Społeczeństwo
Jeśli dziecko dostanie się do wybranego państwowego przedszkola, ulgę odczują rodzice, ale także domowy budżet. Opłaty w prywatnym żłobku potrafią być średnio trzykrotnie wyższe niż w państwowej placówce. (Fot. Shutterstock)
Jeśli dziecko dostanie się do wybranego państwowego przedszkola, ulgę odczują rodzice, ale także domowy budżet. Opłaty w prywatnym żłobku potrafią być średnio trzykrotnie wyższe niż w państwowej placówce. (Fot. Shutterstock)

Wiosna, a zwłaszcza kwiecień, to ważny czas w życiu rodziców większości dzieci w wieku przedszkolnym. Wtedy okazuje się, czy dostały się do państwowych placówek. W części miast rekrutacja już się zakończyła. W Lublinie rodzice przyjętych dzieci odetchnęli z ulgą 12 marca, w Białymstoku 30 marca, w Katowicach 1 kwietnia, a w Poznaniu 16 kwietnia. W Warszawie, Krakowie czy Gdańsku - 23 kwietnia, w Rzeszowie trzy dni później, w Łodzi stan niepewności utrzyma się do 7 maja. 

Na wyniki rekrutacji do żłobków rodzice muszą poczekać w Warszawie do początku czerwca, ale już w Gdańsku - do połowy lipca. Chociaż są też placówki z rekrutacją ciągłą. Dostać się do nich można w najmniej spodziewanym momencie - kiedy zwolni się miejsce i przyjdzie nasza kolej na liście chętnych.

Kto bierze udział w procedurze naboru i nie zna jeszcze wyników, ma nadzieję wymieszaną z przygotowaniem na ewentualną porażkę. A do tego - z tyłu głowy - plan awaryjny. Tak jak moi rozmówcy.

A nuż się miło rozczaruję?

Patrycja z Mateuszem złożyli wnioski do trzech państwowych placówek. – Szanse na dostanie się do którejkolwiek mamy nikłe: za dużo zarabiamy, jesteśmy małżeństwem, mamy jedno zdrowe dziecko.

Nie dostali dodatkowych punktów za niepełnosprawność dziecka, alergię na gluten, samodzielne wychowanie malucha, rodzeństwo. Otrzymali tylko punkty za rozliczanie podatku w stolicy, zatrudnienie na umowę o pracę i terminowe szczepienia dziecka. – Zakładam, że większość starających się o miejsce w przedszkolu w naszej dzielnicy spełnia te kryteria – wyjaśnia Patrycja.

Coraz częściej żłobki oferują wysoki standard opieki, ich personel stara się podążać za aktualną wiedzą, dotyczącą potrzeb i rozwoju dziecka. (Fot. Shutterstock)

Katarzyna i Krzysztof mają już za sobą pierwsze doświadczenia z rekrutacją, nie potrafią ocenić swoich szans w kolejnej. – Do państwowego żłobka się nie dostaliśmy. Złożyłam papiery do nowej placówki, już jak Zuza miała sześć miesięcy. Byłam 400. na liście. Pewnie i do państwowego przedszkola, które wybraliśmy, się nie dostaniemy. Ale może do kolejnego z listy się uda? Nie mamy żadnych dodatkowych punktów, tylko te podstawowe. 

Najmniej optymizmu mają Maria i Karol. – Być może dostaniemy się do przedszkola, ale nie będzie to placówka naszego pierwszego wyboru, tylko raczej zostaniemy potraktowani jako zapchajdziura w mało popularnym miejscu. Nie chodzi o to, żeby dziecko wcisnąć gdziekolwiek, ale żeby spełnione były minimalne oczekiwania rodzica – przedszkole blisko domu, otwarte do 17 – i zaspokojone maksymalne potrzeby dziecka: dobrze wyposażony ogródek, troskliwa opieka, ciekawe zajęcia.

Wszędzie z problemami

Nasi rozmówcy mieszkają w Warszawie, w dzielnicach oddalonych od centrum. Myślicie, że kłopot z przedszkolami to tylko wielkomiejski ból głowy? Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2019 roku, niemal w połowie gmin objętych kontrolą były problemy z dostępnością do opieki przedszkolnej. Liczba wniosków o przyjęcie dzieci przekraczała liczbę dostępnych miejsc średnio o 30–60 procent. Prawie jedna trzecia maluchów nie dostała się do wybranego przedszkola, z czego niemal wszystkie to trzy- i czterolatki. W części gmin rodzicom nie wskazywano alternatywnych placówek albo proponowano takie, które były nieatrakcyjne, na przykład ze względu na ich lokalizację lub godziny pracy. W prawie połowie gmin proces rekrutacji nie był właściwie nadzorowany i brakowało mu transparentności. Szczególnie widoczne było to w gminach, w których nie wykorzystywano w rekrutacji systemów informatycznych.

Co, jeśli dzieci nie dostaną się do przedszkola, w którym chcieli umieścić je rodzice? Zgodnie z zapisem ustawy, wójt, burmistrz, prezydent miasta mają obowiązek wskazania placówki z wolnym miejscem. (Fot. Shutterstock)

Punkty za "pochodzenie"

Kobiety w nieformalnych związkach z automatu dostają punkty za bycie samotnymi (samodzielnymi) matkami. Co może wzbudzać złość, kiedy w pierwszym tygodniu po odbiór ich dzieci w przedszkolu stawiają się teoretycznie nieobecni ojcowie. 

Patrycja przyznaje, że rozważała załatwienie dodatkowych punktów "na chore dziecko". – Koleżanka podesłała mi namiary na lekarza, który wystawia dzieciom zaświadczenia o celiakii czy nietolerancji laktozy. To powszechne praktyki, ale u mnie uczciwość wygrała. Rozmawiałam ostatnio z sąsiadką, której dziecko dostało się do państwowej placówki w zeszłym roku. Załatwiła zaświadczenie od lekarza o nietolerancji na gluten, potem poszła do dyrekcji wybadać sprawę, bo jednak chciała, żeby córka jadła normalnie. Dyrektorka powiedziała, żeby się nie przejmować, bo ona doskonale wie, że połowa przedszkolaków alergie ma tylko na piśmie. 

Katarzyna z Krzysztofem ironizują, że dla miejsca w przedszkolu rozważali rozwód. – Nie poszliśmy tą drogą, ale w przypadku szkoły będziemy kombinować. Mamy nową placówkę blisko domu, ale to nie nasz rejon. Będziemy myśleć o zameldowaniu się u znajomych, żeby się do niej dziecko dostało – mówią. 

Inny pomysł na życie kobiet

Dlaczego w 2021 roku pod względem liczby miejsc w przedszkolach i żłobkach jesteśmy tu, gdzie jesteśmy? Z wyjaśnieniami spieszy profesor Uniwersytetu Gdańskiego i współautor książki "Kobiety w Polsce 1945–1989. Nowoczesność – równouprawnienie – komunizm", dr hab. Piotr Perkowski.

Przyjętym rozwiązaniem było wydłużanie urlopów macierzyńskich i wychowawczych oraz oferowanie zasiłków dla niepracujących matek ze wszystkich grup zawodowych w miastach i na wsiach. Celem nie było natomiast zapewnianie wystarczającej liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach – mówi Perkowski. – Każda matka od połowy lat 70. miała możliwość wzięcia trzech lat urlopu wychowawczego. Zasługą Solidarności było to, że od połowy lat 80. stał się on płatny [obecnie płatny jest macierzyński – do roku, a wychowawczy jest bezpłatny – przyp. red.]. W efekcie, u schyłku komunizmu, 800 tys. pracujących matek przebywało rocznie na urlopie wychowawczym. Głównie były to kobiety młode, które wchodziły na rynek pracy. Często rodziły dwoje dzieci i miały ogromny problem, by na niego wrócić.

Kobieta w domu była w PRL-u potrzebna z jeszcze jednego powodu – bo trzeba dodać jeszcze kontekst kryzysu i gospodarki niedoboru. – Wspierana była obecność w domu przynajmniej jednej osoby, która mogłaby obstawiać kolejki i zdobywać towary. Ta rola często przypadała emerytom, rencistom czy właśnie kobietom na wychowawczym, które nawet kilka godzin dziennie spędzały na zakupach, na przykład z dzieckiem w wózku. Nawet gdyby chciały, to nie mogły wrócić na rynek pracy, bo okoliczności zmuszały je do dodatkowego etatu w poszukiwaniu zaopatrzenia – dodaje historyk.

Kilkadziesiąt lat temu kobiety także skarżyły się, że państwo nie oferuje im odpowiedniej liczby żłobków i przedszkoli. – W dużych miastach zdarzało się, że połowa dzieci znajdowała miejsce w placówce, ale im dalej od centrum, tym placówek było mniej. Wśród państw z bloku komunistycznego Polska była pod tym względem na szarym końcu, za Bułgarią, NRD, Węgrami, Czechosłowacją, Rumunią i Związkiem Radzieckim – mówi Perkowski.

Dodaje, że w prasie z tamtego okresu nie brakuje opisów dramatycznych sytuacji kobiet, które brały dzieci ze sobą do pracy albo zostawiały w domu bez nadzoru.

Co się zmieniło po 1989? – Lata 90. były drastycznie niekorzystne dla pracujących matek. Wynikało to z przyjętego modelu transformacji gospodarczej. Poniekąd również z reform Balcerowicza, czyli z założenia, że wolny rynek wymaga cięć – zarówno jeśli chodzi o ochronę miejsc pracy, jak i tak zwanego socjalu, czyli świadczeń, zasiłków, urlopów, ale także liczby placówek opiekuńczych – wyjaśnia historyk.

W XXI wieku samorządy próbują – z różnym skutkiem – sytuację żłobków i przedszkoli  odbudować. – Porównywanie obecnej sytuacji z tą sprzed dekad jest trudne, ponieważ zmieniło się wszystko: jesteśmy bogatszym społeczeństwem. Część z nas jest w stanie wygospodarować pieniądze na placówki prywatne – zastrzega Perkowski.

No właśnie, pieniądze.

Dlaczego mamy za wszystko płacić?!

Wszyscy rodzice, którzy ze mną porozmawiali, mają za sobą dłuższe lub krótsze epizody posyłania dzieci do prywatnych placówek. Czesne? Średnia opłata, którą wykładają co miesiąc na opiekę w prywatnym żłobku lub przedszkolu, to około 1500 zł. Ale ta kwota może być dużo wyższa – 2200 zł to w Warszawie nie jest opłata z kosmosu. Dla porównania w stołecznym przedszkolu publicznym płaci się około 500 zł: za wyżywienie, radę rodziców i zajęcia dodatkowe.

Ewa i Paweł uważają, że skoro płacą podatki w Warszawie, powinni mieć możliwość skorzystania z publicznego przedszkola.

Podobnie myślą Patrycja i Mateusz. – Dlaczego zawsze za wszystko musimy wykładać pieniądze? Zarabiamy więcej, niż wynosi średnia krajowa, i mamy jedno dziecko. Dlatego nic nam nie przysługuje?

Historyk Piotr Perkowski, który sam ma dziecko w przedszkolu państwowym, zgadza się, że  państwo pobiera podatki po to, żeby w sensownej formie zwrócić je społeczeństwu. – Organizowanie czegoś na poziomie państwowym czy samorządowym jest o wiele korzystniejsze niż działanie na zasadzie każdy sobie rzepkę skrobie – mówi i dodaje, że 500 plus przypomina propozycje późnego komunizmu: nie inwestujemy w rozwiązania systemowe, tylko w zaradność polskich matek.
Bo jak dostaną 500 zł na jedno dziecko, 500 na drugie, to znajdzie się prywatne przedszkole, do którego jeszcze dopłaci babcia, i jakoś się uda. Ale nie na dłuższą metę, bo skoczą ceny czesnego albo babcia przestanie się dorzucać. Przedszkola i żłobki powinny być ogólnodostępne. W skali kraju za kwotę, która wydawana jest na 500 plus, można by stworzyć wspaniałą sieć takich placówek. Oczywiście w idealnym świecie, w którym politycy nie są populistami – dodaje Perkowski.

Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2019 roku niemal połowie gmin objętych kontrolą były problemy z dostępnością opieki przedszkolnej. (Fot. Shutterstock)

 "Wylęgarnia chorób i przechowalnia dzieci"

Według wyliczeń GUS na koniec 2018 roku w Polsce działało 3776 żłobków, klubów dziecięcych i oddziałów żłobkowych. Spośród wszystkich placówek do sektora prywatnego należało aż 2915 z nich.

Liczba przedszkoli prowadzonych przez podmioty prywatne według danych GUS w roku szkolnym 2017/2018 ("Oświata i wychowanie w roku szkolnym 2017/18, GUS 2018") to 5053 placówki, a liczba formalnie zarejestrowanych podmiotów wychowania przedszkolnego to 22,2 tys.

Warszawski samorząd buduje żłobki od lat, z inwestycjami ruszyła Hanna Gronkiewicz-Waltz. Za jej kadencji powstało 37 żłobków. Jej poprzednik Lech Kaczyński nie zostawił po sobie żadnego nowego żłobka. Ale rządził Warszawą trzy lata, natomiast Gronkiewicz-Waltz – 12. W całej stolicy w 2006 roku było zaledwie około 30 tego typu placówek i było w nich prawie 3,1 tys. miejsc. Tymczasem lista chętnych się wydłużała. Nie tylko dlatego, że młode matki wracały coraz szybciej do pracy. Rosła też z roku na rok liczba nowo narodzonych warszawiaków – od 13 tys. w 2008 roku do 21 tys. dekadę później. Ale też zmienił się wizerunek publicznych żłobków.

Złe opinie o żłobkach, jak tłumaczy Piotr Perkowski, sięgają czasów międzywojnia. – Traktowano je jako przechowalnię dzieci, wylęgarnię chorób, uważano za miejsce dla dzieci z ubogich rodzin. Bogatsze mieszczaństwo i inteligencja zatrudniało opiekunki.

Piotr Perkowski dodaje, że jeszcze w latach 50. minionego wieku wiele inteligenckich rodzin miało zastrzeżenia do żłobków. – Nie wydaje mi się jednak, że to mogły być dylematy rodzin robotniczych, w których i matki, i ojcowie musieli iść do pracy, nie mogli brać w nieskończoność zwolnienia.  Dla nich taki żłobek był wybawieniem – dodaje historyk.

W kolejnych dziesięcioleciach stopniowo ten typ publicznych placówek opiekuńczych stawał się coraz bardziej popularny, choć nadal – zwłaszcza wśród babć – pokutowało przekonanie, że oddanie malucha do żłobka to jednak ostateczność. Jak wygląda to dziś?

Psycholożka Martyna Filipiak mówi: – Coraz częściej żłobki oferują wysoki standard opieki, ich personel stara się podążać za aktualną wiedzą dotyczącą potrzeb i rozwoju dziecka.

Ewa i Paweł zapisali córkę do prywatnego żłobka, ponieważ uznali, że takie rozwiązanie jest bardziej adekwatne do jej wieku. – Żłobki państwowe są duże, przepełnione, a nam zależało na małej, kameralnej placówce, która nie przytłoczy malucha już na starcie. Dla starszego dziecka większe przedszkole wydaje nam się dobrym pomysłem – tłumaczy Ewa.

Alicji i Robertowi udało się przenieść dziecko z prywatnego żłobka do państwowego i są zachwyceni. – Okazało się, że publiczna placówka jest milion razy lepsza. Ma większy budynek, dobre zaplecze, robione na miejscu jedzenie. Pracownicy są zatrudnieni na umowę o pracę, a to się przekłada na ich samopoczucie i tym samym na samopoczucie dzieci. Panie w prywatnej placówce były nieco zastraszone przez wymagającą dyrektorkę i nadgorliwych rodziców. W publicznej nawet pan konserwator Janusz zna imiona wszystkich dzieci, a one piszczą z radości, jak przychodzi wymienić żarówkę. Na miejscu jest pielęgniarka, która rano ogląda każde dziecko przed wejściem i mierzy mu temperaturę. Dzięki temu moje dziecko od roku nie chorowało, bo wszystkie maluchy z przeziębieniem są odsyłane – mówi Robert.

Trzylatek ma potrzebę kontaktu z rówieśnikami. Można ją zaspokoić w przedszkolu, można na placu zabaw, zajęciach tematycznych. (Fot. Shutterstock)

Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy żłobek to dobry, czy zły pomysł. Martyna Filipiak mówi, że z jednej strony liczne badania nad rozwojem dziecka potwierdzają (tematyką wczesnego rozwoju dzieci zajmuje się m.in. psycholog Steve Biddulph), że do trzeciego roku życia najlepsza dla dziecka jest opieka rodzica. – Z drugiej strony jednak, jeśli matka i ojciec czują, że nie są w stanie takiej opieki udźwignąć, potrzebują powrotu do pracy, powinni to uczynić. Jeśli dziecko zostanie w domu ze sfrustrowanym, nieszczęśliwym rodzicem, nie skorzysta z zalet opieki jeden na jeden – tłumaczy. I dodaje: – Nie ma dwóch takich samych rodzin z tą samą sytuacją i potrzebami. Podobnie jest z dziećmi w wieku przedszkolnym. Trzylatek ma potrzebę kontaktu z rówieśnikami. Można ją zaspokoić w przedszkolu, można na placu zabaw, zajęciach tematycznych. Nie każde dziecko w wieku trzech lat będzie gotowe na przedszkole.

Co dalej?

Co, jeśli dzieci nie dostaną się do przedszkola, w którym chcieli umieścić je rodzice? Zgodnie z zapisem ustawy wójt, burmistrz, prezydent miasta mają obowiązek wskazania placówki z wolnym miejscem, w przypadku żłobka nie ma takiego obowiązku. Może to być jednak przedszkole na drugim końcu miasta, na które rodzice się nie zdecydują. Co wtedy robić?

Pisać odwołania, walczyć do skutku, dowiadywać się, czy nie zwolniło się jakieś miejsce. Swoje dziecko przenosiła w trakcie trwającego już roku przedszkolnego Weronika. – Syn był w prywatnym przedszkolu, ale źle szła mu adaptacja, a dyrektorka nie chciała przychylić się do moich próśb. W innych prywatnych przedszkolach o takim profilu nie było miejsc i w październiku zostaliśmy na lodzie. Zaczęłam więc szukać wśród państwowych. I tu szok! W okolicy – w samym centrum Warszawy – ocean możliwości! Pięć placówek i we wszystkich miejsca, bo w dobie pracy zdalnej rodzice przestali wozić dzieci do centrum. W naszym nowym przedszkolu do dziś są wolne miejsca, a syn chodzi do grupy piętnastoosobowej, czyli małej jak w prywatnym przedszkolu.

Jeśli jesteście rodzicem przedszkolaka lub dziecka idącego do żłobka, właśnie dowiadujecie się, jak będą wyglądały najbliższe lata malucha, waszej rodziny i domowego budżetu. Być może przez pandemię wasze szanse na miejsce w placówce państwowej wzrosną. Nie zmienia to jednak faktu, że za rok z braku lepszych rozwiązań systemowych inni rodzice będą przeżywali dokładnie te same nerwy.

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi, kiedy rozmówcy chcą "wygładzać" swoje najbardziej wyraziste opinie.