Rozmowa
Leszek Kuczerski na Monciaku (Angelika Swoboda)
Leszek Kuczerski na Monciaku (Angelika Swoboda)

Ile czasu zajmuje narysowanie karykatury?

Wystarczy 10 minut. Zwłaszcza gdy model ma w twarzy coś charakterystycznego. Nos, zęby, policzki… Ołówek wtedy sam mi chodzi w ręku, mam sporo radości i z rysowania, i z efektów. Mija zaledwie pięć minut i gotowe.

Ale przy mało wyrazistych osobach muszę posiedzieć dłużej, nawet 15–20 minut. I jeszcze potem cieniować, żeby wydobyć z człowieka jakiś charakter. Najgorzej, jak ktoś ma twarz rozmytą, bez charakterystycznych cech czy rysów. A proszę mi wierzyć, że są takie twarze. Nie wiem wtedy, do czego się przyczepić. Idę bardziej w portret.

U pani na przykład zwróciłbym uwagę na policzki.

Oj, to chyba nie chcę. A tak poważnie, proszę powiedzieć, czy kobiety są dziś szczególnie przewrażliwione na punkcie swojego wyglądu?

A właśnie, że panie wcale się nie obrażają. Ktoś ma wory pod oczami? Trudno. Zresztą panowie zachowują się podobnie. Jest łysy? To tak go rysuję. Ja nie robię wymuskanych portretów, to satyra.

O, jaki fajny chłopak właśnie obok nas przeszedł. Ale byłby wdzięcznym obiektem do karykatury.

Czasem panie wysyłają mi na przykład swoje akty i proszą, żebym narysował z tych zdjęć karykaturę. Albo zamawia mnie ekipa balująca na jachcie, żebym skarykaturował po kolei wszystkich uczestników imprezy. Jestem też zapraszany na firmowe spotkania suto zakrapiane alkoholem. Tam niektórym puszczają hamulce i padają naprawdę niesmaczne komentarze dotyczące cudzego wyglądu. Jak już przeginają, zbieram kredki i mówię: „Dziękuję bardzo, to ja już wychodzę". Nie chcę tego słuchać.

Leszek Kuczerski i jego karykatury (Angelika Swoboda)

Od dawna rysuje pan satyryczne portrety na ulicy?

Zacząłem w latach 90. Na początek pojechałem do Berlina, bo pomyślałem, że tam jest mieszanka ludzi z całego świata. Wiele różnych twarzy, duże pole do popisu dla karykaturzysty. I tak było.

Kiedyś rysowałem Niemca, z zawodu kucharza, rubasznego człowieka, którego pasją było zbieranie własnych karykatur. Miał ich ponad 200 z całego świata, w tym ze Stanów czy z Ameryki Południowej. U mnie zamówił kolejną. Spodobał mu się sposób, w jaki go narysowałem, i zapowiedział, że dorzuci tę karykaturę do swojej kolekcji.

Żeby malować na berlińskiej ulicy, musiałem dostać pozwolenie w wydziale dróg i mostów miejscowego urzędu. Policjanci często przychodzili i sprawdzali, czy mam stosowne dokumenty. Tu, w Sopocie, formalności załatwia się na większym luzie. Dostaję pozwolenie na cały sezon. Od początku czerwca do końca sierpnia.

Który to już pana sezon w Sopocie?

Ten jest 22.

Dlaczego woli pan pracować tutaj niż chociażby w Niemczech?

Mam słabość do Sopotu i do Monciaka. Poza tym w Niemczech w pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie. Zaczęły działać gangi i podczas akcji policji dilerzy rzucali nam, ulicznym artystom, pod krzesła paczuszki z narkotykami. Niech tylko któryś z nas spróbowałby taką paczuszkę wziąć, to pewnie skończyłby z nożem w plecach.

Zatrzymuje się przy nas kobieta z dzieckiem. – Obserwuję pana od paru dobrych lat, bo mieszkam w Sopocie. Muszę sobie wreszcie zamówić u pana karykaturę, bo pan jest tutaj już postacią kultową. Może uda mi się przyjść wieczorem – mówi.

Szybko wrosłem w krajobraz Sopotu. Ludzie się już do mnie przyzwyczaili. Niektórzy codziennie przychodzą i patrzą. „Co pan ma nowego?" – pytają.

Czyli pośmiać się z innych lubimy. A z siebie? Mamy do siebie dystans?

Mamy, i to naprawdę ogromny! Już jak ktoś zdecyduje się usiąść na moim krześle, to znaczy, że ma do siebie spory dystans. I odwagę – nie boi się mojego satyrycznego spojrzenia. Oraz zainteresowania przechodniów, bo ono zawsze jest. A takich, którzy siadają na moim krześle, jest kilkoro dziennie.

Leszek Kuczerski podczas pracy (Angelika Swoboda)

Często jest tak, że rodzina namawia kogoś, żeby usiadł do karykatury. Albo idzie para, chłopak namawia dziewczynę, mąż żonę. Ona najpierw nie chce, ale w końcu kapituluje i jest zadowolona.

Starsi czasem nie wiedzą, co to jest karykatura, dopytują. I nie bardzo rozumieją, jak im tłumaczę. Ale za to młodzi rozumieją moją konwencję doskonale. Są wyluzowani, bezpośredni, kontaktowi. Nie widzę u nas problemu z poczuciem humoru, dystansem czy autoironią. Dostrzegam za to spory problem z podejściem do alkoholu.

Może pan powiedzieć coś więcej?

Niestety, wciąż nie umiemy pić. Polak po alkoholu często wchodzi w agresję. Od razu pojawia się jakiś powód do kłótni. Podchmieleni Szwedzi czy Norwegowie spacerujący Monciakiem śmieją się i żartują. A Polacy stają się agresywni.

Najwięcej rysuję właśnie Norwegów, to moi główni klienci. Są bardzo wyluzowani. Siadają całymi rodzinami i każdy zamawia swoją karykaturę. Na koniec zostawiają sute napiwki. Dla Skandynawa 60 czy 70 zł za karykaturę to żaden wydatek. A bawią się świetnie. Często po sezonie w Sopocie, gdy wracałem do domu, mogłem przeżyć zimę właśnie dzięki Skandynawom i ich hojności.

Niestety, w tym roku jest ich o wiele mniej niż zwykle.

Po tylu latach potrafi pan już wyczuć, kto da się sportretować?

Wie pani, ja obserwuję przechodniów i już z daleka wiem, kto by sobie karykaturę zamówił, a kto nie. Widzę, w jaki sposób ludzie patrzą na moje rysunki, jak reagują. Smutasy, a i takich widuję, raczej nie podejdą.

Jacek Karnowski w karykaturze Leszka Kuczerskiego (mat. prasowe) , Leszek Kuczerski przy pomniku misia Wojtka (arch. prywatne)

Pewnego razu sam usiadłem na moim krześle, żeby zobaczyć, jak to jest z drugiej strony. Rysował mnie kolega.

I jak było?

Dziwnie. Ludzie patrzyli to na kartkę, to na mnie, to na kartkę, to na mnie. Komentowali, śmiali się. Czułem się trochę jak zwierzątko w zoo. Tym bardziej doceniam tych, którzy się decydują, żeby ich narysować.

Niektórzy klienci, jak na koniec widzą efekt mojej pracy, to pękają ze śmiechu. Kiedyś jeden gość tak się śmiał, że spadł z krzesła. To jest dla mnie niesamowita nobilitacja i przyjemność. Bardzo lubię, jak ludzie, którzy spacerują smutni, na widok moich karykatur zaczynają się śmiać. I dalej idą już weseli.

Czy ktoś karykatury nie wziął, bo uznał, że źle wygląda?

Raz przyszła babcia z wnuczką. Zapłaciła, posadziła dziewczynkę na krześle i patrzyła. Ledwie zacząłem rysować, nie zrobiłem nawet jednej porządnej kreski, babcia szarpnęła wnuczkę za rękę i mówi: „Idziemy, w ogóle niepodobna". Pieniądze musiałem oddać.

A innym razem mężczyzna usiadł do portretu, narysowałem go i pokazuję mu karykaturę, a ten spojrzał i aż odskoczył. Widzę iskry w jego oczach i rozczarowanie. Coś jest nie tak, myślę. Karykaturę ostatecznie wziął, ale niechętnie. Powiedział, że to jego wina, bo się nie zorientował, że jestem karykaturzystą.

Mój kolega po fachu rysował kiedyś czarnoskórego turystę. Postać na rysunku była praktycznie cała czarna. W tej czeluści świeciły tylko na biało gałki oczne modela. Cudzoziemiec zobaczył efekt, złapał się za głowę i krzyczy: „To ja? To naprawdę ja? Nie płacę, oddaj mi pieniądze".

Leszek Kuczerski i jego karykatury (arch. prywatne)

Jak to się skończyło?

Kolega oddał mu połowę tego, co model zapłacił. Ale targowali się chyba z godzinę. A ja słuchałem i turlałem się ze śmiechu. Karykatura była naprawdę bardzo śmieszna, niesamowicie się udała. Ja chyba nie dałbym rady takiej narysować. 

Ale generalnie ludzie chodzący Monciakiem są bardzo wyluzowani. Mają wakacje, więc są mało drażliwi. Ciekawostka – coraz częściej przychodzą do mnie opiekunowie psów ze swoimi pupilami.

Zwierzętom też pan rysuje karykatury?

Rysuję, a jakże. I ze zdjęć, i na żywo. Niektóre nie mogą usiedzieć w miejscu, bez przerwy się wiercą. Ale są takie, które poważnie pozują, niczym ludzie. Mówi się psu, że ma spojrzeć w prawo, to on patrzy w prawo. Prosi się, żeby spojrzał w lewo, to patrzy w lewo. Śmiechu jest co niemiara.

Nie przeszkadza panu, że ludzie patrzą panu na ręce?

Skąd, to mi wręcz pomaga, jeszcze bardziej mnie nakręca. Rysuję wtedy szybciej i pewniej. Potrzebuję tego tworzącego się zwykle wokół mnie wianuszka ludzi, którzy komentują moją pracę i rozśmieszają modeli. Ktoś rzuca: "Coś się panu nos nie zmieścił na kartce" albo: "Chyba pyra poznańska, bo nos taki duży", a reszta się śmieje.

Swoją karykaturę okrasił pan ogromnym nosem. Dużo większym, niż pan ma.

Mam do siebie dystans, uwielbiam się z siebie śmiać. Widzi pani ten rysunek, na którym Zbigniew Ziobro ciągnie mnie do więzienia?

Prace Leszka Kuczerskiego na Monciaku (Angelika Swoboda)

Widzę, ale raczej mnie nie bawi. Spotyka się pan z atakami osób, którym się pana rysunkowe żarty z polityków PiS nie podobają?

Nierzadko. Jest jeden taki człowiek, który pisze na mnie donosy do urzędu, bo nie podoba mu się, w jaki sposób karykaturuję Jarosława Kaczyńskiego. „A czemu pan Tuska nie rysuje?" – pytają. Wtedy pokazuję jego mały portret, który wisi z boku. „Niech pan duży zrobi!" – słyszę. Albo: „Jak pan może ojca Rydzyka z diabłem przedstawiać? I jeszcze pod kościołem pan siedzi".

Kiedyś narysowałem karykaturę Roberta Biedronia. Stał przed swoim gabinetem – a był wtedy prezydentem Słupska – i w rękę całował go biskup. Pani sobie nawet nie wyobraża, co to się wtedy działo!

Co takiego?

„Jak biskup może całować dłoń tego człowieka!" – słyszałem. W końcu musiałem karykaturę zdjąć. Parę miesięcy temu ktoś złożył nawet na mnie doniesienie do prokuratury. Prokurator popatrzył na moje rysunki, zaczął się śmiać i sprawę zamknął. 

Jest we mnie pewien rodzaj artystycznej złości. Jak zwolennicy PiS mnie krytykują, jak na mnie krzyczą, to rysuję tych ich ulubionych polityków z jeszcze większą złośliwością.

Moim ulubionym modelem jest Jarosław Kaczyński. Zresztą jego karykatury świetnie się sprzedają. Problem mam z ministrem Przemysławem Czarnkiem – nijak nie mogę u niego znaleźć czegoś charakterystycznego. A moja ulubiona karykatura to ta Freddiego Mercury’ego. Oryginału Fredka nikomu nie sprzedam.

Leszek Kuczerski (arch. prywatne) , Karykatura Leszka Kuczerskiego (mat. prasowe)

Od dziecka jest pan zafascynowany rysunkiem?

Na plastyce niespecjalnie mi się podobało. Nauczycielka kazała nam malować na przykład martwą naturę, a ja miałem zacięcie do portretów, do satyry. Na lekcjach rysowałem karykaturki nauczycieli i dostawałem od nich po łapach drewnianym piórnikiem albo linijką. Koledzy dopisywali przy ich podobiznach sprośne komentarze, a wszystko było na mnie.

W domu natomiast rysowałem portrety rodziców. Nigdy karykatury. Potem, już jako nastolatek, zacząłem jeździć na plenery malarskie. Jestem samoukiem. Za wszystko, co zarobiłem, kupowałem albumy i książki o malarstwie. Malowałem, rzeźbiłem.

Zatrzymuje się dwóch mężczyzn. – Przyjdę do pana po obiedzie, to jeszcze grubszy będę. Da się mnie jakoś wyszczuplić? – pyta jeden. – Mogę z pana zrobić Arnolda Schwarzeneggera – odpowiada karykaturzysta.

Wie pani, czasami, jak kogoś znam, lubię, to chcę zrobić szczególnie dobrą karykaturę. Wtedy się spalam i zwykle nie jestem zadowolony z efektu. Lepiej mi karykatura wychodzi, jak człowieka nie znam.

Jesienią i zimą odpoczywa pan od ludzkich twarzy?

Zimę spędzam zazwyczaj w mojej pracowni w Bydgoszczy, gdzie rysuję karykatury do gazet i książek. Ale przyznam się pani, że tęsknię wtedy za Sopotem.

Leszek Kuczerski. Portrecista, karykaturzysta. Właśnie wydał album „Wokół polityki 3" z wierszami Mirosława Rymarza. Mieszka w Bydgoszczy.