Rozmowa
24.04.2022 Częstochowa. Trener Marek Papszun podczas meczu PKO Ekstraklasy piłkarskiej RKS Raków Częstochowa - Górnik Łęczna (Fot. Maciek Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)
24.04.2022 Częstochowa. Trener Marek Papszun podczas meczu PKO Ekstraklasy piłkarskiej RKS Raków Częstochowa - Górnik Łęczna (Fot. Maciek Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Fascynująca sprawa z tą pańską deklaracją! Ma pan dopiero 47 lat, więc mógłby pan planować jeszcze kawał kariery. 

Praca trenera jest ogromnie zobowiązująca. Granice między życiem zawodowym a prywatnym są mocno przesunięte – na niekorzyść tego drugiego. Jeśli nie uważam się za pracoholika, to dlatego, że ja sobie z tego w pełni zdaję sprawę. 

A więc w 2017 roku oświadczył pan, że jeszcze maksymalnie dekada. 

I ta deklaracja jest wiążąca. Życie to jest plan do wykonania. Żeby było sensowne i dobre, nie można mu pozwalać ot tak sobie płynąć. Życiem trzeba logicznie zarządzać. Ponieważ to, jak pracuję dziś, oznacza absolutne zaangażowanie, nie mam zamiaru w to brnąć bez końca. 

Sport jest do granic sprofesjonalizowany. Nie ma nic za darmo. 

Za panią leży część biografii, które czytałem: Pep Guardiola, Diego Simeone, Adam Nawałka. Wszyscy ludzie sukcesu, którzy do czegoś doszli – oczywiście w uczciwy sposób –mówią to samo: nie ma drogi na skróty. We współczesnym świecie toczą się dyskusje, że generalnie pracujemy za dużo, że może nie pięć, ale cztery dni by wystarczyły, nie osiem, tylko sześć godzin. Tylko że w życiu zawsze jest coś za coś.  

05.10.2019 Szczecin. Trener Marek Papszun podczas meczu o mistrzostwo PKO Ekstraklasy w piłce nożnej Pogoń Szczecin - Raków Częstochowa (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Rozmawiamy o piłce nożnej, która jest sportem numer jeden na świecie, a najlepszy cytat o niej brzmi: „To nie jest sprawa życia i śmierci, ale o wiele poważniejsza kwestia"…  

(śmiech) Bill Shankly, trener Liverpoolu, to powiedział… 

A więc nie mówimy tylko o stawianiu granic w pracy, ale o miłości i marzeniach. 

Ja kochałem piłkę od urodzenia, ale nigdy nie marzyłem, że mógłbym zostać trenerem w Ekstraklasie. Jak patrzę dziś na młodych chłopaków, to oni mają dość jasno sprecyzowane cele, na przykład prowadzić zespół w Lidze Mistrzów. 

Pokolenie zet nie ma kompleksów i mierzy wysoko. 

I z jednej strony to jest dobre, ale z drugiej – można się mocno rozczarować, kiedy się okaże, że brakuje talentu i kompetencji, żeby ten cel osiągnąć. 

Fakt. Wróćmy do pana.  

Nigdy nie rozmyślałem, jak by to było wspaniale być topowym trenerem w Ekstraklasie, natomiast ten świat zawsze mnie fascynował. Oglądałem mecze w telewizji i byłem ciekaw, jak to wszystko wygląda od środka: treningi, zgrupowania, szatnia. Kiedy sam grałem – na podwórku, w niższych ligach – odkryłem w sobie cechy przywódcze. Rozumiałem, na czym polega ta gra. 

Później skończył pan podyplomowe studia kierunkowe. 

Wychowanie fizyczne. Studia i liczne szkolenia oczywiście pomogły, ale myślę, że bardzo ważne są też uniwersalne cechy, które się wynosi, albo których się nie wynosi, z domu: dyscyplina, organizacja i przede wszystkim pracowitość. W mojej rodzinie panował etos pracy. Dom, w który teraz siedzimy i rozmawiamy, zbudowali moi rodzice. Pracowali na etatach jako robotnicy w fabrykach, a popołudnie spędzali na innych zajęciach zarobkowych, by do czegoś dojść i zapewnić byt siostrze i mnie. 

Gdzie rodzice pracowali? 

Mama była magazynierką w Polfie, a tata aparatowym w Pollenie. 

A pan skończył historię, której przez 15 lat nauczał w gimnazjum w Ząbkach. Uczył pan też WF-u. 

To nie poszło tak łatwo i szybko! Kilka lat studiowałem zaocznie i pracowałem fizycznie w Polfie. 

Czym się pan zajmował? 

Na pełen etat – od szóstej do czternastej – byłem pracownikiem transportu. Miałem wózeczek i jeździłem po zakładzie z lekami i innymi rzeczami. 

Jako młoda dziennikarka rozmawiałam ze związkowcami ze sklepów wielkopowierzchniowych i oni scharakteryzowali pracę fizyczną krótko: „To nie jest zajęcie na ‘proszę uprzejmie’, tylko na ‘kurwa mać’". Ciężka robota, często za najniższą krajową. 

22.11.2021. Marek Papszun na meczu Cracovia - Raków Częstochowa (Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl)

Taka praca jest dobra, jeśli idzie o kształtowanie charakteru. Ona hartuje. Widzisz, jak ciężko czasem jest zarobić pieniądze. Ile trzeba wyrzeczeń, poświęceń, żeby do czegoś dojść. A popołudniami ja jeszcze grałem w piłkę, trenowałem, studiowałem, a czasem jeszcze miewałem dodatkową pracę. 

Pan teraz mówi o stałym motywie w biografiach ludzi sukcesu: są tak zajęci, że nie wiadomo, jak wystarcza doby, żeby wszystko pomieścić. 

Deficyt czasu jest w tym wszystkim najtrudniejszy. Kiedy zacząłem pracować w szkole, z pracownika fizycznego stałem się umysłowym, ale nie zmieniło się nic w kwestii mojego zapracowania.  

Rozwijał pan kompetencje trenerskie, prowadząc drużyny w niższych ligach. A pańscy byli uczniowie wspominają, że WF z panem to nie było „macie tu piłkę i sobie popykajcie", tylko zawsze solidna robota. 

Jak coś robię, to zawsze na sto procent. Miałem szczęście pracować w grupie świetnych, młodych, ambitnych ludzi. Chcieliśmy czegoś te dzieciaki nauczyć, wpoić im dyscyplinę i pokazać, że czasem trzeba powalczyć ze sobą. Bywało, że kazałem dziecku biec, a ono stwierdzało, że nie będzie biegło, bo jest zmęczone. „Ale czym jesteś zmęczony, skoro na razie w ogóle nie biegłeś?" Walczyliśmy z „nie chce mi się i nie robię" po to, żeby te dzieciaki uczyć charakteru.  

Sam był pan już wtedy rodzicem. Pana córka jest dziś pełnoletnia. Kiedy tak zapracowany człowiek znalazł czas, żeby założyć rodzinę? 

(śmiech) Na to zawsze musi być czas! Z żoną poznaliśmy się w dość banalny sposób. Na dyskotece. Jesteśmy ze sobą od 10 lat, a 3 lata temu wzięliśmy ślub. Ojcem zostałem w poprzednim związku. No i właśnie – teraz wchodzimy na trudniejsze tematy. Rykoszety tego zawodu. 

Rykoszetem jest to, że pierwszy związek się rozpadł, tak?  

Zbyt dużo czasu i uwagi poświęcałem pracy. A takie postępowanie to jest prosta droga, żeby w życiu prywatnym się zaczęło rozjeżdżać. Nie jestem jedynym trenerem w takiej sytuacji. Ten zawód łączy się z częstym zmienianiem miejsc zamieszkania, z samotnymi wyjazdami. I nie chodzi jedynie o to, że rodzina cierpi. Niektórzy przypłacają to nałogami. 

Po meczu z Lechem Poznań, kiedy Raków został wicemistrzem, dziękował pan rodzinie za to, że wytrwała. Ceną za sukcesy, splendor, świetne pieniądze jest, jak rozumiem, samotność. 

Dlatego deklaracja, którą dałem żonie w 2017 roku, to nie są puste słowa. Obiecałem wtedy, że jeszcze 10 lat takiego życia i na tym koniec, opierając się na życiowym doświadczeniu. W życiu chodzi między innymi o to, żeby nie powtarzać własnych błędów.  

Czy udało się panu utrzymać kontakt z córką? 

Córka mieszka ze mną! 

A kiedy w 2016 roku dostał pan propozycję trenowania Rakowa Częstochowa i wiadomo było, że to jest wielka szansa, która może się nie powtórzyć, miała 13 lat. To na pewno nie była łatwa decyzja powiedzieć jedynaczce: zostaniesz tu z babcią, dziadkiem, ciocią, a ja wyjeżdżam. 

Dlatego w pierwszym odruchu odmówiłem. Tu była stabilizacja życiowa: praca na etat w szkole, a w dodatku na Mazowszu miałem już wtedy renomę jako trener. Strefa komfortu. 

21.05.2021 Częstochowa. Marek Papszun i Vladan Kovacevic po zdobyciu przez Raków Częstochowa wicemistrzostwa Polski (Fot. Maciek Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Mała stabilizacja.  

Tylko że ja bardzo chciałem sprawdzić, czy stać mnie na więcej! A nie wyjeżdżając z Warszawy, nie miałem możliwości tego zrobić, ponieważ tutaj doszedłem do ściany. Projekt Rakowa mi się podobał, kusił i czas pokazał, że miałem intuicję. Pniemy się i osiągamy sukcesy zadziwiająco szybko. 

Zanim o sukcesach, to chciałabym zapytać o te sześć lat najbardziej intensywnej, jak rozumiem, pracy w pana życiu. Mecze meczami, ale to są treningi, wyjazdy, zgrupowania, turnieje, obozy… 

Jednego roku spędziłem ponad sto dni w hotelach. Na dłuższą metę dla rodziny taka sytuacja jest nie do zaakceptowania. Mnie to specjalnego problemu nie sprawia… 

To są przecież właśnie te ekstraklasowe szatnie, treningi i obozy, które zawsze pana tak intrygowały! 

Wejście do tego świata było ekscytujące. Fajnie było nie tylko móc zobaczyć, jak on wygląda od wewnątrz, ale także mieć wpływ na ten świat. Zawsze byłem ambitny, więc przyjeżdżając do Częstochowy, postawiłem sobie za cel awansować z II ligi do I, potem do Ekstraklasy i się w niej utrzymać, a potem osiągać kolejne cele. Ciągle więcej! To mnie nakręcało. Dlatego, mówiąc szczerze, na początku nie doskwierała mi tęsknota za bliskimi. 

A który sezon był tym, kiedy pan sobie powiedział: „Marek, jesteś człowiekiem sukcesu"? 

Nigdy tak sobie nie powiedziałem. Gdyby się zastanowić, to dwa ostatnie sezony, dwa wicemistrzostwa i Puchary Polski, to są wielkie rzeczy jak na Raków. Ale wie pani, jak z Legionovią awansowaliśmy do II ligi pierwszy raz w historii tego klubu, to również był sukces. Trzeba brać pod uwagę możliwości i to, ile z nich wyciskamy. Jeśli chodzi o szacunek do innych ludzi, o wartości, ja jestem ciągle tym samym facetem. Często powtarzam też zawodnikom, że tylko dlatego, że odnosisz sukcesy, rozdajesz autografy i dobrze zarabiasz, wcale nie jesteś lepszy od innych ludzi. Takie myślenie jest pierwszym krokiem do zguby. 

Pokorę szanuję i rozumiem, natomiast sam pan mówił o kulcie pracy, w którym wzrastało pokolenie wchodzące w dorosłość w latach 90. Dlatego właśnie myślę, że bardzo trudno musi być powiedzieć „dość, dziękuję", kiedy ma się tak piękne perspektywy jak pan. Zawsze można odnieść większe sukcesy i zarobić jeszcze więcej pieniędzy. 

Nie zarzekam się na sto procent, że jeśli w przyszłości pojawi się świetny, ciekawy projekt, to nie przesuniemy deadline’u o rok czy dwa. Żona widzi, jaką mi to sprawia satysfakcję i jak mi na tym zależy, dlatego jest wyrozumiała. Natomiast drastycznych zmian nie będzie.  

I jako pięćdziesięciokilkulatek odejdzie pan z zawodowego sportu? 

Tak. Dlatego, że żona i ja chcemy pożyć! A w tym momencie ja odczuwam permanentny deficyt czasu. Ale nie narzekam. To jest inwestycja w osiągnięcie sukcesu, ale chodzi też o zarobienie pieniędzy i komfort dysponowania sobą. O bycie w wąskim gronie osób, które jeśli będą pracowały – bo ja sobie nie wyobrażam tego, żeby nie pracować w ogóle – to dlatego, że będą chciały, a nie musiały. A takie życie, w którym człowiek tylko pracuje? Inwestuje czas, siły i tak w nieskończoność? Do czego to prowadzi?  

Rozumiem, że obietnica dana żonie to był kontrakt małżeński. 

(śmiech) Można to tak nazwać. Mój przypadek potwierdza tezę, że za sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta. Szanuję słowo, które żonie dałem. Życie rodzinne jest niezwykle ważne. Nie sposób zrobić zespołu mistrzowskiego ze sfrustrowanych facetów… 

Naprawdę?! 

No oczywiście. Żeby móc dać z siebie maksa, zawodnik musi mieć poukładane życie prywatne. Spokojną głowę.  

02.05.2022 Warszawa, Stadion Narodowy. Trener Rakowa Marek Papszun fetowany po zwycięstwie Rakowa Częstochowa nad Lechem Poznań i zdobyciu Pucharu Polski (Fot. Maciek Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

No ale przecież sport jest teraz tak profesjonalny, piłkarze przypominają… 

Gladiatorów? Wszystko prawda… 

Dlatego wydawałoby się, że taki facet w szatni odcina emocje, wychodzi na boisko i jest jak maszyna. 

Nie da się. Kwestia jest tylko taka, czy u najsilniejszego mentalnie zawodnika to będzie spadek na boisku o 5 proc., czy o 50 – u tego słabszego. Ale zawsze emocje będą miały na niego jakiś wpływ. 

A jaka jest właściwie ta polska piłka nożna od środka? Wydaje się, że przez lata zrobiło się tak światowo i elegancko – reprezentanci kraju chodzą w garniturach, niektórzy tak się ładnie potrafią wypowiadać – a tu włodarze i zawodnicy Lecha wyzywają was od „cweli".  

Powiem tak: każdy ma swój sposób na celebrację sukcesu. Oni wtedy zostali mistrzem Polski i uznali, że tak będą świętować. A ja im pogratulowałem, choć nie zawsze gratuluję przeciwnikom zwycięstwa. Nie zawsze, wygrywając, są lepsi. 

W sporcie się mówi, że szczęście sprzyja lepszym. 

To jest nieprawda. 

A czy od czasów gigantycznej afery korupcyjnej w polskiej piłce, kiedy okazało się, że „Piłkarski poker" to nie fikcja, dziś kibice mogą być pewni, że mecze są czyste? 

Jak ja mam odpowiedzieć na to pytanie? 

Najlepiej nie dyplomatycznie, tylko szczerze. 

A czy w innych dziedzinach – polityce, biznesie – gdzie są duże pieniądze, wszystko jest zawsze czyste? Ja się obawiam, że nie. Absolutnie nie mówię o skrajnej patologii, jak kilkanaście lat temu, kiedy jeden drugiemu dawał do ręki pieniądze za mecz. Natomiast myślę, że jeśli gra toczy się o dużą stawkę i o duże pieniądze, to zawsze znajdą się tacy ludzie, którzy w sposób nieuczciwy będą chcieli osiągnąć cel. Jeśli polskie drużyny mają kłopot, żeby dogonić Europę, to jest to pokłosie właśnie tamtych straconych lat, o które pani pyta. 

A pan się spodziewa, że w przyszłości polskie kluby osiągną poziom Ligi Mistrzów? 

Trochę to potrwa, bo tamci przecież nie stoją w miejscu i na nas nie czekają, ale wierzę, że tak. Potrzeba tylko czasu. 

Czyli pan będzie już wtedy na piłkarskiej emeryturze? 

Najprawdopodobniej tak. 

Ponieważ mam pewność, że pan nie żartuje z tą emeryturą, to dopytam, co to dla pana znaczy „pożyć"? 

Przede wszystkim spędzać więcej czasu razem z rodziną. Pojeździć trochę po świecie, zbudować wygodny dom. Poświęcić też więcej czasu sobie, zadbać o zdrowie, głowę, doszkolić się, doedukować. Nic wielkiego chyba, prawda? 

I naprawdę nie odczuwa pan wielkiego kuszenia: zbudować dom, ale czemu jeden? A może drugi we Francji, a trzeci w Hiszpanii? 

Nie. Ważna jest edukacja córki, ważne jest zabezpieczenie na stare lata. My nie trwonimy pieniędzy. Żyjemy, jak żyliśmy. Skromnie. Zakupy robimy w dyskoncie i nie jeździmy na ekskluzywne wakacje, chociaż nas na to stać. Nie jest powiedziane, że w życiu będzie tylko lepiej i lepiej. Dziś jesteś na fali, masz sukcesy, a za rok albo kilka lat może tego wszystkiego nie być. Poza tym pieniądze na pewno nie są najważniejsze. Najcenniejszy jest czas! Ciągle wracam do czasu, ponieważ jego się nie kupi ani nie cofnie. 

Marek Papszun. Trener piłkarski. Ukończył studia wyższe na kierunku historia, a podyplomowo wychowanie fizyczne. Przez 15 lat nauczał obu przedmiotów w gimnazjum w Ząbkach. W niższych ligach trenował m.in. Dolcan Ząbki, GKP Targówek, KS Łomianki, Legionovię Legionowo oraz Świt Nowy Dwór Mazowiecki. Od 2016 r. jest związany z Rakowem Częstochowa, który pod jego wodzą awansował z II do I ligi, a następnie do Ekstraklasy, w której dwa razy został wicemistrzem Polski, zdobył dwa Puchary Polski oraz Superpuchar. Ma żonę Małgorzatę oraz córkę Aleksandrę.  

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.