Rozmowa
Robert Lewandowski, mechanik samochodowy (fot. Archiwum prywatne)
Robert Lewandowski, mechanik samochodowy (fot. Archiwum prywatne)

Ogląda pan mundial?  

Oczywiście! I to nie tylko mecze naszej reprezentacji. Dzisiaj na przykład poszedłem z tego powodu spać o czwartej nad ranem. Sama pani rozumie, że moje imię i nazwisko mnie do tego zobowiązuje. 

Właśnie od tego chciałam zacząć naszą rozmowę. 

Ale ja byłem pierwszy!  

No to bardzo proszę.  

Przyznam pani szczerze, w szkole podstawowej bardzo wkurzało mnie to, że nazywam się Robert Lewandowski. Nigdy mi to jakoś zbytnio nie pasowało.  

Dlaczego?  

Bo wołali na mnie "Lewy", co mi się nie podobało. "Lewy", czyli "lewus", co nie brzmiało fajnie. Imię, które wymyśliła dla mnie ciocia, też wydawało mi się nieszczególne.  

A wie pani, dlaczego Robert? 

Nie mam pojęcia. 

Mam je po Robercie Kennedym, o którym w latach 60. było głośno – nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. 

Szybko liczę, że jest pan starszy od naszego słynnego piłkarza. 

Ja mam, proszę pani, dzieci w jego wieku. Jeden syn, Jakub, jest z rocznika 1984, a drugi, Marcin, 1986. Robert Lewandowski urodził się dwa lata później, w 1988 roku.  

W szkole podstawowej bardzo wkurzało mnie to, że nazywam się Robert Lewandowski. Nigdy mi to jakoś zbytnio nie pasowało (fot. Archiwum prywatne)

Mógłby być pana synem! 

Teoretycznie mógłby. Zwłaszcza że ten dzieciak, bo tak o nim mawiam, jest z Pruszkowa, a ja z Warszawy. Nigdy się jednak osobiście nie poznaliśmy, bo wiadomo, że należymy do różnych światów. Kiedyś go widziałem z kilkunastu metrów, na otwarciu jego restauracji Dziewiątka w Warszawie, ale choć miałem ochotę, to nie starczyło mi śmiałości, żeby do niego podejść. 

Ale obserwuję jego karierę od początku, jeszcze gdy grał w Zniczu Pruszków. Zawsze był szalenie pracowity, chociaż nie miał łatwego życia.  

Wojtek Zawioła, autor książki o Robercie Lewandowskim, opowiadał mi, że początkowo trenował ze swoim psem. Razem biegali, ale pies zawsze był szybszy. Ponoć piłkarz obiecał sobie, że kiedyś go przegoni, i wreszcie mu się to udało. 

Ja go naprawdę podziwiam, więc kiedy kilka lat temu zaczął odnosić ogromne sukcesy, przestało mi przeszkadzać, że znajomi mówią czasem na mnie "Lewy". Gdy Robert Lewandowski przeszedł do Dortmundu, moi znajomi zaczęli się rozkręcać. "A kiedy grasz?" – pytali. Albo: "Gdzie teraz kopiesz?". 

Obrażał się pan na nich? 

Skąd! To są przecież niegroźne żarty. Ale powiem pani, że jak gdziekolwiek się podpisuję, to zawsze pełnym imieniem i nazwiskiem. 

Wolno mi, prawda?  

Wolno. I jakie są reakcje?  

Ludzie zwykle się śmieją. 

Zabawnie bywa też za granicą, na przykład w Niemczech, gdzie podczas płacenia kartą wyświetla się imię i nazwisko jej właściciela. Wtedy pracownik, na przykład stacji benzynowej, patrzy na mnie z niedowierzaniem, a potem kiwa głową i mówi: "Ooo". A ja odpowiadam: "Ooo". I jest wesoło. 

Przy czym, co ważne, ja fizycznie do Roberta Lewandowskiego w ogóle podobny nie jestem, ale za to mój brat Cezary – totalnie. Kiedyś poszedł do banku i kasjerka pyta go: "A ten Robert Lewandowski to pana brat?". "Tak, oczywiście, to mój brat" – odpowiedział. Bo my sami czasem sobie z naszego nazwiska żartujemy. 

Robert Lewandowski, piłkarz, podczas meczu Polski z Argentyną w Katarze (Fot. Ariel Schalit / AP Photo) , Robert Lewandowski, mechanik samochodowy (fot. Archiwum prywatne)

Jak jeszcze? 

Moja synowa, gdy po ślubie wyszła z kościoła, zażartowała: "No, nareszcie nazywam się Anna Lewandowska". A to przecież też całkowity przypadek. Jednak nie powielamy w rodzinie imion dzieci państwa Lewandowskich. Moja wnuczka ma na imię Zofia, jeden wnuk Marcel, a drugi Jaś. Ja jako Robert Lewandowski byłem pierwszy, więc to żaden plagiat. 

Swoją drogą, moi przodkowie pochodzą z Mazowsza, jak ojciec Lewandowskiego, więc niewykluczone, że jakąś kropelkę krwi mamy wspólną. 

Sprawdzał pan to? 

Nie udało mi się tego potwierdzić bądź wykluczyć, bo wiele naszych rodzinnych dokumentów zaginęło podczas wojny. Zresztą mój dziadek ukrywał się jeszcze przez sześć lat po jej zakończeniu. Miał dziesięcioro rodzeństwa. Nasz ród Lewandowskich rozjechał się po całym Mazowszu. Ktoś z rodziny mieszka w Grodzisku, ciocia w Płocku. 

Powiedział pan, że z tym nazwiskiem zawsze jest zabawnie. Nigdy nie zdarzają się nieprzyjemne sytuacje? 

Po przegranym meczu z Argentyną znajomi ze mnie żartowali i pytali: "Dlaczego nie strzeliłeś gola?". Jednym wymawiałem się bólem nogi, innym odpowiadałem: "Czasami się nie strzeli i już". 

Wie pani, ja mam do tego dystans. Przyjmuję nazwisko Lewandowski z dobrodziejstwem inwentarza. Jak mu nie pójdzie dobrze, mówię: trudno. Nadal jestem jego wiernym fanem. Gdy widzę, jak stoi przed tym bramkarzem, a na stadionie ponad 60 tys. ludzi, to myślę sobie, że ja to bym nie wiem co zrobił ze strachu… A on strzela gola za golem. No po prostu mistrz! I jaką ma silną osobowość! 

Przecież kiedyś on może te gole przestać strzelać. Jest tylko człowiekiem. 

To prawda, ale i jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. 

Dlatego powinniśmy go zawsze wspierać! 

Jak wcześniej, w meczu z Arabią Saudyjską, Robert Lewandowski karnego nie strzelił, to też ze mnie znajomi żartowali, dlaczego nie trafiłem do bramki. Z kolei jak ten dzieciak potem gola strzelił, to aż się popłakał ze wzruszenia. A ja z nim! 

Po ostatnim meczu naszej drużyny tak mnie wszystko bolało, jakbym sam w nim grał. Naprawdę! Czasem czuję z Robertem Lewandowskim jakieś niesamowite wręcz fluidy.  

Przyznaję, bywam trochę przesądny. Jak czegoś zapomnę i muszę wrócić do domu, to na chwilę siadam, żeby mnie pech nie spotkał. 

Ja tak nie robię. 

Może dlatego, że nie jeździ pani w rajdach. Mój kolega, gdy podczas rajdu w Monte Carlo w 2017 roku dostał 13. numer startowy, to nie pojechał, tylko poszedł go wymienić na inny. 

Skoro już pan wspomniał o rajdach, w których jeździ pan jako kierowca serwisowy, to proszę powiedzieć, jak tam na pana reagują kibice? 

Zacznę od tego, że dwa razy w rajdzie amatorskim jechałem z żoną. Ale nie daliśmy rady. Albo ona była za mądra, albo ja za głupi. I się rozdzieliliśmy, a żona z innym kierowcą wygrała zresztą Rajd Amazonek. 

Wracając do mnie: na bocznej szybie rajdowego samochodu serwisowego jest napisane moje imię i nazwisko. W Polsce tym autem nie jeżdżę, ale za granicą się zdarza. Kiedyś pod San Remo dzieci wybiegły na ulicę i zaczęły do mnie machać, ale nie jestem pewien, czy machały, bo zobaczyły napis, czy po prostu zainteresował je oklejony samochód. 

Ale pan jest skromny. 

Z tą skromnością to bym nie przesadzał. Podczas rajdów zbieram autografy znanych kierowców, mam na przykład podpis Krzysztofa Hołowczyca. Taki konik. Zawsze kiedy proszę o podpis w moim specjalnym zeszycie, mówię: "Ale to nie będzie autograf dla byle kogo. Proszę się podpisać Robertowi Lewandowskiemu". 

Panu też zdarza się dawać autografy? 

Czasem tak, ale to dla żartu. Zawsze pełnym imieniem i nazwiskiem, a nie jakimś bohomazem. Kiedyś dziewczyny w salonie fryzjerskim, w którym strzygę się od 17 lat, poprosiły mnie, żebym się podpisał na ich koszulkach. Podpisałem się, a czemu nie. 

Zresztą mam też oryginalną koszulkę Bayernu z napisem Lewandowski na plecach. W środku jest numer 60, bo dostałem ją od przyjaciela ze szkoły na 60. urodziny – noszę ją z nieskrywaną dumą.  

A pamięta pani, jakich znanych piłkarzy mieliśmy przed Lewandowskim? 

Był Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato, Włodzimierz Smolarek… 

Za moich czasów sukcesy na boisku odnosili Włodzimierz Lubański i Kazimierz Deyna. Jak Lubańskiego sfaulowali w eliminacjach do mistrzostw świata, wszyscy żeśmy na podwórku płakali, tak nam go było żal. Gdy go zoperowali, wyjechał grać do Belgii. 

Dwa razy w rajdzie amatorskim jechałem z żoną. Ale nie daliśmy rady (fot. Archiwum prywatne) , Albo ona była za mądra, albo ja za głupi (fot. Archiwum prywatne)

Słyszę, że naprawdę pan się zna na sporcie. Cóż, nazwisko zobowiązuje. 

Na podwórku graliśmy w kapsle i podziwialiśmy kolarza Ryszarda Szurkowskiego. Ale najbardziej każdy z nas chciał być jak Lubański. Gdybyśmy dzisiaj przeżywali młodość, to pewnie każdy z nas chciałby być jak Lewandowski. 

Choć od dziecka marzyłem, że będę się zajmował samochodami. Bawiłem się krzesłem, które udawało silnik auta. Skończyłem liceum samochodowe i w 1983 roku otworzyłem warsztat przy mamie. Gdy odeszła, dołączył do mnie brat. W tym samym czasie zacząłem jeździć w rajdach amatorskich – raz byłem drugi na 60 samochodów – a w latach 90. – jako serwisant w mistrzostwach Polski. Na osiem startów w Monte Carlo wszystkie serwisowane przeze mnie auta dojechały do mety. Tym się mogę pochwalić. 

Do dziś pamiętam swój pierwszy samochód. To był garbus. A z żoną za pieniądze z wesela kupiliśmy sobie ośmioletniego malucha. Białego niczym aniołek. To były dziwne czasy.  

Wracając do Lewandowskiego, to przydałoby się zarabiać chociaż cząstkę tego co on.  

I mieć tak udane życie rodzinne. Choć pan chyba nie ma powodów do narzekań. 

Nie mam. Mam udaną rodzinę, a i z warsztatem jakoś sobie z bratem radzimy, choć prowadzenie biznesu w centrum Warszawy nie jest łatwe.  

Kiedyś spróbowałem szczęścia w Lotto. Kupiłem los, a w kolekturze usłyszałem komunikat, że mam się zgłosić do głównej siedziby. No to pojechałem. Okazało się, że miałem piątkę i wygrałem 5700 zł. A szóstka to było 13 baniek!  

Czyli jednak pech. A co pan myślał, jak Lewandowski przeszedł do klubu FC Barcelona? 

Nie byłem zbytnio zadowolony z tej decyzji. Uważam, że powinien zostać w Bayernie. To bogaty klub, ja bym na jego miejscu z niego nie odchodził. No, chyba że do Paris Saint-Germain FC, bo kocham Francję. Całą zjeździłem, a w Paryżu byłem chyba ze 400 razy, bo mam tam kolegę.  

Ale Robert Lewandowski miał swoje powody i ja w nie nie wnikam. Zresztą dzisiaj już Hiszpanie śpiewają o nim piosenki, pewnie pani słyszała.  

Natomiast mój kolega, który tak jak ja kiedyś zajmuje się układami wydechowymi, do dzisiaj nie daje mi spokoju. Ciągle mi dogryza na temat tego transferu Lewandowskiego. "Dlaczego przeszedłeś do Barcy? Po co ci to było? W Bayernie byłeś gość z Peweksu". "Uspokój się" – mówię mu. 

Od dziecka marzyłem, że będę się zajmował samochodami (fot. Archiwum prywatne)

I nie traci pan cierpliwości? 

Bo to zabawne jest. No i już się przez tyle lat przyzwyczaiłem. 

Może kiedyś będzie okazja, to bym podszedł do Lewandowskiego i powiedział: "Dzień dobry panie Robercie Lewandowski, jestem Robert Lewandowski". Chciałbym kiedyś z nim porozmawiać, chociaż z 15 minut. 

Ja też. Bardzo mi imponuje.  

Mnie podobnie. Pamięta pani, jak wyszedł do dzieciaka i dał mu swoją koszulkę? Niesamowity człowiek. "Gość z Peweksu", jak to mawiamy z kolegami. 

Przybiłoby się z nim piątkę, prawda? 

Oczywiście. A swoją drogą, to ciekawe, bo poza nazwiskiem łączy panów zamiłowanie do sportu. 

Mnie poza piłką nożną i rajdami fascynuje jeszcze kolarstwo i tenis. Kiedyś grałem na korcie, mam jeszcze rakietę. No i bardzo kibicuję Idze Świątek, bo dziewczyna jest naprawdę niesamowita. Mam zresztą peugeota 205 cabrio Roland Garros. Marzy mi się, że na tylnej klapie mam autograf Igi Świątek. Zresztą już poczyniłem w tym kierunku starania. 

A autografu Roberta Lewandowskiego by pan nie chciał mieć? 

Wolałbym Igi. Przecież ja się nazywam Robert Lewandowski. Mogę się sobie sam podpisać.

Robert Lewandowski. Rocznik 61. Jest mechanikiem samochodowym. Wspólnie z bratem prowadzi warsztat przy ulicy Chłodnej w Warszawie. Mieszka w Milanówku. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.