Rozmowa
Antyterroryści w akcji (Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)
Antyterroryści w akcji (Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Dlaczego serię o polskich gangsterach zaczyna pan od Komandosa?

Trochę przewrotnie, prawda? Uważa pani pewnie, że lepszy byłby Pershing, Słowik, Nikoś albo Masa? A ja chciałem zacząć od gangstera, który co prawda nie był bossem, ale mocno zaznaczył swoją obecność na tzw. mieście.

Jaki był?

Tomasz Syga był ponoć facetem wyjątkowo groźnym. Sadystą, troglodytą i kilerem, który zabijał bez mrugnięcia okiem. Nawet Grażyna Biskupska, była naczelniczka wydziału do walki z terrorem Komendy Stołecznej Policji, powiedziała mi, że nie chciałaby go spotkać sama w ciemnej ulicy. Był po prostu człowiekiem brutalnym i zapewne nie przestrzegał zasady, że policjantów się nie tyka.

Legenda głosi, że mało który gangster miał na rękach tyle krwi co on. Tropił ofiary bardzo skutecznie, znęcał się nad nimi, zabijał, obcinał im członki, zawijał w worki i topił w Wiśle. Zatem dlaczego Komandos stanął przed sądem tylko za jedno zabójstwo – Wojciecha Brzózego z grupy żoliborskiej? Czy popełnione zbrodnie, które mu się przypisuje, dałoby się udowodnić przed sądem?

Ale nawet za to jedno nie został skazany?

Bo wyroku nie dożył. Policja twierdzi, że wszystko było dobrze udokumentowane i zostałby skazany. Moim zdaniem brutalny gangster, o którym mówiono, że ma wannę krwi na rękach, na pewno miał na sumieniu więcej zabójstw.

Myślę, że Komandos chciał być uważany za sadystycznego psychopatę, który zabija albo za nic, albo za coś niewielkiego. Ta legenda sprawiła, że w końcu został zabity. Uważano go za jednego z tych, których trzeba wyeliminować.

I go wyeliminowano. Jednak zanim się to stało, zabił Wojciecha Brzózego.

Było to jesienią 1997 roku w Warszawie. Wojciech Brzózy był jednym z liczących się gangsterów grupy żoliborskiej, kierowanej przez Stefana Kolasińskiego, czyli Księdza. Nie podobał mu się sposób, w jaki Ksiądz zarządzał grupą. Ludzie, którzy na niego pracowali, przynosili mu duże pieniądze, ale on nie bardzo chciał się dzielić. W końcu jego żołnierze wywieźli go do lasu i tam stłukli. Ksiądz uznał, że trzeba buntowników okiełznać i zabić ich lidera. A tym liderem był właśnie Wojciech Brzózy. Ksiądz prawdopodobnie wydał na niego wyrok, który mieli wykonać Komandos i jego kompan od mokrej roboty Czacha. Zaczaili się na Wojciecha Brzózego pod domem i go zastrzelili, gdy wyszedł. Co ciekawe, przebrali się za pracowników zieleni miejskiej.

Dziś nie ma już dawnej przestępczości ulicznej (Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)

Sprytnie!

Wtedy grupa żoliborska podzieliła się na dwa odłamy: Księdza i secesjonistów, których przejął Piotr W., Łańcuch. Komandos i Czacha wypadli z gry, bo musieli się ukrywać.

A jak zginął Komandos?

Został zastrzelony w sierpniu 2002 roku na stacji benzynowej przy ulicy Radzymińskiej w Warszawie. Zatankował auto i przejechał pod odkurzacz. Trzeba pamiętać, że samochód był dla gangstera świątynią, absolutnie najważniejszą częścią wizerunku. Musiał być określonej marki, codziennie umyty, wyczyszczony i wypachniony.

Do dziś nie wiadomo, kto zabił Komandosa. Przypuszcza się, że pewien kiler zza Buga, ale podejrzewam, że od dawna może on już nie żyć. Nie do końca też wiemy, jaki był motyw. Oczywiście cień podejrzeń rzuca się na konkurenta Komandosa, bardzo wpływowego wówczas gangstera Rafała S., pseudonim Szkatuła. Niewykluczone, że to on zlecił zabójstwo Komandosa.

Z jakiego domu pochodził Komandos?

Z dysfunkcyjnego, skoro trafił razem z bratem do domu dziecka. Wyobrażał sobie podobno, że pójdzie on w jego ślady, ale brat nie chciał i w końcu ich drogi się rozeszły. Komandos na pewno był ambitny, zachłanny i zaborczy. Prowadził podwójne życie – miał dwie dziewczyny o tym samym imieniu. Obie przychodziły do niego do więzienia i jedna o drugiej nic nie wiedziała. 

Był gangsterem odchodzącej epoki – typowy kark w skórze, który rządził strachem i cenił wyłącznie rozwiązania siłowe. Gdy wyszedł z aresztu i chciał sobie podporządkować Warszawę, nie zorientował się, że Warszawa jest już podzielona, a tradycyjne źródło dochodu grupy żoliborskiej, czyli targowisko na Wolumenie, nie przynosi już takich zysków jak wcześniej. Zbieranie haraczy nie miało już żadnego sensu, a Komandos nie miał na siebie innego pomysłu. Owszem, wiedział, że trzeba się łączyć z silniejszymi, i dlatego nawiązał kontakty z Jackiem Klepackim, synem bossa grupy wołomińskiej Mariana Klepackiego , zabitego w stołecznej restauracji Gama w 1999 roku, ale współpraca się nie rozwinęła, bo obaj zginęli.

Co robił, zanim został gangsterem?

Zaczynał swoją przestępczą karierę od wstydliwego procederu, jakim było obrabianie pasażerów tramwajów. Udawał kontrolera biletów, wyprowadzał ludzi na zewnątrz, bił, zabierał im pieniądze i uciekał. Potem napadał na listonoszy, a gdy trafił do grupy żoliborskiej, napadał razem z nią na hutników, którzy po odebraniu wypłaty szli do restauracji się upić. Zajmował się też wymuszaniem haraczy od sprzedawców na warszawskim Wolumenie i handlem narkotykami. Raczej nie brał udziału w napadach na tiry, na których wzbogaciły się grupy pruszkowska i wołomińska, bo grupa żoliborska raczej nie zajmowała się tym procederem.

W pewnym momencie dołączył do grupy Księdza razem z braćmi M., czyli Budyniami, z którymi wcześniej rabował na ulicach.

Procesy gangów ciągną się latami (Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Został zwerbowany do gangu?

To nie jest tak, że mafia prowadzi nabór na gangsterów, raczej wypatruje sobie ludzi, którzy jej pasują. Kiedyś dobrym do tego miejscem były siłownie – tam znajdowano kogoś, kto np. spędził życie w domu poprawczym. Komandos, który za młodego przez jakiś czas siedział w więzieniu, był idealnym kandydatem i z pewnością ktoś go Księdzu zaproponował.

Znam też gangsterów, którzy poszli do grup z dobrych, inteligenckich domów. Tacy musieli wykazywać się szczególnym sadyzmem, żeby przypodobać się bossom, bo nie wzbudzali zaufania starych recydywistów.

Czym zajmował się Komandos w grupie żoliborskiej?

Zakłada się, że był człowiekiem od dojeżdżania, czyli nękania przeciwników. Stał się głównym kilerem grupy. Policja wiedziała, że ma wiele krwi na rękach, ale trudno było to udowodnić. Świetnie nadawał się do haraczowania, potrafił skutecznie zastraszać ludzi. Przychodził i mówił, że zaraz coś się wydarzy, osaczał.

Masa opowiadał mi, że z reguły w świecie gangsterskim wyglądało to tak: najpierw było w ryj, potem zaczynała się rozmowa. I negocjacje finansowe.

Zobacz wideo Jak wygląda współczesna mafia? "Są bardzo agresywni"

Wiódł dostatnie życie?

Pracował dla grupy żoliborskiej około 10 lat. Jego dostatek wyrażał się w takich atrybutach jak dobry samochód. Dbał o swój wygląd, ale - w przeciwieństwie chociażby do Łańcucha - nie przywiązywał wagi do biżuterii. Nie epatował swoim bogactwem, może dlatego, że za bardzo nie zdążył. To był facet uwikłany w nieustającą wojnę. Grupa pruszkowska kiedy prowadziła wojnę, to ją prowadziła, ale kiedy się bawiła, to w najlepszych hotelach na świecie. Komandos do tego statusu nie doszedł. Był po prostu gangsterem, a gangster nie ma potrzeby obnoszenia się ze swoim bogactwem. Mieszkał w zwykłym mieszkaniu na Żoliborzu, a potem na Pradze, a nie w jakiejś rezydencji.

Bazar na Wolumenie w Warszawie. To tutaj działał przed laty gang żoliborski (Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Nie inwestował zarobków? Dlaczego?

Od początku wikłał się w różne wojny, więc nie miał czasu na inwestycje. Albo jego ścigano, albo on kogoś ścigał. Niczego się nie dorobił. Gnał.

Dużych pieniędzy dorobili się natomiast bossowie, za których walczyli tacy jak Komandos. Zarobki żołnierzy – jak mówili mi policjanci – zwykle były niewielkie. Właśnie dlatego w gangach wybuchały konflikty, bo gangsterzy czuli się niedoceniani finansowo. O wyższych zarobkach mogli myśleć kapitanowie, którzy byli wyżej niż żołnierze. Gangsterzy tacy jak Komandos, który formalnie był w grupie żoliborskiej i jako przyboczny Księdza pewnie miał tę średnią krajową, dorabiał sobie, zbierając haracze na boku. Nie chcę przedstawiać tego świata jako cierpiącego i niedożywionego, ale chcę powiedzieć, że gangsterzy przeważnie nie zarabiali fortuny. Musiało im wystarczyć to, że żyją szybko, kolorowo i na narkotykowym haju.

A jakie haracze ściągali?

Masa mówił mi, że ci, którzy płacili haracze, często robili to bez specjalnych oporów, bo nie musieli już płacić agencji ochrony. Zwykle było to 100–200 dolarów miesięcznie, zależnie od tego, ile zarabiała restauracja czy sklep. Nie były to takie pieniądze, żeby właściciele sklepów czy lokali gastronomicznych rozdzierali szaty – gdyby oddawali wszystko, co zarabiają, nie mogliby funkcjonować.

Rozmawiał pan z osobami, które były blisko Komandosa?

Tak, chociażby z Szymonem z Łomianek, który przedstawiał Komandosa jako osobę dwuznaczną. Nie do końca było wiadomo, z kim grał i po czyjej był stronie. Był bardzo pokrętny, ale to normalne w środowisku przestępczym. Tam nie ma przyjaźni na całe życie, gangsterzy są jak chorągwie na wietrze. Dzisiaj jesteś mocny, to jestem z tobą. Jutro pracujesz dla kogoś innego, silniejszego, przeciwko swoim dawnym przyjaciołom. W takiej rzeczywistości funkcjonował Komandos, który w swoim krótkim życiu przewinął się przez kilka dużych ekip mafijnych, które także były ze sobą skłócone. Trudno było pozostać w tym świecie niezależnym.

Proces zorganizowanej grupy przestępczej , w skład której wchodzą m.in. byli członkowie gangu Oczki, 2022 rok (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Trudno mówić o lojalności?

Bardzo trudno. Gdy pisałem książki z Masą, ciągle spotykałem się z zarzutem, że promuję gangstera, który nielojalnie porzucił swoich kolegów i zeznawał przeciwko nim. Tak jakby ten świat był pięknym, czystym światem lojalnych, oddanych sobie przyjaciół, którzy przestrzegają rzekomego gangsterskiego kodeksu. To bzdura! Świat gangsterski jest światem złym, nie ma w nim rzeczy pięknych. Nie twierdzę, że w ogóle nie było w nim sytuacji, gdy ktoś okazywał komuś lojalność, ale bardzo rzadko. Jeżeli ktoś mógł uratować swój tyłek, to wystawiał policji drogą sobie kiedyś osobę i wtedy ona miała problem, a on nie.

Boss nie mógł wierzyć swojemu żołnierzowi, a żołnierz bossowi. Marek M., pseudonim Oczko, rezydent grupy pruszkowskiej w Szczecinie, zginął dlatego, że sprzysięgli się przeciwko niemu jego ludzie. Był wobec nich nielojalny – gdy szli do więzienia, nie zapewniał im prawników, a ich rodzinom opieki finansowej. Żył ponad stan, podczas gdy oni klepali biedę. Zaczęli więc przeciwko niemu zeznawać i to był jego koniec.

Jak potoczyły się losy gangsterów z grupy żoliborskiej?

W większości albo nie żyją, jak Komandos, którego zastrzelono, czy jak Szymon z Łomianek, który popełnił samobójstwo, albo przebywają w zakładach karnych, jak Szkatuła. Kilkunastu jeszcze żyje, jak np. Henryk Z., niegdyś ceniony bokser, który obecnie prowadzi zajęcia sportowe dla trudnej młodzieży.

Inny przyjaciel Komandosa, tzw. drugi Budyń, czyli starszy z braci M., Piotr, którego chciałem zacytować w książce, ale mi odmówił, uchodzi za odwróconego, który przeszedł na dobrą stronę mocy. Działa nawet w jakiejś wspólnocie religijnej i raczej nie ma już nic wspólnego ze środowiskiem przestępczym.

Budyń, Szkatuła, Łańcuch, Komandos – pseudonimy gangsterów są niezwykle ciekawe.

Myślę, że spokojnie mogłaby o nich powstać jeśli nie książka popkulturowa, to jakaś praca naukowa. Gdy scenarzyści filmowi próbują wymyślić ksywę dla bohaterów wywodzących się ze środowiska kryminalnego, to zawsze brzmi ona sztucznie. Te prawdziwe ze środowiska przestępczego mają nawet pewien rodzaj finezji. Często pochodzą od nazwiska, np. Budyń czy Kiełbasa, od warunków fizycznych, np. Masa, Chińczyk czy Oczko, od imienia, jak Nikoś czy Jańcio albo Mario. Z kolei od metod pracy gangsterskiej wywodzi się Kręciłapka, który odzyskiwał długi czy wymuszał haracze, wykręcając ręce swoim ofiarom. Pershing z kolei stąd, że wszędzie go było pełno i był bardzo szybki.

Proces Pershinga, 1996 rok (Robert Kowalewski/ Agencja Wyborcza.pl)

A dlaczego Komandos?

Nie do końca wiadomo. Być może nazwał go tak Ksiądz? Gdzieś czytałem, że Komandos był w czerwonych beretach – to nieprawda. Ten pseudonim do niego pasował, bo jak komandos pojawiał się nieoczekiwanie na tyłach wroga i eliminował zagrożenie. Ksiądz z kolei dostał pseudonim prawdopodobnie od nobliwego wyglądu – tak sobie to przynajmniej tłumaczę.

Łańcucha chyba nie trzeba wyjaśniać, Czachy chyba też nie. Artur H., który nosił ten pseudonim, zawsze wszystkim kojarzył się ze śmiercią, którą niósł. Zresztą i do niego śmierć przyszła bardzo szybko.

Czym zajmują się dziś członkowie grup przestępczych?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, podobnie pewnie jak policja. Wiem natomiast, że Komandos prawdopodobnie już by sobie dziś nie poradził, podobnie zresztą jak członkowie grupy pruszkowskiej. Gdy wychodzili z więzień, próbowali wrócić do dawnej profesji, ale nie byli w stanie. Nie tylko dlatego, że ich miejsce zajęli młodsi, którzy nie chcieli się dzielić pieniędzmi, ale przede wszystkim dlatego, że przestępczość bardzo się zmieniła. Dzisiaj do bycia gangsterem potrzeba większej wiedzy o świecie, polityce, finansach i przekrętach, chociażby na podatku VAT.

Nie ma już takiej gangsterki ulicznej jak kiedyś, ale jestem przekonany, że wciąż działa wiele gangów narkotykowych. Przemyt narkotyków, chociażby z Kolumbii, kwitnie. Docierają one też do Polski, która niekoniecznie jest krajem ostatecznym, ale rynków zbytu nie brakuje.

Artur Górski (arch. prywatne)

Artur Górski. Dziennikarz, pisarz, autor ponad 40 książek, zarówno powieści, jak i reportaży. Twórca i redaktor naczelny magazynu "Focus Śledczy". Autor głośnej serii "Masa o polskiej mafii", wywiadu rzeki z byłem rezydentem rosyjskiej mafii w Polsce pt. "Ruska mafia" oraz książek napisanych wspólnie z Moniką Banasiak, czyli Słowikową. Książka "Komandos. Gang z Żoliborza" jest pierwszym tomem serii "Polscy gangsterzy".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.