Tekst został opublikowany w 2015 roku. To jeden z najchętniej przez Was czytanych artykułów Weekendu
***
Nie mogę cię nie zapytać o to, co się aktualnie dzieje wokół Jarosława Kuźniara.
Mówisz o jego sprytnym sposobie na podróże, że najpierw kupuje rzeczy w supermarkecie, a po dwóch tygodniach je oddaje? Mnie to bardziej śmieszy, niż oburza. Niektóre memy na ten temat też są bardzo zabawne. Jednak na miejscu Jarka nie opowiadałbym o takich rzeczach publicznie [Jarosław Kuźniar kupował w sklepach amerykańskiej sieci Walmart potrzebne w czasie podróży rzeczy, a przed wyjazdem oddawał je, mówiąc, że mu nie pasowały - przyp. red.]. Po co dawać ludziom kolejny pretekst do hejtu? Zresztą, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy w życiu nie zachował się po cwaniacku. Nie podróżował na gapę, nie ściągnął pirackiego filmu, nie jechał buspasem, bo mu się spieszyło, nie zawinął ręcznika z hotelu na plażę, nie wyparł się na recepcji korzystania z minibaru i tak dalej. A jak się czyta różne wpisy i komentarze, zresztą nie tylko te dotyczące Kuźniara, to można pomyśleć, że mamy w kraju same wzory cnót, skwapliwie pouczające innych. Wszyscy są święci. Nikt nie zdradza żony, nikt nie mobbinguje pracowników, nikt nigdy nie wyniósł batonika z Biedronki. A już najświętsze ze wszystkich są tabloidy oraz portale plotkarskie, prawdziwe ostoje moralności i strażnice wartości. Można odnieść wrażenie, że żyjemy w raju na ziemi! Powiem Hołowni, to przestanie się modlić. A wracając do Kuźniara, pewnie nawet nie spodziewał się, że z takiej pierdoły zrobi się wielkie halo.
Nie chciał sprowokować?
- Nie sądzę. Czasem bywamy nie dość czujni w kontaktach z mediami. A media się bardzo chętnie rzucają na smakowite zdania wyrwane z kontekstu. Bywa, że chlapnie się coś, co potem żyje własnym życiem i przykleja się do człowieka na długie lata. Myślę, że to będzie dla Jarka kolejna lekcja obsługi show-biznesu.
Rozumiem, że gdybyś ty miał taki "sposób na podróżowanie", tobyś go nie zdradził.
- Nie uznałbym, że warto się tym chwalić. Przyznam jednak, że nie wiedziałem o tym patencie, mimo że od lat jeżdżę do USA, więc wypowiedź Jarka ma jakąś wartość poznawczą i nie zdziwię się, jeśli wiele osób z tych, które dziś go hejtują, zechce sprawdzić, czy to naprawdę działa (śmiech) . Zresztą, z tego co słyszałem, wiele osób z naszej branży na tak zwane "wielkie wyjścia" pożycza zegarki czy torebki. Zastanawiam się, gdzie są takie wypożyczalnie. Sam bym sobie napożyczał mnóstwo rzeczy. Na przykład kurtkę z wężowej skóry i złote kowbojki. Teraz, po kupieniu stacji przez zagraniczną firmę, już jestem prawie Amerykaninem, więc dobrze byłoby się dostosować stylistycznie. Zresztą gdy Edward Miszczak zadzwonił z informacją, że będę robił pierwszy wywiad z nowymi właścicielami, powiedziałem, że z tej okazji założę strój a la "Brokeback Mountain". Jakoś go to nie rozbawiło.
Jak już jesteśmy przy paragonach i pieniądzach - powiedziałeś kiedyś, że za dużo zarabiasz.
- O, widzisz, to jest właśnie zdanie wyrwane z szerszego kontekstu. Chodziło mi o to, że zarobki w show-biznesie bywają nieproporcjonalne do wkładu, który branża wnosi do rzeczywistości. Bo to jest biznes czysto rozrywkowy, próżny, ulotny.
Masz na myśli stawki za dzień zdjęciowy w serialu, rolę w filmie, kampanię reklamową, prowadzenie imprezy czy wszystko razem?
- Mam na myśli sytuacje, że ktoś otrzymuje pieniądze albo gifty tylko za to, że pojawia się na imprezie, bo jego twarz jest znana. To dla mnie ewidentne odcinanie kuponów od popularności, a popularność sama w sobie jest tanim i jałowym zjawiskiem. Popularna może się stać nagle osoba, która usiadła na Stadionie Narodowym w odpowiednim miejscu, została dostrzeżona przez kamery i przez dwa lata żyje z tego, że jej twarz jest rozpoznawalna. Popularna może stać się córka producentki lodów, bo parę razy zrobiono jej zdjęcia na czerwonym dywanie, jak przyszła z mamą na imprezę. Popularna może też być dziewczyna nalewająca gościom wodę w programie znanego prezentera. To wszystko trochę jak wygrana na loterii. W tzw. show-biznesie jest wiele takich osób.
Kto na przykład?
- Myślę, że nikt inteligentny nie będzie miał problemu z ich wskazaniem. Jeśli czyjaś popularność jest wynikiem ciężkiej pracy, talentu, wieloletniego dochodzenia do jakiejś pozycji, to ja nie mam z tym problemu. Mam problem z tym, że nauczyciel po 20 latach pracy dostaje miesięcznie jedną piątą tego, co celebryta ze ścianki za pojawienie się na imprezie, w dodatku w wypożyczonych ciuchach. Mam też kłopot z tym, że płaci się 1,5 tys. zł dziennikarzowi, który zapieprzał przez dwa tygodnie, żeby napisać rzetelny, poważny, analityczny tekst. Mam problem z każdą nieuzasadnioną finansową dysproporcją, z piramidalną konstrukcją rzeczywistości ekonomicznej, w której 1 proc. uprzywilejowanych grubasów ma pod kontrolą 90 proc. światowych zasobów. Czy jesteś mi w stanie wyjaśnić na przykład, dlaczego prezes banku zarabia 10 milionów rocznie, a kasjerka - ryzykująca, że za każdy popełniony błąd zapłaci z własnej pensji - 15 tysięcy?
Bo bank wypracował duże zyski.
- Widzisz, i to jest właśnie główne źródło mojego problemu, bo na ten bilans złożyła się praca iluś tam osób. Dlaczego ten zysk nie jest podzielony sprawiedliwie na wszystkie mróweczki? To jest zwyczajny system wyzysku, tyle że opakowany w atrakcyjne, choć fałszywe hasła. W język, który z jednej strony apeluje do poczucia wspólnoty, że razem pchamy ten wózek, pracujemy na wspólny cel, jesteśmy jedną drużyną, a z drugiej strony przemilcza to, że owoce zwycięstwa konsumuje zaledwie parę osób na samej górze. Żeby była jasność - nie jestem żadnym wojującym komunistą, wręcz przeciwnie. Serce mam bardziej na prawo niż na lewo. Ale znam historię i potrafię liczyć. A z połączenia tych kropek wychodzi jasno, że każda taka dysproporcja obraca się kiedyś przeciwko tym, którzy są na szczycie wspomnianej piramidy. To przez ich niepohamowaną chciwość wybuchają rewolucje, podczas których spadają również ich głowy. Jeśli więc nawet ktoś nie ma w sobie za grosz społecznej wrażliwości, to w jego interesie, cynicznie rzecz ujmując, jest dopuszczenie innych do podróżowania swoim złotym tramwajem zamiast ich systemowego wykluczania.
W tym swoim złotym tramwaju zarabiasz dużo czy nie?
- Ta informacja nie ma znaczenia, bo ja jestem niereprezentatywny dla problemu, o którym mówię. Nie mam żadnej realnej władzy poza okazjonalną możliwością pogadania na ten temat w mediach. Dlatego, rozmawiając teraz z tobą, zwracam uwagę na dziurawy, źle skonstruowany system, który oparty jest na jakiejś globalnej niesprawiedliwości. Zwracam uwagę na właścicieli firm, na szefów korporacji, rzucających ochłapy tym, których praca przynosi im bogactwo i splendor. Krytykuję to, że zatrudnia się ludzi na umowy śmieciowe, niegwarantujące im minimum stabilizacji. Pokazuję przepaść, jaka dzieli stadko uprzywilejowanych od całej reszty. Mówię o bezmyślnych, bezdusznych urzędasach niszczących ludzkie życie, jak choćby w przypadku komornika, który odebrał ciągnik nie tej osobie co trzeba i nie poniósł żadnych konsekwencji. O skarbówce polującej na przedsiębiorców jak na kaczki. I tak dalej, przykłady mogę mnożyć w nieskończoność.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć - skoro nie podoba ci się ten system, to go zmień, zamiast w nim siedzieć i tylko gadać, bo to nic nie kosztuje. Ale to nie jest aktualnie moja rola. Do tego celu wybieramy sobie polityków, którzy jednak zdają się mieć te rzeczy w dupie. Więc ja im o tym, jako wyborca i obywatel, w takich momentach przypominam. Mówię im: Jesteście nieudacznikami i darmozjadami. Wstydzę się za większość z was. Staram się też jakoś tknąć sumienia tych, od których coś autentycznie zależy, którzy zatrudniają ludzi, decydują o losach firm. To jest mój wkład w próbę zmiany rzeczywistości.
Jaki masz stosunek do pieniędzy? Wolisz wydawać czy pakować do skarpety?
- Pieniądze są w moim życiu jednym z gwarantów poczucia wolności i niezależności, a to jest moja obsesja. Nie jestem w stanie żyć w relacji jakiejkolwiek podległości. Każdy przymus wywołuje u mnie alergię. Oszczędność nie jest wynikiem mojego skąpstwa czy ułomności charakteru, tylko częścią przemyślanego planu bycia możliwie suwerennym. Druga, znacznie mniej ważna funkcja, jaką pełnią pieniądze w moim życiu, to punkty w grze. Wszyscy w niej uczestniczymy. Podsumowaniem naszych wysiłków może być awans, nowe biurko w bardziej nasłonecznionym miejscu, dodatkowy tydzień wakacji, cokolwiek. Efekty tej gry można też wyrażać w formie zysków. Dla mnie to są cyferki, które pokazują, czy dobrze wykonuję swoją pracę, czy ludzie chcą mnie kupować. Jestem towarem wystawionym na sprzedaż, za który ktoś oferuje jakąś cenę i jest gotów ją zapłacić. To miernik mojej efektywności na tym rynku. Jak bardzo jestem pożądany, jak bardzo się podobam, jak bardzo jestem doceniany.
To dla ciebie sygnał: jestem dobry czy nie?
- Jeden z sygnałów.
Na co najchętniej wydajesz?
- Nie ma rzeczy, które mnie szczególnie podniecają. No, może poza słabością do samochodów, ale od dziecka jestem pasjonatem motoryzacji. Nigdy nie wydałbym jednak kilkuset tysięcy na auto, które po dwóch latach traci połowę wartości. Dlatego samochodów nie kupuję, tylko wynajmuję. Jeżdżę przez kilka miesięcy, nie martwię się, że ukradną, a potem bez żalu się rozstaję. Nie jestem niewolnikiem konsumpcji. Moje marzenia nie mają kształtów jachtów, domów i złotych bransoletek. Pieniądze mają mi przede wszystkim zapewnić poczucie, że gdyby ktoś z moich bliskich był w potrzebie, nie okazałbym się bezradny. Najbardziej dramatyczne dla mnie momenty w "Dzień Dobry TVN" to spotkania z ludźmi, którzy nie mają pieniędzy, a widzą, jak ktoś bliski umiera na ich oczach. Proszą innych o środki na leczenie albo rehabilitację. Są zdesperowani, gotowi zrobić wszystko, by pomóc komuś, kogo kochają. Jeżeli czegoś się w życiu boję, to właśnie bezradności w takich momentach. Że pojawia się sytuacja, w której nie jestem w stanie nic zrobić. A mając pieniądze, zawsze jesteś w stanie zrobić cokolwiek.
Wydajesz na jakieś fanaberie?
- Lubię podróże. Jeśli mam ochotę na jakiś wyjazd, to po prostu ruszam, ale nocuję raczej w fajnych, butikowych miejscach z duszą niż pięciogwiazdkowcach z marmurowymi podłogami. Nie lubię rozrzutności, bo źle mi się kojarzy. Zostałem wychowany w skromnej rodzinie. Każdy nadmiar jest dla mnie bolesny, jest powodem do zażenowania.
Masz poczucie marnotrawstwa?
- Niepotrzebności. Jest granica, powyżej której komfort zaczyna się przeradzać w zbytek, a zbytek jest czymś, czego - jak uczyli mnie rodzice - należy unikać.
Gdzie się ta granica zaczyna? Buty za dwa tysiące to już przesada?
- Dla mnie tak. Jeśli można kupić fajne za 500 złotych, to wolę takie niż za dwa tysiące. Mentalnie się z tym lepiej czuję. Niech to ktoś nazwie skąpstwem, ja to nazywam normalnością. Nie muszę mieć zegarka za 30 tysięcy.
Są tacy, co mają zegarki za 100 tysięcy.
- Ja bym się z takim zegarkiem czuł głupio. Patrzyłbym na niego i nie wiedziałbym - czy ja jestem częścią tego zegarka, czy on jest częścią mnie.
Jesteś lemingiem?
- Zdefiniuj.
Takim, który jeździ drogim autem, mieszka w Miasteczku Wilanów, pije kawę w Starbucksie i jada na placu Zbawiciela. No i kupuje bułkę tartą w Charlotte po 20 zł za kilogram.
- No, to teraz sama sobie odpowiedz... Zresztą, zdaje mi się, że twórcom słowa "leming" chodziło o kogoś, kto daje się bezwolnie i bezkrytycznie wodzić za nos różnym liderom, płynie z falą, zamiast podejmować własne, czasem trudne wybory.
A ty?
- Stać mnie na luksus bycia nonkonformistą (śmiech) . Zresztą nigdy nie lubiłem podążać za stadem. Zawsze odrzucały mnie wszelkie aksjomaty i ideologie przedstawiające jedyną słuszną wizję rzeczywistości. Staram się patrzeć na rzeczywistość z różnych stron - nie deklaruję się ani jako lewicowiec, ani prawicowiec, ani ateista, ani bożysta, chociaż w każdej z tych postaw staram się znaleźć coś, co mogę uznać za własne. Sklejam swój świat jak patchwork, robiony na indywidualne zamówienie. Przykro mi, że nie pasuję do żadnej szufladki. To dla niektórych, przywiązanych do zero-jedynkowej wizji świata, duży problem.
Tak na marginesie, właśnie zdałem sobie sprawę, że na razie rozmawiamy głównie o kasie. To ciekawe, że ludzi najbardziej interesuje we mnie kwestia pieniędzy. Ciekawe dlaczego? Zawsze mnie o to pytają i zawsze wychodzę na gościa, który jest rzecznikiem jakiejś sprawy.
Nie lubisz tych pytań?
- Mam poczucie, że jestem znacznie ciekawszym rozmówcą w innych tematach.
Wydaje mi się, że te pytania biorą się ze stereotypu: taki pan z telewizji to niewiele robi, a zarabia mnóstwo. No i jest zazdrość.
- Nie bardzo mam ochotę zostać terapeutą tych, których męczy podobna frustracja. Bo i tak niespecjalnie trafi do nich pewnie argument, że ja od tych swoich zarobków płacę proporcjonalne podatki. Nie mam firmy zarejestrowanej na Kajmanach, rozliczam się uczciwie w Polsce i uważam, że to jest jeden ze sposobów dzielenia się swoim sukcesem. Do tego bez specjalnych medialnych fanfar wspieram różne organizacje i fundacje. Może w ten sposób choć odrobinę osłodzę gorycz zazdrości tym, którzy mieli w życiu mniej szczęścia? Albo mniej lubią ciężką pracę? Każdy może spróbować zostać "tym panem" czy "tą panią" z telewizji. Mnie nikt w tym specjalnie nie pomógł. Nie miałem żadnych prominentnych znajomości w show-biznesie, dobrze ustawionej rodziny czy kogoś, kto by mnie wsadził na tego konia. Sam na niego wlazłem metodą prób i błędów, parę razy spadając. Jasne, miałem przy okazji sporo szczęścia, ale pomagałem mu, uczciwie pracując, kombinując, nie poddając się. Jeśli kogoś cholernie boli czyjś dostatek, niech ten ból przekuje na motywację do działania, a nie wypisywanie kompromitujących bzdetów w internecie.
Skończyłeś studia finansowe. Czemu nie zostałeś bankierem?
- Nie szło mi. Każdy z nas ma cechy, które go predestynują do jakieś roli. Jak ktoś tak jak ja ma pewną wrażliwość, ciekawość świata i umiejętność kłapania dziobem, to nigdy nie będzie lepszym bankowcem niż dziennikarzem. Męczyłem się w tej roli. To tak, jakbyś chciała terenówką jechać na wyścig Formuły 1. Próbujesz się wszczepić w ten bank czy firmę ubezpieczeniową i czujesz, że nie pasujesz, wypluwa cię. To znak, że trzeba spróbować sił gdzie indziej. Jeśli gdzieś czujesz się nie na miejscu, to poszukaj siebie gdzie indziej, zamiast tkwić w nieszczęśliwym układzie. Bo jeśli wybierzesz poczucie pozornego bezpieczeństwa, ponad poczucie wolności, to w efekcie najprawdopodobniej stracisz i jedno, i drugie.
Nie jest tajemnicą, że w show-biznesie najwięcej zarabia się na tzw. chałturach...
- Chałturą jest każde działanie, w którym nie dajesz stu procent siebie. Nie mam poczucia, że jestem chałturnikiem, nawet jeśli otwieram fabrykę płytek ceramicznych w Radomiu, bo w każdą taką sytuację angażuję maksimum swojego profesjonalizmu. Wiem, że ludzie, którzy tam przyszli, mają jakieś oczekiwania. Przyjedzie pan i nas rozerwie albo przyjedzie pan i będzie fajny. Czuję to zobowiązanie. Często dla tych ludzi, dla ich firm, to jest najważniejszy dzień w roku. Prezesi od tygodni uczą się przemówień, działy marketingu wybierają sceniczne dżingle, panie kręcą sobie włosy i zakładają sukienki ze studniówki... (śmiech) A jeśli przyjeżdża gość z warszawki, który tę odświętność ewidentnie olewa, obnosi się ze zblazowaniem i wstydzi się siebie w tej sytuacji, to jak oni mają się czuć?
I nigdy nie zaliczyłeś wpadki?
- Ze dwa razy w życiu na jakieś sześćset poprowadzonych eventów zdarzyło mi się zrobić imprezę w słabej formie. Byłem zmęczony, po dwóch godzinach snu i jeździe przez pół Polski, myliłem się na scenie, dałem ciała. Wówczas przeprosiłem organizatora i nie wziąłem za to kasy. Staram się budować reputację gościa, który daje radę. Jest zawodowcem w tym, co robi. To dla mnie cholernie ważne. Żebym się za siebie nie wstydził.
Ranga imprezy naprawdę nie ma dla ciebie znaczenia?
- A w czym ludzie, którzy przychodzą na piknik z okazji Dni Rzeszowa, różnią się od publiczności, która zasiada przed telewizorami, żeby obejrzeć wypierdziane, telewizyjne show? To jest ta sama publiczność. Czy Kuba Wojewódzki, który otwarcie gardzi takimi imprezami, ma złudzenia, że jego program ogląda wyłącznie grupa wąskonosych intelektualistów? Ja sprzedaję pewien produkt i ten produkt ma być zawsze jak najwyższej jakości, niezależnie od tego, kim jest nabywca. Nie interesuje mnie handel badziewiem. Dla własnej widowni nie mam pogardy, którą często widzę u innych.
A na przykład promocja drogich garnków - wszedłbyś w to?
- Jest sporo eventów, których prowadzenia odmawiam. Jeśli mam wątpliwości wobec klienta albo produktu, który miałby się znaleźć na imprezie, to nie przyjmuję propozycji. Czułbym, że jest w tym jakaś zdrada. Ale nie chcę też oceniać kolegów, którzy robią takie rzeczy, bo nie znam okoliczności ich decyzji. Może nie do końca wiedzieli, w co się pakują, a może z jakichś powodów nie mogli tego kontraktu zerwać? Ja bym się nie skusił. Odrzuciłem kilka naprawdę kosmicznych propozycji. Na przykład nie chciałem być człowiekiem kabanosem. Zwróciła się do mnie firma produkująca kiełbaski, ale jednym z elementów tej kampanii miało być skojarzenie czegoś długiego i cienkiego z moją osobą. Pomyślałem sobie, że to trochę obciach, mimo że byli gotowi zapłacić siedmiocyfrową kwotę. Wbrew obiegowej opinii nie jestem napiętym na zarabianie kasy sknerusem, który musi brać wszystko jak leci (śmiech) .
Serio?
- Popularność jest naprawdę łatwa do zdobycia - wystarczy pojawić się w programie rozrywkowym, w którym kopulujesz z przypadkową partnerką po pijaku. Każdy może być Trybsonem. Natomiast zdobycie czegoś na kształt szacunku jest dużo trudniejsze. Zwłaszcza że zawód faceta z rozrywki nie jest przestrzenią, w której łatwo ten szacunek zbudować.
Jednocześnie mawiasz, że wszyscy jesteście błaznami na królewskim dworze.
- Błazen jest postacią złożoną. To nie jest idiota, który próbuje rozbawić innych, pierdząc i rzucając najtańsze żarty. Błazen miał na królewskim dworze funkcję komentatora rzeczywistości. Mógł sobie pozwolić na skrytykowanie króla i nie groziło mu za to ścięcie. Taki Stańczyk na przykład był szalenie błyskotliwą postacią. Jeśli więc ktoś jest w stanie zobaczyć światło inteligencji w wygłupach, które uprawiam, to jest to dla mnie duża nagroda, nadanie sensu mojemu medialnemu istnieniu. Zresztą w tym celu staram się również wychodzić poza nawias telewizji. Popełniłem trzy książki i starałem się, żeby one nie były wyłącznie rozrywkowe, by niosły ze sobą jakąś myśl. Moja medialna misja to pleść warkocz z krotochwili i zadumania, że tak powiem.
Chcesz, by cię postrzegano jako...?
- Postać niejednoznaczną. Gościa, który bywa dziennikarzem, błaznem, komikiem, wodzirejem, komentatorem, publicznym kumplem, czasami wszystkim naraz. Który nie czuje się częścią gwiazdorskiego światka, nie chce też zostać kolejnym infobrytą, który pod pozorem dziennikarstwa uprawia publiczny autoerotyzm, nacierając się sobą, swoimi przekonaniami i opiniami, a zaproszony do studia gość ma mu w tym nie przeszkadzać.
Pewnie nie chcesz też uchodzić za moralizatora. Od tego jest przecież, będę złośliwa, twój przyjaciel Szymon Hołownia.
- Na pewno jest osobą, która wykorzystuje media, by mówić o tym, w co wierzy. Czy to jest moralizatorstwo? Nie mam takiego poczucia. Raczej dzieli się swoim sposobem postrzegania świata i daleko mu w tym do Terlikowskiego, dla którego nawet papież jest za mało papieski.
Jakie masz poglądy w sprawach religii?
- Jestem agnostykiem. Dopuszczam, że może być coś poza znaną nam rzeczywistością, uważam natomiast, że nigdy nie uda nam się tego zważyć, zmierzyć i naukowo dowieść, a żadna religia nie ma monopolu na prawdę. Jak to kiedyś ładnie zaśpiewał Marilyn Manson - Bóg jest liczbą, do której nie jesteśmy w stanie zliczyć.
Naprawdę się z Szymonem przyjaźnicie? Czy tylko udajecie na potrzeby "Mam talent" i "Mamy cię"?
- Nie używałbym słowa "przyjaciel", gdyby tak nie było. Zawsze robię to z rozmysłem i rezerwą. Nie udałoby się udawanie przez kilka lat orgazmu na antenie.
Jesteście kompletnie różni.
- To nie jest cukierkowa relacja, bywa między nami szorstko. Łatwiej i bardziej komfortowo prowadzi mi się programy z Dorotą, bo się uzupełniamy i sobie pomagamy. Z Szymonem częściej wchodzimy w rywalizację, nawet taką nieświadomą. Dwóch facetów o dużym ego spotyka się w małym studiu, więc szybko zaczyna brakować tam powietrza. Przez to czasami bardziej zajmujemy się sobą nawzajem niż tym, co się dzieje w programie. Mam tego świadomość. Czasami jest to powód naszej wzajemnej frustracji. Po programie schodzimy do garderoby i zaczynamy się opierdalać w stylu "znowu gadałeś przez pół godziny i nie dałeś mi dojść do głosu". Nie są to jednak wyrzuty typu "nienawidzę cię, nie dzwoń do mnie więcej", tylko raczej próby znalezienia balansu, gdzie nie będziemy się ze sobą męczyć. Prowadzenie programu z Dorotą jest jak jazda komfortową limuzyną na tylnym siedzeniu, kiedy się niczym nie przejmujesz, a z Szymonem jak jazda motocyklem, który na każdym zakręcie chce cię zabić. Trzymasz się kurczowo i zastanawiasz, co się za chwilę stanie. Dwa różne doświadczenia, oba równie satysfakcjonujące. Ale to w żaden sposób nie wpływa na nasze prywatne relacje. W programie moglibyśmy się spektakularnie pokłócić, a i tak następnego dnia byśmy się kochali.
Kłócicie się?
- Nasze spory zawsze mają charakter dyskusji. To wojna na argumenty, z której często powstają nowe perspektywy widzenia różnych spraw.
I te spory nie przekładają się na program?
- W programie wchodzimy w pewne role, zakładamy sceniczny kostium, jeśli nawet sobie dogryzamy, to nie kłócimy się na poważnie. Czasem jednak mam wrażenie, że za bardzo zajmujemy się udowadnianiem, który z nas jest w danej sytuacji fajniejszy, który potrafi ładniej nastroszyć piórka. Gość siedzi przez trzy minuty na kanapie, patrzy na nas i zastanawia się, co on tu właściwie robi, skoro jest nam niepotrzebny. Buduje się taka dynamika, że to, co poza nami, staje się mało ważne. Sądzę, że dla niektórych widzów może to być niekiedy męczące.
Wymyślacie gagi w "Mamy cię"?
- W ogóle nie mamy z Szymonem styczności z częścią produkcyjną programu. Nie wymyślamy gagów, nie sugerujemy bohaterów. Wiemy tylko, kto będzie gościem w studiu, i razem z nim po raz pierwszy oglądamy materiał. Ma to swoje dobre i złe strony. Jak potem oglądam te wkręty, to myślę, że niektóre bym zrobił inaczej, że mnie to na przykład nie śmieszy. Potem myślę, że może nie było to zabawne, ale pokazało jakąś prawdę o człowieku. Na przykład Marcin Meller ujawnił się jako nieulękły patriota, który bez wahania szedłby na front umierać za ojczyznę. Albo Magda Boczarska ratowała człowieka na ulicy, mimo że spieszyła się na próbę. Chłopak zaczął pluć krwią, a ona zamiast odwrócić głowę, po prostu się nim zaopiekowała, rzucając inne zajęcia. To są dla mnie najfajniejsze momenty w "Mamy cię", a nie slapstickowe sytuacje, kiedy ktoś dostaje tortem w twarz.
Twoim zdaniem gwiazdy, które przewinęły się w programie, mają do siebie dystans czy nie?
- Większość tak. Jednak z tego, co do mnie dotarło, kłopot z wystąpieniem w "Mamy cię" mają pierwszoligowe nazwiska. Nasi ludzie próbują się dobijać na przykład do Krystyny Jandy i - co mnie zdziwiło - nikt z jej otoczenia nie chce się podjąć zadania wkręcającego, bo boi się, że pani Krystyna zwolni go potem z pracy. A może niesłusznie? Może będzie się przy okazji dobrze bawić? Myślę, że właśnie dlatego nie pojawiło się sporo nazwisk, na które widzowie liczą.
Chciałbyś, żeby wkręcono kogoś szczególnego? Prezydenta na przykład?
- Prezydenta to już Wojciech Amaro wkręcił albo raczej wykręcił ze swojej restauracji (śmiech). Hm, chciałbym, żeby wkręcili Szymona Majewskiego. To byłaby niezła puenta tego programu, gdyby pojawił się w nim ktoś, kto jest poniekąd wizerunkowym właścicielem formatu. Zwłaszcza że szalenie Majewskiego cenię i lubię, również prywatnie.
Boisz się, że ciebie wkręcą?
- Chcieli, żebym wkręcił Hołownię, a jemu powiedzieli, że w tej samej sytuacji on będzie wkręcał mnie. Ale lojalność zwyciężyła. W trzy minuty żeśmy się zgadali, że jest taki plan, i uknuliśmy inny. Że pójdziemy na to, ale w międzyczasie wkręcimy produkcję. Niestety, przejrzeli nasze zamiary. A gag, w którym wezmą udział Krzysztof Rutkowski i jego narzeczona, to właśnie ten, w którym mieliśmy wystąpić my.
Jak byś zareagował, gdyby cię wkręcili?
- Gdyby to była sytuacja, która w jakiś sposób wkracza w moją prywatność, gdyby się rozgrywała na przykład w moim domu albo z udziałem bliskich mi osób, tobym się wkurzył. Staram się trzymać tę przestrzeń poza dostępem mediów, więc na pewno bym się na emisję takiego materiału nie zgodził. Natomiast gdyby gag dotyczył tylko mnie, nie miałbym z tym kłopotu.
Nawet gdyby obnażał twoją najbardziej skrywaną słabość?
- Taką, że przebieram się za mówiącego kozła i chodzę wieczorami po parku Skaryszewskim, napadając staruszki? Właśnie ujawniłem teraz tę mroczną prawdę na swój temat, więc nie będzie już ona dla widzów żadnym zaskoczeniem.
Marcin Prokop. Dziennikarz, osobowość telewizyjna. W duecie z Dorotą Wellman prowadzi "Dzień Dobry TVN", a z Szymonem Hołownią "Mam talent" i "Mamy cię" (w niedzielę o godz. 20 w TVN). Skończył Wyższą Szkołę Ubezpieczeń i Bankowości w Warszawie, ale porzucił finanse dla mediów. Z sukcesami. Był m.in. redaktorem naczelnym "Machiny", "Przekroju" i "Filmu", jest laureatem Wiktora 2012 w kategorii Osobowość Roku. Prywatnie mąż Marii Prażuch-Prokop i tata Zosi.
Angelika Swoboda . Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.