Skończyłaś międzynarodowe prawo i ekonomię, jednak od lat zajmujesz się zawodowo pomaganiem Polakom, którzy nie poradzili sobie w Holandii. Ile jest takich osób?
Pomagam Polakom, ale też Litwinom, Bułgarom, Rumunom czy Węgrom. Fundacja Barka, w której pracuję, uratowała już wiele osób. Miesięcznie jest ich kilkadziesiąt. Z naszego najnowszego raportu wynika, że około 30 proc. emigrantów wraca dzięki nam do swojego kraju. Kupujemy im jedzenie na drogę i bilety, a zanim wyjadą, szukamy im dachu nad głową i zapewniamy posiłki.
Co ciekawe, Barka powstała w Polsce ponad 30 lat temu. Najpierw pomagała bezdomnym i osobom z uzależnieniami, a potem poszerzyła swoją działalność na Holandię, Belgię, Irlandię, gdzie wspiera emigrantów z Europy Wschodniej. Wiesz, są też tacy, którzy jednak nie chcą skorzystać z naszej pomocy i zostają na ulicy na kilka kolejnych lat.
Jak radzą sobie Polacy na emigracji?
Wielu wciąż pracuje na czarno, a potem płaczą, że nie dostali tyle, ile im obiecano. Ale boją się powiedzieć pracodawcom, że coś im się nie podoba, żeby nie stracić zatrudnienia i miejsca do spania. Są także i tacy, którzy biorą jakiekolwiek zajęcie i pracują przez cały tydzień, żeby mieć pieniądze na alkohol i narkotyki w weekend. Według oficjalnych danych w Holandii mieszka obecnie około 220 tys. Polaków, część nielegalnie. Wielu z nich wykonuje proste prace w przetwórniach mięsa, na farmach owoców i warzyw czy sprząta. Spora grupa pracuje również w budowlance i magazynach. Są też tacy, którzy mają własne firmy. Co ciekawe, Polacy zwykle nie pomagają sobie nawzajem. Poza tym tych na dobrych stanowiskach wciąż jest niewielu.
Ale i z takimi się zetknęłaś?
Znam Polki, które pracują jako tłumaczki, nauczycielki polskiego czy terapeutki. Znam też kilku polskich lekarzy. Na co dzień współpracujemy z polskim adwokatem.
Najbardziej uderza mnie to, że są Polacy, którzy żyją tutaj "na chwilę". Wszystko mają czasowe: mieszkanie, pracę czy zasiłek, i po 10 latach nawet nie zdają sobie sprawy, że spora część życia minęła im na tułaniu się czy słabo płatnej pracy, a oni przez ten czas nie nauczyli się holenderskiego i nie potrafią walczyć o swoje prawa. Bez języka nie są też w stanie się zintegrować. Utknęli tutaj i nie wiedzą, co zrobić, żeby poprawić swoje życie.
Czy emigranci zarabiają w tym kraju gorzej niż Holendrzy na podobnych stanowiskach?
Jeśli prowadzą swoje firmy, to nie, ale gdy pracują w zakładzie produkcyjnym albo na farmie szparagów, to zarabiają zdecydowanie mniej niż Holendrzy. Czasy, kiedy po roku ciężkiej pracy można było wrócić do Polski z dużymi pieniędzmi, już się skończyły. Magazynier zarabia 14 euro brutto za godzinę, pracownik na linii produkcyjnej 12–13 euro, dobry spawacz 16–17 euro, a panie sprzątające, od których pracodawca oczekuje dodatkowo dobrej prezencji, znajomości angielskiego i dostępności siedem dni w tygodniu – 11 euro za godzinę brutto.
Średnia pensja emigranta to około 1,5– 2 tys. euro brutto miesięcznie, co realnie daje około 1,5 tys. na rękę i mniej. Praca na farmie warzyw czy owoców albo sprzątanie to często więcej niż 40 godzin tygodniowo. Przy czym koszty utrzymania się w Holandii są bardzo wysokie. Za pokój dwuosobowy trzeba zapłacić minimum 90 euro tygodniowo. Do tego opłacić ubezpieczenie zdrowotne, które wynosi obecnie 30 euro miesięcznie.
Pewnie się przydaje, gdy komuś zdarzy się wypadek przy pracy?
Niedawno zgłosił się do nas Polak, który pracował na budowie. Podczas dniówki spadła mu na rękę ciężka blacha. Poszedł do lekarza i okazało się, że musi przejść operację. Wtedy firma, która go zatrudniała, nagle go zwolniła. Dodatkowo, bez jego wiedzy, zmienili datę ubezpieczenia. Został więc bez możliwości leczenia. Pomagałam mu w staraniach o zasiłek w urzędzie pracy.
Od kilku miesięcy ten Polak stara się w holenderskiej firmie o odszkodowanie. Jednak były pracodawca zachowuje się wobec niego bardzo nieuczciwie. Po wypadku kazali mężczyźnie podpisywać nieprawdziwe dokumenty, które miałyby pozwolić pracodawcy uniknąć odpowiedzialności. Polak powiedział, że nie będzie podpisywał dokumentów niezgodnych z prawdą, więc zaczęto go szantażować i obiecywać, że jak je podpisze, dostanie pieniądze.
Jak skończyła się ta sprawa?
Początkowo ten Polak spał w samochodzie, bo nie miał gdzie mieszkać. Po czasie uległ i zgodził się podpisać wszystko, co mu podsunięto. Długo o niego walczyłam, ale się udało. Gdy postraszyliśmy pracodawcę sądem, nagle zmienił podejście. Zadzwonił do tego mężczyzny i obiecał mu pomóc. Ale ta historia pokazuje, że niektóre firmy ewidentnie wciąż łamią prawo pracy wobec emigrantów.
Znam też historię emigranta, którego holenderski pracodawca zmuszał, by poświadczał nieprawdę, że co sześć tygodni wraca na kilka dni do Polski. Chodziło o to, żeby ograniczyć koszty zatrudnienia. Gdy zaprotestował, został zwolniony. Niestety, to tylko dwie z wielu podobnych historii Polaków, którzy gdy zachorują albo ulegną wypadkowi podczas pracy, z dnia na dzień zostają zwolnieni. Często bez środków do życia.
Brzmi to bardzo przygnębiająco.
Podczas swojej pracy poznałam też geja, który z powodu orientacji uciekł z Polski do Holandii. Chciał tu ułożyć sobie życie, mając wyobrażenie, że to tolerancyjny kraj. Niestety, nie wziął pod uwagę tego, że w Holandii mieszka wielu Polaków o różnych poglądach. Zamieszkał we wspólnym domku z grupą homofobów z Polski, którzy niemal go zaszczuli.
Miał bardzo dobrą pracę, dużo zarabiał, ale nie mógł już dłużej żyć ze swoimi rodakami, więc uciekł do Irlandii. Ta historia ma jednak swój happy end, bo chłopak znalazł bardzo dobrą pracę w Dublinie i odżył. Niedawno do mnie napisał, że jest szczęśliwy.
Jakiś czas temu pomagałam z kolei grupie Polek, którym podczas pandemii zamknięto zakład pracy i przeniesiono je na plantację truskawek. Musiały zbierać owoce przez kilkanaście godzin dziennie w szklarni, w której było bardzo gorąco, a nawet nie mogły się podczas pracy napić wody. Pracodawca miał też do nich pretensje, że za często chodzą do toalety, gdy na przykład miały okres. Ciągle utyskiwał, że są za mało wydajne. W końcu kobiety uznały, że to nieludzkie warunki, i odeszły.
Kobietom jest w Holandii łatwiej czy trudniej?
Na ogół mają trudniejsze warunki pracy niż mężczyźni, a ofert jest dla nich mniej i często nie w pełnym wymiarze czasowym. Najczęściej znajdują zatrudnienie na farmie owoców czy warzyw albo po prostu sprzątają. Pracodawcy mają wobec nich wygórowane oczekiwania: chcą, żeby dobrze wyglądały, harowały po kilkanaście godzin dziennie, nie nosiły kolczyków, nie miały tatuaży ani tipsów. Muszą też być na każde skinienie szefa. Smutna prawda jest taka, że samotna kobieta w Holandii nie jest w stanie długo się utrzymać. Haruje, a zarabia mniej niż mężczyzna.
Aktualnie zajmuję się pomaganiem kilku Polkom, które są w kryzysie bezdomności. Spały na parkingach albo pod mostami. Mamy też kilka podopiecznych, które są uzależnione od narkotyków i alkoholu. Próbujemy im pomagać od trzech lat, ale nie idzie to w dobrym kierunku.
Niedawno zgłosiła się do nas para: on Szkot, ona Polka. Oboje z dnia na dzień stracili pracę. Mieszkali w samochodzie i poszukiwali nowego zatrudnienia, przychodzili jeść w jadłodajni, która działa co najmniej trzy dni w tygodniu. Nigdy wcześniej nie znaleźli się w takiej sytuacji i bardzo to przeżywali. Ona była wręcz w szoku, że nie ma swojego mieszkania, była załamana, bez przerwy płakała. On próbował ją pocieszać, że to przejściowa sytuacja. Objęliśmy ich wsparciem, liczę, że wkrótce się pozbierają.
Ty wyjechałaś z Polski do Holandii w latach 90. Jak to się stało?
Poznałam w Polsce Holendra, który odbywał staż w oddziale swojej firmy. Przez rok zdążył w jakimś stopniu poznać nasz kraj, więc postanowiliśmy, że teraz ja poznam jego. Pojechałam do Holandii na wakacje w 1992 roku i zostałam do dziś. Miałam 22 lata.
Od samego początku było mi tu dobrze. Powiedziałam sobie, że mam dwie ojczyzny. I tak jest do dziś – i w Polsce, i w Holandii czuję się jak w domu. Może dlatego, że od razu postanowiłam nauczyć się języka holenderskiego. Owszem, znałam angielski, ale gdy spotykaliśmy się z rodziną Torego, zaczynaliśmy rozmowę po angielsku i po 15 minutach wszyscy przechodzili na holenderski. Ja wtedy tylko kiwałam głową i mówiłam "aha, aha". Zrobiłam więc kursy językowe i dość szybko znalazłam pracę w miejscowej firmie.
W 1994 roku wzięliśmy ślub.
Zetknęłaś się ze stereotypami na temat Polaków?
Lata 90. to były czasy, kiedy holenderskie gazety pisały sensacyjne artykuły o autobusach pełnych Polek, które przyjeżdżają do ich kraju łowić mężów. Czasem wtedy wstydziłam się przyznać, że jestem z Polski. Nie mogłam przecież tłumaczyć każdemu, że nie przyjechałam autobusem, żeby złapać miejscowego Holendra, tylko poznaliśmy się z mężem w Sopocie.
Później, gdy temat ucichł, otwarcie mówiłam nowo poznanym Holendrom, że jestem z Polski. Zawsze reagowali bardzo przyjaźnie: "O, jesteś z Polski, a ja byłem w Krakowie". Albo: "Znam Wałęsę i polskiego papieża" – mówili. Nigdy nie spotkały mnie żadne przykrości związane z moim pochodzeniem, ale gdy mówiłam, że jestem z Sopotu, i pokazywałam im piękne zdjęcia tego miasta, to byli w szoku, że tak może wyglądać polskie miasto. Myśleli, że jest u nas brzydko i brudno, że jesteśmy bardzo biedni i w ogóle nie znamy języków.
W latach 90. emigrowali fachowcy w swojej dziedzinie. Mój mąż zatrudnił polską firmę do wykończenia kuchni, bo gwarantowała wysoką jakość usług i była tańsza niż holenderska. Wszyscy w tamtym czasie chcieli mieć ekipę remontową z Polski.
Musiałaś mieć wizę?
To mój mąż musiał mieć wizę, kiedy przyjeżdżał do Polski. Z kolei ja musiałam mieć wizę do Hiszpanii. Do dziś pamiętam, jak całą rodziną zaplanowaliśmy wyjazd i wszyscy ze strony mojego męża bez problemu mogli przekroczyć granicę, a ja musiałam pokazywać wizę. Wtedy było widać, że Europa jest podzielona.
Gdy przyjechałam do Holandii, musieliśmy pójść na policję i złożyć podanie o pozwolenie na pobyt. Za pierwszym razem dostałam taki dokument na rok. Co roku musiałam potwierdzać z mężem na policji, że wciąż jesteśmy razem, i po trzech latach dostałam stałe pozwolenie pobytu. A potem wystąpiłam o obywatelstwo holenderskie. Zostawiłam też sobie polskie, bo w tamtych czasach można było mieć dwa paszporty.
Nauczyłaś się języka, a studia?
Gdy wyjeżdżałam do Holandii, zrezygnowałam ze studiów prawniczych na Uniwersytecie Gdańskim. Ale w kraju mojego męża skończyłam międzynarodowe studia z prawa i ekonomii w języku angielskim.
Rodzina Torego od razu przywitała mnie z otwartymi ramionami. Bardzo szybko zostałam jedną z nich i nigdy nie dali mi odczuć, że jestem od nich gorsza. Podobnie jak jego przyjaciele i sąsiedzi, z którymi do dziś całą grupą się spotykamy.
Przyznam, że ja miałam wyjątkowe szczęście także dlatego, że jestem otwarta na ludzi i znam języki. Praca w Barce pokazała mi, że nie wszystkim jest tak dobrze.
Jacy są Holendrzy?
Życzliwi, praktyczni i oszczędni. A także konkretni i bezpośredni. Nie owijają w bawełnę, mówią, co myślą. W Holendrach lubię otwartość, pozytywne nastawienie i to, że przeważnie są uśmiechnięci. Idziesz ulicą albo przez las i każdy nieznajomy mówi sobie "dzień dobry".
Otwartość ma tu jednak swoje granice. To nie jest tak jak w Polsce, że nagle wpadasz na kawę do przyjaciół. Tutaj wszystko trzeba dużo wcześniej szczegółowo ustalić przez telefon.
Kiedy moje dzieci chodziły jeszcze do szkoły i odbierałam je po lekcjach, mamy ustalały, kto do kogo idzie się bawić. W moich czasach było to bardziej spontaniczne – po prostu wszyscy razem szliśmy po szkole na podwórko i bawiliśmy się w berka albo odwiedzaliśmy się bez specjalnej zapowiedzi.
Twoje dzieci urodziły się w Holandii. Mówią po polsku?
Moje dzieci są wielojęzyczne. Znają holenderski, angielski, a także polski. Staramy się przynajmniej raz w roku przyjechać do Polski, żeby spotkać się z rodziną. Co prawda po polsku mówią z akcentem, ale dają sobie radę, gdy jesteśmy w Polsce. Z kolei gdy mówią po holendersku, nikt nawet nie podejrzewa, że mają polskie pochodzenie.
Dzieci moich znajomych, którzy tworzą mieszane małżeństwa polsko-holenderskie, też mówią po polsku i utrzymują dzięki temu kontakty ze swoimi polskimi krewnymi. Natomiast w szkole bez trudu porozumiewają się po holendersku.
Znam też jednak polskie małżeństwa, które często w ogóle nie uczą się holenderskiego i dzieci mają w związku z tym problemy w szkole. W dodatku muszą wszędzie chodzić ze swoimi rodzicami – czy to do lekarza, czy to do psychologa – i robić za tłumaczy dorosłych.
Czy gdybyś dziś miała podjąć decyzję o wyjeździe i życiu w Holandii, zdecydowałabyś tak samo?
Zdecydowałabym tak samo. Mam tutaj bardzo dobre życie, jesteśmy z moim mężem razem od 30 lat i wciąż się kochamy. Z tej miłości do mnie nawet nauczył się polskiego. Wszyscy są pod wrażeniem, że tak dobrze sobie radzi. Żartuję wtedy, że jeśli mój mąż nauczył się polskiego, to każdy Polak może nauczyć się holenderskiego.
Czy chciałabym wrócić do Polski? Na pewno nie do tej sytuacji politycznej i ekonomicznej. Dopóki są deptane podstawowe prawa obywatelskie i konstytucja, nie widzę dla siebie miejsca w Polsce.
Co byś powiedziała Polakom, którzy zamierzają emigrować?
Żeby przede wszystkim nie przyjeżdżali na ślepo. Warto mieć przy sobie 200–300 euro na wszelki wypadek. I znać jakiś język obcy – jeśli nie holenderski, który nie jest łatwy, to chociaż angielski. A przede wszystkim powiedziałabym tak: drogi rodaku, przemyśl, czy aby na pewno chcesz zmienić udane życie w Polsce na być może mniej udane w Holandii.
Ewa Niepokulczycka. Pochodzi z Sopotu. W 1992 r. wyjechała do Holandii, gdzie z mężem, dwójką dzieci i psem mieszka do dziś w mieście Eindhoven. Pracowała dla holenderskich firm, była rekruterką polskich pracowników. Obecnie pracuje dla fundacji Barka, gdzie pomaga migrantom z Europy Wschodniej.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


