Nieźle sobie wymyśliłeś te "Niezwykłe Stany Prokopa". Nie dość, że jeździsz po Stanach, to jeszcze ci za to płacą.
To pierwszy telewizyjny program, który robię w stu procentach po swojemu, według autorskiego pomysłu. Lubię swobodę, że tak nawiążę do twojego nazwiska, a wcześniej musiałem mieścić się w dość sztywnych ramach formatów typu "Mam talent!". Mam poczucie, że dzielę się z widzami czymś wartościowym, i cieszy mnie, że program jest przez nich bardzo dobrze odbierany. Największą nagrodą jest dla mnie to, że wiele osób zainspirowało się "Niezwykłymi Stanami" i postanowiło ruszyć do USA naszymi śladami. Nowy sezon jest również moim producenckim debiutem, co oznacza, że biorę odpowiedzialność za każdy element tej zabawy.
I jak ci to wychodzi?
Podjąłem pewne ryzyko, bo obecne wydanie "Stanów" jest nieco inne w formule niż poprzednie, więc część dawnych widzów mogła się poczuć tą zmianą nieco zaskoczona. Przez pierwsze trzy sezony chciałem pokazać tym, którzy nie byli w USA, przede wszystkim przyrodę, ciekawe miejsca oraz różne spontaniczne przygody, które nas po drodze spotykały. Przypominało to trochę swobodny blog z podróży, ale po kilku latach poczułem się tym sposobem opowiadania już trochę znudzony. Przeniosłem więc ciężar historii ze swojej osoby na bohaterów, których odwiedzam w każdym odcinku. Wszyscy oni mają zupełnie inny pomysł na życie, a ja próbuję dowiedzieć się, jaka jest ich formuła szczęścia, co ich napędza, w jaki sposób realizują swoje marzenia i tak dalej.
Czy znalazłeś tę formułę szczęścia?
Utwierdziłem się w przeświadczeniach, które miałem już wcześniej. Dzisiejsza, napędzana niepohamowaną konsumpcją rzeczywistość motywuje nas do bycia indywidualistami i egocentrykami. Przeżywamy plagę narcyzmu, który traktowany jest jako cnota pozwalająca osiągnąć sukces w obecnym świecie, ale ceną za to jest rozpad więzi między ludźmi, traktowanie relacji transakcyjnie, wyzbywanie się empatii, budowanie toksycznych związków pozbawionych głębszego zaangażowania. Tymczasem, co wynika z historii wszystkich moich bohaterów, nie da się być prawdziwie szczęśliwym, nie stając się częścią jakiejś społeczności. Jesteśmy zwierzętami stadnymi, więc dopiero w relacji z innymi ludźmi jesteśmy w stanie żyć w pełni. Odwiedziłem np. poszukiwacza złota, który mieszka w chatce pośrodku niczego i żyje jak pustelnik. Czuje satysfakcję dopiero wtedy, gdy ludzie do niego przyjeżdżają i gdy może przekazać im swoje wieloletnie doświadczenie, a nie wtedy, gdy znajduje złoto. To było dla mnie dość odkrywcze.
Musiałeś pojechać do Stanów, żeby się o tym przekonać?
W Stanach widać to wszystko szczególnie wyraźnie, bo jest to kraj, który zawsze cenił indywidualistów oraz od lat nadaje ton reszcie świata. Poza tym w Polsce, w naszej małej banieczce show-biznesowej, w której każdy jest skupiony na sobie, a publiczne eksploatowanie siebie jest przedmiotem twojej pracy, trochę się zapomina o tym, że to sztuczny, nierzeczywisty świat.
Ty akurat nie jesteś kimś, kto odleciał i nie pamięta o podstawowych wartościach.
Może dlatego, że moja kariera w show-biznesie budowała się stopniowo, powoli i zaczęła raczej od porażek niż sukcesów. To uczy pokory oraz uodparnia na wodę sodową. Poza tym nigdy nie traktowałem tej pracy do końca poważnie, zawsze się nią bardziej bawiłem, niż przejmowałem, więc nie mam w sobie napinki, że koniecznie muszę komuś coś udowodnić. Większość moich bliskich znajomych to osoby spoza show-biznesu, co też zakorzenia mnie w innej rzeczywistości i pozwala złapać dystans do zawodowych spraw.
A dowiedziałeś się, jak zostać nieśmiertelnym? Odwiedziłeś przecież Briana Johnsona, który dorobił się fortuny na sprzedaży swojej firmy zajmującej się przetwarzaniem płatności do eBay, a teraz stara się znaleźć patent na długowieczność.
Chyba nie chciałbym zostać nieśmiertelny. Smak życia poznaje się także przez to, że kiedyś się ono kończy. Gdyby jak woda w kranie leciało tak długo, jak chcesz, to nie miałoby wielu pięknych wymiarów, które doceniamy przez świadomość jego nietrwałości. Brian żyje zamknięty w swoim domu, gdzie poddaje się różnym eksperymentom. Ale nawet on twierdzi, że jest szczęśliwy tylko wtedy, kiedy ich wynikami dzieli się z innymi, co potwierdza moją tezę o konieczności bycia we wspólnocie.
Jak wygląda jego życie?
Brian nie epatuje luksusem, choć zebrał na koncie około miliarda dolarów. Ma przestronny dom w dobrej dzielnicy Los Angeles wart paręnaście milionów dolarów, ale pieniądze nie są w tej chwili czymś, co go najbardziej motywuje. Zdobył je, jak twierdzi, za cenę totalnego zaniedbania siebie, depresji, załamania nerwowego, bulimii i wielu innych problemów. Okazało się, że mimo grubego portfela wcale nie jest szczęśliwy, co może być pewną nauką dla tych, których motywuje głównie kasa. Na końcu się okazuje, że obietnica, którą składają ci pieniądze, jest pusta. Wiadomo, że życie w wielu aspektach staje się łatwiejsze, ale nie ma to nic wspólnego ze szczęściem. Oczywiście, jak to kiedyś celnie wyrapowali chłopcy z Kaliber 44, "tylko bogaci mogą mówić, że pieniądz nie daje szczęścia", więc życzę każdemu, żeby kiedyś miał osobiście okazję się o tym przekonać. Poza tym życie Briana wydaje mi się śmiertelnie nudne. Każda minuta jest poddana szczegółowej analizie. Jest podpięty do urządzeń, które kwantyfikują każdy jego życiowy proces. Wszystko, co kładzie na talerzu, też musi mieć odpowiednią wartość i skład. Nie jest on człowiekiem skłonnym do szalonych porywów.
Straszne!
Poza tym Brian spędza czas w zamknięciu, w półmroku, bo twierdzi, że światło słoneczne ludziom bardzo szkodzi. Mimo że mieszka w jednym z najbardziej słonecznych miejsc na świecie, funkcjonuje trochę jak wampir. Zresztą w ramach jednej ze swoich procedur medycznych przetacza sobie krew od swojego syna, a swoją przekazuje starzejącemu się ojcu. Codziennie łyka około 60 tabletek z różnymi suplementami, jest weganinem. Twierdzi, że możemy żyć co najmniej 120 lat, ale cena, jaką trzeba za to zapłacić, czyli wyzbycie się spontaniczności, dla mnie byłaby nie do przyjęcia. Oczywiście ta historia ma drugie dno. Badania Briana nie są tak do końca bezinteresowne. Co prawda dzieli się nimi w internecie, ale jednocześnie ma komercyjny program, który sprzedaje za grubą kasę. Chce uważać siebie za Prometeusza naszych czasów, ale de facto jest bardzo zręcznym biznesmenem.
Wróciłeś od Briana, otworzyłeś domową lodówkę i mówisz: O nie, Marcin, tak nie możesz dalej jeść, bo nie dożyjesz 120 lat?
Zaraz po zdjęciach w jego domu, podczas których uraczył nas brokułami, całą ekipą pojechaliśmy prosto to meksykańskiej knajpy, gdzie najedliśmy się w opór quesadillas, burrito i wszystkiego tego, czego Brian nigdy by nie dotknął. Zasadniczo jednak żyję całkiem zdrowo. Dbam o siebie, trenuję i jem nieprzesadnie dużo, bo uważam, że muszę zadbać o instrument, którym pracuję. Natomiast Brian traktuje swoje ciało obsesyjnie, jak świątynię. Ja bym tak nie chciał.
Jakie jeszcze miałeś refleksje po powrocie do domu?
Że Polska jest naprawdę fajnym krajem, czego często nie doceniamy. Kiedy tu jesteśmy, patrzymy na nią przez pryzmat doraźnych problemów politycznych, przepychanek i szarpaniny, a po powrocie Polska jawi mi się przede wszystkim jako kraj spokojny i bezpieczny. Idąc wieczorem po dużym amerykańskim mieście, takim jak San Francisco czy Los Angeles, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Można dostać w łeb i zostać obrabowanym w każdej chwili. W Polsce nie mam poczucia, że coś mi grozi. Poza tym nie mamy tak skrajnego jak w Stanach rozwarstwienia ekonomicznego i społecznego. Nie widać u nas całych tabunów bezdomnych, którzy nie mają się gdzie podziać, a w Stanach jest to duży problem. Na każdym kawałku ulicy spotykasz człowieka, którego społeczeństwo wyrzuciło poza nawias. Myślę, że czym prędzej powinniśmy się pozbyć kompleksów wobec Zachodu. To on mógłby się od nas dziś wiele nauczyć.
Produkujesz swój program razem z bratem. Jak się wam pracuje?
Do tej edycji wzięliśmy także dodatkowego operatora i dźwiękowca, więc nasza mała rodzinna firma trochę się powiększyła. Wcześniej jeździliśmy tylko we dwóch, bo jesteśmy ze sobą zżyci i świetnie się rozumiemy. Chociaż charakterologicznie się różnimy: on jest raczej wycofany, spokojny, niepchający się w światła reflektorów. Mimo że miewał różne propozycje, by skorzystać z mojej popularności i coś w mediach zrobić, świadomie uznał, że to nie jest jego świat. Dogadujemy się bez słów i jeśli miałbym wskazać mojego ulubionego towarzysza podróży, to wskazałbym Sebastiana, który przy okazji jest także metodyczny, precyzyjny i poukładany.
Sebastian ma swoją rodzinę, mieszka w Gdańsku, ja mieszkam w Warszawie, więc na co dzień się nie widujemy. Ale gdy jest możliwość, żebyśmy miesiąc spędzili razem, korzystamy. Lubimy ze sobą jeździć i już zaczynamy planować następny sezon.
Gdy byliście dziećmi, też się lubiliście?
Sebastian jest o 10 lat młodszy, więc zaczęliśmy łapać głębszą relację, gdy miał 18–20 lat. Zbliżyła nas muzyka. Pożyczał moje płyty, a ja mu o muzyce dużo opowiadałem i go nią zarażałem. Chętnie się poddawał różnym moim inspiracjom, zresztą dziś sam jest muzykiem, gra na gitarze i na basie. Muzyka weszła mu w krew, co poczytuję poniekąd za swoją zasługę. Łączy nas też podejście do pracy, obu z nas musi ona dawać frajdę i obaj nie wyobrażamy sobie pójścia do fabryki śrubek czy robienia rzeczy, które nas nie rozwijają i nie ekscytują.
Pamiętam, że kiedyś pracowałeś w banku i okazało się, że to nie twoja bajka?
To nie była praca męcząca fizycznie, ale siadała mi na głowę. Nie jestem stworzony do wykonywania cudzych poleceń. Zawsze się przeciwko takim relacjom buntowałem. Nawet w telewizji, gdzie są struktury i dyrekcje, dążę do tego, żebyśmy się traktowali po partnersku, a nie żeby był to system nakazów. Gdyby ktoś chciał mną w ten sposób zarządzać, to po prostu poszedłbym sobie gdzie indziej. Ojciec nauczył mnie tego, że w życiu dobrze jest nie mieć szefów i być dla siebie samego sterem, żeglarzem i okrętem.
To dlatego odszedłeś z banku do telewizji?
Praca w banku nie dawała mi żadnego poczucia sensu. Wpisywanie cyferek w tabelki, przesyłanie tych tabelek do innego pana, który dopisywał kolejne cyferki i wysyłał je dalej, było dla mnie śmiercią za życia. Pewnie są ludzie, którzy lubią przewidywalność i powtarzalność, ja natomiast bardzo dobrze czuję się w zarządzaniu chaosem. Jeśli nie wiem, co się wydarzy, jeśli rzeczywistość wokół mnie zaczyna się szybko kręcić albo wręcz rozsypywać i muszę ją na nowo poukładać, to wtedy kwitnę. Moim naturalnym środowiskiem jest zmiana.
Jak bardzo jesteś zadowolony ze swojego stanu zawodowego?
Od prawie ćwierć wieku jestem "panem z telewizji", ale pracowałem też w wielu różnych miejscach. Nie ma chyba w mediach rzeczy, której bym nie robił. Gdy mnie więc pytasz o podsumowanie tego czasu, to jestem na pewno bardzo zaskoczony długotrwałością swojej medialnej kariery. Kiedy zaczynałem pracę w telewizji, byłem przekonany, że rok, dwa i mnie nie będzie. Telewizja zawsze mi się jawiła jako kaprys, jako coś, co cię zassie, przeżuje i wypluje. Myślałem, że będę jedną z osób, które przeżyły piękną przygodę, a potem nagle się obudzę i zdam sobie sprawę, że sen gdzieś uleciał.
To, że robię to tyle lat, bez przerwy, że nigdy nie miałem żadnego zawodowego kryzysu, nie musiałem szukać innej pracy, wciąż jest dla mnie zadziwiające. Towarzyszy mi też duża wdzięczność, że mogę robić to, co naprawdę lubię, w czym jestem niezły i za co mi sensownie płacą. Mogłem przecież do telewizji nie trafić, zostać w tym banku i do końca życia być frustratem, który minął się z powołaniem.
Twój stan finansowy też jest satysfakcjonujący?
Byłbym bardzo niesprawiedliwy wobec rzeczywistości, gdybym miał czelność narzekać na swoje zarobki. Przez swoje ekonomiczne wykształcenie potrafię dość dobrze zarządzać swoimi zasobami i je pomnażać, m.in. inwestując przez lata w różne spółki i inne aktywa, więc nie muszę już pracować dla pieniędzy. Bardziej liczy się dla mnie frajda z tego, co robię, i poczucie, że ma to jakiś sens.
A jak oceniłbyś swój stan emocjonalny?
Nie przydarzyły mi się ostatnio żadne wielkie nieszczęścia. Żadne wielkie wstrząsy czy traumy. Pod tym względem życie mnie oszczędza. Mam pełną, udaną rodzinę. Staram się, żeby moja głowa była ciągle zajęta, żebym miał ciągle jakiś cel, do którego zmierzam. Coś, co mnie będzie kręcić, żeby uniknąć poczucia bezruchu. Myślę, że może właśnie to mnie chroni przed rozmaitymi zapaściami. Jestem wdzięczny losowi nawet za małe rzeczy, które mnie spotykają, i nie mam poczucia, że cokolwiek mi się od życia należy.
Prowadzisz szkolenia z mówienia i warsztaty z wystąpień publicznych. A czego mogłabym się od ciebie nauczyć tak po ludzku?
Myślę, że tego, jak będąc w tym biznesie, pozostać normalnym człowiekiem. Jestem przykładem tego, że można nie mieć odstrzelonego dekla i głowy wypełnionej wodą sodową. Że można zachowywać się przyzwoicie, odnosząc jednocześnie sukces w dziedzinie, która z natury zniekształca rzeczywistość i niesie fałszywe przekonanie, że z powodu swojej popularności stajesz się kimś lepszym. To, że przyciągam fajnych ludzi, np. tych, z którymi realizuję "Niezwykłe Stany", jest efektem tego, że sam staram się być dobry, uczciwy i nietoksyczny dla innych.
Czy twój stan towarzyski się ostatnio zmienił? Ktoś doszedł, ktoś odpadł? Na przykład Szymon Hołownia?
Z Szymonem cały czas mam kontakt. Nie stał się dla mnie innym człowiekiem tylko dlatego, że piastuje ważną funkcję. Zawsze będzie dla mnie przyjacielem, gościem, który był świadkiem na moim ślubie, i człowiekiem, z którym spędziłem mnóstwo czasu. Zresztą po powrocie ze Stanów zacząłem bardziej dbać o relacje z przyjaciółmi. Zazwyczaj to ja byłem tym, którego się wyciągało z domu czy o którego czas się próbowało zabiegać. Część osób, które nie miały tej cierpliwości czy chęci, naturalnie wykruszyła się z mojego życia. Staram się odwracać proporcje i pamiętać o ważnych dla mnie ludziach, a nie tylko oczekiwać, że oni będą pamiętać o mnie. Chcę być lepszym kumplem, lepszym przyjacielem i lepszym człowiekiem dla innych. Jak biegniesz przed siebie w takiej pracy jak moja, jak codziennie realizujesz mnóstwo zadań i programów, to odbija się na relacjach z innymi. Czasami wydaje mi się, że rozmawiałem z kimś dla mnie ważnym wczoraj, a to było pół roku temu.
Z Dorotą Wellman też się nadal przyjaźnisz?
Tak. I to się chyba nigdy nie zmieni. Dorota jest jak kompot do mojego obiadu. Była, jest i będzie zawsze.
Kompot z truskawek?
Tak, bo jest najsłodszy.
Marcin Prokop. Dziennikarz, prezenter telewizyjny, felietonista i publicysta. Zaczynał od pisania artykułów do "Przekroju", "Gazety Wyborczej", "Wprost" i "Glamour". Był też redaktorem naczelnym "Machiny", miesięcznika "Film" i tygodnika "Przekrój", ale największą popularność przyniosły mu takie programy jak "Dzień dobry TVN" oraz "Mam talent!". Mieszka w Warszawie.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

