"Ja nie mogę być modelką?"
- Spokojnie. A dlaczego nie mogłaby pani być?
Wzrost nie taki, nogi za krótkie.
- Hmm, a może pani powiedzieć o sobie coś pozytywnego? Bo każda kobieta zaczyna zawsze od negatywów.
Oczy mam niezłe i jestem niegłupia. Ale to raczej w modelingu nie ma wielkiego znaczenia.
- Też ma. Ale zacznijmy od początku. Jak ma pani nogi i oczy, to już jest nieźle. Oczy się podmaluje, a jak założy pani obcasy, to wyeksponują nogi. Każda z nas może być modelką, tylko nie każda z nas wygląda jak Anja Rubik. Zresztą, szczerze powiedziawszy, ja bym nawet nie chciała.
A ja bardzo.
- Naprawdę? No, to pani serdecznie współczuję. To nie jest ideał piękna, to jest dobra proporcja do pokazywania ubrań. Ulica tak nie wygląda. Każda z nas na własny użytek może być modelką. Taką modelką dnia codziennego. To, że każda kobieta najpierw wylicza, co ma złego i brzydkiego, to chyba jakaś nasza cecha narodowa. Ja staram się najpierw pokazać, co mam dobrego. W głowie jest to, co o sobie myślimy, jak się czujemy. Jeśli widzimy na ulicy osobę przygarbioną, zgaszoną, która nie idzie naprzeciw światu, tylko przed nim ucieka, to już wiemy, że tak właśnie o sobie myśli. Sama o sobie mówi, że jest nieatrakcyjna. Całym ciałem, zachowaniem informuje nas: jestem brzydka, na wszelki wypadek nie zwracajcie na mnie uwagi. A ja uważam, że trzeba iść do życia wyprostowaną, z wypiętą piersią. Brać świat w ramiona i się go nie bać. I przestać się przejmować tym, co mówią o nas inni.
To zadziwiające, że w Polsce wciąż najważniejsze jest to, co powiedzą sąsiedzi. Co powie jakaś pani, która się za nami odwróci na ulicy. A nie jest ważne to, co my same myślimy o sobie. Właśnie to chciałabym zmienić. Ja akurat jestem zwolennikiem teorii, że to życie się już nie powtórzy i nie przyjdę tutaj w żadnej innej postaci - ani mrówki, ani słonia. Myślę, że nie trzeba się tego świata aż tak bać i aż tak przejmować ideałami piękna lansowanymi przez media. Ani tym, co mówią o nas inni. Trzeba to mieć centralnie w d...ę, jak mawiał pewien klasyk.
I właśnie o tym jest pani nowa książka?
- Jest o tym, że każda z nas jest kobieca i atrakcyjna. Musi tylko znaleźć w sobie te dobre rzeczy i je podkreślać. Trzeba przestać się bać, że czegoś czasami nie wypada. Chcemy mieć kolorowe ubrania, ale zaraz potem nachodzi nas druga myśl: nie, ludzie będą się ze mnie śmiali, pomyślą, że zwariowałam... Polska nie kocha kolorowych kwiatów, nie kocha tych, którzy są inni. A fajnie jest, jak każda z nas jest nieco inna. Nie chciałabym wychodzić ze sztancy, jak roboty u Spielberga, jeden podobny do drugiego. Takie myślenie ma działanie długofalowe. Na przykład w sprawach zawodowych: dam radę, mogę. Otóż zostanę kierownikiem, choć mówią, że mężczyzna na tym stanowisku będzie lepszy. Niestety, czasem same się z wyzwań wycofujemy. Ktoś spyta: ale czy dasz radę? I my się od razu zaczynamy nad tym zastanawiać. A ja myślę, że trzeba powiedzieć: tak, dam radę. I zrobić wszystko, żeby pokazać, że tak jest.
To działa?
- Liczę na to, że kobiety w Polsce zaczną się zmieniać, że zaczną brać sprawy w swoje ręce. Ta modelka jest tylko punktem wyjścia do dyskusji...
...że dam radę?
- Że mogę wszystko.
A co pani mówi kobietom, które mają problem z akceptacją własnego ciała?
- Żeby się zastanowiły, czy nie mają większych problemów. Żeby poświęciły swoją uwagę czemuś ważniejszemu niż oponka na brzuchu. Żeby znalazły pasję w życiu. Bo to odciąga nas od głupot. Jak mamy coś, co nas pochłania, przestajemy się zajmować takimi pierdołami. Myślenie w stylu: och, tu źle wyglądam, a tam się zmarszczyłam, jest dla mnie zawracaniem głowy. Najzwyczajniej w świecie. Są ważniejsze rzeczy. Zawodowo, rodzinnie, w kręgu przyjaciół. Kobiety skupiają się na takim drobiazgu, zamiast zastanowić się: w czym się mogę jeszcze rozwinąć? Czy mogę założyć fajny klub dla kobiet i muszę mieć na to środki? Czy może zrobić fajną imprezę w domu albo zacząć skakać ze spadochronem? Mam 60 lat? Nie szkodzi! Latająca babcia to też jest sukces! Tyle jest fajnych rzeczy do zrobienia, więc czy naprawdę trzeba sobie i swojemu wyglądowi poświęcać tyle uwagi? Poświęcajmy ją temu, co mamy w głowie. I rozwijajmy swoje umiejętności. Po co skupiać się na tym, że ma się 80 centymetrów pasie?
Zgodzę się z panią, niemniej ładnemu łatwiej.
- To też się zmienia. Nie tylko liczy się opakowanie pierwsza klasa, ale i to, co mamy w głowie. Może i jest tak, że ktoś początkowo skusi się na to śliczne ciasteczko. Ale jak ciasteczko jest durne i puste w środku, to dalej nie pociągnie. Oczywiście, w jakichś sferach naszego życia wystarczy tylko opakowanie, ale w tych istotnych naprawdę ważne jest to, co jest w prezenciku w środku. Po co się zastanawiać, czy ładnemu jest gorzej czy lepiej? Już wiemy, że jest lepiej, więc radzę o tym zapomnieć. Szkoda czasu.
Racja. Ale jak na spotkaniu autorskim podchodzi do pani kobieta, która jest przybita i widzi pani, że ma ku temu powody, to co jej pani mówi?
- Oj, każdego czasem coś przybija. Mnie też.
Taka wymówka?
- Raczej strach przed światem, za którym się schowam. Po co inaczej? To bezpieczne, często wynikające z lenistwa. I z braku odwagi. Z kobietami rozmawiam o tym, co robią jeszcze, i okazuje się, że znajduję fantastyczne rzeczy. Szkoda, że o nich nie opowiadają na dzień dobry. Przyszła do mnie niedawno pani, która mówiła, że ma straszne kompleksy, bo jest stara. A była młodsza ode mnie, co mnie już rozśmieszyło. Jak jej powiedziałam, że mam 53 lata, zajęczała: ojej, to ja jestem młodsza od pani. Po drugie, znalazłam w niej dużo fajnych cech, na które ona wcześniej nie zwracała uwagi. Po trzecie, dowiedziałam się od niej tylu ciekawych rzeczy, że bardziej mnie one zainteresowały niż kompleksiki, które w sobie nosi. A że ma 40 lat i się wita ze starością jak gąska w ogródku? To mnie zadziwia. Dla mnie jest kobietą w pełni sił, w dodatku atrakcyjną. Mogłaby, powiedzmy, poeksperymentować z włosami. Pokombinować. Ale kobiety się boją eksperymentów... A przecież włosy mają to do siebie, że odrastają. Farbę też można zmienić.
No właśnie, pani często eksperymentuje z włosami.
- Ależ! Miałam i jasne, i bakłażanowe, i rude, i czerwone, i niebieskie! Kto mi zabroni?
W telewizji pani nie zabraniali?
- Nigdy mi nie zabraniali niczego. Wręcz przeciwnie! Ostatnio coraz częściej mówią, że może bym spróbowała z blondem, bo od dłuższego czasu mam włosy takie, jak mam teraz. Więc kto wie, czy w przyszłym roku po wakacjach nie będę miodową blondynką? Zobaczymy, czy będę wyglądać lepiej czy gorzej. Wszystko się da zmienić, jak zapuścić czy ogolić wąsy u mężczyzny. Lubię takie zabawy. Lubię też czasem założyć perukę z długimi włosami... Ja kiedyś miałam bardzo długie włosy. Jak zakładam tę perukę, to mnie to bardzo śmieszy. Myślę sobie, jak ja w ogóle mogłam sobie z tymi długimi włosami radzić. Można się modą bawić, kombinować, nawet przy niewielkich pieniądzach. Założyć na przykład inny krój dżinsów. Zostać modelką na 15 minut w sklepowej przymierzalni. A nuż odkryjemy coś nowego! Nie ma czego się bać.
Do tego za mało mówimy sobie komplementów.
- Gdy mówię kobietom komplementy, głupieją. Nigdy nie mówią: dziękuję, fajnie. Zazwyczaj słyszę: a nie, skąd, nic nie zrobiłam. Wydaje im się, że za tym stoi jakaś myśl, najczęściej zła. Jakby czekały, kiedy im wbiję nóż w plecy. A ja, jak mi się coś podoba, to po prostu mówię. Jak widzę ciekawie ubraną dziewczynę, to potrafię ją zaczepić na ulicy i powiedzieć: ale fantastycznie pani wygląda! I wtedy zdziwienie. Wiem, z czego to wynika - nie umiemy przyjmować komplementów i nie wynosimy radości otrzymywania komplementów z domu. Czy ojcowie mówią córkom: pięknie wyglądasz, świetnie się ubrałaś? Gdzie jest ten ojciec, który powinien dostrzegać księżniczkę i od dzieciństwa mówić jej fajne rzeczy? Gdzie są matki, które mówią swoim córkom coś miłego i gdzie są córki, które mówią miłe rzeczy matkom? Zazwyczaj prawimy zakłamane komplementy, jeśli chcemy się komuś podlizać. A ja mam to gdzieś, nikomu się nie podlizuję!
Zobaczyłam na ulicy chłopaka, który miał piękne miedziane włosy do pasa. Był jak rudy anioł z nieba. Ludzie się za nim oglądali, komentowali w różny sposób, a ja powiedziałam: Jezus, jesteś aniołem . Odpowiedział: ale rudym, co? I strasznie się z tego śmiał. Był uroczy, wyjątkowy.
Synowi też pani prawi komplementy?
- Ten świat jest nastawiony tylko na to, żeby komuś dopieprzyć, a ja lubię mówić ludziom miłe rzeczy. Uwielbiam, jak Marcin Prokop się fajnie ubierze, i zaraz mu to mówię. On mi zresztą też. Mojemu synowi, który też kombinuje ze stylem, mówię: słuchaj, to jest super, wyglądasz fantastycznie. Mam nadzieję, że wyniesie taki bagaż z domu i nie będzie myślał, że ktoś mówi mu coś miłego, bo ma jakiś interes.
Nigdy panią nie spotkało w takiej sytuacji nic niemiłego?
- Na ulicy? Nigdy. Za to w internecie tak. Internet jest ściekiem. Nigdy w życiu bym nie napisała w internecie żadnej złej rzeczy na kogoś drugiego. Nie mogę sobie pozwolić, żeby na czubkach moich palców czy długopisu pojawiło się zło. Nigdy w życiu.
A na ustach?
- A, to jest zupełnie inna historia. Jeśli mam wrażenie, że coś do kogoś bliskiego nie pasuje, to mówię: jeśli tobie się podoba, proszę bardzo, ale mi się wydaje, że ta bluza czy koszula nie jest w twoim stylu. Marcin miał kiedyś taką dziwną fioletową koszulę. Powiedziałam mu, że jest dziwna, gejowska i zapytałam, czy się dobrze w niej czuje. On się dobrze czuł i to było najważniejsze.
Nie zazdrości pani koleżankom z TVN? Nie myśli sobie pani: kurczę, żeby mieć takie nogi jak Anita Werner?
- Po co mam tak myśleć, skoro to niemożliwe? Podobają mi się Magda Mołek, jedna z najpiękniejszych kobiet w Polsce, Kasia Zdanowicz, która jest wyjątkowo urocza, filigranowa Joasia Kryńska, Marta Kuligowska z tym swoim niskim seksownym głosem czy Anita Werner, która jest jak posąg. Żadnej z nich nie zazdroszczę, podziwiam je i uwielbiam. Uwielbiam też styl Kingi Rusin, z tymi jej długimi włosami, choć pewnie będą mówili, że mam z nią konflikt. Ale ja uwielbiam jej proste, gładkie, błyszczące włosy i styl, który sobie przyjęła. Wygląda fantastycznie i powinna być przykładem dla innych kobiet. Uwielbiam patrzeć na ładnych ludzi, czerpię z tego przyjemność. Dużo jest osób ładniejszych, zgrabniejszych, młodszych i szczuplejszych ode mnie, ale zupełnie nie mam z tym problemu. Oczywiste jest też, że w telewizji ci ładniejsi i szczuplejsi lepiej wyglądają. Ale zawsze musi być jakiś kontrapunkt i ja w TVN po prostu jestem tym kontrapunktem.
Nie zawsze była pani chyba taka mądra i zdystansowana...
- Głupia byłam w młodości, ale szybko mi przeszło.
Kiedy?
- Gdy zaraz po studiach zaczęłam pracować w filmie jako asystent i drugi reżyser. Szybko dotarło do mnie, że jest wielu ładniejszych i mądrzejszych ode mnie. Chciałam być jakaś, nadrabiam mocnym charakterem i osobowością. Nauczyłam się, że nie przeskoczę tego, co mi natura dała. Natomiast mam inne atuty: to, jakim jestem człowiekiem, co mam w głowie. Wiem, że muszę to pielęgnować.
I dzięki temu może też pani zostać modelką?
- Spokojnie. Mogłabym na przykład prezentować odzież w rozmiarze 44, bo taki noszę. Tylko nie miniówy, bo wyglądałabym w nich źle. Mogę pokazać nogi od kolan w dół, bardzo proszę, z ładnie wypracowaną sportową łydką. Do tego obcas, swoboda ruchu, uwielbienie dla sceny, ludzi naprzeciwko, nic więcej mi nie trzeba. Mogę być modelką i prezentować modę dla puszystych, dlaczego nie. Każda z nas może dobrze wyglądać. Jak się trochę napakujemy od środka pewnością siebie, to każda z nas wystąpi na scenie, może nawet niektóre się rozbiorą.
Pani też?
- Ja bym się nago już nie chciała pokazywać, ale robię zdjęcia w bieliźnie, bo współpracuję z firmą Chantelle. Robiliśmy zdjęcia, do których musiałam się rozebrać, i to było dla mnie duże przeżycie. Udowodniłam, że kobieta dojrzała może się pokazać, póki biust nie opadnie jej do ziemi. Dało się to zrobić? Dało! To są ładne, zmysłowe zdjęcia. Niekoniecznie pokazują całą sylwetkę, przecież nie przygotowuję się do sesji dla "Playboya". Ale koronkową bieliznę dla kobiet z większym biustem mogę pokazać. Pewnie też ośmieliłam wiele kobiet, że mogą sobie kupić taką ładną, seksowną bieliznę. Dla siebie, podkreślam, a nie po to, żeby jakiemuś facetowi sprawić przyjemność.
Czuje się pani seksowna? Kobieca?
- Co do seksowności, to już bym nie przesadzała. Skończyłam pięćdziesiątkę i seksowność powoli odchodzi w zapomnienie. Natomiast mam świadomość, że jestem kobieca i że umiem te atuty kobiece wykorzystać. Podkreślam je też strojem. Jak na ważną imprezę zakładam czarną sukienkę i buty na obcasie, to wiem, że nie przyniosę wstydu ani sobie, ani firmie, ani prezydentowi RP, który wręcza ważne odznaczenia państwowe. Dobrze wyglądam, znam scenariusz, mogę stawać twarzą do świata i się tego nie bać. A jak się potknę, to się podniosę.
Jak pani tę kobiecość wykorzystuje?
- Musiałam ją w sobie odnaleźć i pokazać. Nie mówię, że to jest słabość, tylko moc. Umiem za pomocą kobiecości załatwić wiele spraw. Głosem, sposobem bycia, okazywaniem słabości, a kiedy trzeba, okazywaniem siły. Świetnie to działa w rozmowach biznesowych, kiedy wszystkim się wydaje, że siedzi sobie taka spokojna kobieta i na pewno będzie łatwym przeciwnikiem. Naprawdę jestem miła i spokojna, ale do czasu. Jak mnie coś wkurzy, to potrafię zabić. Potrafię wykazać luki, pokazać, że wiem więcej. Bezlitośnie.
Co panią wkurza?
- Gdy ktoś uważa, że kobieta zrobi coś gorzej. Tylko dlatego, że jest kobietą. Albo mówi, że w tym wypadku byłoby lepiej, gdyby to zrobił facet. Kiedy spotykam się z idiotami, też nie mam żadnej tolerancji. Albo z osobami nieprofesjonalnymi, co przedłuża czas i zmienia naszą pracę w jakąś udrękę. Gdy powtarza się 30 razy to samo, zamiast konsekwentnie iść do celu.
Ile ma pani na koncie tych trupów?
- Nie za dużo, ale parę osób "zastrzeliłam". Podniosły się, ale nie dam się traktować per noga tylko dlatego, że mam biust.
Jest pani postrzegana jako ktoś z dużym dystansem do siebie...
- To się zgadza.
Są jednak sytuacje, kiedy pani ten dystans traci. Na przykład podczas rozmowy z Marcinem Prokopem o pudełkach z dietami.
- Rozegraliśmy to precyzyjnie. Wszyscy wzięli naszą rozmowę za kłótnię, a była żartem. Tak naprawdę ostatnio wkurzyłam się o to, kiedy w "DDTVN" jedna z lekarek powiedziała, że dzieci z in vitro są dziećmi diabła i Frankensteina. To mnie już wyprowadziło z równowagi i rzuciłam "k..ą". Na antenie.
I co?
- Nic. Uważam, że takie sformułowania w życiu publicznym wobec osób, które zostały poczęte tą metodą, takie sformułowania wobec rodzin, które przeżywają nieludzkie tragedie, takie sformułowania w sytuacji, kiedy w Polsce brakuje dzieci, są po prostu szczytem. Są religijnym zakłamaniem, którego nienawidzę, więc mi się wymknęło. Takie sytuacje mnie wyprowadzają w równowagi.
Myśli pani, że ludzie panią lubią?
- Myślę, że tak.
Z wyżej wymienionych powodów?
- Myślę, że nikogo nie udaję w telewizji. Nie jestem kreacją, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jestem optymistyczna, mam dużo energii, a ludzie potrzebują brać z telewizji energię. Potrzebują dobrych rzeczy, bo złymi są bombardowani na okrągło. A ja jestem wesołą toczącą się kulką. Może stąd się bierze sympatia do kogoś, kto uśmiecha się rano do tych, którzy siedzą niewyspani czy wściekli po drugiej stronie ekranu.
Nie udaje pani tej wesołej kulki?
- Nie, broń Boże! Kiedy mam gorszy humor, to natychmiast widać. Kiedy mam swoje problemy, też niestety widać. Nie da się tego ukryć. Oczywiście nie pokazuję swojego problemu całemu światu, bo uważam, że akurat takimi rzeczami nie należy się z widzami dzielić, ale to się wyczuwa. Traciłam siły, kiedy umierała moja mama, i nie dało się tego zagrać. Oczy wyglądają, jak wyglądają, nie ma spontanicznego śmiechu. Zresztą, granie kogoś byłoby dla mnie strasznie męczące. Źle bym się czuła. Na pewno nie jestem pindą przy paprotce.
Uważa pani, że takie wypowiedzi jak ta o in vitro usprawiedliwiają przekleństwo?
- Niestety, nie ma na to usprawiedliwienia, powinnam nad tym zapanować, ale się nie dało.
Była pani potem na dywaniku u dyrektora Miszczaka?
- Nie. Także wtedy, gdy straciłam cierpliwość podczas rozmowy z Adamkiem, który w kółko powtarzał to samo. W wypadku tego przekleństwa uważam, że to krok za daleko i muszę uważać, ale sprawa posiadania dzieci jest mi tak bliska... Dla mnie najważniejsze w życiu jest to, że mam dziecko. To jest moja rola na tym świecie. Innej, ważniejszej, nie mam. O moich programach ludzie szybko zapomną. Nie dokonałam żadnych wielkich odkryć.
Parę książek pani napisała.
- To są wszystko książki ulotne. Ważne książki to wielka literatura. Moje są chwilowe, choć użyteczne. Trzeba przykładać miarę do tego, co się robi.
Poprawia pani kobietom samopoczucie. W czym jest to gorsze od Dostojewskiego?
-Boże, nie mieszajmy tu Dostojewskiego. Za chwilę pojawi się w księgarniach następna taka książka napisana przez kogoś innego. I zniknie. Podobnie jest z programami ulotnymi jak mgła. Dzisiaj są na żywo, jutro ich nie ma. Nie dokonam rewolucji politycznej, nie zmienię rządów. To nie jest wielka sprawa. Co najwyżej poszerzę czyjąś wiedzę albo poglądy. Dam radość albo kopa. To też ważne, ale nie najważniejsze. Wielkich rzeczy to ja na pewno nie robię.
Co panią śmieszy w "polskim piekiełku"?
- W show-biznesie wiadomości o niczym: że jakaś aktorka wyglądała tak czy inaczej i kręci się z tego lody przez dwa dni. Wtedy się dowiaduję, że ktoś wyszedł po zakupy albo napił się wina w restauracji. Wiadomości nie z tego świata. Zastanawiam się, kogo to obchodzi. A takie gówienka wypełniają ludziom głowy watą. W polityce natomiast denerwują mnie ciągle te same twarze. Nic się w niej nie zmienia. Wszyscy się przyspawali do stołków i siedzą na nich, bojąc się, że ich zdmuchnie wiatr historii. Potrzebuję nowych twarzy, nowych idei, bo nie mam się z czym identyfikować.
Ale głosuje pani?
- Zawsze głosuję, bo to mój obywatelski obowiązek. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zdecydował za mnie. Jestem świadomym obywatelem, wiem, co robię. Mam to prawo od '89 roku i nigdy go kurwa (przepraszam!) nikomu w życiu nie oddam.
Pani sama rozmawia w "DDTVN" o czyjejś fryzurze czy wyglądzie.
- Tak, ale robię to, kpiąc z tego ile wlezie. Ludzie lubią ploteczki, więc o nich gadamy, ale nie przywiązując do tego specjalnej wagi. Nigdy w życiu nie poszłabym na przykład opowiadać o śmierci Ani Przybylskiej, którą znałam od lat. Uważam, że lansowanie się na czyjejś śmierci jest jedną z obrzydliwszych rzeczy, jaka pojawiła się w telewizji i w gazetach w tym okresie. Nagle obudzili się ci, którzy znali ją tylko z widzenia. Takie rzeczy mnie wkurzają i wydają mi się wyjątkowo paskudne. Wolę w domu łzy uronić, niż się tym dzielić ze wszystkimi.
Jak dystansować się wobec tego całego piekiełka i jednocześnie być na topie?
- Po pierwsze, nie jestem na topie, nie przesadzajmy. Nie bywam i jakoś żyję, prawda? Rozumu mi to nie odebrało, znajomości dodatkowych nie dało. Pracy mi to nie załatwia, a dzięki temu, że nie bywam, mam więcej czasu dla siebie. Bywam w domu, gdzie wolę bywać. To mój świat. Szkoda mi wieczoru na oglądanie byle jakich sukienek. Wolę ten czas spędzić z synem, oglądając film, albo porozmawiać z mężem o tym, co zrobimy jutro. Albo spotkać się z przyjaciółmi. Dla mnie są to ważniejsze rzeczy. A salony też mamy takie, jakie mamy, więc mnie nie ciągną. Zresztą, pokazuję się na co dzień w telewizji, nie muszę się już dodatkowo pokazywać. Nie chcę, żeby ludzie rzygali na mój widok, żeby mieli mnie dosyć.
Zgodzi się pani, że dziennikarze to dziś często celebryci?
- Tak się porobiło. Widocznie potrzebują tego blichtru, może czują się wtedy jeszcze ważniejsi, popularniejsi. Zawracanie głowy. Zamiast iść na ściankę, wolę iść do kina.
Na czym pani była ostatnio?
- Na "Bogach". Bywam w kinie albo późno wieczorem, albo wcześnie rano, kiedy nikogo nie ma. Taka moja ścianka z napisem Multikino.
Plus książki.
- Czytam kilka książek naraz. Teraz czytam o szkole polskich szpiegów w PRL-u Piotrka Pytlakowskiego, o znanej szkole matematycznej we Lwowie Urbanka, czytam też nowy kryminał Zdrojewskiej i opracowanie o młodych Polakach po roku 2000. Bez książki nie żyję. Nie żyję też bez gazet. Przeglądam również codziennie główne portale internetowe. Wstaję o czwartej i odpalam komputer, żeby sprawdzić, co się dzieje. Nawet na wakacjach. Nie mogę się wyłączyć, bo boję się, że stracę jakieś informacje. Czytanie sprawia mi największą przyjemność.
Coś panią kręci intelektualnie w naszym życiu publicznym?
- Debaty uniwersyteckie, często na nie chodzę. Kręcą mnie spotkania naukowe, ostatnio byłam na takim o życiu komet. Kręcą mnie spotkania wokół książek. Tam się toczy życie intelektualne. Kręcą mnie dyskusje w moim domu. Każdy z moich znajomych jest z innego środowiska, przynosi z niego coś innego. Mamy różne poglądy, spieramy się o nie. Nigdy się nie trzymałam tego, że trzeba się kolegować tylko z ludźmi z pracy. Gdybym miała na spotkaniach towarzyskich rozmawiać wyłącznie o telewizji, to by była nuda. Po co? O czym tu jeszcze rozmawiać? Dzięki naszym spotkaniom poszerzyłam wiedzę o budownictwie drewnianym na przykład.
Mieszka pani w domu z drewna?
- Tak. On trzeszczy, stęka, gada. Żyje. Schody się odkształcają, w nocy wydaje się, że ktoś chodzi. Ten dom ma swój rytm. Jest chłodny w lecie. Ciepły i przytulny zimą. Uwielbiam drewniane domy. Moja babcia w takim mieszkała, spędzałam tam dzieciństwo, stukająca na wietrze okiennica nie była dla mnie nigdy przerażająca, tylko po prostu zwiastowała nadchodzącą burzę. Lubię swój dom bardzo.
Nie wpuściła pani nigdy do niego kamer.
- A po kiego grzyba? Nie mam potrzeby, by dzielić się tym, jak mieszkam. Jakie mam meble, czy mam na ścianie obrazy czy może gołe baby. Po co to komu wiedzieć? Dużo rzeczy i tak o mnie wiadomo. Często się odnoszę do swojego życia, doświadczeń, wspomnień. To wystarczy. Mam się dzielić domową prywatnością? Nie widzę takiej potrzeby. Nie muszę się chwalić tym, co mam, uważam to za żenujące. Przecież często pokazywanie domu przed kamerami jest po to, by pokazać, jak się nam dobrze żyje. Ja żyję skromnie, nie mam nic do pokazania. Mam 12 tys. książek, jak ktoś chce przyjechać do biblioteki, niech sobie pójdzie do Narodowej.
Rodzinnie się pani czuje spełniona, a zawodowo? Zaspokoiła pani swoje ambicje?
- Nie. Mam jeszcze dużo marzeń i póki mam marzenia, to żyję. Jak przestanę, to będzie znak, że pora się pożegnać. Bardzo bym chciała zrobić duży program rozrywkowy. Taki show, ale nie talent show. I nie po to, by być w jury i pokazać, jaka jestem fajna i inteligentna.
Chciałabym też zrobić program dla kobiet. Ale nie taki jak "Miasto kobiet", czyli społeczny, tylko taki o domu. Dla kur domowych, kur miejsko-wiejskich. Podobny do programu Marthy Stewart, tylko z większą energią, bo jej odebrało jaja. Chciałabym pokazać, że praca dla domu jest ważna w życiu kobiety. Że może być godna podziwu i satysfakcjonująca. Uwielbiam pracować w domu i nigdy nie czułam, że to mnie upokarza. Lubię to, że jako kobieta mogę ten dom ukształtować, zapewnić nastrój, dać mu ducha.
Pichci pani?
- Codziennie gotuję obiad. Nie ma zmiłuj. Moi panowie są przyzwyczajeni do domowego jedzenia, zwracamy uwagę na to, co jemy. Bardzo chciałabym zrobić taki domowy, kobiecy show. Trochę o gotowaniu, trochę o tym, co warto czytać, trochę o tym, jaką być kobietą i jak zrobić wystrój na święta. Uważam, że byłabym w tym wiarygodna. Chciałabym też popodróżować zawodowo. Interesuje mnie reportaż blisko ludzi, chciałabym wyruszyć w Polskę i być bliżej ludzi, bo jestem dalej, niżbym chciała. Interesuje mnie Polska dalej od Warszawy.
W pewnym sensie podróżuje pani w "Mieście kobiet" w TVN Style. Były w nim dziewczyny sprzedające dziewictwo, wampiry, kobiety, które dorabiają, uprawiając cyberseks...
- Chciałabym pojechać do naszych bohaterek, a nie zapraszać je do studia. Zobaczyć, jak żyją, jak im jest tam, gdzie mieszkają. Myślę, że mam talent zbliżania się do ludzi i pozyskiwania ich zaufania. W "Mieście kobiet" ten talent nie do końca jest wykorzystywany. A umiem to robić.
Którą z tych kobiet chętnie by pani odwiedziła?
- Interesują mnie losy dziewczyny, która była w programie poświęconym gwałtom. Jak sobie poradziła w życiu? Z takim doświadczeniem... Z niektórymi bohaterkami mam kontakt, ale akurat z nią nie. Trochę bym popatrzyła na dziewczyny, które mają dzieci z in vitro. Jak się te dzieci rozwijają i czy im rośnie ta słynna bruzda na czole, którą chciał znaleźć ksiądz Longchamps de Bérier. Każda historia mogłaby mieć ciąg dalszy. Co bohaterka zrobiła ze swoim życiem, jak się podźwignęły matki samobójców i czy w ogóle można się po tym podźwignąć, kiedy odchodzi jedyne dziecko. W programie rozmawiałyśmy chwilę. Pytanie - co dalej? Czy ktoś, kto obiecywał, że rzuci prostytucję, którą jedynie dorabia na studiach, rzeczywiście to zrobi? Czy dając ciała, nie stracił nic na duszy? Czy jest bardziej studentką przed magistrem czy bardziej dziwką?
Te historie w pani zostają?
- Bardzo często myślę o tych kobietach. Chciałabym sprawdzić, czy z programu coś dobrego wyniknęło nie tylko dla mnie i telewizji, ale i dla nich. Żeby nie tylko je wysysać. Chętnie bym jeździła po Polsce i robiła rozmowy z kobietami, by im dodawać sił. A przy okazji proponować metamorfozy. Historia kobiety, a metamorfoza przy okazji. Bo najbardziej mnie interesuje duchowa przemiana. I to, co telewizja mogłaby dawać ludziom, gdyby mogła coś dawać.
Pani co dała?
- Bardzo dużo. Po pierwsze, niezwykłą możliwość spotkania z różnymi ludźmi. Byłam w miejscach, do których bym w życiu nie trafiła. Dzięki telewizji mam większą wiedzę, bo przygotowuję się do każdej najmniejszej rozmowy. Teraz jestem pani w stanie powiedzieć, jak wyglądała minoga, choć myślę, że większość Polaków nie wie. Minogi w occie to był przysmak okresu przedwojennego - wiem to, bo musiałam się dowiedzieć, żeby się nie skompromitować. Mam wiedzę z różnych dziedzin: medycznej, społecznej, politycznej. To powoduje poczucie nieustannego rozwoju. Nie należę do tępych dziennikarzy, więc staram się rozwijać codziennie. Często jest to wiedza do niczego niepotrzebna, ale moje szare komórki muszą stale pracować. Telewizja dała mi też rozpoznawalność, za którą idzie uśmiech ludzi na ulicy. Dużo wzięłam z telewizji.
Jak pani znowu dostanie propozycję zagrania w reklamie, to znowu pani odda pieniądze?
- Tak.
Dlaczego?
- Ja trochę pieniędzy mam, więc to mi zupełnie wystarczy. A inni nie mają. I już.
Dorota Wellman. Jedna z najbardziej lubianych dziennikarek. Zaczynała w radiu, później trafiła do TVP, a stamtąd do TVN. W duecie z Marcinem Prokopem prowadzi "DDTVN", a wspólnie z Pauliną Młynarską "Miasto kobiet" w TVN Style. Laureatka wielu nagród, m.in. Wiktorów, oraz autorka felietonów i książek - najnowsza nosi tytuł "Ja nie mogę być modelką?". Prywatnie żona fotografika Krzysztofa Wellmana, mają 21-letniego syna Jakuba.
Angelika Swoboda. Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.