Rozmowa

Panie Henryku...

- Zamierza mnie pani pytać o picie?

O różne rzeczy. O aktorstwo, o raka, no i o picie też.

- To w porządku. Bo jak panią interesuje tylko picie, to od razu możemy się pożegnać.

Nie tylko. Zacznijmy od początku. W książce "Zygzakiem przez życie" opowiada pan, że od dziecka był rozrabiaką.

- Byłem, i to potwornym. Wie pani, to były czasy bez komputerów, wychowywało mnie podwórko. Pole Mokotowskie w Warszawie, obok którego mieszkałem, nie wyglądało tak jak dziś. Było zalesione i my się tam bawiliśmy. Wchodziliśmy na brzozy i graliśmy w berka, robiliśmy petardy z opiłków żelaza i długich zapałek. Pomagał nam kolega, którego ojciec był myśliwym.

Henryk Gołębiewski (fot. Piotr Wachnik)

I tyle? To pan nie był rozrabiaką, tylko normalnym, pełnym energii chłopakiem.

- A pani chodziło o to, że byłem rozrabiaką, który wyszedł na podwórko i dał komuś w mordę? Nie... Ale na przykład wiązaliśmy sznurkiem klamki sąsiadujących ze sobą mieszkań, pukaliśmy do jednych i drugich, a potem patrzyliśmy, jak sąsiedzi się ze sobą mocują, który silniejszy. Potem sznurek przecinaliśmy i uciekaliśmy.

Szuka pani jeszcze większego rozrabiaki? Rozmawiamy w Centrum Łowicka. Tutaj zawsze był dom kultury, mieszkańcy przychodzili się spotkać, porozmawiać. I my też. Kiedyś wbiega tu nasz kolega z zakrwawionym nosem. Pytamy go krótko: - Gdzie? On na to: - Na Odyńca. Stąd na Odyńca jest parę minut. Wybiegliśmy w te pędy, zbierając po drodze innych chłopaków.

Żeby go pomścić?

- Oczywiście!

Wyrósł pan z tego?

- Jak widać!

Jakim jest pan dzisiaj człowiekiem?

- Spokojnym. To musiało się zmienić. Żona, dziecko.

A gdyby dziś znów trzeba było kogoś pomścić, toby pan poszedł?

- No a jak! W obronie kogoś, komu się krzywda dzieje - oczywiście! Sam, bez powodu, to ja nikogo nie zaczepiam. Przepraszam bardzo, ja, jak już mówiłem, jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Aż nadspokojnym! Nie widać tego po mnie?

Mnie się pan wydaje temperamentny. Jak ten rozrabiaka, którym pan był, trafił do filmu?

- Na nasze podwórko przyjechał świętej pamięci Janusz Nasfeter, reżyser i scenarzysta. Dzisiaj jest kompletnie zapomniany, a przecież tworzył wspaniałe filmy. U niego zagrałem swoją pierwszą rolę w "Abel, twój brat". Wie pani, teraz są castingi, a kiedyś ekipa jechała w teren, wybierała grupkę dzieci i zabierała je na zdjęcia próbne.

Janusz Nasfeter od razu pana zauważył?

- Żeby to było takie proste... Musiałem nauczyć się w domu jednego tekstu, potem, już w studiu, drugiego. I je powiedzieć. Później przechodziłem tzw. próbę płaczu. W tym byłem mocny. Byłem najmłodszy z wielodzietnej rodziny, miałem pięciu braci i trzy siostry, na zawołanie płakałem! Ale akurat na tej próbie nie chciało mi się płakać, tylko śmiać. Ale podchodzi pan Janusz i mówi: - Heniek, mama ci zmarła. I mnie wtedy złamało.

Inna sprawa, że potem nie chciałem u niego grać, bo mnie obraził. Przemogłem się, ale z bólem.

Henryk Gołębiewski (fot. Piotr Wachnik)

I poszedł pan jak burza. "Wakacje z duchami", "Podróż za jeden uśmiech" i "Stawiam na Tolka Banana". Pamięta pan, ile płacono dziecięcym aktorom?

- Dostawałem 350 złotych za jeden dzień zdjęciowy. To było sporo. Ludzie mówili potem, że pomagałem rodzeństwu.

A było tak?

- Weźmy pod uwagę, że jak ja poszedłem do filmu, to moi dwaj starsi bracia już pracowali. Ojciec był malarzem pokojowym, na brak roboty nie narzekał. Rodzice założyli mi książeczkę mieszkaniową, ale gdzieś się to rozeszło. Pieniądze mnie wtedy nie interesowały, zresztą do dzisiaj tak jest. To była dla mnie bajka, cudowna zabawa. Że mogłem z plejadą gwiazd zagrać?! Ludzie kochani! Ja?! Coś wspaniałego.

Roman Wilhelmi ostrzegał pana i innych młodych aktorów, żeby tylko wam "syfon nie odbił".

- To był wspaniały człowiek, dawał nam też różne rady dotyczące gry. Tylko że wtedy gra nie była dla mnie pracą... Dopiero teraz tak do tego podchodzę. A wie pani, na czym ta praca dzisiaj polega?

Na czym?

- Na czekaniu. Kiedy ja zagram, kiedy ja zagram... Daniel Olbrychski na przykład siada, wyciąga książkę i spokojnie czeka, aż go poproszą na plan.

A pan?

- Kiedyś rozwiązywałem krzyżówki, teraz wolę sudoku. Z czasem mi się zmieniło. Niedługo będę obchodził 50-lecie grania w filmie. Ładnie brzmi!

Zobacz wideo Jennifer Coolidge wraca na salony [MUSIMY O TYM POGADAĆ]

Ładnie. Choć w tym graniu miał pan parę lat przerwy.

- Chyba po prostu zostałem zaszufladkowany. Wielu było takich aktorów, chociażby Janusz Gajos. Ktoś powiedział: - On już nie będzie grał, czy co? Nie wiem.

Brakowało panu kina?

- Nie. Ja już wtedy pracowałem w Instalu, w grupie remontowo-budowlanej. Skończyła się zabawa i tyle. Trzeba było wziąć się do roboty. Pracowałem też w energetyce, kable kładłem, nieraz przez cały dzień nie zdążyłem się wysikać. Ale fajnie było. Aż kiedyś przyszedł ten dzień, że zostałem bez pracy. I wtedy z "Faktu" zadzwonili.

I co?

- Powiedziałem im o tym, a oni napisali, że nie mam z czego żyć. Teściowa przyjechała z torbami. Pytam: - Ania, na ile przyjechałaś? Ona, że na sobotę i niedzielę. - To będziesz się miała w co przebierać - mówię. - Skąd, ja wam jedzenie przywiozłam. Przeczytałam w gazecie, że nie macie. Otworzyłem lodówkę, pokazałem jej pełne półki. Przecież moja żona wtedy pracowała! A ile ja dostałem maili, ile wsparcia. Obcy ludzie pisali: - Heniek, ile ci potrzeba na życie? Dam ci.

Budujące.

- Ale nie brałem. Ja mam dwie ręce, poradzę sobie. Wtedy skontaktował się też ze mną mój obecny szef. Dał mi pracę w swojej firmie zajmującej się klimatyzacją, jestem w niej do dziś. On mnie rozumie. Gdybym u innego robił, toby powiedział: - Albo praca, albo granie. A on daje mi wolną rękę. Jak mam zdjęcia, daję mu wcześniej znać. - Heniek, idziesz - mówi. On też się interesuje aktorstwem, bratnia dusza. Zresztą prowadzimy razem kabaret.

W książce pojawia się stwierdzenie, że przez 20 lat był pan na marginesie życia.

- Na jakim marginesie? Pracowałem, robiłem wiele ciekawych rzeczy, to jaki to margines? Wie pani, tyle się działo, że moim życiem można by parę osób obdzielić. Ale to nie znaczy, że byłem na jakimś dnie. Owszem, piłem, nie miałem też pracy, byłem człowiekiem wolnym. A jak człowiek nie ma pracy, to o głupotach myśli. Jak pracuje, na głupoty nie ma czasu...

Henryk Gołębiewski (fot. Piotr Wachnik)

A opowie mi pan, jak zmierzył się pan z rakiem?

- Żonaty już wtedy byłem, dziecko miało się pojawić na świecie, a tu rak. Miałem zapchany nos, myślałem, że to może polipy. Poszedłem do lekarza, a ten mówi: - Panie Heniu, to jest prawdopodobnie rak. - Słucham?! - nie wierzyłem. Dał mi skierowanie na badania, dostałem wyniki. Rzeczywiście, rak. Jakbym obuchem dostał.

Miał pan myśl: "No to się, Heniek, doigrałeś"?

- Pomyślałem: - Heniek, nie ma cię. Nie ma cię. Ale zaraz potem: - Heniek, inni z tego wychodzą, dlaczego ty miałbyś nie wyjść? Mam w sobie coś takiego, że potrafię się skoncentrować na jednej rzeczy, a całą resztę odrzucić. Może to dzięki filmowi. Uczy się człowiek do roli, uczy, zagra i na drugi dzień trach - nie pamięta. Reset. Może mi to pomogło.

I pokonał pan raka.

- Ja wiem, czy pokonałem? Nie wiem, czy jestem całkiem zdrowy. Ale czuję się dobrze, dziękuję. Jak walczyłem z rakiem, dostałem propozycję zagrania w teatrze w sztuce "Czerwony Kapturek. Ostateczne starcie". Byłem akurat w szpitalu, to sobie ten tekst ćwiczyłem. Chodzę po korytarzu, idzie pani ordynator i mówi: - Panie Heniu, ale pan to powinien leżeć. - Pani ordynator, co pani? Ja to już kombinuję, jak na dyskotekę się wyrwać - odpowiadam.

Potem okazało się, że ja w tej sztuce mam śpiewać. No gdzie? Ja nawet przy goleniu nie śpiewam. A tu, niech sobie pani wyobrazi, każą mi śpiewać szanty, rap i balladę. Całe szczęście nie samemu. Ćwiczyłem i jakoś poszło.

Henryk Gołębiewski (fot. Piotr Wachnik)

Wystąpił pan w trakcie terapii?

- Ja miałem tylko naświetlania. Oczywiście, co musieli, to mi wycięli. Pani patrzy, troszeczkę prawej brwi nie mam. Zrobili otwór przez nos, dostali się do środka i poszło. Blizna mi tylko została. Dużo szczęścia miałem.

I będę miał. Wie pani, że ten rok jest Rokiem Małpy? A w Roku Małpy szczęście będzie sprzyjać Bliźniętom. Ja jestem spod Bliźniąt. To będzie mój rok, już widzę, jak mi się poprawia. Gram w "Świecie według Kiepskich", w "Drugiej szansie", teraz książkę wydałem.

Jest pan optymistą, choć był taki moment, że niemal w jednym czasie stracił pan narzeczoną i rodziców.

- Tak było. Ale wie pani, ja sam jestem świadomy tego, że w każdej chwili mogę zasnąć i umrzeć. Bardzo wrażliwy jestem natomiast, gdy chodzi o śmierć dziecka. Od razu czarna rozpacz. Mnie nie byłoby co opłakiwać, swoje przeżyłem, wypadam. Jeżeli dziecko umiera, to jest żal, to jest naprawdę tragedia.

Nie czuje się pan doświadczony przez życie?

- Upadki i wzloty mam w życiu jak każdy. Nie żałuję ani jednej jego sekundy.

I nie nachodzi pana czasem myśl, że gdyby pan się urodził w innym kraju, to byłby pan wielką gwiazdą?

- Eee, domy z basenem to nie dla mnie. Choć podobno po mojej roli w "Abel, twój brat" pojawiła się jakaś propozycja z zagranicy. I opinia, że taki ze mnie utalentowany aktor. Ale ponoć ktoś za mnie zdecydował, że nie będę robił kariery w innym kraju. Czy tak rzeczywiście było? Dzisiaj to już nieważne. Cieszę się z tego, co robię. I mam nadzieję, że będę dalej robił.

Co pan czuł, gdy wrócił pan rolą w "Edim"?

- Zacząłem grać na nowo już w 1996 roku u Izabeli Cywińskiej w "Bożej podszewce". Potem były różne epizody i znów, jak w sytuacji z Nesfeterem, pomógł mi przypadek. Albo szczęście. Byłem wtedy, zresztą nadal jestem, w agencji aktorskiej u Jerzego Gudejki. Pani Mira, moja agentka, zadzwoniła do mnie i powiedziała mi, że jest casting do filmu "Edi". - Może byś poszedł - zaproponowała. No i poszedłem. Dali mi karteczkę, walnąłem tekst i dobra.

I dostał pan tę rolę.

- Nie tak szybko. Był telefon do agencji, że teraz jeszcze jeden casting i próbne zdjęcia. No dobra, to znów poszedłem. A po nim następny, że mam przyjść na trzeci casting. I dopiero po nim dostałem rolę. Główną.

A po niej spadł na pana deszcz świetnych recenzji i wyróżnień. Posypały się też propozycje?

- A skąd! Właśnie po "Edim" trafiłem do szufladki. Że mogę grać tylko menela. Niektórym się pewnie wydawało, że przebieram w scenariuszach, a ja miałem bardzo długą przerwę.

No, ale znów pan gra. Nadal sprawia to panu przyjemność?

- Tak, bo to jest mój żywioł. Jestem szczęśliwy. Prywatnie też. Moja córka ma dziś siedem i pół roku, mówią, że jest podobna do mnie. To, że trafiłem na takiego człowieka jak mój szef, to też pozytywna iskierka. Dobra gwiazda nade mną czuwa. Mogę iść na czołowe zderzenie z samochodem i wiem, że on mnie nie przejedzie.

Lepiej tego nie sprawdzajmy.

- Pani wie, że ja jestem szaleńcem? Powiem pani krótko i na temat, bo nie drążyła pani wątku picia: Kiedyś trafiłem do białego domku, czyli na przymusowe leczenie. Coś mi odbiło, znalazłem się w szpitalu, a potem na odwyku. Wystarczy. Tego nie ma w książce.

Jest o hazardzie. Podobno ciągnęło pana do picia i gier, tak samo jak pańskiego ojca.

- Z hazardem to jest, wie pani, tak: raz się przegrywa, raz się wygrywa. Kiedyś na przykład wygrałem pięć tysięcy na automatach. Ale już nie gram. Odpuściłem. Za to mój ojciec naprawdę był hazardzistą. Namiętnie grał na wyścigach konnych na Służewcu. Zabierał mnie ze sobą. Nieraz szybko biegłem, żeby wycofać zakład.

W tamtych czasach już sam zarabiałem pieniądze, i to zanim zagrałem w filmie. Z szopką się chodziło, makulaturę i butelki się zbierało, chodziło się na korty i podawało piłeczki. Różne rzeczy się robiło.

Dzisiaj już pan tak nie musi.

- Nie muszę. Gram, pracuję. No i mamy z szefem ten kabaret, jak już pani mówiłem. Razem piszemy teksty i razem gramy. Nazywa się kabaret "Ro-pa". Roman, czyli mój szef, tak wymyślił. Dobrze, że na siebie trafiliśmy.

Autobiograficzna książka Henryka Gołębiewskiego do kupienia na Publio.pl >>>

Henryk Gołębiewski (fot. Piotr Wachnik) i okładka książki o jego życiu

Henryk Gołębiewski. Aktor telewizyjny i filmowy. Stworzył świetne kreacje w serialach dla młodzieży: "Podróż za jeden uśmiech", "Wakacje z duchami" i "Stawiam na Tolka Banana". Do grania wrócił pod koniec lat 90. W 2002 roku zagrał główną rolę w filmie "Edi", zbierając świetne recenzje. Mieszka z żoną Marzenną i córką Różą w Warszawie na Mokotowie. Właśnie ukazała się jego biografia "Zygzakiem przez życie".

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

(fot. Publio.pl)