Rozmowa
Sąd stwierdził, że umieszczenie Michała w domu dziecka to 'jedyne słuszne rozstrzygnięcie' (Fot. Shutterstock.com)
Sąd stwierdził, że umieszczenie Michała w domu dziecka to 'jedyne słuszne rozstrzygnięcie' (Fot. Shutterstock.com)

Michał*, jak odbierasz to, co się dzieje? 

Michał: Trudno to opisać. Nie czuję się bezpiecznie, bo wiem, że ktoś chce mnie zabrać z domu. A tu mam rodzinę, przyjaciół, wszystkich, których kocham i lubię.  

Co się teraz będzie działo? Czy ktoś tu przyjdzie i będzie chciał mnie zabrać? 

U podstaw wyroku sądu leży to, że nie masz kontaktów z tatą.  

A pani by się chciała spotykać z człowiekiem, który się znęcał nad pani mamą? Ja nie chciałem, a sąd i inne instytucje oskarżają mamę, że to jej wina. To nieprawda. To była i jest moja decyzja, ale nikt mnie nie słucha. 

Ile miałeś lat, kiedy rodzice się rozstali?

Cztery. Potem, podczas jednego z pierwszych spotkań, ten pan – bo tylko tak mogę o nim mówić – pobił moją mamę na moich oczach. Uderzył ją pięścią. Miała podbite całe oko. 

'Były mąż i ja nie planowaliśmy wspólnej przyszłości. Byłam przekonana, że nie mogę mieć dzieci' (Fot. Shutterstock.com)

Wyrok sądu zawiera całą masę zarzutów nie przeciwko byłemu mężowi, ale przeciwko pani, pani Ewelino*. Czy mogłybyśmy zostać na jakiś czas tylko we dwie? Nie chcę, żeby ta rozmowa dodatkowo straumatyzowała Michała.  

(Michał wychodzi z pokoju)

Ewelina: Sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest totalnie niezrozumiała. Gdyby sąsiedzi dowiedzieli się, że mój syn, który ma świadectwa z paskiem, chodzi na kółko informatyczne, angielski i basen, ma iść do domu dziecka, toby nie uwierzyli.  

Odebranie dziecka kojarzy się z tym, że się je ratuje z meliny. A ja nie jestem złą matką. Pracuję, dziecko ma dom, jest najedzone, zadbane, ubrane. 

Psychologowie z Opiniodawczego Zespołu Sądowych Specjalistów to potwierdzają. Piszą, że pani "zabezpiecza podstawowe potrzeby materialno-bytowe, zdrowotne oraz edukacyjne syna", natomiast twierdzą, że "zaniedbuje" jego "potrzeby emocjonalne". Twierdzą, że pani "silnie niepokojące" zachowanie przyczynia się do "zerwania więzi oraz izolowania małoletniego od ojca". A sąd stwierdza: "Umieszczenie dziecka w instytucjonalnej pieczy zastępczej jest decyzją o daleko idących konsekwencjach, jednakże jest to jedyne słuszne rozstrzygnięcie dla odbudowania więzi pomiędzy ojcem a synem".  

Od lat staram się o odebranie byłemu mężowi praw rodzicielskich. I pytam: po co mój syn ma nawiązywać więź z ojcem, jeśli tego nie chce? Michał ma 13 lat i powinien być wysłuchany, ale sąd nie dał mu się wypowiedzieć.

Trybunał Konstytucyjny podkreśla, że dziecko ma prawo do kontaktu z obydwojgiem rodziców, ale jest to prawo, a nie obowiązek. 

W uzasadnieniu sąd okręgowy podkreśla, że dzieci są wysłuchiwane, kiedy "pozwala na to rozwój umysłowy i stopień dojrzałości".  

Mój syn miałby być niedojrzały? Do szkoły poszedł z wyprzedzeniem. Ma 13 lat, a jest już w ósmej klasie. Za osiem miesięcy kończy podstawówkę i wybierze sobie szkołę średnią. Tymczasem kluczowe decyzje o jego przyszłości zapadły bez jego udziału.  

Zacznijmy od absolutnych podstaw. Czy zgodzi się pani ze mną, że dla dziecka najlepiej jest, kiedy ma i matkę, i ojca? Kontakt i więź z obojgiem rodziców również wtedy, gdy się rozwodzą? 

Tak powinno być. Ja sama wychowywałam się w pełnej rodzinie i zarówno mama, jak i tata byli dla mnie bardzo ważni. Tylko że bywają sytuacje w życiu, kiedy rodzice nie mogą być już dłużej razem, oraz bywa tak, że dobry kontakt dziecka z rodzicem nie jest możliwy.

Ja wiedziałam, że rozwód nie będzie łatwą sprawą, bo były mąż nie chciał się rozstawać. 

Mówił, że kocha i nie chce pani stracić? 

Że mnie kocha, nie mówił nigdy. Po prostu byłam mu potrzebna do prowadzenia domu: posprzątania, ugotowania. Służba mu była potrzebna. Szczególnie że mieszkały z nami jego nastoletnie dzieci z poprzedniego związku. 

Skoro dzieci nie tylko chciały się z nim widywać, ale także mieszkać, to dobrze o nim świadczy! 

Były mąż miał wówczas czwórkę dorastających dzieci. Przed sądem dwójka zadeklarowała, że zostaje z matką, a dwójka wybrała jego. Dlatego że ich matka była surowa, a były mąż pozwalał im na wszystko.

Powiedziała pani, że mąż pani nie kochał, ale gdyby cofnąć się pamięcią do samego początku, to chociaż przez krótki czas musiało być wam razem dobrze? 

Psycholożka, do której chodziłam po tym, jak mnie pobił, również bardzo chciała, żebym skupiła się na pozytywach dotyczących byłego męża. Ale ja nie potrafiłam wskazać żadnych. Dlatego uznała, że terapia nie przynosi efektu. 

Powiem tak: były mąż i ja nie planowaliśmy wspólnej przyszłości. Dobiegałam czterdziestki, też miałam za sobą małżeństwo i byłam przekonana, że nie mogę mieć dzieci. Ciąża to był szok. Poczuł się oszukany i na kilka miesięcy mnie zostawił. Pobraliśmy się, kiedy syn był już na świecie. I nigdy nie było dobrze. On co jakiś czas się wyprowadzał, a później wracał. 

Dlaczego was porzucał? 

Dlatego, że jego dzieci nie akceptowały naszego małżeństwa, mnie i naszego syna. Szczególnie jego córka, której zdarzały się nawet ucieczki z domu. I to mnie obwiniała o wszystko, co złe.  

Po latach dochodzę do wniosku, że ja nie byłam dobrą macochą. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko i chyba emocjonalnie nie wspierałam byłego męża. Może nawet bywałam złośliwa. To się przyczyniało do konfliktu między nami. 

Doceniam pani szczerość.  

Jego dzieci zaczęły znęcać się nad moim synem: bić go, popychać. Nie bronił go. Wręcz im na to zezwalał, mówiąc między innymi takie słowa: "On jest z innego miotu". Do dziś tłucze mi się to po głowie. 

Decyzję o rozstaniu podjęłam, kiedy zaczął stosować przemoc w stosunku do mnie. Łączył tabletki antydepresyjne z alkoholem i to była mieszanka wybuchowa. Szarpał mnie, kopał po nogach. Dostałam w twarz.  

A ponieważ byłam bita przez pierwszego męża i w tamtym związku dawałam wiele drugich szans – bo byłam młoda i wierzyłam w przysięgę małżeńską – to tym razem już wiedziałam, że dobrze nie będzie. Że to tylko kwestia czasu, kiedy dostanę znowu. 

Ale nigdzie pani tej przemocy nie zgłosiła. 

Zgłosiłam. Na policję i do prokuratury. Ale nie byłam hospitalizowana, dlatego moje wnioski zostały odrzucone. Uznano, że ponieważ nie wydarzyła się tragedia, to sprawa nie jest poważna. 

Opinia OZSS oraz uzasadnienie wyroku sądu okręgowego to są niekończące się zarzuty przeciwko pani. Niepokojące informacje o byłym mężu są trzy, ale przedstawione jednozdaniowo i brak im rozwinięcia. A są to rzeczy poważne. Czytam, że ograniczono mu prawa rodzicielskie i że z synem mógł się spotykać tylko w obecności osoby trzeciej – ale nie napisano, dlaczego – oraz że pani w 2014 roku chodziła na terapię, "po tym jak została pobita". W aktach brak jednak kluczowej informacji, kto panią pobił. 

No przecież to był właśnie były mąż!  

'Były to głównie pyskówki. Najdłuższe spotkanie trwało może kwadrans' (Fot. Shutterstock.com)

Chodzi o sytuację, o której opowiadał Michał, tak? 

Tak. A ponieważ ja na to spotkanie poszłam ze swoim wujkiem, który nagrał zajście, to sąd ograniczył byłemu mężowi władzę rodzicielską i zakazał mu spotkań z synem w cztery oczy. Co go jeszcze bardziej rozeźliło. Już kiedy się rozwodziliśmy, groził: "Zniszczę cię!". A wtedy postanowił mi odebrać dziecko.  

Trzy wspomniane informacje dają do myślenia, że pani i syn mieliście powody, by się bać, jednak sąd uznał, że to pani nastawiła dziecko przeciwko ojcu, a psychologowie z OZSS zdiagnozowali u Michała "syndrom dziecka alienowanego". 

To jest po prostu żałosne! 

Pani syn mówi o tacie "ten pan"… 

Dlatego że to jest dla niego obcy człowiek, z którym nigdy nie miał kontaktu. Nawet jak syn był malutki, były mąż nigdy go nie przewinął, butelki nie dał, nie przytulił. Nie zna nawet daty urodzenia własnego dziecka! Kiedy sędzia zapytała, ile syn ma lat, to powiedział, że daty mu się mylą, bo ma pięcioro dzieci. Sędzia przytaknęła ze zrozumieniem. 

A kiedy Michał jako małe dziecko zobaczył, jak jego ojciec mnie bije, to potem już nie chciał się z nim spotykać. To ja go prowadziłam za rękę do ojca. Wręcz zmuszałam do tych kontaktów. 

Twierdzi pani, że namawiała syna do kontaktów z ojcem? 

Tak! Przekonywałam go, tłumaczyłam mu, że inaczej będzie trzeba chodzić po sądach i wydawać pieniądze na prawników. A po co nam to? 

Tylko że z widzenia na widzenie było coraz gorzej. 

Spotykaliście się w obecności pracownika socjalnego, tak jak postanowił sąd? 

Tak. 

I jak to wyglądało? 

Były to głównie pyskówki. Najdłuższe spotkanie trwało może kwadrans. Były mąż "jechał po mnie", jaka to jestem zła. "To pani matka cię nastawia!" – krzyczał do Michała. I szarpał go, kiedy ten usiłował uciekać z budynku. A syn się starał prześlizgnąć między jego nogami i gryzł go po rękach. Cuda-niewidy. Sąd uważa, że ja powinnam była wtedy dziecko uspokajać.  

Minęło półtora roku i były mąż przestał przychodzić na te spotkania.  

Jakby pani miała się uderzyć w piersi, czy naprawdę pani uważa, że uczucia syna to nie jest wynik tego, co od lat słyszy od pani o swoim ojcu? 

Nie. Po rozwodzie związałam się z innym człowiekiem i żyłam swoim życiem. Do dziś jesteśmy razem. A w trójkącie nie da się żyć. Mój partner nie chciałby non stop słuchać opowieści o byłym mężu. I tego nie było. Nic złego o byłym mężu nie mówiłam. Tylko raz na dwa tygodnie, kiedy trzeba było iść na spotkanie, Michał sobie przypominał o tacie. Ze strachu i stresu wymiotował i miał biegunkę. Cały się trząsł. 

Nie dziwię się, ponieważ z tego, co pani mówi, wynika, że podczas spotkań znajdował się między wrzeszczącymi na siebie rodzicami.  

Starałam się powstrzymywać emocje, ale nie będę pani czarować: zdarzało się, że i ja się wściekałam. 

Zgodzimy się, że dziecku nie mogło być z tym dobrze? 

Nie mogło i nie było. Ale teraz, od pięciu lat, żyjemy normalnie. 

Dlatego że Michał nie spotyka się z ojcem, czyli – jak podkreślono w aktach – pani "nie realizuje orzeczenia sądu ws. kontaktów". Pięć lat temu dostaliście kuratora, który – jak rozumiem – miał uzdrowić wasze relacje rodzinne… 

Nie, nie. Chodziło wyłącznie o warunki bytowe. Kuratora nasłał mąż, twierdząc, że dziecko chodzi głodne i źle ubrane. Na początku chciałam być uprzejma, ale ta kobieta nachodziła nas trzy razy w tygodniu. Syn miał angielski, basen, mieliśmy gości, a ona wpadała do domu z pytaniem, czy zjadł kolację, i zaglądała mi do lodówki. 

Kuratorka na panią narzekała: że pani nie współpracowała, nie odbierała telefonu.  

Nie ukrywam, że w końcu oświadczyłam, że dosyć tego. Nie jesteśmy żadną patologią. I zmieniłam numer telefonu. 

W wyroku sądu czytam też, że rozwój emocjonalny Michała nie przebiega prawidłowo, że nie ma kolegów, a szkołę lub klasę zmienił pięć razy. 

Michał ma przyjaciół i kolegów z kółka informatycznego i basenu, a że w szkole układało się różnie – to prawda. Musiał zmieniać klasy z powodu strasznej nagonki na niego. Nagonka zaczęła się, jak wychowawczyni na wywiadówce powiedziała rodzicom, że w klasie jest dziecko, które ma kuratora. Zapytałam: "Co pani robi? Przecież w ten sposób nastawia pani przeciwko mojemu dziecku klasę?!". A ona: "Ja mam obowiązek informowania rodziców o takich rzeczach". Przepisałam go do prywatnej szkoły, gdzie problem ucichł. A teraz już nie mamy kuratora i mamy spokój. 

Sąd uznał, że materialne potrzeby dziecka pani zapewnia, to już ustaliłyśmy, jednak wasze relacje z byłym mężem – jak sama pani mówi – były fatalne. Dlatego zaproponowano wam terapię rodzinną, ale nic z tego nie wyszło. Boście się tylko kłócili. 

To prawda. To były ciągłe wrzaski i wypominki. 

'Psycholożka powiedziała, że jak matka umiera, to też dziecko cierpi, ale z czasem się podnosi i żyje dalej' (Fot. Shutterstock.com)

Czy dorośli ludzie, których państwo wysyła na terapię rodzinną, nie powinni dla dobra dziecka wznieść się ponad urazy i dumę i spróbować z terapii skorzystać? 

Jak to by się miało udać, skoro dla mojego byłego męża dobro dziecka jest nieistotne? Przecież to on w sądzie wnioskował, by mi je odebrać i umieścić w domu dziecka! 

Skoro mu nie zależy na dziecku, to po co tak walczy? 

Ze mną walczy! Nie może mi darować, że go zostawiłam, tak jak jego poprzednia żona. On, taki macho, a kobieta od niego odeszła i ułożyła sobie życie? To jest zemsta.  

Ten człowiek mnie nienawidzi do tego stopnia, że jakbyśmy zostali sam na sam, toby mnie zabił. Boję się o siebie i dziecko. 

Latami usiłowała pani odebrać byłemu mężowi prawa rodzicielskie, ale sąd się na to nie zgodził. Ograniczył natomiast pani władzę rodzicielską. Były mąż nie uzyskał jednak prawa do wychowywania waszego dziecka, bo – jak argumentują specjaliści – ma "osłabione kompetencje rodzicielskie", jest "mało pewny siebie, wycofany i zrezygnowany". Wszystkie te lata kłótni i sądowych batalii skończyły się tym, że Michał ma skierowanie do stawienia się w domu dziecka. Sąd pisze, że zdecydował tak, kierując się dobrem dziecka. 

Złożyłam wniosek o kasację do Sądu Najwyższego. Czekam na wyznaczenie terminu rozprawy. 

A czy podczas rozprawy w sądzie rejonowym padał argument, że w tej sytuacji dziecko będzie odseparowane również od matki? 

Nasz adwokat mówił, że rozłąka ze mną to dla Michała będzie trauma. Pytał, kto wziąłby odpowiedzialność, gdyby w takiej sytuacji dziecko targnęło się na życie. Psycholożka z OZSS odpowiedziała, że jak matka umiera, to też dziecko cierpi, ale z czasem się podnosi i żyje dalej.

Nie chciałam tego mówić przy Michale, ale pani musi brać pod uwagę, że policja zapuka do drzwi i zabierze go siłą. 

Powinien nas chronić fakt, że jest złożona skarga kasacyjna. Jak przyjdą policjanci, to mam im pokazać papiery. Ale mimo to się boję. Oczywiście, że tak.  

Staramy się normalnie żyć, ale każdy dzwonek do drzwi czy dźwięk domofonu budzi przerażenie. To jest życie jak na bombie. Jak jestem w pracy, cały czas myślę, czy policja nie przyjdzie po Michała do szkoły. On też się boi. Mówi mi, że wolałby się uczyć zdalnie, bo w domu się czuje najbezpieczniej. 

Decyzja sądu zapadła na posiedzeniu niejawnym. Dostała pani wyrok pocztą? 

Tak. Serce mi pękło, jak przeczytałam ten list. Polski system sądowniczy mnie przeczołgał.  

W jaki sposób pani powiedziała Michałowi, co postanowił sąd? 

On wiedział, że tak się stanie. Psycholożki z OZSS, które z nim rozmawiały dwa lata temu, mu to zapowiedziały.  

W dokumentach czytam, że Michał się zdenerwował i nie chciał z nimi rozmawiać. 

To one go wyrzuciły z pokoju. Kiedy twierdziły, że musi spotykać się z ojcem, odpowiedział, że wcale nie musi. Jak mówiły, że powinien dać szansę ojcu, bo "ludzie się zmieniają", odpowiedział, że to nieprawda. 

Powiedział: "Ludzie się nie zmieniają". Uznano, że dziecko samo czegoś takiego by nie wymyśliło. Że musiał to usłyszeć od pani.  

Podobnie jak stwierdzenie, że "od dobrego człowieka mama by nie odeszła". I że on z tym człowiekiem się widywać nie chce. 

Wtedy kazały mu opuścić pokój. A na kolejne spotkania z psychologami faktycznie już nie chciał chodzić. Miał 11 lat, był w szóstej klasie i uznał, że to bez sensu, bo do niczego nie jest w stanie ich przekonać. 

Czy wobec tego wszystkiego, co się stało, pani czegokolwiek żałuje? Gdyby mogła pani cofnąć czas, postąpiłaby pani inaczej? 

Nie. Ja nie miałam innego wyjścia. 

Zobacz wideo Britmann: To, że o czymś nie rozmawiamy, nie oznacza, że tego nie ma

Ostatnie pytanie chciałabym skierować do Michała. Mogłabym? 

(Pani Ewelina pyta Michała, czy chciałby jeszcze coś powiedzieć. Oboje wracają do pokoju)

Gdyby sąd cię wezwał i mógłbyś się wypowiedzieć, to co byś powiedział? 

Michał: Że chcę, żeby mnie zostawili w spokoju. Nie chcę też iść do domu dziecka ani nigdzie indziej. Kocham mamę i chcę mieszkać z nią, a nie z nikim innym. Bez mamy nie umiałbym normalnie żyć. Jak? 

Ewelina: Cały czas wierzę, że wszystko się dobrze skończy. Damy sobie radę. Nie przestanę walczyć. 

*Imiona zostały zmienione. 

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.