Rozmowa
Grażyna Biskupska (fot. arch. prywatne)
Grażyna Biskupska (fot. arch. prywatne)

*Przypominamy najchętniej czytane teksty minionego roku*

Co dziś robi najsłynniejsza i najgroźniejsza polska policjantka?

Od 2011 roku jestem na emeryturze. To była moja decyzja. Odeszłam w stopniu młodszego inspektora, z etatu naczelnika wydziału w Centralnym Biurze Śledczym. Po ponad 36 latach pracy dostałam 6,7 tys. brutto emerytury, czyli 5 tys. na rękę.

Całkiem przyzwoicie!

Do czasu. Zostałam objęta ustawą dezubekizacyjną, jak ponad 50 tys. innych osób. Teraz mam na rękę 1,8 tys. zł z groszami. Ale są tacy, którzy mają jeszcze mniej. Na przykład generał Gromosław Czempiński, którego bardzo cenię, otrzymuje około 1,2 tys. zł. emerytury. A na utrzymaniu ma niepełnosprawnego syna.

Nie znajduję odpowiednio brzydkich słów, żeby to nazwać. A przez całe lata starałam się nie kląć. Nawet na zatrzymanych, którzy często zasługiwali na te brzydkie słowa. Niestety, to, co się dzieje w naszym państwie, sprawiło, że zaczęłam używać wulgaryzmów.

Chodzi mi po głowie jeszcze coś. I może kiedyś to zrobię?

Co to takiego?

Publicznie przeproszę wszystkie osoby zatrzymane.

Za co zamierza pani przepraszać przestępców?

Okazuje się, że działałam nielegalnie. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że zabrano mi lwią część emerytury? Chyba moja praca była nic niewarta. W świetle tej decyzji zatrzymani przeze mnie powinni się nawet ubiegać o odszkodowania.

Grażyna Biskupska w 2006 roku podczas rozprawy w sądzie (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Jest pani mocno rozgoryczona. Próbowała pani coś z tym zrobić? Odwołać się?

Prezydent, podpisując ustawę, mówił o furtce odwoławczej od decyzji o zmniejszeniu wysokości emerytury - słynny artykuł 8a. Zaznaczono w nim, że na korzyść funkcjonariusza przemawiają krótkotrwałość służby w PRL-u, nienaganność i wzorowe wykonywanie obowiązków, z sukcesami. Spełniam wszystkie te warunki. W dodatku nie ma dowodów na to, że kogoś z opozycji maltretowałam czy prześladowałam. Że byłam bandytą i oprawcą. Pracowałam jako maszynistka, potem sekretarka. Nie byłam w partii, nie wykonywałam żadnych czynności operacyjnych czy nikogo nie prześladowałam.

Ta furtka w postaci artykułu 8a w praktyce nie istnieje.

Dlaczego?

Złożyłam odwołanie w lutym 2017 roku. W maju tego roku dostałam odpowiedź negatywną. Napisano, że dwa lata i 11 miesięcy mojej pracy w PRL-owskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, które jest traktowane jako Służba Bezpieczeństwa, pozwoliło mi przyswoić i utrwalić specyfikę pracy tej służby. Co ciekawe, wdowy po funkcjonariuszach czy panie z wydziału paszportowego też są przez tę ustawę traktowane jako pracownice SB.

Zostawi to pani tak?

Złożyłam kolejne odwołanie, do sądu administracyjnego. Z tego, co się orientowałam, w WSA w Warszawie trzeba czekać na rozprawę od siedmiu do dziewięciu miesięcy. Najwcześniej więc, o ile w ogóle, sędziowie zajmą się moim odwołaniem na początku przyszłego roku.

Na pierwszą, odmowną odpowiedź czekałam ponad dwa lata. Z kolei mój proces zawodowy, po strzelaninie w Magdalence [w nocy z 5 na 6 marca 2003 roku w policyjnej obławie na gangsterów zginęło dwóch antyterrorystów i dwóch przestępców, a 17 policjantów zostało rannych - przyp. red.], którego też się nie wypieram, podobnie jak pracy w PRL-owskim MSW, trwał dużo dłużej, bo aż 14 lat. Ale obejmował trzy procesy przed sądem okręgowym i trzy apelacje.

Akta sprawy były obszerne, a materia skomplikowana.

To prawda, ale według mnie sprawa mogła się zakończyć po pierwszej rozprawie. Wtedy opcje polityczne się zmieniały, a mój proces trwał i trwał. Ostatecznie mnie uniewinniono, w styczniu 2017 roku. I oczyszczono ze wszystkich zarzutów: świadomego niedopełnienia obowiązków służbowych, działania na szkodę interesu publicznego i prywatnego, a także sprowadzenia nieumyślnego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób.

Grażyna Biskupska za chwilę usłyszy wyrok uniewinniający (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Podczas procesów pani nie pracowała?

Przez parę tygodni byłam zawieszona na wniosek prokuratora. Potem złożyłam raport o odejście ze służby, bo intensywność pierwszego procesu była ogromna, miałam rozprawy po trzy razy w tygodniu, więc jak mogłabym w tym czasie dobrze pracować? Po pierwszym uniewinnieniu wróciłam, ale nie do wydziału terroru, tylko do Centralnego Biura Śledczego, gdzie koordynowałam śledztwa w sprawie uprowadzeń.

Czuła się pani potrzebna?

Szybko odnalazłam się w policji. Nie byłam szykanowana ani przez przełożonych, ani podwładnych. W końcu przyjęto, że akcja w Magdalence była tragedią, ale niestety, mogła się wydarzyć. Wielu policjantów i funkcjonariuszy służb specjalnych z całego świata przeanalizowało ją i nikt nie dopatrzył się uchybień.

Policyjna akcja powinna być oceniana na etapie planowania. Tego, co wydarzy się później, często nie można przewidzieć. Sama, jak wracam czasem wspomnieniami do Magdalenki, nie jestem w stanie uwierzyć, że to naprawdę się stało. Zwłaszcza że od wydarzeń w Parolach, gdzie rok wcześniej zginął policjant, przygotowywaliśmy się do każdej realizacji bardzo solidnie, zarówno moi ludzie, jak i antyterroryści. I, co ostatecznie potwierdził sąd, akcja w Magdalence była zaplanowana w stopniu optymalnym.

Słyszała pani czasem za plecami szepty: "to ta, przez którą zginęli policjanci w Magdalence"?

Nie. Bo też ja tak naprawdę nigdy za tę akcję bezpośrednio nie odpowiadałam. Komendant główny policji powołał do Magdalenki specjalną grupę, która miała swojego szefa. On zresztą od początku wziął odpowiedzialność na siebie i powtarzał podczas procesu: "To ja kierowałem tą grupą". Na co prokurator odpowiadał: "Ale to pani Biskupska była naczelnikiem wydziału".

Wydziału, którego policjanci rozbili kilka największych grup przestępczych w stolicy.

A wie pani, ilu nas było?

Pewnie dobrze ponad 100.

Skąd! Z pirotechnikami około 60 osób. A zajmowaliśmy się napadami z bronią w ręku, wymuszeniami rozbójniczymi, napadami na tiry i uprowadzeniami dla okupu. Bywało, że jednego dnia równocześnie mieliśmy siedem realizacji. Jak nie było kogo wystawić, sama jeździłam na obserwacje kryjówek przestępców. Owszem, wspomagali nas antyterroryści oraz policjanci z wydziału techniki operacyjnej, ale potem, już po akcji, ktoś musiał fizycznie tych wszystkich zatrzymanych obrobić.

Grażyna Biskupska podczas procesu, 2005 rok (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Obrobić?

Przeszukać, przesłuchać, okazać pokrzywdzonym, jechać do domów zatrzymanych i tam zrobić przeszukania. Zdarzało się, że pracowałam przez kilkadziesiąt godzin non stop. Najdłuższy maraton zaliczyłam w 1997 roku, pracując w komendzie na Żoliborzu przy zabójstwie maturzysty Tomka Jaworskiego. Zaczęłam pracę na dyżurze wcześnie rano w sobotę, a skończyłam w piątek późnym popołudniem. Wpadałam do domu w nocy, na dwie godziny. Brałam szybki prysznic, przebierałam się i wracałam do komendy.

Zatrzymaliśmy sprawców, sąd skazał ich na dożywocie. Choć też były komentarze, że znaleźliśmy ich za późno.

A tak było?

Jestem odporna na krytykę, potrafię się przyznać do błędu. Ale cudotwórcą nie jestem. Przy zabójstwie Tomka Jaworskiego przez pół nocy usiłowaliśmy namówić do zeznań młodych ludzi, którzy go zostawili w niebezpieczeństwie. Napastników z kijami bejsbolowymi była czwórka, więc gdyby znajomi ofiary zebrali się w jedną grupę, chłopak by nie zginął. A oni się po prostu rozpierzchli.

Gdyby nie upór mój i kilkunastu moich kolegów, ta sprawa mogłaby pozostać niewykryta.

Dlaczego?

Do dyżurnego przyszła mama Tomka, który nie wrócił do domu. A w tym czasie u nas w areszcie było dwoje młodych ludzi. Mieli zakrwawione koszulki. Nic się od tych chłopaków nie można było dowiedzieć. Skojarzyłam fakty i poleciłam, żeby ich nie wypuszczać. Potem okazało się, że to była dwójka, która miała trochę wiedzy o zdarzeniu z Polany Młocińskiej, gdzie pobito Tomka.  

Policyjny nos!

Nie, po prostu zainteresowanie. Mój syn Kuba był wtedy niewiele młodszy od tego Tomka. Wie pani, co jeszcze? Empatia. Zawsze powtarzałam, że aby być dobrym policjantem, trzeba być dobrym człowiekiem.

Ilu przestępców pani zatrzymała?

Co najmniej kilkuset. Cała kilkunastoosobowa grupa żoliborska, dziesiątki miejscowych rozbójników.

Rozbójników?

W latach 90. na przedpolach Huty Warszawa działał bar Hutnik. Hutnicy brali wypłaty i część pieniędzy tam przepijali. Szli do tramwaju, a w chaszczach przy pętli czekali na nich przestępcy. Jednego wieczoru byli w stanie "wyczyścić" kilkunastu.

Sporo było też wtedy włamań do mieszkań. Sama prowadziłam sprawę złodzieja, który kradł nie tylko w Warszawie, ale i w innych miastach. Gdy weszliśmy do jego dziupli, okazało się, że miał w niej fanty z ponad 150 włamań.

Kierowałam też zatrzymaniem ostatniego pozostającego na wolności członka grupy Mutantów, Jerzego Brodowskiego, w Mszczonowie. Wiedziałam już wtedy, że dostanę zarzuty za Magdalenkę, więc świadomie wzięłam na siebie kierowanie akcją. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. 

W latach 90. w Polsce działało sporo gangów.

Każda część kraju była obstawiona przez grupy przestępcze, które wymuszały haracze i porywały dla okupu. Strefy wpływów przestępcy ustalali między sobą bardzo precyzyjnie i nie naruszali tych granic. A nawet jak naruszali, to też to wcześniej ustalali. Na południu działali ludzie "Krakowiaka", na Mazowszu grupy wołomińska i pruszkowska.

Komenda Stołeczna w Warszawie, 2003 rok. Konferencja prasowa po strzelaninie w Magdalence. Od lewej siedzą: Krzysztof Janik, Leszek Miller i Antoni Kowalczyk (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Jak powstawały te grupy?

Na przykład większość grupy żoliborskiej wywodziła się z blokowisk. Jej pierwszym przywódcą był Stefan Kolasiński, ps. "Ksiądz" albo "Śmieciuch", który skupił wokół siebie dzieci z patologicznych rodzin. Zaczynali od prostych przestępstw, od "wyrwy" na ulicy, od dania komuś w mordę, od włamań do mieszkań i paserki. Z czasem stawali się coraz bardziej brutalni.

Policjantom, którymi pani dowodziła, udawało się ich skutecznie łapać.

Miałam szczęście do spektakularnych spraw i szczęście do ludzi, z którymi pracowałam. Szli w teren, dopytywali, a robili to dobrze, bo się świetnie przygotowywali. Chciało im się. Stąd sukcesy.

Po rozbiciu grupy żoliborskiej zaproponowano mi współtworzenie wydziału ds. zwalczania terroru w Komendzie Stołecznej Policji. Pionierskiego i jedynego w Polsce. Ówczesny komendant stołeczny, generał Michał Otrębski, którego darzę dużym szacunkiem, pozwolił mi zabrać sporą część swoich ludzi z Żoliborza. Umieli ze mną pracować.

Jedną z naszych pierwszych spraw było zatrzymanie grupy, która zastraszała właścicieli punktów usługowych na Ochocie i żądała okupów. Policjanci z lokalnego komisariatu udawali, że nie widzą problemu. Gdy jednemu z przedsiębiorców spłonął warsztat, a policja tego nie odnotowała, gangiem zajęli się moi ludzie. Musieliśmy przekonać właścicieli lokali, żeby odważyli się mówić. Wtedy usłyszeliśmy, że wcześniej chodzili na posterunek i mówili, że się boją. "Ja też się boję" - usłyszeli od dyżurnego.

Pani się nigdy nie bała?

Rozpracowywaliśmy grupę żoliborską nie z komendy na Żoliborzu, tylko z Pałacu Mostowskich [siedziba stołecznej policji - przyp. red.]. Na Żoliborzu robiliśmy swoją codzienną pracę, a po południu jechaliśmy do Pałacu i zaczynaliśmy pracę nad grupą żoliborską. Bo najprawdopodobniej z Żoliborza były przecieki. Policjanci są różni.

A rozprawy grupy żoliborskiej odbywały się w nocy. W obawie, żeby kompani nie przyjechali odbić gangsterów. O drugiej, trzeciej w nocy do sądu przywożono więc sędzię, prokuratora i protokolantkę.

Grażyna Biskupska podczas ogłoszenia wyroku uniewinniającego, 2006 rok (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Nie odpowiedziała pani na moje pytanie. Słyszałam, że odbierała pani telefony z groźbami.

Jakieś tam groźby były. Ach, "Mario", członek trzonu grupy żoliborskiej. Pokrótce pani opowiem. Parę razy jechaliśmy go zatrzymać i na miejscu okazywało się, że go nie ma. Ewakuacja wyglądała na szybką. Trudno. Któregoś dnia "Mario" zadzwonił do mnie do komendy, na biurko. To były czasy, kiedy bandyci mieli komórki, a my nie. Rzucił parę wulgaryzmów i się rozłączył.

Zgłosiłam sprawę przełożonym i zapadła decyzja o ochronie. Ale nie dla mnie, bo ja i tak przecież całe dnie spędzałam w komendzie, tylko dla mojego syna. Wieczorami wychodził z psem, więc się o niego bałam. Prosiłam, żeby na siebie uważał i nie oddalał się zbytnio od domu. Po latach mówi mi tak: "Mamo, tak mi się coś kojarzyło, że ja wtedy nie wyprowadzałem psa sam".

Trwało to parę dni. Bo w sobotę, gdy sama w swoim pokoju porządkowałam dokumenty, nagle otwarły się drzwi. Wchodzi "Mario", w puchówce, bo zimny marzec był. I oznajmia: "Pani mnie szukała, więc jestem".

I go pani zatrzymała?

Miałam z notowanymi przestępcami taką niepisaną umowę, że jak ich wzywałam w różnych sprawach, np. by aktualizować zdjęcie, to oni posłusznie przychodzili. Bo wiedzieli, że wyjdą.

Powtarzałam im tak: "Jak będę was chciała zatrzymać, to i tak to zrobię. Jak zapraszam, to po dobroci. Nie bójcie się". Pamiętam zatrzymanie Marka z grupy żoliborskiej. "Pani Grażyno, mogła pani zadzwonić, przecież bym przyszedł" - powiedział po tym, jak drzwi od jego mieszkania wyleciały z futryną, bo niestety, nie chciał nam otworzyć. Mówię mu: "Słuchaj, ja nie mogę złamać obowiązujących zasad".  

"Mario" wtedy właśnie został zatrzymany.

Często pani spotyka dawnych przestępców na mieście?

Bardzo często.

Mówią: "dzień dobry, pani Grażynko"?

Zawsze. Pełna kultura. Kiedyś jeden nawet się pochwalił, że przeczytał moją książkę "Skorpion z Wydziału Terroru" i było mu miło, że o nim też wspomniałam.

Ma pani teraz ochronę?

Nigdy nie miałam. Kiedyś w Pałacu Mostowskich był u mnie dziennikarz z telewizji. Wychodzimy z komendy, a on pyta, gdzie mam samochód. "Samochód? Autobusem jeżdżę". Bardzo się zdziwił, więc wyjaśniłam mu, że w autobusie mogę sobie książkę poczytać, zakupy zrobić po drodze. Nikt we mnie policjantki nie rozpoznaje, poza tym przestępcy autobusami nie jeżdżą. 

Grażyna Biskupska na ławie oskarżonych, 2007 rok (fot. Wojtek Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Praca w milicji była spełnieniem pani marzeń?

W SB, jeśli już. Ani trochę. Zanim się rozwiodłam, mój status finansowy był niezły. Mąż dobrze zarabiał, więc pracowałam w szkole. Uczyłam polskiego i historii, ale głównie zajmowałam się biblioteką. To było zajęcie, o którym marzyłam, zresztą skończyłam bibliotekoznawstwo. Ale po rozwodzie musiałam poszukać lepiej płatnej pracy. I zgłosiłam się do zespołu ds. nieletnich, do kadr Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Chciałam pracować na Żoliborzu, blisko domu. Ale kobiety nie były wówczas w cenie, nawet takie jak ja, czyli z wyższym wykształceniem i doświadczeniem w pracy z młodzieżą.

Po jakimś czasie zaproponowano mi posadę w ministerstwie na Rakowieckiej. Byłam sekretarką i maszynistką. Nikomu nic złego nie zrobiłam. W IPN są moje akta, a w nich opinia o mnie z tamtego czasu, która to potwierdza. Są w niej też opinie współpracowników, że lubili ze mną pracować, że chodziłam schludnie ubrana.

Jak to się stało, że jednak trafiła pani do służby?

Kadrowy mi obiecał, że jak tylko zwolni się jakiś etat w nielatach [wydziale ds. nieletnich - przyp. red.], to mnie tam przeniesie. Ale akurat zaczęła się transformacja, to był 1989 rok i wszyscy przechodziliśmy weryfikację. Ja też. Po weryfikacji, którą przeszłam pomyślnie, zaproszono mnie na rozmowę do Komendy Stołecznej. "Nadal chce pani pracować na tym Żoliborzu"? - zapytano. Potwierdziłam, więc skierowano mnie tam. Kierownikiem zespołu ds. nieletnich był wtedy funkcjonariusz, który miał maturę i stopień chorążego, a ja nie dość, że skończyłam studia cywilne, to jeszcze eksternistycznie studia oficerskie. Zadał mi na rozmowie kwalifikacyjnej pytanie, czy ja umiem dać w mordę. Spojrzałam na niego zdziwiona i mówię: "Proszę pana, w życiu nikogo nie uderzyłam. Jakby pan spróbował mnie uderzyć, to na pewno bym oddała, ale bez powodu to nie".

Co on na to?

Że nie spełniam wymogów. Nie trafiłam więc do nielatów, tylko do dochodzeniówki. Też na Żoliborzu. Gdy nielaty podupadły, to znaczy wydział miał słabą wykrywalność, komendant zaproponował mi stanowisko kierowniczki tego zespołu. Ale ja już do nielatów nie chciałam. Umówiliśmy się jednak, że jak tam podniosę wykrywalność o ileś procent, to wrócę do dochodzeniówki. I tak się stało.

W tej szkolnej bibliotece toby się pani w marnowała.

Teraz, po latach, można tak stwierdzić. Ale sentyment do książek mi został.

Choć jak sobie czasem siadam z koleżankami z resortu, którym też drastycznie przycięto emerytury, to mówią, że żałują. Że lepiej byłoby, gdyby odeszły w 1989, przed transformacją. Bo dziś nie musiałyby przez to wszystko przechodzić.

Trzeba jednak przyznać: po raz pierwszy emerytury obcięto nam za rządów Platformy Obywatelskiej, w 2009 roku. Ale ponieważ ja jeszcze wtedy pracowałam i miałam wypracowane ponad 75 procent uposażenia, tamta ustawa w ogóle mnie nie dotknęła. Tym bardziej że nie była tak szeroka jak późniejsza, PiS-owska.

Żałuje pani, że wybrała mundur?

Nie żałuję. Choć pewnie po pracy w szkole miałabym emeryturę porównywalną do tej, którą mam teraz. Ale póki co zdrowie mi dopisuje, więc łapię dodatkowe zajęcia. Współpracuję z biurem detektywistycznym, prowadzę zajęcia z kryminologii dla studentów.

Jeśli miałabym żyć tylko z obciętej emerytury, to byłoby to bardzo przykre. Uważam, że po tylu latach ciężkiej pracy zasługuję na komfort. Owszem, nawet takie pieniądze, jakie teraz dostaję, można odpowiednio zagospodarować. I wydawać dziennie na jedzenie nie osiem złotych, ale pięć. Na bułkę i plasterek jakiejś wędliny wystarczy. Tylko nie na tym życie polega.   

Na szczęście jestem sprawna fizycznie i psychicznie, więc mogę sobie dorobić. Choć osiągnęłam już wiek emerytalny i nie musiałabym. Ale znam osoby, którym po dezubekizacji przycięto renty rodzinne do 800 zł. Są to niepełnosprawne dzieci funkcjonariuszy albo ich żony, które zajmowały się domem, podczas gdy oni ciężko pracowali. Życie z renty 800 zł to nie granica ubóstwa, to prawdziwe ubóstwo.

Pani ono nie dotknęło.

Czuję się okradziona, upodlona. Oceniam, że w tej chwili, za ostatnie dwa lata, państwo powinno mi oddać ponad 100 tys. zł. Na szczęście otaczają mnie fajni ludzie, mam udaną rodzinę, troje wnucząt. Razem z drugą babcią dyżurujemy przy najmłodszym wnuczku, Maciusiu. Zajęcia ze studentami też sprawiają mi wiele radości.

Wie pani, robiłam niedawno mammografię. Po wszystkim podchodzę do pani z obsługi urządzenia, a ona mówi, że bardzo chciała mnie poznać. Że czytała moją książkę i jak tylko zobaczyła moje nazwisko na liście pacjentek, to czekała, aż przyjdę.

Grażyna Biskupska na początku procesu, 2005 rok (fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta)

Mł. inspektor Grażyna Biskupska. W policji przepracowała ponad 30 lat. Kierowała wydziałem ds. zwalczania aktów terroru w Komendzie Stołecznej Policji, była też naczelnikiem w Centralnym Biurze Śledczym KGP. Nadzorowała największe policyjne akcje w stolicy, rozpracowała m.in. gang żoliborski, wykryła też zabójców maturzysty Tomka Jaworskiego. Po akcji w Magdalence posadzono ją na ławie oskarżonych, ale została oczyszczona z zarzutów. Napisała książkę "Skorpion z Wydziału Terroru".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście " Miłość i Swoboda ", kawy i sportowych samochodów.