Rozmowa
Niemowlę leżące na poduszce na stole, 1941 - 1942 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Niemowlę leżące na poduszce na stole, 1941 - 1942 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Kim były Stalinki? 

Tak nazywano na Warmii osoby, które urodziły się z wojennych i tych tuż po wojnie gwałtów radzieckich żołnierzy na miejscowych kobietach. Z tym określeniem spotkałem się, kiedy prowadziłem badania terenowe. Wtedy zdałem sobie sprawę, że lokalnym społecznościom sprawa jest nie tylko dobrze znana, ale także dokładnie wiedzą, kto urodził się z takich relacji i mają jeszcze potoczną nazwę na te dzieci.  

Na Warmii są więc Stalinki, na Górnym Śląsku – Porusy, a na Pomorzu są Ruski. Ale moim zdaniem te określenia nie są pejoratywne, tylko deskryptywne. Nie miały na celu stygmatyzacji, tylko nazywały w taki sposób dzieci, których ojcowie byli żołnierzami Armii Czerwonej. Stąd zdania typu: "Tutaj żył taki Rusek, bardzo kochany człowiek". Zupełnie inaczej było na Zachodzie, gdzie dzieci Francuzek, Holenderek czy Belgijek z żołnierzami niemieckimi określano bardzo negatywnie.  

Jak ta powszechna w społecznościach lokalnych wiedza ma się do konsekwentnego milczenia na ten temat? 

Pewien regionalista powiedział wprost, że doskonale wie, kto jest dzieckiem urodzonym z powodu wojny, ale nigdy mi tego nie wyjawi. Zresztą nie tylko on – nikt z tej miejscowości. To jest wiedza zarezerwowana tylko dla swoich, niedostępna dla obcych. Temat uznany jest za tabu, nie mówią o tym głośno. 

Dlaczego w XXI wieku ta wiedza jest nadal tak trudno dostępna? 

W przekonaniu lokalnych społeczności to jest rozdrapywanie ran i naruszanie sfery intymnej, czego publicznie nie powinno się robić. To zwyczajnie sprawa wstydliwa, o nich nie mówimy głośno. Mało tego, nie mówimy nawet osobom, których sprawa dotyczy – czyli w tym wypadku dzieciom. Milczenie spełnia niekiedy funkcję ochronną, przynajmniej w mniemaniu osób, które je wybierają. To jest coś, co powraca w wielu historiach osób urodzonych z powodu wojny: matka, rodzina i społeczność ukrywają wiedzę przed dzieckiem.  

Wiedzę – najczęściej – o gwałcie. 

Tak, kobiety były podczas drugiej wojny gwałcone masowo. W przypadku gwałtów dokonywanych przez żołnierzy radzieckich mieliśmy dwie fale, bo gwałcili, kiedy szli na Zachód, a potem gwałcili, kiedy wracali do ZSRR. Wszyscy w Polsce wiedzieli, co oznacza dla kobiet – Polek, Kaszubek, Mazurek, Warmiaczek czy Ślązaczek – nadejście czerwonoarmistów. 

Włącznie z zainstalowanymi w Polsce po wojnie komunistycznymi władzami. Władysław Gomułka i Jakub Berman wysłali nawet list do Stalina, w którym pisali wprost o masowym zjawisku gwałtów dokonywanych przez radzieckich żołdaków. 

Ale nie napisali go z troski o kobiety, tylko z dbałości o wizerunek partii. Uważali, zresztą słusznie, że przez to społeczeństwo polskie jest jeszcze bardziej wrogo nastawione do Związku Radzieckiego i komunizmu. Gwałty były tak powszechne, że władza nakazała używać w napływających z całej Polski raportach ezopowego języka, po to by nie pojawiały się w dokumentach informacje o tym, że gwałciciele to czerwonoarmiści.  

Uczestniczki powstania warszawskiego jako strażniczki po wyzwoleniu z obozu jenieckiego (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Mówimy o Armii Czerwonej, ale na Polskę 17 dni wcześniej napadł Wehrmacht. Bardzo zaciekawiło mnie w twojej książce wyraźne rozróżnienie w kontekście zarówno relacji seksualnych, jak i gwałtów między Niemcami a Rosjanami. Żołnierze radzieccy są generalnie opisywani jako "dzika swołocz", a żołnierze Wehrmachtu funkcjonowali jako kulturalni i przystojni. Można z tych opowieści kobiet, które przytaczasz, wysnuć wniosek, jakkolwiek strasznie to zabrzmi, że lepiej było być zgwałconą przez Niemca niż Rosjanina.  

Wynika to z tego, że historia nie jest czarno-białą opowieścią, a polski pejzaż wojenny był bardzo skomplikowany. Część Polski była wcielona do Rzeszy, część – Generalne Gubernatorstwo – nie była wcielona, ale zarządzana przez niemieckiego najeźdźcę, i w końcu mamy tereny zajęte przez ZSRR. Granice się nieustannie przesuwają, szczególnie na wschodzie – raz okupantem są Niemcy, raz Rosjanie. A jak jeszcze do tego dodać mozaikę etniczno-religijną II Rzeczpospolitej, wyłania nam się świat, w którym nie tak prosto jest powiedzieć, kto był wrogiem, a kto przyjacielem. Dysponujemy na przykład badaniami pamięci, z których wynika, że dla wielu mieszkańców wschodniej części przedwojennej II RP nadejście Niemców w 1941 roku było wybawieniem z koszmarnego totalitaryzmu radzieckiego. Opisywali oni Niemców jako kulturalnych, dobrze ubranych, czystych i przystojnych. Oczywiście perspektywa żydowska była inna. 

Świat, o którym piszesz, jest doprawdy niezwykle zagmatwany. To gratka dla historyka czy ból głowy? 

Kłopotliwe było już samo ustalenie, czego ja tak naprawdę szukam i co chcę opisać, bo kiedy zanurzyłem się w temat głębiej, okazywało się, że sprawy jeszcze bardziej się gmatwają i nie są wcale takie, jak się wydawało, że są. Interesujący mnie obszar badawczy jest częścią intensywnych studiów na Zachodzie od mniej więcej lat 90. XX wieku. Skupia się na relacjach kobiet z żołnierzami Wehrmachtu, także relacjach dobrowolnych, choć zawsze trzeba na nie patrzeć krytycznie z racji nierównej pozycji między na przykład Belgijką a niemieckim żołnierzem.  

Tymczasem w Europie Środkowo-Wschodniej druga wojna nie wyglądała tak jak na Zachodzie. Polki według nazistów miały znacznie niższy status niż Holenderki, Dunki czy Francuzki. Jak wspomniałem, już ustalenie granic terytorialnych moich badań było niełatwe, bo co znaczą granice Polski? Które granice? Polski przedwojennej, okupowanej, powojennej? A co z Polkami, które wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy? Dalej mamy oczywiście niemieckich i radzieckich okupantów, ale mamy też jeńców wojennych, a potem aliantów – z ich relacji z Polkami też rodziły się dzieci. Ostatecznie postanowiłem zająć się polskimi dziećmi urodzonymi z powodu wojny, czyli dziećmi, które miały matki Polki i/lub wychowywały się w komunistycznej Polsce. Ten drugi warunek był ważny szczególnie w sytuacjach, gdy matkami były polskie obywatelki wywodzące się z jednej z wcześniej wspomnianych mniejszości czy grup etnicznych. 

Badający ten temat mają, jak zauważyłem, różne definicje dzieci urodzonych z powodu wojny i poruszają się w różnych ramach czasowych. Jakie są twoje? 

To sugeruje już tytuł książki, gdzie nie mamy "dzieci wojny", ale "dzieci urodzone z powodu wojny". Za dzieci wojny uznaje się osoby, których dzieciństwo przypadło na czas konfliktu zbrojnego, więc wlicza się w nie także dzieci urodzone przed jego rozpoczęciem. Natomiast dzieci urodzone z powodu wojny to te, które zostały poczęte podczas wojny lub tuż po niej, kiedy tysiące cudzoziemskich żołnierzy stacjonowało w rozmaitych krajach, zanim powrócili oni do swoich domów. Na Zachodzie, szczególnie w Niemczech tę kategorię zaczęto coraz bardziej rozszerzać. Myślę, że było to spowodowane zapotrzebowaniem na znalezienie ofiar w narodzie sprawców. I tak dzieci urodzone przez Niemki czy Austriaczki, a spłodzone przez aliantów uznano za ofiary wojny. Za Besatzungskinder, czyli "dzieci okupacji" uważa się dzisiaj osoby urodzone w latach 50., a nawet 60., wszak na terenie byłej III Rzeszy armie okupacyjne przebywały jeszcze wiele lat po zakończeniu działań zbrojnych.

Dzieci polskie, które dotarły do formującej się Armii Andersa, 1942 r. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Na tej samej zasadzie można by uznać za dzieci wojny osoby urodzone ze związków ze stacjonującymi w Polsce do 1991 roku żołnierzami radzieckimi. 

Otóż to, dlatego nie mogę się na taki zabieg zgodzić. Byłoby to nieuczciwe w stosunku do dzieci urodzonych podczas drugiej wojny i zaraz po niej. A także wobec tych osób, które urodziły się w niezwykle tragicznych okolicznościach podczas bardziej współczesnych konfliktów, na przykład w Bośni i Hercegowinie czy Ruandzie. 

Te dzieci rodzą się głównie z gwałtów, ale też z relacji, co do których istnieje podejrzenie, że były dobrowolne: i z okupantem, i z jeńcami, i z aliantami, choć nigdy dość zaznaczania, że do tej dobrowolności w warunkach wojennych trzeba podchodzić ostrożnie. Jak ważne są te różnice z punktu widzenia dzieci? 

Znów – to skomplikowane, bo rodzajów relacji było bardzo dużo i zwykle trudno je z dzisiejszej perspektywy ocenić. Nigdy nie wnikniemy w motywacje dwojga osób, które w pewnym momencie zaczyna coś łączyć. Jedno można powiedzieć na pewno: dla dzieci ważniejsze jest to, jak one sobie te relacje wyobrażają, jeśli oczywiście w ogóle o nich wiedzą.  

A wyobrażają sobie prawie zawsze, że w przypadku ich rodziców była to relacja romantyczna, związek oparty na pozytywnych uczuciach między ich matką a danym mężczyzną – czy to żołnierzem, czy jeńcem, czy jeszcze kimś innym. To jest zwykle myślenie o miłości wbrew złu, które było podczas wojny powszechne. Takie myślenie potwierdzają badania we wszystkich krajach, w jakich je przeprowadzono. Potwierdzają to też moje badania, z których jasno wynika, że ojcowie są idealizowani, że jeśli ojciec był Niemcem, to na pewno tym dobrym Niemcem siłą wcielonym do wojska. I oczywiście, o czym już mówiliśmy, wszędzie występuje różnicowanie między Niemcami a Rosjanami – "na szczęście nie był to Ruski".  

Zgwałcone kobiety miały trzy wyjścia: dokonać terminacji ciąży, co władze komunistyczne po wojnie ułatwiają, oddać dziecko do domu dziecka albo wychować. I tu pojawia się figura dziecka jako "żywego przypomnienia" przemocy, rzecz straszna. 

To jest bardzo trudny temat, który wiąże się z integrowaniem tych dzieci w rodzinach i społecznościach. Co ciekawe, z opowieści dzieci wynika, że jeśli spotykała je jakaś przykrość w związku z okolicznościami ich poczęcia, to niemal wyłącznie ze strony rodziny.  

Niewiele wiemy o samych matkach, o tym, co myślały, bo praktycznie nie dysponujemy żadnymi źródłami bezpośrednimi. Jeśli już, to zdarzają się opowieści dzieci lub wnuków. Stąd znamy historię pewnej Polki, która była przez kilka dni gwałcona przez radzieckiego oficera. Po wielu latach powiedziała swojej wnuczce, że kiedy patrzyła na urodzone w wyniku tych gwałtów dziecko, przypominała sobie o doznanej przemocy i w związku z tym – to bardzo ważne zdanie – miłości do dziecka musiała się nauczyć. Podobne opowieści słyszymy dzisiaj od kobiet gwałconych podczas wojen w innych rejonach świata. I niestety, myślę, że to samo czeka teraz wiele Ukrainek gwałconych przez Rosjan. 

Różnica polega dzisiaj na tym, że są organizacje pomagające gwałconym kobietom, że zachęcają je do opowieści, do mówienia o swojej traumie bez poczucia wstydu, że prawo międzynarodowe uznaje gwałty za zbrodnię wojenną. To chyba ważna zmiana? 

Bardzo ważna i o niej także piszę w książce. Gwałcone kobiety i dzieci urodzone w wyniku tych gwałtów w tych bardziej nam współczesnych wojnach zabierają coraz częściej głos, działają na arenie międzynarodowej, mówią o tym, jak były i są dyskryminowane. Wojna w Ukrainie pokazuje po raz kolejny, jak ważny to problem. Myślę, że już rodzą się tam dzieci spłodzone przemocą przez żołnierzy rosyjskich. Aktywizm "zapomnianych dzieci wojny", jak siebie nazywają dzisiejsi trzydziestolatkowie urodzeni przez Bośniaczki w serbskich "obozach gwałtów", może przynajmniej pomóc w akceptacji nowego pokolenia osób urodzonych w tragicznych okolicznościach innych konfliktów zbrojnych. 

Piechota niemiecka w marszu na Leningrad (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Wojenne gwałty to niekończąca się historia? 

Kiedy pisałem książkę, miałem nadzieję, że zajmuję się, przynajmniej w Europie, historią, zamkniętym rozdziałem i zaraz potem wybuchła wojna w Ukrainie, i zaczęły do nas dochodzić kolejne informacje o gwałconych przez Rosjan Ukrainkach. Gwałt jako strategię wojenną stosuje się nieustannie w wielu innych miejscach świata: w Syrii, Iraku, Jemenie. Ale mamy też przykłady gwałtów dokonywanych przez żołnierzy sił pokojowych i urodzonych z tych gwałtów dzieci. Wojenne gwałty na kobietach nie chcą przestać być historią.  

Nie zmienia się również to, że zgwałcone kobiety są obwiniane o gwałt. 

W czasach, o których piszę, kobiety były obwiniane przez rodzinę, przez społeczeństwo, przez Kościół katolicki, przez lekarzy. Muszę przyznać, że szczególnie stanowisko polskich ginekologów bardzo mnie zdziwiło. Kiedy się czyta prasę branżową z 1946 roku, widać na przykład oskarżanie kobiet o to, że udają, że były zgwałcone. Lekarze postulują także ograniczenie dostępu do aborcji, co pokrywa się i z głosem Kościoła katolickiego, i komunistycznej władzy w tamtym czasie. Wcześniej, niemal przez cały 1945 rok, wszystkie te gremia milczały na temat gwałtów i aborcji.  

Kiedy ks. Jan Zieja chce założyć dom dla samotnych matek z dziećmi, nie tylko nie dostaje pomocy od Kościoła, ale także spotyka się wręcz z wrogością, a prowadzony przez niego dom nazywa się "siedliskiem grzechu" – tak postrzegano zgwałcone kobiety. 

Dr Joanna Ostrowska, zajmująca się przemocą seksualną podczas drugiej wojny i zapomnianymi ofiarami nazizmu, mówiła mi, że jej badania w Polsce długo lekceważono i zachęcano ją do ich zaprzestania. A jak to było u ciebie? 

Nie spotkałem się z takimi problemami jak Joanna, ale przyznaję, że kiedy prezentowałem swój pomysł na rozprawę doktorską, zewsząd dostawałem "dobre rady", że nic z moich badań nie będzie, bo nie ma do nich żadnych znaczących źródeł i nikt mi też nic nie opowie. Ze strony mężczyzn spotykałem się dodatkowo z czymś, co nazwałbym delikatnym uśmieszkiem – wraz z pytaniem, jak się czuję, zajmując się takimi "kobiecymi tematami". Nie bardzo wiedziałem, jak mam zareagować, więc odpowiadałem, że dziękuję, czuję się dobrze.   

Książka "Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny" do kupienia w Publio >>>

Jakub Gałęziowski. Doktor historii Uniwersytetu w Augsburgu i Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią mówioną i badaniami biograficznymi. Interesuje się aspektami etycznymi i rolą emocji w badaniach naukowych. Brał udział w kilkunastu projektach dokumentacyjnych, w tym kilku międzynarodowych. Nagrał przeszło 200 autobiograficznych wywiadów narracyjnych. Jest autorem książek opartych na źródłach mówionych oraz artykułów w czasopismach naukowych i opracowaniach zbiorowych. Współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Historii Mówionej i obecnie jego prezes. Członek zespołu redakcyjnego „Wrocławskiego Rocznika Historii Mówionej".  

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, "Wysokich Obcasów" i polskiej edycji "Vogue", gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka na wsi w Puszczy Knyszyńskiej.