Dlaczego na emeryturze zajęła się pani tak bolesnym tematem?
To nie pierwsza, ani ostatnia moja "impreza". Nigdy nie unikałam trudnych tematów. Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od przypadku.
Na emeryturze uznałam, że muszę zorganizować gruntowny remont Liceum Ogólnokształcącego nr II im. Stanisława Staszica w Tarnowskich Górach, w którym wcześniej pracowałam. Stary, przepiękny budynek! Ale strasznie był zaniedbany. O fundusze zwracałam się głównie do moich byłych uczniów, którzy mają dobrze prosperujące firmy. Mówiłam: "Mój drogi, w szkole ci się dobrze powodziło, więc może chciałbyś pomóc?". I udało się! Staszic został całkowicie odnowiony.
Z jednym z darczyńców, moim byłym uczniem, wiele rozmawialiśmy, zaufał mi i któregoś dnia zdecydował się opowiedzieć mi rodzinną tajemnicę. Historię babci, która mieszkała w Miechowicach – dzielnicy Bytomia, która przed wojną należała do Niemiec – a w 1945 roku została wielokrotnie zgwałcona przez "bohaterskich żołnierzy Armii Czerwonej" i usiłowała się zabić. Życie uratowała jej miejscowa lekarka.
Jak potem potoczyło się jej życie?
Jedyną córkę urodziła w 1938 roku. Jej mąż nie wrócił z wojny. Później ponownie wzięła ślub, ale nie miała więcej dzieci. "To, co zrobili jej Rosjanie, to była wielka tragedia całej mojej rodziny", powiedział mi jej wnuk.
"Samotna i winna – taka jest kombinacja. Żyjesz w przekonaniu, że nikt cię nie zrozumie, a może wręcz wykluczy ze społeczności, naznaczy czy jeszcze inne rzeczy się zadzieją, jeśli ktoś się dowie. To życie w wielkim cierpieniu" – tak stan psychiczny ocalałych kobiet opisała psychoanalityczka Wiola Rębecka-Davie, autorka książki "Rape: A History of Shame. Diary of the Survivors" - 197 rozmów z osobami, które doświadczyły gwałtu wojennego.
Właśnie to mnie zmobilizowało, by nagłośnić tragedię Ślązaczek, które zostały okryte hańbą w 1945 roku. Po śląsku - "gańbą". To słowo ma tutaj wielką moc! Oznacza poniżenie, jakiego nie sposób sobie wyobrazić.
Obdarcie z człowieczeństwa?
Dosłownie. Jesteś nic nie warta. Nic! Znam przypadek, kiedy mężczyzna zabił swoją żonę, dlatego, że zgwałcili ją Rosjanie, a potem odebrał też życie ich dzieciom.
Dramat śląskich kobiet wydarzył się za przyzwoleniem, a wręcz nakazem Józefa Stalina, który na jednej z odpraw powiedział swoim generałom tak: "Im bliżej jesteśmy zwycięstwa tym bardziej powinniśmy być brutalni".
Czerwonoarmiści mieli gwałcić kobiety mieszkające na terenach, które przed 1939 rokiem należały do Niemiec, a więc m.in. części Górnego Śląska, Dolnego Śląska, Pomorza. Wszystko po to, by pohańbić niemiecki naród.
Dramat zaczął się we wspomnianych Miechowicach, do których Rosjanie wkroczyli 25 stycznia 1945 roku. Po "wyzwoleniu" zgwałconych zostało kilkaset kobiet. Zwycięski pochód Armii Czerwonej zwiastował dla ludności cywilnej piekło. Żołnierze podbijali kolejną miejscowość, urządzali pijaństwo, lała się wódka, a potem zaczynali gwałcić. Wyłapywali kobiety na ulicach, wyciągali je z domów, hańbili na oczach mężów i ojców.
Impulsem do zajęcia się sprawą była rozmowa z byłym uczniem, a w jaki sposób posiadła pani wiedzę o tym, co spotkało Ślązaczki?
Między innymi za sprawą mojej byłej uczennicy Korneli Banaś, która pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Katowicach. Udostępniła mi wiele materiałów. Koszmar Ślązaczek opisują m.in. dr Bogusław Tracz i dr Sebastian Rosenbaum. Najbardziej wstrząsnęła mną skala okrucieństwa.
Christina Lamb w książce "Nasze ciała, ich pole bitwy. Co wojna robi kobietom" pisze, że po wojnie w Berlinie zgwałcona została "każda osoba płci żeńskiej".
Podczas konferencji naukowej, w której wypowiadali się wspomniani przez panią badacze IPN, pojawiła się informacja, że na terenie Górnego Śląska "w niektórych miejscowościach żołnierze Armii Czerwonej dopuszczali się gwałtów nawet na 90 proc. kobiet. W taki sposób traktowano nie tylko kobiety dorosłe, ale też 6-letnie dziewczynki".
Najstarszą ofiarą, o której wiemy, była 84-letnia niewidoma siostra zakonna Kostka Pelagia Koszutska, którą czerwonoarmiści gwałcili tak długo, aż straciła życie.
Kiedy do miasta czy wsi wchodzili radzieccy żołnierze, kobiety usiłowały się kryć na strychach i piwnicach.
Skąd wiedziały, co je czeka?
Joseph Goebbels nakazał machinie propagandowej III Rzeszy rozpropagowanie tego, co się wydarzyło w 1944 roku we wsi Nemmersdorf na terenie Prus Wschodnich, którą zajęli Rosjanie, a potem odbili Niemcy. W gazetach ale też kronikach filmowych, wyświetlanych m.in. w kinach w III Rzeszy, pokazywano zgwałcone tam kobiety i dziewczynki, które następnie zostały ukrzyżowane i przybite do ścian domów.
Taki przekaz, te obrazy, dotarły do wielu ludzi. Bywało, że mieszkanki miejscowości, do których zbliżali się Rosjanie, popełniały samobójstwa, a nawet zabijały własne swoje dzieci. Tak wielki był strach.
Moja babcia, która przez całe życie mieszkała w Brzezinach Śląskich, opowiedziała mi, jak siedmiu żołnierzy radzieckich zgwałciło młodą kobietę. Po wszystkim ten ostatni strzelił jej w głowę i zostawili ją w ogródku.
Gwałty często były zbiorowe, kobiety krzywdzono wielokrotnie, a mężczyźni, którzy próbowali stawać w ich obronie, byli zabijani. W każdej większej miejscowości byli też lekarze, którzy przeprowadzali u zgwałconych kobiet aborcję.
Na wspominanej konferencji pod auspicjami IPN była mowa o tym, że "władze komunistyczne wysłały na te tereny 45 ambulansów, w których usuwano ciąże będące efektem tych gwałtów".
Nie wszystkie kobiety się na to decydowały. Część z nich rodziła dzieci, które miały tak samo ciężki żywot jak ich matki. Społeczeństwo uważało je za "podciepów", czyli ludzi, którzy nie wiadomo skąd się wzięli.
Bękarty.
Naznaczone piętnem! W rodzinie, na podwórku, w szkole – wszędzie były traktowane jako gorsze.
Na Górnym Śląsku mieszkałam do 19. roku życia, a jednak "gańba" tutejszych kobiet to był temat, o którym prawie nic nie wiedziałam. O tym się nie mówiło.
Nic i nigdy! Temat nie istniał nie tylko w przestrzeni publicznej, ale też w domach. Zgwałcone kobiety nie miały wsparcia znikąd. A mnie bardzo zależy na tym, by wreszcie opowiedziano o ich krzywdzie.
W tym roku w Miechowicach powstanie ogromny mural upamiętniający tragedię śląskich kobiet. Prezydent Bytomia Mariusz Wołosz od samego początku był bardzo przychylnie nastawiony do tego pomysłu. Mamy już wytypowaną kamienicę, na której powstanie. Do udziału w konkursie na projekt muralu zaprosimy studentów Akademii Sztuk Pięknych.
Zastanawia mnie, czy panią, jako historyczkę, zaskoczyło to, czego dowiedziała się pani o gehennie Ślązaczek? Przecież w PRL-u nie nauczano o tym ani w szkole, ani na studiach…
Wszystko było kwestią tego, u kogo się studiowało. Ja studiowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie wykładała stara gwardia. Niczego się przed studentami nie ukrywało. W liceum również miałam wspaniałe nauczycielki – panią historyczkę i polonistkę – które uważały PRL za coś paskudnego i były odważne. Kto wtedy wiedział o układzie Ribbentrop–Mołotow? Wydawałoby się, że ludzie ze strachu by mdleli. A ja się o tym dowiedziałam w szkole średniej.
Jak wiele nocy już na emeryturze spędziła pani, czytając materiały o gwałtach na Ślązaczkach?
Bardzo wiele.
Miała pani potem koszmary?
Nie. Czułam tylko coraz to większą wściekłość, która mnie napędzała do działania. Dlatego założyłam stowarzyszenie "Stop!gwałtom". Początkowo chciałam je nazwać "Gańba", ale córka mnie przekonała, że to niedobra nazwa, ponieważ nie dla wszystkich będzie zrozumiała, a ponieważ kobiety są krzywdzone również dziś, m.in. w Ukrainie, to nazwa powinna być uniwersalna.
Wie pani, ja sama nie pochodzę ze Śląska. Rodzina mojej mamy pochodzi przecież z Kresów Wschodnich.
Nie jest pani Ślązaczką?!
Teraz już jestem. Ale "z wyboru".
A feministką jest pani od urodzenia?
Odkąd pamiętam, uważałam, że kobieta ma prawo robić w życiu to, co chce. I powinna być szanowana tak samo jak mężczyzna. Niezależnie od tego czy jest profesorem na uczelni wyższej, czy "siedzi w domu i tylko wychowuje dzieci". Być może dlatego, że urodziłam się jako szóste dziecko w rodzinie, a po mnie przyszła na świat jeszcze młodsza siostra, zawsze uważałam też, że mój los zależy ode mnie i że muszę być silna. Gwałty na Ślązaczkach ani mi się nie śnią po nocach, ani nie przeżywam rozpaczy: "Jezus Maria! Co za tragedia!". Ja się nie załamuję, tylko staram się zrobić wszystko, co mogę, żeby historia się nie powtarzała.
Pani jest historyczką z krwi i kości.
Nie angażuję się emocjonalnie, tylko działam! Całą energię wkładam w to, co jest do zrobienia i koniec kropka. Teraz zajmuję się też domem pomocy społecznej na osiedlu Przyjaźń w Tarnowskich Górach.
Dla tamtejszych pensjonariuszy również organizuje pani fundusze od byłych uczniów?
Jak na razie ja i moja przyjaciółka Ania dajemy własne pieniądze. Zaczęłyśmy działać w okolicach Bożego Narodzenia w 2022 roku, kiedy dowiedziałyśmy się, że niemal nikt z pensjonariuszy nie jedzie do rodziny na święta. To są ludzie, których nikt nie chce. Choć część ma rodzinę. Powiedziałyśmy kierowniczce: "Pomożemy wyprawić dla nich porządną Wigilię!". Tak samo było w ubiegłym roku.
Miesiąc w miesiąc zaopatrujemy też DPS w łakocie. Staramy się, żeby, co najmniej dwa razy w tygodniu mieszkańcy mieli do kawy ciasteczko (pani Alfreda uśmiecha się całą sobą – przyp. red.). Daje mi to ogromne zadowolenie.
Nie mogę wyjść z podziwu nad pani postawą życiową: umiejętnością zauważenia drugiego człowieka i dawania z siebie.
Kiedy ostatnio rozpływała się tak nade mną dietetyczka z DPS-u – która nawiasem mówiąc również jest moją byłą uczennicą – powiedziałam tak: "Robię to wszystko dla siebie. Ponieważ mam już tyle lat, że wkrótce umrę, a chcę iść do nieba i nikomu tam nie usługiwać, nawet świętemu Piotrowi, tylko śpiewać w anielskim chórze jako solistka. Muszę więc sobie na to zapracować". Mówię to całkiem poważnie.
Jest pani katoliczką?
Teoretycznie. W księży nie wierzę. W Boga tak.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Alfreda Garczarek-Bendkowska. Urodzona w 1937 roku historyczka. Ślązaczka "z wyboru". Założycielka Stowarzyszenia Stop!gwałtom. Wdowa po Erneście Bendkowskim. Mama dwóch córek oraz babcia wnuka i wnuczki.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


