Gdyby miała pani porównać swoje życie do jakiegoś dania, to…?
Byłby to rosół, bo wymaga różnorodności. Dobre gatunki mięsa, warzywa i przyprawy muszą być długo gotowane, żeby był naprawdę smaczny. Moje życie też ma różne odcienie i jest dobrze przyprawione.
W rosole, jak w życiu, powinna być harmonia. Jeśli damy za dużo marchewki, będzie słodkawy, jeżeli przesadzimy z przyprawami, też nie będzie dobry. W życiu też dobrze utrzymywać harmonię.
Lepiej nie przesadzać zarówno z pracą, jak i odpoczynkiem. W przyjemnościach też można się zatracić.
Zastanawia się pani czasem, czego w swoim życiu chciałaby pani uniknąć, gdyby miała taką możliwość?
Niczego. Uważam, że wszystko wydarza się po coś. Jestem w takim momencie, że mogę powiedzieć: jestem bardzo szczęśliwa.
Przekonałam się, że jeżeli coś idzie jak po grudzie, to znaczy, że powinnam odpuścić. Wsiadam w samochód, wyjeżdżam z domu i przebijam oponę. Wyjeżdżam więc później, bo trzeba wymienić koło, ale się nie złoszczę. Wiem, że wyjechałam później i było to po coś. Na przykład okazuje się, że na drogę zwaliło się drzewo. Mogło spaść na mój samochód.
Nauczyłam się, że nawet trudności czemuś służą. Wiem, że dobrze się z życiem nie kłócić, a także nie kłócić się w życiu.
Weźmy na przykład moje zawodowe rozstanie z Robertem Makłowiczem. Oczywiście było mi smutno i zadawałam sobie pytanie: dlaczego? Przecież byłam producentką jego programu kulinarnego i wkładałam w to dużo serca. Ale gdy rozstaliśmy się w 2007 roku, postawiłam na siebie. I dzięki temu od 16 lat mam w Polsacie własny program "Ewa gotuje", w którym dzielę się z widzami swoimi przepisami.
W tamtym momencie wydawało mi się, że to koniec świata. Zastanawiałam się, jak sobie poradzę, jak będę zarabiać na życie. A potem usiadłam i wymyśliłam siebie na nowo. Z perspektywy mogę powiedzieć, że to, że Robert postanowił swój program robić sam, było najlepszym zwrotem w moim zawodowym życiu. Dziś czuję do niego ogromną wdzięczność.
Nie buntuje się pani, gdy coś idzie nie po pani myśli?
Ale oczywiście, że się buntuję i denerwuję. Jednak wiem, że nie ma to sensu. Nerwy nam nie służą. Nie znaczy to oczywiście, że jestem wolna od złości czy że coś nie wyprowadzi mnie z równowagi. Ale wtedy staram się uspokoić oddechem czy uśmiechem, żeby złapać harmonię, która jest dla mnie kluczowa.
Wiadomo, że teraz się wymądrzam, a przecież to nie takie proste. Miałam jednak to szczęście, że takie podejście praktykowano u mnie w domu. Uczyli mnie tego rodzice. Powtarzali, żebym była zawsze miła, uprzejma i że pogoda ducha to podstawa w życiu. Tata zawsze mawiał: "Po co nosić do kogoś złość czy urazę?".
Co jeszcze wpajali pani rodzice?
Szacunek do przyrody, do zwierząt, do ludzi. Nauczono mnie też pracowitości. Rodzice tłumaczyli, że praca jest czymś dobrym. Jednocześnie tato nigdy nie pracował w niedzielę, choćby nie wiem, jaka burza szła i co w tym momencie leżałoby na polu.
Pani też nie pracuje w niedzielę?
Staram się. To czas dla mnie i dla rodziny. Totalny odpoczynek.
Wracając do pani rodzinnego domu...
Mieliśmy gospodarstwo rolne, które było głównie gospodarstwem mlecznym. Tata zajmował się też stolarką, rodzice robili wspólnie z drewna małe przedmioty użytkowe, uchwyty do mebli i szczotki w różnych rozmiarach. Gdy szli do warsztatu, szłam z nimi i im pomagałam. Dziś, gdy na planie programu trzeba wziąć młotek i coś naprawić, chłopaki z ekipy się śmieją, że najlepiej ze wszystkich młotkiem władam ja. Podobnie z wiertarką. Gdy jako dziecko byłam tylko w stanie utrzymać narzędzia, tata od razu uczył mnie, jak się nimi posługiwać. Jestem niezależna, ale to nie do końca jest dobre, ponieważ czasem trzeba dać się wykazać męskiej energii.
Żyliście skromnie?
Raczej tak. Ale jadaliśmy bardzo dobrze. W sklepach był tylko ocet, a my mieliśmy własne kury, mleko, sery i masło. Co pewien czas robiliśmy też świniobicie, więc były też dobre mięsa i wędliny. Wszystko nieprzetworzone i zdrowe. Jesienią robiliśmy przetwory z warzyw, kompoty i dżemy na zimę. Dzięki pieniądzom ze stolarki mogliśmy sobie pozwolić na różne ekstrarzeczy. Na przykład przed studniówką tata powiedział: "Jedziemy do butiku w Tarnowie, żeby ci kupić ładną kreację".
Pamięta ją pani?
To była czarna bluzka z bufiastymi rękawami i cekinami, a do niej w komplecie spódnica do ziemi zdobiona falbanami. Żałuję, ale ten strój gdzieś przepadł.
Tak sobie myślę, że nie miałaby pani problemu, by się w niego dziś zmieścić.
Bez problemu bym się zmieściła, bo spódnica była na gumce.
Co przeniosła pani z rodzinnego domu do swojego?
Na pewno jakość jedzenia. Do dziś wspominam smak domowej jajecznicy na słoninie - dzisiaj zjadłam na śniadanie taką ze świeżo zebranymi kurkami. W domu nauczyłam się też robić majonez.
Mieszkam w Krakowie, ale mam też dom pod Babią Górą, gdzie w zaprzyjaźnionej bacówce kupuję świeże mleko i jajka. Traktuję je jak wielki rarytas. Mam też własną szklarnię, w której hoduję ogórki i pomidory. Właśnie zbieram porzeczki i agrest.
Nie potrafi pani leniuchować? Od studiów pani na siebie zarabia.
Zaczęłam studiować technologię żywności w Akademii Rolniczej w Krakowie w 1989 roku. To był czas wielkich zmian. Rodzice dawali mi, ile mogli, czyli płacili za akademik i wydzielali kieszonkowe. A ja chciałam coś sobie kupić, pójść do kina czy wyjechać z przyjaciółmi w góry. Na to już nie starczało, więc zaczęłam dorabiać. Sprzątałam po imprezach w klubie studenckim, opiekowałam się dzieckiem znajomych, a raz w tygodniu chodziłam do prof. Bocheńskiej z Akademii Sztuk Pięknych. Sprzątałam jej całe mieszkanie i piekłam ciasta na weekend. Gdy kończyłam, pani profesor zakładała białą rękawiczkę i sprawdzała, czy wszystko dobrze posprzątałam. To uczyło pokory i dokładności.
Poznawała pani także wtedy tajniki makijażu.
W tamtych czasach nie było sieci kosmetycznych, nie miałam nawet tuszu do rzęs. Zresztą moja mama w ogóle się nie malowała, więc tych umiejętności nie wyniosłam z domu. Na studiach wygrałam konkurs na najmilszą studentkę Akademii Rolniczej. Aktorka Dorota Pomykała, która była jurorką tych wyborów, po imprezie koronacyjnej powiedziała do mnie: "Dziewczyno, przyjdź do mnie na warsztaty aktorskie". Tam zafundowała mi makijażystkę i zrobiła mi pierwszą w życiu sesję zdjęciową.
Jak teraz patrzy pani na tytuł "najmilszej"?
Wtedy kojarzył mi się z zabawą i przyjemnością. Dziś nieco inaczej. Byłam nie tylko miła, lecz także grzeczna, bo tak zostałam wychowana. Dzisiaj już wiem – bo przeczytałam masę książek psychologicznych – że grzeczna dziewczynka powinna też być mądra i powinna umieć stawiać granice. Moje wychowanie spowodowało, że później dopiero się tego uczyłam – i nie zawsze mi to dobrze wychodziło. A niektórzy to wykorzystywali.
Już pani potrafi stawiać granice?
Bardzo chciałabym pani odpowiedzieć, że tak, ale do końca chyba jeszcze tak nie jest. Ciągle nad tym pracuję i uważam, że na własny rozwój nigdy nie jest za późno. Ostatnio na przykład nauczyłam się, że trzeba eliminować z otoczenia toksycznych ludzi. Szkoda energii i czasu, bo przeważnie takie osoby manipulują innymi dla własnych korzyści, nie zwracają uwagi na drugiego człowieka.
Coś mi się wydaje, że dziś mogłaby pani konkursu na najmilszą studentkę nie wygrać.
Może i tak.
A czy mówiono pani, że jest pani ładna, zgrabna i że powinna to pani wykorzystać?
Pod tym względem byłam rozpuszczona od dziecka. Od rodziców, brata czy kuzynostwa bez przerwy słyszałam, że jestem ładna. W tym wyrosłam i się nad tym nie zastanawiałam. Już jako nastolatka na koloniach w Nieporęcie zostałam Miss Kolonii i wróciłam do domu z szarfą.
Gdy startowałam w kolejnych konkursach, nie zastanawiałam się, czy wygram albo czy komuś coś udowodnię. Po wyborach na najmilszą studentkę koledzy mówili mi: "Masz potencjał i powinnaś go wykorzystać". Pomyślałam: spróbuję.
Stąd pani udział w kolejnych konkursach?
Zgłosiłam się do wyborów Miss Małopolski i je wygrałam. A potem nastąpił ciąg przyczynowo-skutkowy: po prostu zapraszano mnie na kolejne konkursy piękności. Same w sobie nie były dla mnie celem, ale pragnęłam zdobywać doświadczenie i podróżować. Wychowałam się w czasach, kiedy trudno było dostać paszport, dlatego konkursy piękności były dla mnie oknem na świat. Po zdobyciu tytułu Miss Polonia nie minął miesiąc, a już szykowałam się na wyjazd do Londynu, a potem do RPA. Byłam też w Korei Południowej, reprezentowałam Polskę na targach turystycznych w Berlinie i w Paryżu.
Jak pani patrzy na konkursy piękności?
Oglądanie piękna leży w naturze człowieka. Jakkolwiek strasznie to zabrzmi, lubimy patrzeć na piękną przyrodę, architekturę, kobietę czy mężczyznę. Gdy zobaczę na ulicy ładnego chłopaka lub pięknie ubraną, atrakcyjną kobietę, zwrócę na nich uwagę. Teraz, kiedy rozmawiam z panią, patrzę na piękną Babią Górę. Dlatego wybudowałam dom właśnie tutaj, by mieć ten zjawiskowo piękny widok.
Bywały momenty, że uroda pani ciążyła?
Gdy zaczęłam pracę jako sekretarz prasowa premiera Waldemara Pawlaka, oceniano mnie wyłącznie w kategoriach byłej miss. Był moment, że bardzo mnie to dotykało, bo nie było istotne to, co mam do powiedzenia czy jaką mam wiedzę. Zdałam sobie jednak sprawę, że nie mam wpływu na opinię innych. Odpuściłam. Po prostu robiłam swoje.
I dlatego zajęła się pani gotowaniem na ekranie?
Do kuchni ciągnęło mnie od dziecka. Uwielbiałam gotować i piec ciasta. Sprawiało mi to ogromną przyjemność. Ale właśnie to udział w konkursach piękności otworzył mi drogę do telewizji. W latach 90. potrzebowano w niej ludzi pięknych i mądrych. Inaczej niż dzisiaj, kiedy szuka się raczej takich, którzy zrobią coś dziwnego. Drogę do własnego programu otworzyły mi, poza wyglądem, wiedza i profesjonalizm. Na targach turystycznych w Berlinie zauważył mnie pracownik telewizji Polsat Krzysztof Kowalczyk i zaproponował, żebym przyszła na próbne zdjęcia. Spodobałam się i dlatego jestem jedną z pierwszych zatrudnionych 30 lat temu w Polsacie osób.
Telewizja absolutnie mnie urzekła. Wiedziałam już, że chcę robić własny program i że ma być związany z kuchnią.
Świetnie się to pani udało! Program "Ewa gotuje" jest najdłużej robionym programem kulinarnym w naszej telewizji.
Zapewne dlatego, że od lat podaję w nim dobre, sprawdzone przez siebie i proste w przygotowaniu przepisy. Każdą recepturę osobiście wcześniej testuję. Poprawiam, dosmaczam i powstaje danie, które z powodzeniem samemu można zrobić w domu. Jeśli ktoś zrobił chleb według mojego przepisu i mu się udał, nabiera do mnie zaufania. Poza tym mój program jest prawdziwy. Nagrywam go w moim domu, w mojej własnej kuchni, a nie w studiu telewizyjnym. Nie odgrywam żadnej roli, co pewnie również jest dla widzów ważne.
Dlaczego zdecydowała się pani pokazywać swoją kuchnię?
Autentyczność jest dla mnie niezwykle ważna. Zresztą przekonała mnie do tego Nina Terentiew, którą nazywam kulinarną mamą. Początkowo nie wiedziałam, gdzie nagrać pilotażowy odcinek, więc zrobiłam to w swoim mieszkaniu, jeszcze w bloku w Krakowie. Nina to zobaczyła i powiedziała: "Nie szukaj innego miejsca, bo widzę, że najlepiej czujesz się u siebie w domu". Posłuchałam jej. W efekcie program kilka razy przeprowadzał się razem ze mną.
Wiem, jak wyglądają produkcje telewizyjne, więc obawiam się, że każda z pani kuchni podczas takiego nagrania ucierpiała.
To nieuniknione, na planie jest 15–16 osób. Raz ktoś z oświetleniowców statywem obił ścianę, innym razem komuś spadło coś ciężkiego na podłogę i ubił kamień. Zarówno przed nagraniem programu, jak i po nagraniu muszę wyjątkowo dokładnie wysprzątać dom.
Na szczęście nauczyła się tego pani dzięki testowi białej rękawiczki.
To prawda. Niestety, jestem gadżeciarą i mam w kuchni za dużo rzeczy. Do nagrania muszę ją solidnie odgracać.
Po zdjęciach ekipa pewnie od razu rzuca się na dania?
Powiem tak: tego, co ugotuję, zawsze jest za mało. Ale nie ma się co dziwić, członkowie ekipy podczas nagrania patrzą na to, co gotuję, i chłoną wszystkie zapachy, więc nie mogą się doczekać, żeby to zjeść. Jak tylko skończymy ujęcie i zdjęcia, wszystko znika błyskawicznie.
Co my, Polacy, najbardziej lubimy jeść?
Kiedy otworzyliśmy się na podróżowanie i zaczęliśmy lepiej zarabiać, przestaliśmy wozić ze sobą konserwy i zaczęliśmy jeść to, co jada się w innych rejonach świata. Zmieniła się też zawartość półek sklepowych. Jeszcze parę lat temu trudno było kupić świeży imbir, mleko kokosowe, awokado czy egzotyczne owoce. Kilka dni temu byłam na zakupach w Zawoi [wieś w województwie małopolskim – przyp. red.] i okazało się, że nie ma problemu z kupieniem tam sosu sojowego czy glonów do kuchni azjatyckiej. To zmienia nasze gotowanie.
Podpatruję, co gotują inni, i uważam, że na pewno jemy lżej niż przed laty, częściej wybieramy ryby. Kilka dni temu wrzuciłam na social media filmik z przepisem na placki z cukinii, banalny, bardzo stary. Wystarczy na grubej jarzynowej tarce zetrzeć cukinię, dodać jajka, cebulkę, czosnek, trochę koperku i smaczne placki gotowe. Miał rekordową oglądalność. Wydaje mi się, że najbardziej lubimy nieskomplikowaną kuchnię, bo brakuje nam czasu na długie gotowanie.
Czegoś pani w kuchni wciąż nie potrafi zrobić?
Na pewno jest wiele takich rzeczy, mimo że mogę mówić o dużym doświadczeniu kulinarnym. Wyzwaniem wciąż jest dla mnie kuchnia japońska, chociaż byłam w tym kraju i potrafię dobrze przygotować podstawowe sushi.
Niebawem zobaczymy 500. odcinek pani programu.
Nie tylko 500. odcinek, ale i cały nowy sezon "Ewa gotuje" będzie bardzo ciekawy, bo po raz pierwszy pokażemy kulisy programu. W jednym z odcinków w sposób niezaplanowany wystąpił mój sąsiad z Zawoi. Nagrywaliśmy, jak gotuję zupę ziemniaczaną w ogrodzie, i nagle on zaczął kosić trawę. Wzięłam więc gotową zupę i poszłam do niego, żeby go poprosić o chwilę przerwy.
Niedawno skończyła pani 53 lata...
I bardzo lubię swój wiek. Żyję w zgodzie ze sobą i uważam, że dawno nie byłam w tak świetnej formie. Lepiej słucham swojego ciała.
Na koniec powiem jeszcze pani coś, co może nie wypada grzecznej dziewczynce wychowanej do stania w kącie. Otóż uważam, że jak na swoje lata bardzo dobrze wyglądam. Nie chcę udawać, że jestem młodsza, bo byłoby to zakłamywanie rzeczywistości, a prawda jest dla mnie ważna. Chcę pokazywać, że w tym wieku można się uśmiechać i lubić swoje siwe włosy. To dla mnie odkrycie ostatniego roku, bo długo ich nie miałam. I wcale nie zamierzam ich farbować.
Naprawdę?
Ładnie rozpromieniają moją twarz.
Zauważam jednak, że dziś potrzebuję więcej regeneracji niż przed laty. Wczoraj zrobiłam bardzo długą wycieczkę rowerową, więc dzisiaj odpoczywam. O ile dawniej mogłam spokojnie nie przespać nocy i następnego dnia luzy-rajtuzy, o tyle teraz już jest ciężej. Mimo to jeszcze w tym roku planuję zdobycie kilku szczytów Tatr i kolejny raz wejść na Babią Górę.
Ewa Wachowicz. Producentka, dziennikarka, prezenterka telewizyjna. Autorka programu "Ewa gotuje" w Telewizji Polsat. Miss Polonia 1992 i III wicemiss świata. Jest pasjonatką wspinaczki górskiej. Zdobyła większość szczytów Koron Wulkanów Ziemi. Ma domy w Krakowie i pod Babią Górą.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.
