Rozmowa
'Zetki' uzależniają i otępiają (Shutterstock)
'Zetki' uzależniają i otępiają (Shutterstock)

Poprosiłam pana o rozmowę, po tym jak Konrad Piasecki opowiedział mi o swojej mamie, która uzależniła się od leku nasennego, a Wiesława Rosa – o swoim życiu, którego nie wyobrażała sobie bez leku antylękowego.  

Odbieram te wywiady jako odzwierciedlenie rzeczywistości. Na uzależnienie od leków uspokajających oraz nasennych, tzw. zetek [ich międzynarodowe nazwy zaczynają się na literę „z" – przyp. red.], szczególnie narażone są kobiety oraz osoby starsze. Ocenia się, że same benzodiazepiny przyjmuje przewlekle 15–20 proc. seniorów. 

Dlaczego właśnie kobiety są szczególnie narażone? 

Ukierunkowanych badań jest mało. Wiemy jednak, że u kobiet znacznie częściej występują zaburzenia lękowe oraz depresja. Do powstawania uzależnień przyczyniają się też działania lekarzy. 

Zaburzenia lękowe i nastroju występują częściej u kobiet czy po prostu kobiety mniej się wstydzą zgłaszać do lekarza? 

Kobiety częściej szukają pomocy, natomiast faktem jest, że depresja w pewnych grupach wiekowych występuje u nich nawet dwukrotnie częściej niż u mężczyzn. Z kolei jak spojrzymy na używanie alkoholu, to mężczyźni częściej piją szkodliwie i się uzależniają. 

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Co pan miał na myśli, mówiąc, że kobiety się uzależniają z uwagi na "działania lekarzy"? 

Łatwość w przepisywaniu leków, które dają szybki efekt. Jeśli pacjent zgłasza zaburzenia snu, a wizyta trwa krótko, to prostym rozwiązaniem jest przepisanie recepty na benzodiazepiny albo którąś "zetkę". To jest dla lekarza wygodne. 

Nie ma konroli systemowej nad liczbą wypisywanych recept (Shutterstock)

Zadam banalne pytanie, proszę wybaczyć: dlaczego w ogóle wypisywać receptę na lek, o którym wiadomo, że może uzależnić, skoro są takie, które pacjentka może bezpiecznie przyjmować nawet latami bez takiego ryzyka? 

Ponieważ te pierwsze dają szybki efekt. Weźmy depresję. Na efekt działania leków antydepresyjnych trzeba zaczekać kilka tygodni, dlatego w pierwszym okresie, kiedy efektu jeszcze nie ma, a u pacjentki nasila się lęk, można dodatkowo zastosować benzodiazepiny. Żeby pomóc pacjentce przetrwać trudny, ściśle określony i krótki czas.   

Pan na pewno również przepisywał benzodiazepiny...

Rzadko! Psychiatrzy wiedzą, jakie są tego skutki, i dlatego – poza ściśle określonymi sytuacjami – w zasadzie nie stosują tych leków. 

Znam pacjentów, którzy je otrzymywali od psychiatrów, i to przez dłuższy czas. Między innymi kobietę, która się uzależniła i potem płakała: "Przecież dostawałam to na receptę!". Przyjmuję, że pan niewiele benzodiazepin przepisywał. 

Z pani pytania jasno wynika, że potrzebny jest monitoring przepisywania leków.

Generalnie większość recept zapisują lekarze rodzinni, którzy znają pacjentów i mają z nimi najczęstszy kontakt.  

Czy to dobrze? Leków oddziałujących na układ nerwowy i mających potencjał uzależniający nie powinni zapisywać specjaliści: psychiatrzy, neurolodzy? 

Dziś mamy model, w którym każdy lekarz ma prawo wypisać receptę na każdy lek. I trudno sobie wyobrazić inny. Ale też każdy lek powinien być stosowany w sposób prawidłowy. 

Trzy lata temu pod patronatem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej opracowano rekomendacje dla lekarzy rodzinnych, jak bezpiecznie stosować benzodiazepiny. Zawierają one między innymi dekalog stosowania tych leków.

Pierwsze przykazanie mówi, że jak zapisujemy benzodiazepiny, to musimy mieć plan, jak długo chcemy ich używać. Kolejne nakazuje omówić z pacjentem wszystkie zagrożenia, zwłaszcza ryzyko uzależnienia. Ostatnie: że łatwiej zacząć, niż skończyć. 

W przypadku każdego uzależnienia łatwiej zacząć, niż skończyć! 

Benzodiazepiny nie powinny być stosowane dłużej niż dwa–cztery tygodnie. 

I to jest sedno tego, o co przyszłam dziś pana zapytać. Rozmawiam z Piaseckim i Rosą i słyszę, że mają żal, ponieważ recepty były wypisywane latami.  

Słusznie mają żal. Tak jak pacjent ma prawo mieć żal o każdy inny błąd medyczny czy niewłaściwe działanie lekarza.  

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego lekarze, wiedząc, że leki można bezpiecznie stosować kilka tygodni czy – w przypadku "zetek" – maksymalnie kilka miesięcy, wypisują recepty latami? 

Kiedy do lekarza rodzinnego przychodzi pacjent z zaburzeniami snu, pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić, jest ustalenie ich przyczyny. Tylko w 10–20 proc. przypadków mamy bezsenność pierwotną. W 50 proc. przypadków pojawia się ona w przebiegu zaburzeń psychicznych. Brak snu może być również związany z uzależnieniem oraz – jak w przypadku mamy redaktora Piaseckiego, którą bolał kręgosłup – z dolegliwościami somatycznymi.  

A więc nie można się zatrzymać na samym tylko haśle "bezsenność", ale trzeba zidentyfikować, co pacjentowi jest. Kluczowe jest podjęcie leczenia przyczynowego. Kolosalną rolę w leczeniu bezsenności odgrywają metody niefarmakologiczne i higiena snu.  

No ale jak lekarz ma mało czasu, zamknie to w dwóch zdaniach i zapisze lek, który działa szybko. 

Leki są przepisywane na bezsenność, której przyczyn nikt głębiej nie bada (Shutterstock)

Ale dlaczego na kolejnych wizytach wypisuje kolejne recepty, choć wie, że pacjentka może się uzależnić?  

A dlaczego się temu aż tak bardzo dziwimy? Skoro mamy w Polsce lekarzy antyszczepionkowców, to dlaczego jesteśmy zaskoczeni, że są i tacy, którzy bezrefleksyjnie latami zapisują pacjentom uzależniające leki?!

Pamiętajmy jednak, że czasem dobry lekarz staje również przed silną presją pacjenta, a nagłe odstawienie może być zagrożeniem. 

Wracając do tego, jak być powinno: benzodiazepiny mogą być stosowane bezpiecznie, jeśli to jest przygodna – kilkudniowa, kilkunastodniowa – bezsenność czy też krótki kryzys psychiczny. Wyjątkowa sytuacja! 

Śmierć w rodzinie, wypadek? Trzeba działać już, tu i teraz? 

Właśnie tak. Wówczas te leki bywają użyteczne. Ale jak bezsenność trwa dłużej albo okresów w roku, gdy człowiek sobie nie daje rady i potrzebuje wziąć leki, jest więcej, to nie tędy droga. 

A kiedy jednak recepty były wypisywane latami, to potem pacjenci mówią tak: "Zapisywał mi je, bo pewnie go firma farmaceutyczna skorumpowała". Takie słowa usłyszałam od kilku osób. 

Korupcja to mocne słowo. 

U nas takich sytuacji jak w USA, gdzie producent opioidu Oxycontinu wynagradzał lekarzy za wypisywanie recept, nie było!  

Jednak w latach 90. firmy farmaceutyczne zapraszały lekarzy na sympozja naukowe, które odbywały się w egzotycznych miejscach, a przedstawiciele handlowi wręczali drogie prezenty. 

Właśnie w latach 90. brałem udział w światowym kongresie psychiatrów w Hamburgu, gdzie firmy farmaceutyczne rozdawały uczestnikom na przykład odtwarzacze CD. Ale dziś wręczania prezentów już nie ma. Atrakcyjnych wyjazdów sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne również. 

Kiedy byłem dyrektorem Szpitala Wolskiego, nie pozwalałem przyjmować przedstawicieli firm w czasie pracy. 

To jest oczywiste, że firma farmaceutyczna, która zainwestowała, by wypuścić na rynek lek, potem chce na nim zarobić. 

Promocja leków jest faktem, ale my dzisiaj rozmawiamy o benzodiazepinach i "zetkach", czyli lekach, z których prawie wszystkie nie są już w okresie ochrony patentowej. Skończył się w ich przypadku ten czas, kiedy na rynku jest dostępny tylko jeden lek i wprowadzająca go firma farmaceutyczna dużo na tym zarabia. Dziś dostępne są również leki generyczne. A promocja benzodiazepin jest ograniczona! 

Firmy farmaceutyczne wpływały na sprzedaż leków poprzez nagadzanie lekarzy (Shutterstock)

No więc gdzie leży problem? 

Trzeba spojrzeć na sprawę szerzej. Jak wyedukowane jest nasze społeczeństwo? O czym myślą nasi politycy? 

Dziś w Polsce stygmatyzujemy marihuanę czy psychodeliki, a rozgrzeszamy leki oraz alkohol, czyli substancje, które statystycznie czynią największe szkody. 

Benzodiazepiny nie są refundowane, a minister zdrowia oraz prezes NFZ interesują się tym, jak są wydawane publiczne pieniądze, a więc kontrolują leki refundowane. W rezultacie system gubi z pola widzenia leki, do których nie dopłaca, a problem jest ignorowany. 

Usiłowałem znaleźć dane o sprzedaży takich leków na stronach NFZ oraz Ministerstwa Zdrowia, ale ich nie ma.  

Czyli państwo tego nie kontroluje? 

Nie kontroluje. A pamiętajmy również o tym, że lekarze podlegają presji ze strony pacjentów, którzy czasem rozpaczliwie poszukują kolejnej recepty. 

Z całą pewnością. Uzależnieni pacjenci kombinują, by gromadzić leki. A dziś jest o tyle łatwiej, że receptę można zdobyć online. 

Podczas kryzysu opioidowego w USA ukuto termin, który u nas jest dziś stosowany w przypadku benzodiazepin: doctor shopping, który polega na tym, że pacjent chodzi od lekarza do lekarza i zbiera recepty. Bez wątpienia teleporady i e-recepty spowodowały łatwość ich wystawiania. 

Tylko tu znowu pojawia się wątpliwość. Przecież na Indywidualnym Koncie Pacjenta każdy z nas widzi wszystkie wypisane recepty. Lekarz poproszony o 15. receptę na xanax nie zauważy, że pacjent ma już tego kilogramy? 

Okazuje się właśnie, że niekoniecznie. 

Wprowadzenie e-recept miało służyć między innymi temu, by wyeliminować wielokrotne zapisywanie pacjentowi tych samych leków.  

Przed naszą rozmową zadzwoniłem do dwóch dużych placówek Podstawowej Opieki Zdrowotnej, żeby sprawdzić, czy to działa, i okazuje się, że nie. Tamtejsi lekarze wciąż nie mają wglądu w całość przepisanych pacjentowi recept. Widzą tylko to, co zapisali mu osobiście bądź co zalecili inni lekarze z tej samej przychodni. 

Przez cały czas, słuchając pana, zastanawiam się, dlaczego te wszystkie leki są wypisywane w POZ-ie, a pacjenci nie są kierowani do psychiatrów? Odpowie pan, że w Polsce jest zbyt mało psychiatrów? 

Jest mało i dlatego kluczową sprawą jest optymalne zorganizowanie i sfinansowanie systemu.  

Jako pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii wdrażałem ideę psychiatrii środowiskowej, której pilotaż działa na przykład w Koszalinie czy na warszawskiej Woli. Placówka psychiatryczna bierze na siebie odpowiedzialność za zapewnienie opieki dla 80–100 tys. osób i dostaje na ten cel określone pieniądze. Nie musi rozliczać porad i punktów. 

Dostaje ryczałt, tak? 

Tak. W każdym centrum zdrowia psychicznego jest punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, w którym pracują psychologowie, terapeuci środowiskowi. Działa w dni powszednie od 8 do 18 i można przyjść bez umawiania się. Z ulicy.   

Tak było w przychodni zdrowia, kiedy byłam dzieckiem. Dziś w przypadku psychiatrii coś takiego jest możliwe? 

Jest możliwe! Dobrze się to sprawdziło w pandemii. Nie było kolejek. Podobny projekt jest od lat prowadzony w Niemczech i tam również zmniejsza się liczba hospitalizacji oraz rozwija opieka środowiskowa.  

Jednak w czerwcu 2021 roku zrezygnowałem ze współpracy z Ministerstwem Zdrowia, ponieważ NFZ zaczął odchodzić od podstawowych założeń, w tym zmierzać do częściowego rozliczania procedur. A wtedy właśnie mamy wizyty, podczas których się wypisuje recepty, a nie ciągłość opieki i czuwanie nad efektami. 

Kiedy pan rzucił papierami w ministerstwie? 

W czerwcu ubiegłego roku. Tego wymagała zwykła odpowiedzialność. Idea reformy została wypaczona, a ja się nie mogłem godzić na pudrowanie rzeczywistości. 

Wróćmy, proszę, do leków. 

Według badań prof. Marcina Wojnara z 2004 roku wśród pacjentów przewlekle leczonych w POZ benzodiazepinami aż 84 proc. powinno uzyskiwać inną pomoc, między innymi otrzymywać leki przeciwdepresyjne. Co oznacza, że większość chorych nie została skierowana do psychiatry.  

Rozmawiamy dzisiaj o uzależnieniu, które kojarzy się z przyjmowaniem coraz większych dawek substancji, natomiast w przypadku osób starszych bywa tak, że pacjenci uzależniają się bez zwiększania dawki. Przyjmują stale jedną tabletkę, a jednak dochodzi do uzależnienia i występują objawy abstynencyjne. A one mogą być bardzo poważne. 

Dr Marek Balicki był ministrem zdrowia w rządzie Leszka Millera i Marka Belki. Kierował kilkoma warszawskimi szpitalami (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Konrad Piasecki powiedział mi tak: "Mam wrażenie, że wobec osób starszych lekarze stosują zasadę: A cóż jej w życiu pozostało? Jak już te leki bierze i działają, to niech sobie bierze dalej. Zupełnie nie zwracając uwagi na to, jak potwornie człowieka degraduje uzależnienie".  

To jest arcyważna sprawa.  

Generalnie osoby starsze powinny unikać benzodiazepin z uwagi na działania niepożądane, które właśnie dla nich mogą być szczególnie niebezpieczne.  

Po pierwsze, te leki pogarszają funkcje poznawcze.  

Częstsze złamania kości udowych to pośrednio efekt działania 'zetek' (Shutterstock)

Czyli otępiają. 

Skrótowo rzecz ujmując – tak.  

Po drugie, powodują zaburzenia równowagi, niezborność ruchów, co jest dla osób starszych groźne. Liczba złamań szyjki kości udowej u osób powyżej 65. roku życia, które przyjmują benzodiazepiny, jest o połowę większa niż u osób, które ich nie zażywają. A złamanie szyjki udowej w starszym wieku oznacza operację, pogorszenie jakości życia, ale również może prowadzić do jego skrócenia. Nie powinno więc być tak, że jeśli pacjent jest starszym człowiekiem, to lekarz machnie ręką: jeśli lek działa, to proszę go sobie brać. Leków, które są niepotrzebne albo bardziej szkodzą, nie należy przyjmować. Taka jest generalna zasada. 

Zobacz wideo Dr Maria Banaszak gościnią Rozmów na lepsze jutro

Powiedział pan, że uzależnienie od leków dotyczy najczęściej kobiet. Od dr Marii Banaszak, specjalistki terapii uzależnień, usłyszałam to samo. Być może to dlatego, że to jest „elegantsze" uzależnienie niż na przykład od alkoholu? Człowiek nie śmierdzi, nie zwraca na siebie uwagi, a tabletkę można połknąć również w pracy i nikt nie zwróci uwagi. 

Leki to są legalne substancje, które człowiek kupuje w lśniącej i jasnej aptece, więc mógłbym to słowo "eleganckie" zrozumieć. 

W Polsce mamy problem nie tylko z lekami uspokajającymi, które mają potencjał uzależniający, ale także z lekami bez recepty. Ich reklam jest mnóstwo.  

Według szacunków trzy miliony Polaków używa leków przeciwbólowych, a około tysiąc osób rocznie umiera z powodu ich skutków ubocznych. Jeśli rozmawiamy dziś o groźnych zjawiskach, w których zasadna byłaby interwencja państwa, to na pewno również jest to jedno z nich. 

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Mówi pan o Polakach nadużywających leków bez recepty, a czy wiadomo, jak wielu jest od leków uzależnionych? 

Nie, dlatego że państwo nie identyfikuje tego problemu. Jako substancje uzależniające widzi alkohol oraz narkotyki, ale nie leki.  

Dlatego działa PARPA, która się zajmuje skutkami uzależnienia od alkoholu. 

Dzisiaj już w zmienionej formie. Natomiast brakuje instytucji, w której zatrudnieni byliby naukowcy, socjologowie, analitycy zajmujący się zdrowiem psychicznym z perspektywy zdrowia publicznego. Kto miałby się dziś w Polsce zajmować reformą psychiatrii? Również psychiatrii dzieci i młodzieży? W NFZ i ministerstwie nie ma przecież ekspertów, są urzędnicy.  

Zagrożenia związane z niewłaściwym stosowaniem leków i uzależnieniami lekowymi są dziś "niczyje". Nie wiadomo, kto miałby się tym zajmować. I dlatego systemowo nie zajmuje się tym nikt. 

Marek Balicki. Lekarz anestezjolog I stopnia oraz specjalista psychiatrii II stopnia. Minister zdrowia w rządzie Leszka Millera i Marka Belki. Wieloletni parlamentarzysta oraz senator V kadencji. Kierował kilkoma warszawskimi szpitalami. Członek Rady ds. Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP, Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN, Komisji Ekspertów ds. Zdrowia przy Rzeczniku Praw Obywatelskich, a także wielu organizacji społecznych i naukowych. Wykładowca i autor licznych publikacji dotyczących ochrony zdrowia i praw pacjenta. W PRL był działaczem opozycji demokratycznej.  

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.