19 stycznia 1996 roku na warszawskim Tarchominie zamordowano 22-letnią Jolantę Brzozowską. Sprawcą zbrodni okazało się troje maturzystów: Monika Osińska, Robert Gołębiowski i Marcin Murawski. Wróciłeś do tej głośnej historii, żeby zwrócić uwagę na Monikę Osińską. Jest pierwszą kobietą skazaną w Polsce na dożywocie. W swojej najnowszej książce "Historia na śmierć i życie" dowodzisz, że dostała tak surowy wyrok, ponieważ jest kobietą.
Monika Osińska ma dzisiaj 46 lat. W wieku 18 lat brała udział w potwornej zbrodni i tak samo jak dwóch pozostałych sprawców została skazana na dożywocie. Uważam, że sąd działał pod presją opinii publicznej i mediów. Biegli w trakcie trzymiesięcznej obserwacji psychiatrycznej stwierdzili, że Monika nie miała ani skłonności przywódczych, ani skłonności do agresji. Nie była też głęboko zdemoralizowana.
Tymczasem dziennikarze widzieli w Monice bezwzględną morderczynię, czarownicę, królową zbrodni, agresywną i głęboko zdemoralizowaną "Osę". W artykułach relacjonujących śledztwo i proces sądowy powtarzało się zdanie: "Monika Osińska i jej dwaj koledzy". Jedna z dziennikarek, dziś najpopularniejsza w Polsce autorka kryminałów, opowiadała nawet, że "w dzień była to normalna dziewczyna, a zmieniała się w nocy". No potwór!
Przypomina to opis rodem z horroru.
Z filmu czy literatury znamy figurę mężczyzny, który morduje. Robi to z różnych przyczyn: z miłości, dla pieniędzy albo żeby zaspokoić jakieś perwersyjne potrzeby. Kobieta, jeśli morduje, to najczęściej swojego domowego kata, który ją maltretuje. Jesteśmy wtedy skłonni taką kobietę usprawiedliwiać, mówiąc: dźgnęła dziada, bo sobie na to zasłużył.
Natomiast kiedy kobieta morduje poza domem, jesteśmy przerażeni. Bo wychodzi ze swojej kobiecej roli, robi coś, czego kulturowo robić jej nie wolno. Wchodzi na obszar zarezerwowany dla mężczyzn. Kobieta ma być przecież łagodna i dobra, ma dbać o życie i je pielęgnować. Kobieta, która zabija, wychodzi z jakiejś normy, co ludzi jednocześnie przeraża i fascynuje. Dlatego dziennikarze ekscytowali się płcią Moniki, produkując na jej temat różne nieprawdziwe newsy.
Ty bierzesz ją w obronę.
Nie biorę jej w obronę, niczego nie usprawiedliwiam. Okrutnie zabito młodą kobietę. To po pierwsze. I najważniejsze. Przedstawiam swój pogląd na tę sprawę. Czyli na nowo odczytuję fakty. Można się z tym moim odczytaniem zgadzać bądź nie. Jednak podobnie jak ja, uważa wielu ekspertów.
Monika za swój udział w zbrodni już zapłaciła. Odsiedziała 27 lat. Uważam, że skazano ją niesprawiedliwie i zbyt surowo, ponieważ jej rola w tym przestępstwie była mniejsza niż pozostałych sprawców. Nie dlatego, że Monika Osińska nie dotknęła ofiary i nie miała w ręku narzędzia zbrodni, ale dlatego, że pojawiły się wątpliwości, czy szła do Joli z zamiarem zabójstwa, czy nie. Nie można ich było rozwiać. Tam było słowo przeciwko słowu.
Cała trójka poszła do mieszkania Joli, by ją okraść. Yogi – jeden ze sprawców, ten, który znał ofiarę i szedł do niej z zamiarem pozbawienia ją życia – zeznał najpierw, że Monika wiedziała tylko o planach rabunku. Potem zmienił wyjaśnienia i twierdził, że szła, by zabić. Sąd jemu dał wiarę, pomysłodawcy tej zbrodni, nie Monice. Pozostaje też wątpliwość, czy Monika dała kolegom sygnał do pierwszego uderzenia ofiary. Jeden z kolegów twierdził, że tak, ona sama mówiła jednak, że nie. Podobno trzy razy mówiła, żeby Joli nie uderzać. Sama więc widzisz, że mamy słowo przeciwko słowu.
Sąd powinien rozstrzygnąć wątpliwości na korzyść oskarżonej?
Oczywiście. A tak nie zrobił. Właśnie na tym buduję przekonanie, że Monika Osińska nie zabiła, co nie znaczy oczywiście, że była niewinna. Kiedy koledzy zaatakowali Jolę, nie przeszkodziła im. W tym czasie zajmowała się szabrowaniem rzeczy w pokoju obok i w kuchni. Nie wezwała także pomocy – ani w trakcie zdarzenia, ani potem, gdy wyszli z mieszkania ofiary. Monika czuje się za to zdarzenie odpowiedzialna i – jak podkreślam – zapłaciła już bardzo surową karę.
Z mieszkania Joli Brzozowskiej sprawcy ukradli 400 zł, dwa telefony, pagery, magnetowid oraz biżuterię. Mówili potem, że potrzebowali pieniędzy na studniówkę. Po zabójstwie we troje poszli na pizzę.
W żaden sposób nie umniejszam tej zbrodni. Bez wątpienia była bestialska. Zginęła młoda kobieta, która miała przed sobą całe życie. Monika była wtedy wyrośniętym dzieckiem, które właśnie skończyło 18 lat i znalazło się o niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Wersja, że zabiła, jest równie uprawniona jak ta, że nie zabiła. Moniki Osińskiej nie trzeba lubić. Mam tylko nadzieję, że ci, którzy przeczytają moją książkę, zgodzą się, że zapłaciła już za to, co zrobiła.
28 marca 2023 roku Monika Osińska wyszła na wolność. Zmieniła imię i nazwisko, żeby całkowicie zerwać z przeszłością.
Została warunkowo przedterminowo zwolniona, co oznacza, że przez kolejne 10 lat będzie pod dozorem kuratora sądowego. Zdaniem sądu penitencjarnego jest osobą całkowicie zresocjalizowaną. A moim zdaniem dokonała tego sama, bo polskie więzienie nie jest miejscem, gdzie odbywa się resocjalizacja. Przeciwnie, odbywa się tam systemowa desocjalizacja, zwłaszcza wobec osób z długimi wyrokami. Nikt nie ma również pomysłu na to, co zrobić z kobietami skazanymi na dożywocie.
Monika pisze w więzieniu dziennik. Notuje, co je, wspomina o telefonach do rodziny, która nie zawsze ma czas, by z nią porozmawiać. Mnie chyba najbardziej porusza wyznanie, że kiedy ma urlop, spędza go za kratkami, bo nie wie, co mogłaby wtedy robić.
Tymi zapiskami chciałem pokazać, jak upływał Monice czas. Ale to nie jest książka o więzieniu, raczej o tym, że od któregoś momentu kara dożywotniego więzienia służy tylko i wyłącznie naszej zemście.
Naszej, czyli?
Społeczeństwa i działającego w jego imieniu państwa.
Piszesz, że kobietom jest w więzieniu trudniej. W czym się to przejawia?
Kobiety w porównaniu z mężczyznami mają trudniejszy dostęp do edukacji i płatnej pracy. Są dyskryminowane. Jako przykład przytoczę chociażby widzenia intymne, do których prawo mają mężczyźni, o ile zdaniem dyrekcji więzienia zachowują się dobrze. W przypadku kobiet podobno robi się wszystko, żeby takich spotkań nie było, bo osadzona może zajść w ciążę. A to byłby kłopot dla więzienia i Służby Więziennej. Jeśli jednak kobieta, która z wolności przyjdzie na widzenie ze skazanym, zajdzie z nim w ciążę, to nic się nie dzieje, bo nie jest to problem więzienia. Taka kobieta może pozwać ojca dziecka o alimenty, on pewnie nie będzie mógł ich płacić, więc będzie je płacić państwo. Gdyby w ciążę zaszła osadzona, o dziecko musiałoby się martwić więzienie.
Kobiety odbywające karę nie mogą też spotykać się z innymi kobietami.
Tak twierdziła Monika: gdy Służba Więzienna dostrzeże związek między dwiema kobietami, to się je rozdziela. Nie robiłem szerokich badań na ten temat, dostrzegłem jednak, że system penitencjarny kontroluje dosłownie każdy oddech więźnia, każdą jego myśl i czynność fizjologiczną. Mam pretensje, że w więzieniu nadzorowano moje rozmowy z Moniką. Uważam, że to nie było konieczne, a pokazywało jedynie, że osadzona nie jest panią własnych myśli i słów, że muszą one podlegać cenzurze. Dlatego sporo rozmów odbyliśmy, gdy Monika już wyszła na wolność.
Ile obecnie kobiet odsiaduje w Polsce wyrok dożywocia?
Kilkanaście. A mężczyzn ponad pół tysiąca.
Zdaniem Moniki warunki, w jakich przebywają, bardzo się zmieniły od czasów, kiedy ona była w więzieniu. Sama była szturchana, szykanowana i molestowana. Dzisiaj do wszystkich skazanych mówi się "proszę pani" i darzy się je większym szacunkiem.
Kiedy Monika wychodziła na warunkowe zwolnienie, funkcjonariusze więzienni życzyli jej powodzenia i dobrego życia. Nie było między nimi niechęci czy pretensji.
Jak Monika Osińska radzi sobie na wolności?
Jest świadoma swojej winy. Uważa, że gdyby nie poszła do mieszkania Joli, to jej koledzy też by tego nie zrobili i Jola żyłaby do dzisiaj. Z zagubionego, samotnego dziecka wyrosła na dojrzałą kobietę. Pracuje, taki zresztą warunek postawił sąd, wypuszczając ją na wolność. Chodzi też na terapię. Myślę, że każdy człowiek po tak długiej izolacji potrzebuje psychoterapeuty.
Monika nie jest niebezpieczna. Kocha zwierzęta, jest pracowita. Próbuje żyć, choć nie jest jej łatwo. Uczy się funkcjonowania w zupełnie innym świecie. Gdy poszła do więzienia, nie było ani telefonów komórkowych, ani galerii handlowych. Statystyki mówią, że większość osób z długimi wyrokami trafia z powrotem do więzienia. Monika jest zdeterminowana, by tam nie wrócić. Odnoszę wrażenie, że odkąd wyszła na wolność, Jola jest przy niej intensywniej niż wtedy, gdy musiała koncentrować się na swoim przetrwaniu w więzieniu. W głębi sumienia ta sprawa nigdy nie będzie dla niej skończona. Monika czuje się odpowiedzialna, że nie przeszkodziła napaści na Jolę, że nie wezwała pomocy. Codziennie sobie mówi: "A przecież Jola nie żyje".
Napisała wzruszający list do rodziny Joli, w którym przeprasza za to, co zrobiła.
Monika napisała ten list już po decyzji sądu penitencjarnego. Uznała, że to właściwy moment, ale zrobiła to bez specjalnej nadziei na przebaczenie.
Wiesz, co się dzieje z Robertem Gołębiowskim i Marcinem Murawskim?
Ja w książce nie wymieniam ich nazwisk. Obaj mężczyźni skazani za to morderstwo nie życzyli sobie rozmowy ze mną, więc nie chciałbym o nich szczegółowo opowiadać. Z tego, co mi wiadomo, dalej odsiadują wyrok dożywocia.
Sąd penitencjarny, który wypuszczał Monikę na wolność, przyznał, że jej udział w przestępstwie był mniejszy niż dwójki jej kolegów. Jestem przeświadczony, że oni również dostali zbyt surową karę. Uważam, że nie wolno skazywać nastolatków na dożywocie. Sąd wydaje taki wyrok, gdy nie widzi absolutnie żadnych szans na poprawę skazanych. Nigdy w przyszłości. A przecież sędziowie nie mieli boskich zdolności, żeby stwierdzić to z całą pewnością. Troje maturzystów zostało zdiagnozowanych jako poczytalni i niezaburzeni. Odebranie nastolatkom szansy na poprawę było nieludzkie. Można w tym momencie zadać pytanie: a czy to, co oni zrobili, było ludzkie? Tak, niestety, to, co oni zrobili, było bardzo ludzkie.
Twoja poruszająca książka nie powstałaby, gdyby nie Lidia Ostałowska, wyjątkowa reporterka, którą zainteresowała historia skazanej na dożywocie kobiety. Była pierwszą dziennikarką, z którą Monika Osińska zgodziła się porozmawiać. Zmarła w 2018 roku, a ty postanowiłeś tę historię dokończyć.
Lidia Ostałowska jest drugą bohaterką mojej książki, chciałem jej w ten sposób oddać hołd. Była wielką reporterką i gdyby nie ona, pewnie nie zwróciłbym uwagi na informacje o kobiecie skazanej na dożywocie. Po raz pierwszy spotkały się jesienią 2013 roku w więzieniu na Grochowie. Lidka zaczęła wtedy dokumentować tę historię i przez prawie cztery lata spotykała się z Moniką Osińską. Skorzystałem z jej zapisków. Przyjaźniliśmy się z Lidką i często opowiadała mi o spotkaniach z Moniką. "To dziewczyna wrobiona w zabójstwo" – mówiła.
Czemu Monika wycofywała się z rozmów z Lidią? Czemu rezygnowała z książki?
Bo tego oczekiwała od niej rodzina, a kontakt z bliskimi był dla niej jedynym pomostem do świata i nie chciała go zrywać. Uszanowała wolę rodziny, jednak po śmierci Lidki zmieniła zdanie i dzięki temu ta książka mogła powstać.
W twojej opowieści nie mogło zabraknąć Krzysztofa O., szwagra Jolanty Brzozowskiej, byłego Rzecznika Praw Ofiar. Jego kariera zakończyła się sensacyjnie – został skazany za handel dziećmi i czerpanie korzyści z prostytucji.
Po zabójstwie Joli Krzysztof O. założył Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni. Owinął sobie dziennikarzy wokół palca, miał ich na jeden telefon, a oni puszczali w gazetach, radiu i telewizji to, co im przekazywał. Wyglądało na to, że miał obsesję na punkcie Moniki. To on mówił: "Osa i jej dwaj koledzy".
Jaki płynie morał z "Historii na śmierć i życie"? Że nigdy do końca nie wiemy, kto jest zabójcą, a kto ofiarą?
Chyba jest ich wiele. Na przykład taki: nikt, także dziennikarze, jeśli nie znają dokładnie jakiejś sprawy, nie powinni oceniać spraw kryminalnych i potem postanowień sądów. Drugi wniosek: prawo powinno być pisane nie przez polityków, ale przez ekspertów, kryminologów, prawników karnistów, psychiatrów sądowych, specjalistów od resocjalizacji. Politycy często działają pod publikę, by zdobyć głosy wyborców. Na niczym przecież tak łatwo nie zbiera się poparcia jak na strachu przed bestiami. A to nie bestie zabijają ludzi, tylko ludzie.
Autopromocja: Książka Wojciecha Tochmana "Historia na śmierć i życie" do kupienia w formie elektronicznej w Publio.
Wojciech Tochman. Reporter, pisarz. Autor książek, m.in. "Pianie kogutów, płacz psów", "Jakbyś kamień jadła" czy "Dzisiaj narysujemy śmierć".
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


