Rozmowa
Klaudia Maria Skotnica (fot. Archiwum prywatne)
Klaudia Maria Skotnica (fot. Archiwum prywatne)

Zdobyła pani stopień kapitana żeglugi wielkiej, co wcale nie jest proste. Uczelnie morskie zostały w Polsce otwarte dla kobiet dopiero w 1975 roku, i to tylko na dwa lata. Wyznaczono wówczas limit sześciu miejsc.  

W tamtych czasach kobiety praktycznie nie pływały. Ja do Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie dostałam się w 1996 roku, jednak zanim pojechałam na egzaminy wstępne, musiałam napisać podanie do ówczesnego ministra transportu z prośbą, by pozwolił mi studiować nawigację, czyli tzw. kierunek pływający.  

Dlatego że jest pani kobietą? 

Tak. Mężczyźni takich podań składać nie musieli.  

Dostałam pozwolenie z ministerstwa i szczęśliwa pomaszerowałam z nim do ówczesnych władz uczelni. Tam powiedziano mi tak: pani Klaudio, wykładowcy nie są przyzwyczajeni do kobiet, nie ma gwarancji, że nie sprawią pani trudności. I po prostu może się zdarzyć, że będzie pani musiała skończyć naukę wcześniej. 

Władze uczelni zasugerowały mi delikatnie przeczekanie roku na „kierunku niepływającym", czyli na eksploatacji portów i floty, na który kobiety są przyjmowane. Wiadomo było wtedy, że nawigacja oficjalnie zostanie otwarta dla kobiet za rok.  

Zgodziła się pani? 

Domyśliłam się, że jest to propozycja nie do odrzucenia. Przystałam na nią, bo nie chciałam już na starcie podpaść wykładowcom. Studia na wymarzonym kierunku zaczęłam więc rok później, a i tak byłam obiektem różnych uszczypliwych uwag, chociażby że nie poradzę sobie z matematyką. Wykładowcy faktycznie nie byli przyzwyczajeni do studentek. Ale ponieważ jestem uparta i jak sobie postanowię, tak będzie, to szkołę morską skończyłam. 

Który to był rok? 

2001. 

Z jakim stopniem? 

Do stopnia to mi było jeszcze daleko! 

Samo ukończenie szkoły morskiej nie daje tytułu oficerskiego. Tytuł ten musiałam wypływać na statkach, zdobywając doświadczenie na morzu przez 12 miesięcy. Chodziłam więc od drzwi do drzwi i pytałam o możliwość rozpoczęcia praktyki. Panowie zza biurka odpowiadali śmiechem: „Pani na marynarza? No gdzie!". 

Wreszcie tata załatwił mi praktykę młodszego marynarza na statku norweskiego armatora, u którego sam pracował. I tym sposobem wreszcie dostałam się na pokład. Zaciskałam zęby i każde wakacje, każde święta, cały wolny czas spędzałam na morzu. Gdy po pięciu latach skończyłam studia, otrzymałam wraz z tytułem inżyniera stopień oficera nawigatora. Lubię nawigować i kocham papierowe mapy.  

Wykładowcy faktycznie nie byli przyzwyczajeni do studentek (fot. Archiwum prywatne) , Ale ponieważ jestem uparta i jak sobie postanowię, tak będzie, to szkołę morską skończyłam (fot. Archiwum prywatne)

W jaki sposób zdobywała pani doświadczenie w pływaniu? 

Jako młodszy marynarz robiłam na statku dosłownie wszystko – od malowania i sprzątania po wachty. Nie miałam żadnej taryfy ulgowej, zresztą nawet bym jej nie chciała. Zawzięłam się: ja wam pokażę, że nie jestem gorsza od mężczyzn – tak wtedy myślałam. 

Wybrałam sobie ten zawód, jeszcze kiedy byłam małą dziewczynką. Miłość do statków odziedziczyłam po tacie, również kapitanie, dziś już emerytowanym. Tata zabierał mnie ze sobą na statek i sadzał w fotelu na mostku kapitańskim. Jak urzeczona patrzyłam na te wszystkie przyrządy i marzyłam, że gdy dorosnę, ja też stanę za kołem sterowym i będę dowodzić statkiem.  

Ile pani miała wtedy lat? 

W pierwszy rejs popłynęłam, gdy miałam zaledwie dwa latka. Tata zabrał na niego mnie i mamę. Byliśmy na morzu przez parę dobrych miesięcy.  

Pamięta to pani? 

Nie, ale z opowieści rodziców wiem, że zawitaliśmy wtedy na przykład do Libii. Potem, ponieważ mieszkaliśmy w Gdańsku, a taty statki zawijały do tamtejszego Portu Północnego, tata zabierał mnie ze sobą na wachty. Miałam sześć lat i pamiętam, że byłam niezwykle podekscytowana. Od dziecka morze jest dla mnie żywiołem najwspanialszym na świecie. I symbolem wolności, z nią od zawsze kojarzy mi się pływanie. Marzyłam o wielkich podróżach, chciałam zwiedzać porty całego świata. 

Tata się cieszył, że chce pani pójść w jego ślady? 

Tacie w ogóle się nie przyznałam. W tajemnicy złożyłam dokumenty na studia i pewnego ranka mówię: „Tato, wstawaj, jedziemy na egzamin do Szczecina". 

Wiele mi o swojej pracy opowiadał, więc nie miałam złudzeń: będzie ciężko. Jednak nie przyjmowałam do wiadomości tego, że będę robić coś innego niż pływanie. Nie wyobrażałam sobie siebie w innym miejscu niż na statku, więc wiedziałam, że decydując się na taką pracę, nie mam innego wyjścia, jak tylko sobie poradzić. 

I radzi pani sobie świetnie od ponad 20 lat.  

Pływam na tankowcach, które transportują produkty naftowe, i na chemikaliowcach. Taki statek ma zwykle ponad 200 m długości, 23 m szerokości i 36 tys. ton ładunku. Załoga, którą dowodzę, liczy około 20–30 osób. Odpowiadam za statki przewożące ciężkie niebezpieczne ładunki warte miliony dolarów. Jedna moja błędna decyzja mogłaby spowodować katastrofę ekologiczną na ogromną skalę.   

Nie wyobrażałam sobie siebie w innym miejscu niż na statku, więc wiedziałam, że decydując się na taką pracę, nie mam innego wyjścia, jak tylko sobie poradzić (fot. Archiwum prywatne)

To bardzo odpowiedzialna praca. 

Nie każdy po szkole morskiej chce ją wykonywać. Ja chcę. Miałam sporo szczęścia, bo kilka miesięcy po skończeniu studiów trafiłam na rekrutację do firmy BP. Nikt w niej nie widział problemu, by zatrudnić kobietę oficera. W lutym 2002 roku dostałam pierwszy siedmiomiesięczny kontrakt i popłynęłam w rejs dookoła świata, z Durbanu w RPA do Nigerii, a stamtąd na Florydę. To była wspaniała podróż! 

Sprawdziłam się, więc dostałam kolejny kontrakt, a po nim następne. To były czasy, gdy tankowce cumowały blisko portu i zostawały w nim przez trzy–cztery dni. Udawało nam się wówczas schodzić na ląd, zwiedzać okolicę i patrzeć, jak żyją miejscowi. Z biegiem lat w transporcie morskim zapanowały oszczędności i postoje w porcie mocno się skróciły. Czasem jest to zaledwie 12 godzin, w dodatku tankowce cumują o wiele dalej na wodach. Dziś nie zawsze udaje się nam w ogóle zejść na ląd.   

Pewnie na statku zawsze jest coś do roboty? 

Pracy zawsze jest mnóstwo! Zwykle pochłania mnie papierologia, wizyty inspekcji, coś trzeba zdać, czegoś przypilnować. Mawiam, że statek jest niczym pływająca fabryka, która nigdy nie śpi. Pracujemy na nim przez siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. 

Ale udaje się pani spać? 

Oczywiście, z tego też jesteśmy rozliczani. Według przepisów muszę mieć sześć godzin nieprzerwanego odpoczynku na dobę. W praktyce wygląda to różnie – gdy wejście do portu odbywa się nocą, muszę przerwać odpoczynek, żeby przypilnować wszystkich formalności. Trochę więcej luzu mam, gdy płyniemy albo gdy stoimy na kotwicy. Natomiast oficerowie pracują na wachtach w systemie zmianowym przez całą dobę. 

Ma pani jakieś przywileje? 

Tak jak każdy z załogi mam swoją kabinę z łazienką. I nic więcej. Zapomniałabym – mam jeszcze to, co sama ze sobą zabiorę w walizce. 

Co pani zwykle zabiera? 

Poza ubraniami i kosmetykami zawsze mam ze sobą dobrą kawę i swój ulubiony kubek, który przypomina mi o domu. Od dziecka zabieram też w rejsy swojego ukochanego misia Karolka, którego dostałam od rodziców. Podróżuje ze mną w plecaku po całym świecie.  

Co mnie bardzo cieszy, marynarze mogą zabrać do samolotu 40 kg bagażu.  

To rzeczywiście sporo. Jak długo zdobywała pani doświadczenie, by wreszcie zostać kapitanem? 

Musiałam cierpliwie piąć się po szczeblach kariery przez 10 lat. Na przełomie 2011 i 2012 roku popłynęłam w swój pierwszy rejs jako kapitan żeglugi morskiej. Sędziwym, 21-letnim chemikaliowcem zawijałam do kolejnych portów Europy Zachodniej. Później miałam okazję zwiedzić Amerykę Południową – Meksyk, Wenezuelę. Co ciekawe, nigdy w całej swojej karierze nie pracowałam dla polskiego armatora, zawsze dla zagranicznego. 

Kapitan jest na statku najważniejszy. To on dowodzi załogą i wydaje jej polecenia. Czy spotkała się pani kiedyś z nieposłuszeństwem marynarzy? 

Raz miałam taką sytuację, że marynarzom z RPA nie do końca podobało się, że ma nimi rządzić kobieta. Nie mogli się z tym pogodzić, więc musiałam tupnąć nogą i odbyć z nimi stanowczą rozmowę.  

Pomogło? 

Pomogło, a sama rozmowa była krótka i konkretna. 

Właśnie jej zawdzięcza pani przydomek Iron Lady? 

Zaczęto o mnie tak mówić po tym, jak poradziłam sobie z handlarzami w Nigerii. Jeszcze kiedy byłam oficerem na jednym z chemikaliowców, zostaliśmy w tamtejszym porcie na dwa miesiące. A trzeba pani wiedzieć, że Nigeryjczycy bywają trudni we współpracy i nie tolerują silnych kobiet. Jest tam też wielu handlarzy, którzy przychodzą do portu i rozkładają przy statkach swoje kramy z towarami. Nieźle przy tym hałasują, a załoga, która ciężko pracuje, musi mieć ciszę i spokój, by odpocząć.  

Marynarze skarżyli mi się, że przez handlarzy nie mogą spać, więc wezwałam szefa tego całego bałaganu i mówię: „Słuchaj, moja załoga musi odpocząć, więc albo zachowujcie się cicho, albo do widzenia". To niestety nie pomogło, więc wpadłam do nich ponownie, tym razem wyposażona w kij do bejsbola. „Albo będzie w tym momencie cisza, albo zamknę was w porcie na noc" – zagroziłam. 

Podziałało? 

Nigeryjczycy doskonale wiedzieli, że po godzinie 18 nikt nie powinien znajdować się poza domem, bo może zostać zabity. To był wtedy bardzo niebezpieczny kraj, więc podziałało. A ja od tamtej pory mam przydomek Iron Lady. 

Czy Iron Lady zawsze chodzi w kapitańskim mundurze? 

Skąd! Mundur nie należy do wygodnych. Białą koszulę i ciemne spodnie zakładam tylko na moment wejścia do portu i czas postoju. Na statku zwykle chodzę w roboczym kombinezonie albo w tym, co zabrałam ze sobą w walizce.  

I od razu uprzedzę pani pytanie: na statek nigdy nie zabieram szpilek. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Po pokładzie chodzę albo w specjalnych marynarskich butach, albo w sportowych. 

Musiałam cierpliwie piąć się po szczeblach kariery przez 10 lat (fot. Archiwum prywatne) , Na przełomie 2011 i 2012 roku popłynęłam w swój pierwszy rejs jako kapitan żeglugi morskiej (fot. Archiwum prywatne)

Pani praca jest bardzo wymagająca, pewnie całymi miesiącami nie ma pani w domu. Jak sobie z tym radzą pani bliscy? 

Zawsze mogłam liczyć na pomoc rodziców, którzy zajmowali się moimi dziećmi, a teraz – na wsparcie mojego taty. Bez nich trudno byłoby mi osiągnąć to, co osiągnęłam. A mam dwójkę wspaniałych dzieci, które dziś są już duże. Syn Gabriel ma 19 lat, a córka Livia 17. Gdy miała 11 lat, wzięłam ją ze sobą na statek. Usiadła na mostku kapitańskim i mówi: „Mamo, ja będę pływać tak jak ty". Ale gdy dorosła i zobaczyła, z czym wiąże się moja praca, zmieniła zdanie. 

Syn, gdy go ktoś kiedyś zapytał, czy pójdzie w ślady mamy i dziadka, odpowiedział, że w żadnym wypadku. Że on nie będzie wstawał w środku nocy, żeby wprowadzić statek do portu. 

Jak długo nie ma pani w domu? 

Rejsy trwają zwykle po cztery–pięć miesięcy, ale udało mi się wynegocjować trzymiesięczne kontrakty. A ostatnio nawet skróciły się one do paru tygodni. 

Była pani zmęczona? 

Chciałam więcej czasu spędzać w domu. Kiedyś, gdy wyjeżdżałam w kolejny rejs, córka zapłakana stanęła pod bramą i powiedziała: „Ja cię proszę, ty już więcej nigdzie nie płyń". Wtedy popłynęłam, bo nie miałam innego wyjścia, ale od razu po powrocie zdecydowałam, że to był mój ostatni tak długi rejs. 

Bywało też, że dzieciaki mi opowiadały: „Mamo, pani w szkole mówiła, żebyś w końcu przyszła, bo nie było cię już na tylu zebraniach rodziców". Nie są to łatwe sytuacje. 

Jako samotna matka Polka, w dodatku będąca wiecznie w podróży, staram się nadrabiać, kiedy jestem razem z dziećmi. Daję im wtedy z siebie jak najwięcej. Po rejsie mam zwykle kilka kolejnych tygodni wolnego. Poza tym teraz łączność jest dużo łatwiejsza niż przed laty – możemy do siebie dzwonić, możemy się połączyć przez internet i zobaczyć. 

Rozłąka z dziećmi jest dla mnie najtrudniejszą częścią pływania. Po wejściu na statek i przejęciu obowiązków przełączam głowę na tryb „praca", by nie myśleć o rodzinie.  

Myślę sobie, że wcale nie byłaby pani szczęśliwa, gdyby zarzuciła pani pływanie. 

Jestem niespokojnym duchem. Lubię być na morzu, a już tydzień przed zejściem ze statku snuję plany kolejnych podróży. Jakbym mogła, to pewnie jeszcze ze dwie góry bym przeniosła. A na razie wybieram się z dziećmi na narty. Jak wrócę, to w drugiej połowie stycznia popłynę z Cypru w kolejny rejs.  

Tak w ogóle to rozglądam się za pracą w Ministerstwie Transportu. Poza tym mam taki charakter, że lubię wszystkimi dowodzić.  

W domu też? 

Też. Rodzina musiała się przyzwyczaić, że to ja zarządzam i podejmuję decyzje. Śmieję się, że pewnie dlatego nie mam partnera u boku. Jestem silna i niezależna.  

Można się pani bać? 

Oj, wcale nie trzeba się mnie bać! 

A czy pani miała w pracy momenty, kiedy strach panią obleciał? 

Czasami rzeczywiście zapuszczamy się w rejony bardzo niebezpieczne. Wtedy pływamy w eskorcie uzbrojonych żołnierzy, których armator wynajmuje dla nas do ochrony. Na statku jest też specjalne pomieszczenie, tzw. cytadela, w którym załoga może się schronić w razie ataku piratów czy terrorystów. 

Ja nie mam w sobie strachu, nawet podczas sztormu spokojnie siedzę przy biurku i wykonuję swoje obowiązki. Choć raz było naprawdę niebezpiecznie. W 2010 roku, gdy jeszcze byłam starszym oficerem w rejsie do RPA, na naszym statku wybuchł pożar. Patrzę, a wszędzie unosi się dym, alarmy zaczęły wyć. Nie mogłam dopuścić do paniki, musiałam szybko myśleć, podejmować decyzje i wydawać rozkazy. Załogi nie mógł sparaliżować strach, a mnie tym bardziej, bo jak by to zostało przez nią odebrane? 

Jak się skończyło? 

Okazało się, że było więcej dymu niż ognia. Było też sporo sprzątania, ale nikomu nic się nie stało. Na statku trzeba podejmować decyzje błyskawicznie. I muszą to być właściwe decyzje. Tata zawsze mi powtarzał, że morze nie wybacza błędów.  

Klaudia Maria Skotnica. Ma stopień kapitana żeglugi wielkiej. W 2001 r. ukończyła Wyższą Szkołę Morską w Szczecinie. Sama wychowuje syna Gabriela i córkę Livię.  

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.