Rozmowa
Sonia Komenda pracuje dla genewskiego Komitetu Czerwonego Krzyża (archiwum prywatne)
Sonia Komenda pracuje dla genewskiego Komitetu Czerwonego Krzyża (archiwum prywatne)

Jak to się zaczęło?

Urodziłam się w Norwegii, a wychowałam w Kanadzie, przez parę lat mieszkałam też w Londynie. Moi rodzice są z Polski, więc i ja czuję się Polką. Jeszcze zanim skończyłam pierwsze studia – stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Ottawie – wiedziałam, że chcę jechać w świat i pomagać ludziom.

Pewnie nie bez znaczenia było to, że mój tata zajmuje się prawami człowieka i od lat pracuje dla ONZ. Od zawsze mi to imponowało i dziś myślę, że chciałam robić coś podobnego jak on. Dla Czerwonego Krzyża zaczęłam pracować jeszcze w Kanadzie, na studiach. Jako wolontariuszka pomagałam w biurze, a po paru miesiącach pojechałam na dwie krótkie misje: jedną w 2010 roku do Hondurasu, a drugą rok później do Panamy.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Opowiedz, jak wspominasz ten pierwszy wyjazd?

Dopiero wiele lat później uświadomiłam sobie, jak bardzo było tam niebezpiecznie: przemyt narkotyków do Gwatemali, wojny gangów. Lokalni wolontariusze Czerwonego Krzyża, z którymi zawsze współpracujemy, nie mieli prądu ani komputerów. Żeby dotrzeć do pobliskiej wioski, przez pięć godzin przedzieraliśmy się jeepami przez rzekę. Było tyle błota, że zostawiliśmy auta i na miejsce dotarliśmy pieszo, górskimi szlakami. 

Zobacz wideo

W Hondurasie była wtedy bardzo wysoka śmiertelność dzieci poniżej piątego roku życia. Jeździliśmy od wioski do wioski – w sumie byłam w dwustu – i rozdawaliśmy odżywki dla dzieci. Uczyliśmy też kobiety, jak karmić maluchy. Nie wiedziały, że mają myć warzywa i owoce przed zjedzeniem, nie miały pojęcia o istnieniu bakterii. A do lekarza jest tak daleko, że zanim mama zdążyła do niego dotrzeć, dziecko umierało, na przykład po zjedzeniu brudnych owoców czy wypiciu zanieczyszczonej wody.

W Panamie było łatwiej?

Tam wbrew pozorom było bezpieczniej. Nie toczyła się żadna wojna, a ja pracowałam w biurze w stolicy, gdzie gangi nie są tak bardzo groźne jak w pozostałej części kraju.

Po tych pierwszych misjach, jeszcze w ramach wolontariatu, wyjechałam do Londynu i tam skończyłam kolejne studia – pomoc humanitarną. Zaczęłam pracę w Brytyjskim Czerwonym Krzyżu. Pomagaliśmy uchodźcom i dzieciom mieszkającym w dzielnicach, w których toczyły się wojny gangów. Najwięcej było ich w Hackney, ale tak naprawdę i w całym Londynie.

Sonia Komenda pracuje w krajach objętych wojną (archiwum prywatne)

Długo tam pracowałaś?

Po czterech latach, w 2017 roku, przeniosłam się do Komitetu Czerwonego Krzyża w Szwajcarii.

Dlaczego?

Tak wygląda zawodowa ścieżka w Komitecie, że poznaje się funkcjonowanie organizacji pomocowych w różnych krajach.

Siedzibę mamy w Genewie, ale ja pracuję tam, gdzie są zbrojne konflikty czy wojny. Na pierwszą misję, już z Komitetu, pojechałam do Armenii. Akurat toczyły się tam walki o Górski Karabach. Ta misja trwała cztery miesiące, podobnie jak kolejna, znów do Panamy. A teraz jestem w Nigerii. Od ponad dwóch miesięcy mieszkam na północy tego kraju, w Maiduguri – mieście, w którym żyje ponad milion ludzi.

Jest niebezpiecznie?

Nigeria jest zniszczona przez wojnę domową, która toczy się między rządem a Boko Haram na północy kraju. Nie działają szkoły i szpitale. W Maiduguri od dziewięciu miesięcy nie ma prądu, korzystamy z generatorów. Są też problemy z internetem. Trzeba liczyć się zarówno z atakami nigeryjskiego wojska, jak i rebeliantów z Boko Haram. Atakują przede wszystkim Nigeryjczyków.

Ale wy też musicie być ostrożni.

Jeszcze dwa lata temu ekipy Czerwonego Krzyża mogły poruszać się po kraju samochodami. Teraz jest to praktycznie niemożliwe, bo ludzie z Boko Haram obstawili drogi. W grę wchodzą jedynie helikoptery, co znacznie utrudnia nam pracę. Wiemy, że wielu Nigeryjczyków potrzebuje pomocy, ale są praktycznie odcięci od świata i na razie nie możemy do nich dotrzeć.

W Maiduguri, które jest miastem islamskim, jeszcze kilka lat temu częste były zamachy. Wykorzystywano do nich kobiety. Pod burką nie widać schowanych ładunków wybuchowych, które zakładali kobietom rebelianci z Boko Haram. Na ich rozkaz kobieta wychodziła na przykład na rynek miasta i odpalała ładunek. Ginęła ona i osoby, które akurat znalazły się w pobliżu. Obecnie policja i wojsko lepiej kontrolują miasto, ale wciąż nie jest bezpiecznie.

Pracownikom Komitetu Czerwonego Krzyża pomagają miejscowi wolontariusze (archiwum prywatne)

Jak w takich okolicznościach wygląda twoja praca?

W Maiduguri z Komitetu Czerwonego Krzyża jest nas około 50 osób, współpracujemy z około 200 wolontariuszami lokalnego oddziału organizacji. W całej Nigerii z KCK działa mniej więcej 120 osób i 500 lokalnych wolontariuszy. Niewiele byśmy zdziałali bez nich. Chodzą w teren i mówią nam, komu w pierwszej kolejności trzeba pomóc. Pomagają też w rejonach, do których my nie możemy dotrzeć.

Formalnie wszystkie projekty są zarządzane przez Komitet. Na przykład w Nigerii wiele kobiet nie potrafi czytać i pisać. Niedawno dla 50 pań wolontariusze zorganizowali miesięczne szkolenie między innymi z pieczenia, handlu oraz hodowli zwierząt gospodarskich. Wcześniej 27 kobiet przeszło trzymiesięczne szkolenie z krawiectwa. Ukończenie tych kursów kwalifikuje je do otrzymania od Komitetu Czerwonego Krzyża pieniędzy na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Dzięki temu będą mogły zarabiać na swoje utrzymanie. Do tej pory były zdane na mężczyzn.

A jak wygląda twoja codzienność?

Od kiedy tu jestem, wychodzę z domu tylko do biura, które znajduje się 500 m dalej. A właściwie jadę tam, bo zawozi i odbiera nas kierowca. Nie wolno mi wybrać się do centrum miasta. Nie ma mowy, żebym po pracy poszła do restauracji, na koncert czy na zakupy. A jeśli już muszę – raz na tydzień mnie i moją ekipę zawozi na nie kierowca. Zawsze odbywa się to innego dnia i o innej porze. Wcześniej nasze służby sprawdzają, czy w centrum miasta jest w miarę bezpiecznie.

W bloku, w którym mieszkam, jest sala sportowa, więc możemy po pracy grać w siatkówkę i koszykówkę. Raz w tygodniu spotykamy się z ekipami innych organizacji humanitarnych i organizujemy rozgrywki sportowe albo treningi cardio.

Sonia Komenda mówi, że w tej pracy trzeba mieć pasję, która pomaga się zrelaksować (archiwum prywatne)

Niczym grupa przyjaciół, których łączy praca humanitarna.

Lubimy się, ale jak jesteś z kimś przed 24 godziny na dobę – a ja mieszkam z dwiema osobami, dla których jestem szefową – to trudno jest się całkiem oderwać od pracy i odpocząć. Kieruję ekipą złożoną z 20 osób – siedmioro jest z Komitetu CK: z Holandii, Danii, Peru, Libanu, Ghany, Madagaskaru, Brazylii i Chin. Reszta to miejscowi.

Zanim przyjechałam, pracowała tu jeszcze dziewczyna z Bułgarii.

Nie dała rady?

Skończył jej się roczny kontrakt. Choć zdarza się, że ktoś prosi o jego skrócenie, bo w ciężkich warunkach rok trwa dłużej, niż może się wydawać.

Ty nigdy nie chciałaś zrezygnować?

Nie. Kontrakt w Kongo przedłużyłam do 18 miesięcy, w Sudanie Południowym też chciałam być dłużej, ale zaproponowano mi wyjazd do Nigerii.

Wiesz, ja nigdy nie narzekam. To mój świadomy wybór. Że czasem nie ma prądu albo wody? Trudno, na taką pracę się zdecydowałam. Kiedy słyszę od kogoś narzekania, pytam, dlaczego zgodził się na kontrakt w kraju, w którym warunki życia są ciężkie.

Codzienność w kraju objętym wojną (archiwum prywatne)

No właśnie: dlaczego?

Niektórzy chcą się sprawdzić, inni zajmują się pomocą humanitarną dla pieniędzy.

Można dużo zarobić?

Średnio to około 60–70 tys. franków szwajcarskich rocznie. Do tego dochodzi 10–15 proc. premii za ryzyko pracy w kraju objętym wojną. W Sudanie, który w skali niebezpieczeństwa ma poziom drugi, to 10 proc. Tu, w Nigerii, gdzie jest poziom trzeci, czyli najwyższy, mam 15 proc. premii.

Bonusem za pracę w niebezpiecznym kraju są też dodatkowe wakacje oprócz przysługującego urlopu. W Nigerii mam dodatkowo 25 dni wolnego na rok.

Dla ciebie to praca czy misja?

Praca. Nie jestem bohaterką, która zmienia świat na lepsze. Wiem, że nie jestem w stanie zmienić kraju, w którym pomagam.

A nie masz czasem poczucia, że wasza pomoc może w niektórych przypadkach wyjść ludziom na gorsze?

Mam świadomość, że pomagamy im tylko częściowo. Miejscowa ludność zazwyczaj jest nam wdzięczna. Dostaje jedzenie, garnki, ubrania, pieniądze. Owszem, przez dwa miesiące jest im łatwiej, ale potem wyjeżdżamy, a oni zostają ze swoimi problemami.

To poczucie bezsilności towarzyszy mi każdego dnia. Mogę jednak sprawić, że życie tych ludzi jest łatwiejsze chociaż przez jakiś czas. A nawet zrobić coś bardziej wymiernego, na przykład łącząc dzieci, które w wojnie straciły rodziców, z dziadkami czy wujkami. Tak było na przykład w Kongo.

Sonia Komenda na kontrakcie w Afryce (archiwum prywatne) , Sonia Komenda: To praca, nie misja (archiwum prywatne)

Opowiesz coś więcej?

Do mieszkającego w dżungli starszego mężczyzny przywieźliśmy jego trzy wnuczki: 10-letnią, 6-letnią i ledwie kilkumiesięczną. Ich rodzice zginęli podczas wojny. Nigdy wcześniej wnuczek nie widział, zaczął głośno płakać. "One wyglądają jak moja córka" – powiedział. To było bardzo wzruszające. Zwłaszcza że mężczyznom w Kongo nie wypada okazywać uczuć.

Innym razem odnaleźliśmy w Ugandzie ośmiu chłopaków w wieku od 13 do 15 lat, którzy przez dwa lata mieszkali w ośrodku dla uchodźców. Uciekli z Kongo przez granicę podczas ataku na ich rodzinną wioskę. Polecieliśmy po nich samolotem Komitetu Czerwonego Krzyża i przekazaliśmy ich rodzicom. Byli bardzo szczęśliwi, a kiedy się żegnaliśmy, jeden mówi do mnie tak: "Wiesz, cieszę się, bo wreszcie będę mógł jeść moje ulubione mango. To jedzenie w Ugandzie jakoś mi nie smakowało".

Łączycie rodziny i co jeszcze?

W Sudanie Południowym negocjowaliśmy z rebeliantami uwolnienie więźniów, których przetrzymywano w nieludzkich warunkach. Pojechaliśmy do dżungli i rozmawialiśmy z uzbrojonymi mężczyznami. Po paru godzinach zgodzili się uwolnić siedmiu cywilów i wyprowadzili ich do nas. Niektórzy byli w niewoli pół roku, inni rok.

Jeden z uwolnionych mężczyzn, gdy tylko wsiadł do naszego samochodu, zaczął strasznie płakać. Był pewien, że rebelianci prowadzą go na śmierć. Nie mógł uwierzyć, że jest wolny i że będziemy próbowali połączyć go z rodziną.

W Sudanie Południowym zajmowaliśmy się też kobietami, które padały ofiarą gwałtów i przemocy. Kilka wywieźliśmy do innego miasteczka, bo u siebie nie były bezpieczne. Daliśmy im też po 200 czy 300 dolarów na rozpoczęcie nowego życia. Jedną z nich spotkałam parę miesięcy później na miejscowym targowisku. Miała tam własny stragan. Poznałam ją i zapytałam, jak sobie radzi. Okazało się, że udało jej się przywieźć do nowego domu dzieci, prowadzi maleńki biznes i ma się całkiem dobrze.

Staramy się nie wyjeżdżać od razu z miasta, w którym skończyliśmy jakiś projekt, na przykład wspierający kobiety. Mam też świadomość, że nie możemy pomóc każdemu i na zawsze.

Sonia Komenda, za pracę w niebezpiecznym kraju, dostaje więcej wolnych dni. Wykorzystuje je na podróże (archiwum prywatne)

Nie zniechęca cię to?

Próbuję nie myśleć o tym zbyt często, choć to oczywiście bardzo trudne. Ale gdybym wciąż martwiła się o dzieci z Hondurasu czy Sudanu, to nie mogłabym dobrze pracować tutaj, w Nigerii.

Wciąż uczę się łapać dystans. Ludziom z mojej ekipy mówię: "W tej pracy musisz mieć pasję, coś, co sprawi, że choć na chwilę się od niej oderwiesz". Gdy mam wolne, staram się nie myśleć o swoich obowiązkach. Na jednym z urlopów podczas kontraktu w Afryce przejechałam rowerem przez Park Narodowy Tsavo w Kenii. Na co dzień sport też mi pomaga – oprócz jazdy na rowerze trenuję grę w siatkówkę. W Armenii, gdzie akurat było bezpiecznie, chodziłam po górach. Ale już w Sudanie Południowym nie wypuszczałam się na żadne wycieczki.

Są momenty, w których się boisz? Nie jesteście uzbrojeni.

Jak wszyscy wolontariusze i pracownicy Czerwonego Krzyża mam na sobie tylko białą kamizelkę z naszym logo. Nie noszę ani kamizelki kuloodpornej, ani broni – w przeciwieństwie do przedstawicieli ONZ.

Ale nigdy się nie boję. Wierzę, że nic złego mi się nie stanie. Miejscowi doskonale kojarzą Czerwony Krzyż i zazwyczaj traktują nas przyjaźnie. Głównie dzięki lokalnym wolontariuszom, którzy przed naszym przyjazdem chodzą od domu do domu i opowiadają, czym się zajmujemy. Chcą, żeby kojarzono nas jako neutralną organizację humanitarną, która jest nieuzbrojona i nastawiona pokojowo. Dopiero potem my ruszamy w teren.

Po pewnym czasie znają nas też miejscowi policjanci i wojsko. Za każdym razem po rutynowej kontroli dokumentów pozwalają nam jechać dalej.

Sonia Komenda na kontrakcie w Afryce (archiwum prywatne)

Nigdy nie byłaś w ryzykownej sytuacji?

Ja nie, ale kiedyś część mojej ekipy w Sudanie Południowym trafiła na uzbrojonych rebeliantów. Zatrzymali ich, zażądali pieniędzy i telefonów komórkowych. Gdy je dostali, puścili ich wolno.

Wiesz, ja w tej pracy prawie wciąż widzę mężczyzn uzbrojonych w kałasznikowy. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu już się do tego przyzwyczaiłam, zahartowałam.

Poza tym co pewien czas mamy treningi i szkolenia z technik negocjacji, podczas których uczymy się, jak zachować zimną krew w ryzykownych sytuacjach.

Co jest dla ciebie najbardziej obciążające?

Chyba to, że jednego dnia muszę podejmować kilka – i to bardzo trudnych – decyzji. Przychodzi ktoś z mojej ekipy i mówi, że w sąsiedniej miejscowości dzieciaki nagle zostały bez rodziców. W tym samym czasie grupa kilku głodnych kobiet wyszła z dżungli – tam ukrywały się przed grupą rebeliantów – i potrzebuje pomocy. A jednocześnie paru mężczyzn trafiło do więzienia.

Muszę szybko zdecydować, komu możemy pomóc w pierwszej kolejności, komu później, a komu w ogóle. Równocześnie sprawdzam, czy może w którejś z tych spraw nie interweniuje już na przykład ONZ albo UNICEF.

Są też momenty, kiedy muszę powiedzieć: "Nie, nie możemy pomóc". Nawet dzisiaj tak było.

Komuś odmówiliście pomocy?

Nie odmówiliśmy, tylko zawiadomiliśmy ONZ. Chodziło o kobiety, które wyszły z dżungli. To delikatna sprawa – cywilna ludność musi się chować albo uciekać przed rebeliantami. Porywają oni młode kobiety i siłą biorą je za żony. One nie chcą, więc uciekają do miasta, tam gdzie jest wojsko ONZ, i proszą o pomoc. Dzisiaj wyszło ich kilka, jutro wyjdzie kilkadziesiąt, a pojutrze sto. Wszystkie będą oczekiwały pomocy. Jak pomożemy kilku z nich, kolejne będą pytały: "Dlaczego nie nam?". I zacznie się dociekanie, czemu Czerwony Krzyż. jednym dał jedzenie, a innym nie.

Zawsze najpierw pomagamy dzieciom, zwłaszcza takim, które nie mają rodziny. W dalszej kolejności są skrzywdzone kobiety, samotne i głodne oraz takie, które nie mogą pracować, a na końcu mężczyźni.

Sonia Komenda od dziecka była uczona pomagania innym (archiwum prywatne)

A zdarzyło się, że ktoś was oszukał?

Tak się zdarza. Tu, w Nigerii, wciąż o tym rozmawiamy. Wiemy, że czasem ktoś pójdzie po pomoc do ONZ, dostanie tam jakieś pieniądze, potem przyjdzie do nas i dostanie coś do jedzenia czy ubrania. Ale ci ludzie prawie nic nie mają, więc ich nie potępiam. Gdybym była w podobnej sytuacji, gdybym nie miała pracy, była głodna i moje dzieci też byłyby głodne, to chciałabym od każdej organizacji humanitarnej dostać jak najwięcej. Także na zapas.

Zwłaszcza że ci ludzie nie wiedzą, kiedy następnym razem ktoś będzie chciał im pomóc. Więc jeśli dziś mogą dostać jedzenie, to je biorą. W ten sposób przeżyją dwa kolejne dni. Właśnie w takich kategoriach myślą. W ich kraju trwa wojna i nikt nie wie, co się za chwilę wydarzy. Nie ma nic pewnego, nie wiadomo też, czy my znowu do nich przyjedziemy. Zresztą dla nich nie jest ważne, czy dostaną coś od Czerwonego Krzyża, czy od ONZ, czy od jakiejś organizacji religijnej, których też działa tutaj sporo.

Kiedy tak z tobą rozmawiam, to sobie myślę, że nie mogłaś robić niczego innego.

Widzisz, do niedawna wydawało mi się, że pomaganie mieszkańcom krajów zagrożonych konfliktami to był mój pomysł na życie. Aż ktoś ze znajomych zapytał: "Sonia, a twój tata przypadkiem nie pracuje dla ONZ? Przecież on też pomaga ludziom".

Rodzice zawsze uczyli mnie tolerancji i szacunku do innych ludzi. Pewnie po trosze dlatego, że sami przyjechali do Kanady jako imigranci.

Nie boją się o ciebie?

Pewnie, że się boją, ale mimo to mnie wspierają. Czasem mój młodszy brat mówi niby żartem: "O nie, Sonia! Znowu jedziesz do Afryki? Naprawdę nie możesz pracować gdzie indziej?".

I rzeczywiście – nie możesz?

Nie wiem, czy będę w stanie robić to przez najbliższe 10 lat. Na razie mam energię, ale może za jakiś czas wrócę do Londynu albo Genewy?

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Sonia Komenda. Ma 32 lata. Studiowała stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Ottawie i pomoc humanitarną w Londynie. Pracuje dla szwajcarskiego Komitetu Czerwonego Krzyża. Mówi po polsku, angielsku, francusku i hiszpańsku.