Rozmowa
Robert Gonera (Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl)
Robert Gonera (Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl)

Zapraszamy do wzięcia udziału w naszym programie. "Ryzykanci" to nowy format w Gazeta.pl tylko dla mężczyzn, w którym poruszymy tematy wagi ciężkiej. Nie macie, panowie, nic do stracenia, dlatego wejdźcie na RYZYKANCI.PL.

W nowym serialu kryminalnym "Uroczysko" w Czwórce gra pan byłego policjanta po ciężkich życiowych doświadczeniach. Pan też ma za sobą trudne przejścia.

Jest to w gruncie rzeczy postać odmienna ode mnie. Edward Ziomecki ma zaburzenia pamięci i mieszka w domu opieki. A jednak, jak wymyślili scenarzyści, wciąż ma kontakt ze sprawami, które prowadził. To człowiek żyjący na granicy światów, co sprawia, że jest postacią ciekawą do zagrania. A poza tym serial powstaje we Wrocławiu, co mi bardzo odpowiada, bo choć tu mieszkam, dawno tu nic nie grałem.

Pana bohater ma kłopoty z pamięcią, a pańska wciąż jest świetna.

Wszystko pamiętam, niestety. Ale ćwiczę się w tym, żeby usuwać z pamięci te fragmenty, które mogłyby być bolesne. Staram się koncentrować na tym, co tu i teraz.

Jan Peszek mówił mi kiedyś, że potrafi bezpowrotnie wyrzucić z pamięci te wspomnienia, które go przytłaczają, a pan?

U mnie jest inaczej. Cały czas się uczę nie zaglądać w trudne tematy z przeszłości, nie nurkować w rejony, które przynoszą mi ból, żal i smutek. To się już wydarzyło i trudno. A z drugiej strony wiem, że potrzebujemy tych bolesnych doświadczeń właśnie po to, żeby drzwiczek od pieca gołymi palcami nie otwierać. Koncentruję się na teraźniejszości i z ufnością patrzę w przyszłość.

Robert Gonera w 2006 roku (Alina Gajdamowicz / Agencja Wyborcza.pl)

W 2007 roku przeszedł pan załamanie nerwowe. Później w rozmowie z "Twoim Stylem" wspominał pan, że mówiąc o tym, naruszył społeczne tabu, bo niewielu mężczyzn przyznawało się wtedy do problemów psychicznych. Poza tym po 25 latach, dzięki ogromnej determinacji, porzucił pan alkohol.

Myślę, że wystarczająco udowadniam, iż panuję nad przeszłością, jakakolwiek by była. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że nadal utrzymuję się z aktorstwa.

Nigdy nie chciał pan z niego zrezygnować? Czytałam, że gdy propozycji było mniej, imał się pan innych zawodów

W kiepskim momencie, gdy nie miałem żadnych propozycji, aplikowałem do pewnej firmy. Usłyszałem: "Przecież pan jest tak znany, że chyba nie potrzebuje pan tej pracy", i jej nie dostałem. Przez jakiś czas pracowałem też w dziale marketingu firmy fotowoltaicznej. To było chwilę po pandemii, kiedy nie było wiadomo, co stanie się z branżą aktorską. Jednak zacząłem dostawać propozycje ról, czasem ciekawe, czasem mniej, ale wróciłem do grania. I mam nadzieję, że pozostanę przy aktorstwie do późnej starości. Chociaż często jest codzienna walka o role, o to, żeby przeżyć. Dotyka to czasem nawet bardzo znanych aktorów. Na pewno nie jest tak, że po studiach dostaje się etat, na którym pracuje się całe życie, a potem przechodzi się na emeryturę.

Robert Gonera w serialu 'Uroczysko' (Marcin Golen)

Panu się emerytura chyba jeszcze nie marzy?

Nie sądzę, żebym sobie na nią zapracował. Jestem zatrudniany na tzw. śmieciówkach. Na etacie byłem tylko przez 10 lat, w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Po "Długu" wciągnęły mnie produkcje telewizyjne i filmowe i od tego czasu już etatu nie miałem. Marzy mi się etat, np. w teatrze, mam teraz zresztą okres mocno teatralny, gram m.in. w "Mistrzu i Małgorzacie" w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Kiedyś przedkładałem zajęcia filmowe nad teatr, a teraz skłonny byłbym na stałe grać w teatrze. Co prawda sytuacja w teatrach różowa nie jest, ale sporo satysfakcji i parę groszy czerpię ze spotkań z żywą publicznością.

Czy to znaczy, że pan dojrzał? Tęskni pan za czymś stałym?

A to na pewno. Wie pani, że parę lat temu skończyłem Szkołę Wajdy i zostałem producentem kreatywnym?

Czuję się dobrze w stabilnych i przewidywalnych sytuacjach, co przez większość życia nie było dla mnie oczywiste. Może słusznie nazwała pani ten moment w moim życiu dojrzałością?

Mentalną oczywiście.

Oczywiście, bo przecież wiekiem jestem ciągle młody.

Robert Gonera w 2000 roku (Piotr Janowski/ Agencja Wyborcza.pl)

Nie ma pan nawet sześćdziesiątki!

Jestem świeżo upieczonym 55-latkiem. O sześćdziesiątce na razie jeszcze nie myślę.

A myśli pan, że "Dług", który pana wyniósł na szczyt, był później swego rodzaju przekleństwem?

Nie uważam tak. Rolę w "Długu" oceniam raczej jako błogosławieństwo niż przekleństwo. Miałem szczęście zagrać w paru filmach, które mocno odznaczyły się w naszej kinematografii, a jednym z nich był oczywiście "Dług". Ta rola została zapamiętana i to najlepszy dowód, że Krzyśkowi Krauze udało się zrobić dobry film. Nawet jeśli gram teraz inne role, to gram je dla publiczności, która mnie pamięta właśnie z tego filmu.

Aktorstwo to zawód chimeryczny i nie zawsze się człowiek znajduje na szczycie. W ogóle naturą szczytu jest bycie na nim krótko, a potem trzeba się uzbroić w cierpliwość i ciężko pracować. Zresztą ja chętnie pracuję, przecież muszę zarabiać na dzieci, więc cieszę się z każdego kolejnego projektu. Uważam zresztą, że swoją pozycję aktorską zdobywałem przez lata, i to wieloma rolami. Oczywiście "Dług" był wyjątkowy, publiczność go w jakiś sposób przeżyła, ale ja każdą rolę, większą lub mniejszą, traktuję tak samo serio.

Rola w "Długu" zapewniła panu uznanie, a w "M jak miłość" ogromną rozpoznawalność?

To była wręcz erupcja popularności. Nie spodziewałem się tego. Po ambitnej roli w "Długu" nagle dostałem propozycję w tworzącym się dopiero serialu. I stałem się bardzo rozpoznawalny. Niedawno wróciłem do "M jak miłość", więc gram dla tych widzów, którzy pamiętają mnie z początków serialu, a także dla tych, którzy teraz mnie poznają. Co ciekawe, kiedy ponad 20 lat temu zaczynałem w "M jak miłość", nie miałem dużego doświadczenia serialowego. Zresztą, mówiono wtedy dość otwarcie o prostytuowaniu się aktorów w serialach. Nie wiem dlaczego, bo ci, którzy tak twierdzili, sami później zaczęli w nich grać.

Robert Gonera (Piotr Janowski/ Agencja Wyborcza.pl)

Z jakimi reakcjami widzów się pan dziś spotyka?

Zawsze są to dowody sympatii, ale trudno mi ocenić, czy te osoby znają mnie z "Długu", czy z "M jak miłość".  A może z jednego i drugiego? Niedawno występowałem w programie poetyckim z Dominiką Ostałowską.

Czyli z pana serialową żoną z początków "M jak miłość" …

No właśnie! Po występie podszedł do mnie jakiś pan, który poprosił, żebym podpisał mu się na okładkach wszystkich filmów, w których zagrałem. Było to bardzo miłe, zwłaszcza że mam na koncie ponad sto ról telewizyjnych i filmowych. To dowód, że celnie wybrałem swój zawód, bo przecież pracuję dla publiczności.

Czy zdarza się, że podchodzą kobiety i mówią, że się w panu podkochiwały?

Zdarza się, że znajome panie mówią: "Jak ja się w panu wtedy kochałam!". Chyba byłem obiektem westchnień. Gdy byłem młody, mówiono, że jestem przystojny, ale nigdy tej pozycji amanta nie wykorzystywałem. Raczej cieszyłem się, że sympatia do mnie, jako mężczyzny, prowadzi do zaciekawienia moimi rolami.

Nigdy jednak nie byłem - i nadal nie jestem - zainteresowany korzystaniem z mojej powierzchowności. Od wielu lat jestem singlem. Nie chcę nikomu oferować ciężkiej drogi bycia z aktorem, który ciągle jest w drodze. Z trudem i z ogromnym wysiłkiem starałem się być w życiu moich bliskich i moich dzieci. To powoli już się kończy, bo dzieci dorastają. Mój najmłodszy syn ma 16 lat, starszy prawie 20, a córka w ogóle jest dorosła. 

Jest pan zatwardziałym singlem?

Nie do końca, bo czasami jeszcze człowieka coś szarpie, ale jestem spełniony. Przeżyłem piękną miłość do mojej żony, a wcześniej przytrafiło się również młodzieńcze uczucie.

Miał pan taki moment w życiu, że panu odbiło? Chociażby z powodu ogromnej popularności?

Wiele razy, ale chyba nie z powodu popularności. Każdemu może się to przecież zdarzyć, wtedy np., gdy się totalnie zakocha. Przyznam, że mi odbiło na punkcie mojej partnerki życiowej, ale w pozytywnym znaczeniu. Ludzie, którzy wiedzą, czym jest miłość, doskonale rozumieją, o co mi chodzi.

Myślę, że bardzo ciężko przeszedłem kryzys wieku średniego i dopiero z niego wychodzę. Mam na myśli problemy psychiczne, których doświadczyłem lata temu. Dwa złe duchy wzięły mnie wtedy w panowanie i przez parę ładnych lat ze mną tańcowały.

Robert Gonera, Wrocław 2006 rok (Paweł Kozioł / Agencja Wyborcza.pl)

Jakie duchy?

Jeden to duch przeszłości, który przypominał mi o smutnych wydarzeniach. Drugim był duch przyszłości, który wywoływał lęk. Było ciężko. Każdego roku płacę za to, co było. Choć staram się wzorowo wypełniać obowiązki, czasem słyszę jeszcze: "Gonera? No fajnie, ale czy on się pojawi na planie?". Mogę dziś powiedzieć, że już jestem po. Że dzięki terapii, lekarzom i farmakologii poradziłem sobie z problemami psychicznymi.

Nigdy natomiast nie uważałem się za króla życia. Chyba jestem zbyt skromny, nieśmiały i pokorny, żeby mieć problemy z wodą sodową. Chciałbym kolejne lata przeżyć, mniej przejmując się sobą i raczej pomagając innym. Tym, na których mi zależy. Marzę też o tym, żeby już tyle po Polsce i świecie nie jeździć, ale na razie przyjmuję to, co niesie los, z pokorą.

Wie pani, trudno jest mi mówić o sobie… Właściwie to w tej chwili improwizuję.

Jak dobry aktor!

Bo jest takie niebezpieczeństwo w życiu samotnego mężczyzny, że może się koncentrować wyłącznie na sobie, a ja tego unikam. Staram się, choć z pewnego oddalenia, myśleć o innych, o moich wspaniałych dzieciach. Chcę im pomóc, więc pracuję, ile mogę. Staram się też myśleć o sobie dobrze, co nie zawsze potrafiłem. Z jednej strony zawsze miałem naturalne poczucie swojej wyjątkowości, a z drugiej nie miałem o sobie dobrej opinii. I dalej jestem umiarkowany w optymizmie na swój temat.

Patrząc w lustro, myśli pan tak: Robert, dajesz radę, świetnie wyglądasz, stanąłeś na nogi i grasz? Czy też: no nie, chłopie, 20 lat temu było dużo lepiej?

Staram się nie patrzeć w lustro. Lepiej jest bez niego wiedzieć, kim jesteśmy. Rano, gdy się golę, widzę człowieka, któremu udało się przejść przez kryzysy. Bez lustra częściej mówię do siebie: dajesz radę i tak trzymać. Ale choć nie jest to trwały stan wiecznej szczęśliwości, to go wypracowałem. Mimo że zima i mało słońca, mówię do siebie: człowieku, dajesz radę. Nie masz kredytów. Nic złego nie zrobiłeś. Raczej jestem teraz po jasnej stronie mojego życia.

Robert Gonera w 2011 roku (Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

Jak pan wspomina młodość?

Jestem chłopakiem z małego miasteczka: urodziłem się w Sycowie, a dorastałem w Twardogórze, oddalonej od Wrocławia o 40 km. Co prawda zawsze można było do Wrocławia pojechać, zwłaszcza że to miasto nigdy nie było pustynią intelektualną, zawsze coś się w nim działo. Zacząłem tam bardzo często jeździć, a potem pisać. Byłem wrażliwym, niezależnym chłopakiem z ambicjami.

W ponurych latach 80. zacząłem chodzić do kina i tam zafascynował mnie świat filmu. Właśnie dlatego postanowiłem zostać aktorem, choć byłem w klasie biologiczno-chemicznej w liceum w Oleśnicy. Mama chciała, żebym został lekarzem, ale marzyłem, że będę reżyserem, a ostatecznie dostałem się do szkoły aktorskiej.

W dzieciństwie bawiłem się z kumplami w okolicznych lasach i stawach, były wycieczki rowerowe i pies. Moja mama była nauczycielką, a ojciec pracownikiem magazynowym. Ja grałem w amatorskim teatrze i w kabarecie Salon Satyryczny Struś. To sprawiło, że zasmakowałem reakcji publiczności i bardzo mi się ona spodobała. Czytałem poezję, co pielęgnowało moją wrodzoną wrażliwość i nieśmiałość.

Ostatnio często wracam w tamte strony myślami. Zwłaszcza że moja mama kończy właśnie 80 lat i jadę do rodzinnego domu w odwiedziny. Śmieję się, że zawsze byłem dojeżdżającym, zawsze gdzieś musiałem dojechać, w związku z czym nigdy nie stałem się częścią Warszawy, Berlina czy Wrocławia. Mogę sam decydować o byciu w wielkim mieście, co daje mi wolność. Jadę, pracuję i wracam do domu. Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nie przeniosę się do jakiejś małej, spokojnej miejscowości, z której tak jak teraz też będę musiał dojeżdżać. A tak w ogóle czuję się Dolnoślązakiem i wrocławianinem.

Robert Gonera podczas gali otwarcia Festiwalu Aktorstwa Filmowego w 2015 roku (Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Wywiad z reżyserem Janem Holoubkiem. "Bohaterowie mają swoje strefy szarości"

Z Wrocławia ma pan blisko do Berlina, gdzie gra pan w serialu. Powie pan o tym coś więcej?

Jeżdżę na plan do Berlina dwa–trzy razy w roku. Gram w niemieckim serialu policyjnym "Polizeiruf" i to od ładnych ośmiu lat. Wcielam się w rolę szefa posterunku polsko-niemieckiej policji kryminalnej w Świecku. To bardzo popularny serial w programie pierwszym państwowej telewizji. Można go oglądać w niedzielę. Znam niemiecki, bo uczyłem się go od najmłodszych lat, więc gram w tym języku i nawet nie jestem dubbingowany. Oczywiście żeby mówić płynnie, musiałbym tam pobyć.

Życzyłbym sobie zagrać w ciekawym filmie fabularnym, bo dawno nie grałem. Na razie lubię sobie pojechać rowerem w góry albo wybrać się na deskę snowboardową. Czytam mniej niż zwykle, raczej sycę się moją wiedzą i doświadczeniem. Chyba staję się sympatycznym, dbającym o siebie dziadersem.

Dziadersem? Chyba jeszcze nie.

No to może takim początkującym.

Robert Gonera. Urodził się w Sycowie, a wychowywał w Twardogórze na Dolnym Śląsku. W 1991 r. ukończył wrocławską filię PWST w Krakowie. Ma na koncie ponad sto ról kinowych, telewizyjnych i teatralnych. Stworzył świetne kreacje w filmach takich jak "Dług", "Gry uliczne" czy "Samowolka". Mieszka we Wrocławiu.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

Zapraszamy do wzięcia udziału w naszym programie. "Ryzykanci" to nowy format w Gazeta.pl tylko dla mężczyzn, w którym poruszymy tematy wagi ciężkiej. Nie macie, panowie, nic do stracenia, dlatego wejdźcie na RYZYKANCI.PL.