie lubię kobiet" czy: "Nie lubię ludzi na wózkach" – to niedopuszczalne zdania. A "Nie lubię dzieci" dopuszczamy.
Masz dwóch synków, kilkuletniego Henia i kilkumiesięcznego Rysia. W Polsce mieszka obecnie około 6 mln dzieci do 14. roku życia. Niemało. Tymczasem piszesz, że miasta projektuje się bez założenia, że dzieci będą w nich obecne.
Po angielsku mówi się designed out – że zostały "wyprojektowane", wykluczone poprzez projektowanie. Książkę pisałam, mając tylko Henia, Rysia urodziłam na chwilę przed premierą. Na pewno z dwójką dzieci czuję się jeszcze bardziej odosobniona niż z jednym. Czasem mam wrażenie, że jestem ewenementem. A gdy wracam z przedszkola ze starszym dzieckiem, mam ze sobą młodsze i próbujemy wsiąść z wózkiem do autobusu pełnego ludzi wracających z pracy, czasem czuję na sobie zdziwione spojrzenia, skąd się tu wzięliśmy.
Zanim wyszłam ze szpitala z Rysiem, leżałam na sali z kobietą, która również urodziła drugie dziecko, a w domu czekał na nią starszak w wieku przedszkolnym. Długo zastanawiałyśmy się nad tym, jak właściwie poruszać się po mieście z dwójką, i nie znalazłyśmy dobrego rozwiązania. Wszędzie są samochody, ruchliwe ulice, wysokie krawężniki. Niby są przystawki do wózka, ale niewygodne. Są wózki podwójne, ale po co unieruchamiać dziecko, które powinno biegać? Żeby starsze dzieci nie zwiały, niektórzy rodzice zakładają im smycze. Wiem, dziecko na smyczy brzmi źle, ale dziecko pod autem brzmi gorzej.
Jak często czujesz, że przeszkadzacie innym?
Dosyć często. Właśnie dlatego, że ktoś, projektując miasto, nie wziął pod uwagę, że my też tu będziemy – w otoczeniu spieszących się dorosłych ludzi bez dzieci. Źle zaprojektowana przestrzeń generuje frustracje i konflikty.
Gdy dużo czasu spędza się w social mediach, można odnieść wrażenie, że złość na dzieci jest wszechobecna, a upominanie "madek" to rzecz wskazana, bo są "roszczeniowe". Jesteś upominana czy ludzie tylko dużo gadają w internecie?
Dużo gadają w internecie, ale to nie jest niewinne i pozostawia ślady. W książce piszę, jak sama zostałam "madką". Bo "madka" to ta, która pcha wózek i idzie obok drugiej chodnikiem tak, że razem go zastawiają i trudno je wyminąć, a jeśli to skomentujesz, to na ciebie nawrzeszczy. Pozwala dziecku w restauracji biegać i być głośno. Pyta, czy może coś dostać albo być na specjalnych prawach, bo jest z dzieckiem, i jest rozczarowana, jeśli tego nie dostanie. Chce zostać przepuszczona w kolejce. Plotkuje z innymi matkami albo siedzi w telefonie. Nadmiernie skupia się na swoim dziecku i uważa je za ósmy cud świata. Siedzi na forach rodzicielskich. Robi dużo (dórzo) błędów (błenduf). Przewija pieluchę na stoliku w restauracji. Jest wiecznie wkur***ona.
Wszystkie te rzeczy zdarzyło mi się robić: poprosić o przepuszczenie w kolejce, być z dzieckiem w restauracji i zmagać się z tym, że głośno się zachowuje, iść z koleżanką obok i zastawiać chodnik, zmieniać pieluchę w miejscu, które może komuś się nie podobać (bo innego nie było). Zdarzyło mi się też, że nie byłam miła, kiedy pewna pani zwróciła mi uwagę na brak czapeczki.
Co robić, żeby nie być "madką"? Chodzić po ulicy, rozmyślając, komu przeszkadzasz z tym za dużym wózkiem czy płaczącym dzieckiem, stale analizować, czy nie powinnaś opuścić terenu, skoro twoje dziecko nie jest bezgłośne i nieruchome. Słowo "madka", podobnie jak słowo "roszczeniowa", służy do dyscyplinowania matek i mówienia im, że powinny spuścić z tonu. Uważać na innych, nie przeszkadzać, być grzeczne i miłe, co jest elementem socjalizacji kobiet. A "roszczeniowość" matek to często po prostu stawanie w swojej sprawie.
Gdy jestem w tramwaju z dzieckiem i ono się głośno zachowuje, to – jeśli mogę – staram się wysiąść albo uciszyć dziecko. Z drugiej strony wiem, że ono jest głośno z jakiegoś powodu i w pierwszej kolejności chcę się zatroszczyć o nie, a nie o komfort otoczenia. Matka stale jest w takim klinczu.
Nigdy nie zwrócono ci uwagi?
Kilka razy zwrócono. Raz w przychodni. Takiej z lat 70., ale niby ze skrzydłem dla dzieci. Bardzo długo czekaliśmy, a nie było tam zabawek ani przestrzeni, które pozwoliłyby jakoś przetrwać – dziecku i rodzicowi – to czekanie. Rejestratorka chyba była pod presją kolejki, wyraźnie zmęczona, a mój syn zaczął biegać i bawić się w to, że opiera się o ścianę i siada z plaskiem. No i nie wytrzymała. Warknęła: "Czy można z tym dzieckiem wyjść?". Bo hałasuje, a ona pracuje. Powiedziałam, że się staram, ale już jesteśmy tutaj długo i też chcemy się zapisać na wizytę. Kazała nam wyjść na korytarz i żeby zawołał nas ktoś, kto jest przed nami. Tak zrobiłam, ale w korytarzu też byli ludzie czekający na swoje wizyty, więc znów nie byłam pewna, czy nie przeszkadzamy. Nim nas zawołano, to ktoś się przed nas wepchnął.
"Matka Polka sika w krzakach" to nie tylko chwytliwy tytuł. Jednym z codziennych wyzwań mam, o którym piszesz, jest znalezienie toalety poza domem.
Problem toalet jest bardzo ważny i trafił do tytułu książki, bo może generować sytuacje graniczne, nawet traumatyczne. Bo jeśli masz sfrustrowane podstawowe potrzeby cielesne – na przykład próbujesz nie zrobić pod siebie i słyszysz w restauracji, że najpierw musisz zamówić jedzenie – to jest dramat. Stoisz na środku restauracji i błagasz.
Zbieranie historii o sikaniu zaczęło się od mojej własnej przypałowej historii: wysikałam się w krzakach dokładnie pod kamerą straży miejskiej, której oczywiście przed zdjęciem spodni nie widziałam. Zaczęłam pytać inne matki, co robią, gdy muszą siku poza domem. I okazało się, że stosują różne strategie. Jedne po prostu nie piją, odwadniają się. Już po premierze książki Fundacja "Na miejscu", która zajmuje się właśnie dostępnością toalet w ramach kampanii "Załatw to na mieście", ogłosiła dane: 44 proc. osób, wiedząc, że spędzi czas poza domem, po prostu nie pije. Straszne!
Strategią częstą i smutną jest niewychodzenie z domu. Jedna z matek mówiła, że przestała wychodzić nawet na pobliski plac zabaw, bo to było dla niej za daleko i nie mogła tyle wytrzymać bez toalety. Bywa, że wyjście do najbliższego dyskontu jest wyzwaniem. Jeszcze inną strategią jest trzymanie się znanego terenu. Ja tak robiłam. W moim parku – choć jest duży – nie było toalety, ale wiedziałam, że jest w bibliotece i w domu kultury. Powstaje tzw. smycz moczowa – planujesz swoją trasę tak, żeby trzymać się namierzonych wcześniej toalet. Czasami opuszczasz te znane rewiry, no bo ileż można się kręcić po tej samej okolicy. Jesteś w nieznanym terenie, szukasz toalety, szukasz, ale jej nie ma. To jest moment, w którym zaczynają się różne strategie, które mogą być zaskakujące.
Niektóre kobiety, żeby się wysikać, uprawiają prawdziwą ekwilibrystykę.
Okazuje się, że można awaryjnie wysikać się w samochodzie do dziecięcej pieluszki albo do plastikowego pudełka na rolkę papieru toaletowego, podczas gdy kumpela stoi na czatach. Można zasłonić się spódnicą i sikać, a dla niepoznaki gadać do dziecka. Można wysikać się na placu zabaw do konewki. To brzmi szokująco, dziewczyny czują się bezsilne, upokorzone, poniżone, są złe na siebie i swoje ciało. Inne przyznawały ze śmiechem: "Mam swoje ulubione krzaki w parku, zawsze tam sikam". Ale wiesz co? Wszystkie osoby opowiadały o tym tak, jakby to była ich prywatna sprawa, ich prywatna porażka.
A nie problem miejski.
Właśnie. A jeżeli toalet nie ma, to te prywatne porażki spotykają nas wszystkich. Opowiadam historię matek w okołoporodowym okresie, kiedy siku się chce częściej, ale to dotyczy nas wszystkich, a na pewno wszystkich kobiet, bo oficjalne statystyki mówią, że kobiety na świecie spędzają na szukaniu toalety 97 mld godzin rocznie. Potrzebujemy toalety częściej i na dłużej choćby dlatego, że miesiączkujemy. Ale dotyczy to także mężczyzn ze zdrowotnymi wyzwaniami, dotyczy osób w kryzysie bezdomności… Może nie dotyczy tylko silnego, zdrowego mężczyzny, który samochodem jedzie do pracy, potem wraca prosto do domu i nie ma tysiąca spraw do załatwienia. Toalet brakuje. A jak już bywają…
To jest w nich okropnie.
Nie trzymają standardów, że tak powiem oględnie. Są koszmarnie brudne, nie zamykają się albo nie działają. Często dotyczy to toalet automatycznych, które w miastach są coraz częstsze. Są bardzo nowoczesne i tańsze niż toaleta z obsługą, ale są po prostu awaryjne.
Albo gdzieś jest duża toaleta dla niepełnosprawnych, do której można wejść z wózkiem, tylko jest zamknięta i nie ma do niej klucza.
I na drzwiach wisi kartka: „Klucz w portierni". Musisz tylko wiedzieć, gdzie jest portiernia, zastać portiera – a on może być na fajce – znać język polski i ogólnie wyglądać wiarygodnie, czyli na kogoś, kto ma prawo dostać ten klucz. To jak gra miejska. Jeżeli pojawia się bariera wejścia do toalety pod tytułem "ktoś ma kluczyk", to z miejsca wykluczamy ileś osób: nieznające polskiego, mniej odważne albo po prostu te, którym strasznie się już chce i nie mają czasu szukać portiera. Matki potrzebują korzystać z toalet często, bo spędzają z dziećmi sporo czasu na dworze, a okołoporodowe problemy urologiczne są nierzadkie. Ja korzystam z toalet dla niepełnosprawnych, bo tam mogę wejść z dziećmi, ale nie wiem, czy jestem uprawniona.
Kolejny problem to pustynie toaletowe. W mieście jakoś posiłkujemy się restauracjami, stacjami benzynowymi itd. Ale istnieją całe rewiry – zwykle przedmiejskie, sama mieszkaniówka – gdzie nie masz żadnej toalety na dużym terenie.
Problemem jest brak oznaczeń. Niedawno byliśmy na placu zabaw w jednym z parków w Warszawie. Zachciało mi się siku, rozejrzałam się, toalety nigdzie nie widziałam, więc skierowałam się w stronę znajomej restauracji na drugim końcu parku. Pomyślałam, że ten kilometr to będzie miły spacer. A kiedy wróciłam, mój partner pokazał mi, że toaleta była, tylko za krzakami. Oczywiście to moje gapiostwo, ale może też fajnie byłoby ustawić kierunkowskazy.
Pamiętam, jak jechaliśmy na rowerach wzdłuż wybrzeża wyspy Uznam, czyli nad Bałtykiem, ale już w Niemczech. Był upalny dzień i minęliśmy toaletę. Za jakiś czas zachciało mi się siku. Łajałam się w myślach: wtedy nie skorzystałam, teraz już nie będzie toalety do końca dnia. Ale nie. Jedziemy parę minut i kolejna toaleta. Za chwilę kolejna! Na tej wyspie Uznam na trasie turystycznej wzdłuż wybrzeża toalety są co 500 m, a pomiędzy nimi stoją drogowskazy informujące, że w prawo do toalety dostosowanej dla niepełnosprawnych, a w lewo do toalety z przewijakiem itd. Toalety były gęsto, a jeszcze gęściej były informacje, jaka gdzie. Byłam zachwycona. A potem wróciliśmy do Polski – wystarczy przepłynąć promem – i pierwsze, co poczuliśmy na deptaku w Świnoujściu, to zapach moczu.
Czemu na wyspie Uznam się dało, a u nas nie?
Myślę, że wciąż jest to kwestia polskiej kultury, w której fizjologia to rzecz wstydliwa. U nas nawet nowo budowane toalety są szare, ukryte, dyskretne. Nie potrafimy myśleć o nich jako o zadaniu publicznym, czymś, czym można się pochwalić, co należałoby wskazać w miejskiej przestrzeni. I ludzie zostają ze swoimi potrzebami fizjologicznymi sami. Gdy toalet nie ma przy placach zabaw, uczymy dzieci tego, że się sika po krzakach. Oczywiście nie wszystkie dzieci na placach zabaw są wysadzane w krzaki, bo to też nie jest takie proste. Jedna matka opowiadała mi, że w czasie wysadzania dziecka skręciła sobie nogę.
Toalety to superważny problem, ale książka jest o wielu takich projektowych problemach. Na przykład jak przejechać z punktu A do B, kiedy masz małe dziecko w przyczepce rowerowej i starszaka na rowerku? Dziecko na rowerku powinno jechać po chodniku, a rodzic ma obowiązek mu towarzyszyć. Ale jeżeli rodzic będzie z przyczepką, to zastawi cały wąski chodnik. Obok jest ścieżka rowerowa, więc rodzic mógłby jechać z przyczepką po ścieżce rowerowej, ale wtedy nie dopilnuje starszego. A ten starszy nie ma prawa jechać po ścieżce rowerowej, bo do 10. roku życia dzieciom nie wolno jeździć po ścieżkach, muszą po chodnikach. Jak to zrobić? Nie wiadomo. Trzeba albo złamać prawo, albo nie przeszkadzać ludziom na chodniku. A obok jest jezdnia szeroka na wiele, wiele metrów. No po prostu mózg wybucha.
A jednak nie jest to książka pisana z perspektywy roszczeniowej.
Od lat zajmuję się miastem i tym, jak w mieście może się lepiej żyć i jak rozmawiać o różnych potrzebach różnych grup. Pomyślałam, że ciekawy byłby zapis matczynego user experience w mieście. Że wiele osób może nie wiedzieć, jak to wygląda, bo nim sama nie odczułam tego na własnej skórze, też tego nie wiedziałam. Już wiem, że brakuje toalet i ławek, że w pociągu przedział dla opiekuna z dzieckiem jest raczej atrapą, a auta zajmują całe chodniki. Wiadomo, że dzieci lubią samochody, bo robią „brum", ale pewnie wolałyby sobie jeździć swobodnie na rowerku i nie słyszeć co chwila: "Hamuj!".
Chciałabym zostawić czytelników z przesłaniem, że mogą mieć wpływ na przestrzeń wokół siebie. Można wysłać mejla do urzędu, dołączyć parę zdjęć ze spaceru. Można problemy zgłaszać radnym czy do lokalnej prasy. Można też głosować w budżecie obywatelskim albo samemu zgłaszać projekty. I wkrótce może się okazać, że coś się zmieniło na lepsze.
Monika Pastuszko. Antropolożka miasta, autorka książki "Matka Polka sika w krzakach" (Wydawnictwo Agora, 2024), mama. Zajmuje się miastem i zmianą: ostatnio w stołecznym ratuszu, wcześniej w ministerstwie i w instytucie badawczym. Współpracuje m.in. z wydawnictwem Wysoki Zamek i z Krytyką Polityczną. Lubi prosty język. Po mieście chodzi z wózkiem albo jeździ na rowerze.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl



