Rozmowa
Małgorzata Niemczyk (fot. Łukasz Szeląg / East News)
Małgorzata Niemczyk (fot. Łukasz Szeląg / East News)

Na początku XXI wieku jako nastolatka pykałam w koszykówkę i do dziś pamiętam – i uwielbiam – zapach hali: mieszaninę grzyba, wilgoci i potu. Ale pani grywała na pewno w zupełnie innych obiektach.  

Wcale nie. W bardzo wielu miastach, gdzie zdobywałyśmy medale, akurat wmurowywano kamienie węgielne pod budowę pięknych hal sportowych, na które jako zawodniczka się nie załapałam. Eleganckich hal było niewiele, a eleganckich szatni jeszcze mniej. Pamiętam obiekt, na którym żeby móc wykonać trening, w okresie jesienno–zimowym zakładałyśmy dwa grube dresy i czasami rękawiczki. Ale ja byłam skazana na siatkówkę. 

To miało być następne pytanie: czy to była miłość romantyczna czy bardziej małżeństwo z rozsądku?

(śmiech) Moja mama Barbara Hermel-Niemczyk kocha siatkówkę chyba jeszcze bardziej niż ja. Jest brązową medalistką igrzysk olimpijskich, wielokrotną mistrzynią Polski i Włoch oraz medalistką mistrzostw Europy. Wciąż programuje swój czas pod wydarzenia sportowe i transmisje meczów. W PRL–u, by dostać zgodę na grę w zagranicznym klubie, trzeba było mieć gigantyczne sukcesy. A moja mama siedem lat grała w lidze włoskiej, lidze mistrzów!

À propos gigantycznych sukcesów: w jakich okolicznościach dowiedziała się pani, że została powołana do narodowej kadry? Pytam o pierwsze w życiu powołanie.

To było wtedy, kiedy siatkówka mi się znudziła. Ponieważ już się nauczyłam atakować, odbijać - wszystkiego co trzeba – to odwiesiłam nakolanniki na kołek i kupiłam buty do koszykówki. Miałam 14 lat.

Pierwszy mecz w biało–czerwonych barwach?

Sparing z NRD w Wałczu. Telepka serca. Hymn, trzymanie się za ręce, pierwszy mecz z orzełkiem na piersi – duże emocje. Pamiętam, że dostałyśmy seledynowe koszulki Polsportu z białymi kołnierzykami i mankietami. Orzełka do każdego prania trzeba było z koszulki odpruć, po czym przyszyć na kolejny mecz, ponieważ wcześniej wycinałyśmy go z taśmy i strzępiłby się w praniu. Przeciwko NRD rozegrałam swój pierwszy i ostatni w karierze mecz w kadrze na pozycji rozgrywającej. Wszystkie kolejne to gra na ataku i przyjęciu.

20 lat później zdobyła pani z kadrą mistrzostwo Europy. Zawsze, kiedy podziwiam sportowców śpiewających hymn, zastanawiam się, co czują. To muszą być ekstremalne emocje.

Kiedy gram przeciwko bardzo słabej drużynie i zdobywam punkt – kolokwialnie mówiąc – z zamkniętymi oczami, atakując lewą ręką, to zwycięstwo cieszy, ale nie wyzwala wielu emocji. Natomiast kiedy idziemy łeb w łeb, kiedy jest autentyczna walka o każdy metr parkietu, to wtedy jest naprawdę wielka radość. 

Mecz siatkówki Nafta Piła-Skra Warszawa, marzec 2000 rok (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Również się posłużę kolokwialnym określeniem: czy jako córka Niemczyka miała pani w kadrze przerąbane?

Moja mama miała przerąbane w kadrze, kiedy prowadził ją tata, i ja niestety również.

Ponieważ inne zawodniczki krzywo patrzyły? Na zasadzie, że on ją promuje?

Nie! On jeśli promował, to inne zawodniczki. Mnie nigdy. Mnie raczej niszczył. A ja, bez względu na to, który trener prowadził reprezentację, zawsze grałam w szóstce. Kiedy zdobywałyśmy mistrzostwo Europy w Ankarze, miałam 34 lata i wyrobioną pozycję w polskiej siatkówce.

Dzisiaj, kiedy analizuję tę trudną rodzinną historię po latach, dochodzę do wniosku, że tata chyba bardzo długo miał "kompleks mamy". W swojej książce nie napisał prawdy. To mama, kiedy byli młodzi, była gwiazdą siatkówki, a on był "tylko" jej mężem. To mamie ściskali dłoń i gratulowali pierwsi sekretarze, premierzy.

Jednocześnie mama była przez ojca przez całe życie terroryzowana. Bała się go. Tak samo ojciec próbował postępować ze mną. Jego nałogi i uzależnienia nie pozwalały mu na nawiązywanie prawidłowych relacji. A szczególnie więzi emocjonalnych. Najbardziej zawsze cierpieli najbliżsi. Rodzina. Wielu rzeczy o Andrzeju Niemczyku świat nie wie i może niech tak zostanie.

Wróćmy do pani współpracy z tatą w kadrze. 

Kiedy ojciec został przez Biesiadę [Janusz Biesiada – prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej w latach 2001–2004 – przyp. aut.] powołany do bycia trenerem kadry, to w pierwszym odruchu – odruchu obronnym – odmówiłam mu gry w reprezentacji. Długo mnie przekonywał, namawiał. Wiedziałam, że się nie dogadamy. I nie mówię o stronie sportowej. 

Ostatecznie przyjęła pani powołanie. 

Ja i pozostałe zawodniczki, szczególnie starsze, wiedziałyśmy, że to jest jedyny moment i że Niemczyk jest jedynym trenerem, z którym mamy szansę na osiągnięcie sukcesu. Dokładnie pamiętam, jak wspólnie z ojcem wybieraliśmy cały skład do powołania na kadrę.

Powiedziała pani, że ojciec panią niszczył. 

Mocno drastycznych sytuacji było wiele. Dla obcych był wyrozumiały, kochany, a mnie przez całe życie było z nim ciężko.

Żadnej innej zawodniczki nie potraktowałby tak jak mnie na Grand Prix w Chinach. Przyszłam do niego i powiedziałam, że zmarła babcia. Odpowiedział: "Jest mi przykro z tego powodu". Powiedziałam: "Zmarła twoja matka". I że chcę lecieć do Szwecji spakować rzeczy babci, skremować ją i przywieźć do Polski. (płacz) Nie pozwolił mi. Kazał mi grać w tym dniu mecz i zostać do końca turnieju. Wiedział, że kochałam babcię, ale dla niego przez całe życie liczyły się inne rzeczy. Jego miłością była siatkówka oraz rzeczy, które go zniszczyły i zabiły. Nie wiem, co chciał mi wtedy udowodnić, każąc mi grać. 

Sezon 1999/2000 (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl) , Turniej finałowy Pucharu Polski Kobiet (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Nie wiem, co powiedzieć. Jest mi bardzo przykro. Tajemnicą poliszynela było nie tylko to, że Niemczyk nadużywa alkoholu, ale także że potrafi wyzywać zawodniczki.

My do mniejszej czy większej wulgarności trenerów byłyśmy przyzwyczajone. 

Wydawałoby się, że dziś, w dobie me too, to niedopuszczalne, a jednak dziennikarze opisali, jak w SMS-ie w Łomiankach trener mówił do koszykarek: "pokaż cycki, to ci poda", "szorujcie futrem po parkiecie", "nie wypinaj się tak, bo zaczyna mi się robić ciepło".

Jako córka Niemczyka, chodząc z nim na wiele spotkań, słuchałam tego "męskiego języka". Bywałam na spotkaniach towarzyskich, na których nie zwracano na mnie uwagi, bo panowie byli do mnie przyzwyczajeni. Czasami mówili: "Tylko nie powtarzaj".

W Polsce nadal mamy stereotypowe myślenie o rolach kobiet, a w sporcie tego stereotypu jest jeszcze więcej niż w codziennym życiu. Jego emanacją był klip, jaki o nas zrobiono po tym, jak zdobyłyśmy mistrzostwo Europy. Ujęcia z boiska i podkład muzyczny: "Baśka miała fajny biust". Czułam się zawstydzona, ale siedziałam cicho. Nie potrafiłam wtedy jako zawodniczka głośno zaprotestować. Dzisiaj byłoby inaczej.

Poznałyśmy się, kiedy w 2005 roku opisywałam, że PZPS nie chciał wam wypłacić obiecanych za zdobycie ME nagród. Chodziło o 100 tys. złotych dla każdej zawodniczki.

Ostatecznie wypłacili nam nagrody, ale od kwoty, którą obiecywali, odjęli premie, jakie dostałyśmy z Ministerstwa Sportu, należące się nam zgodnie z ustawą. To było żenujące. Myślę, że w męskiej drużynie taka rzecz by się nie wydarzyła. Premie znalazłyby się natychmiast. Ciekawe, ile chłopaki otrzymali za mistrzostwo do podziału i czy też musieli walczyć kiedykolwiek o wypłatę tych pieniędzy?

W zawodowym sporcie kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Nawet podejście do sukcesów kobiet i mężczyzn jest zupełnie inne. Mówienie o was "Złotka" było w sumie pobłażliwe.

Seksualizacja sportu kobiet oraz niedocenianie wysiłku, jaki wkładają w osiąganie sukcesów, to jest zmora. Jak słyszę redaktorów, którzy mówiąc o reprezentantkach Polski, o olimpijkach, używają określenia "dziewczynki", to mnie też krew zalewa! Zestawmy "Złotka Niemczyka" z "Orłami Górskiego". A dlaczego nie "Orzełkami Górskiego"? 

Ewidentnie ma pani duszę wojowniczki, ponieważ w bardzo konserwatywnym Sejmie walczy pani o kobiety w sporcie.

Sport jest obszarem męskim, a według badań mężczyźni, którzy działają w sporcie, mają bardziej konserwatywne poglądy niż ich koledzy w nim niedziałający. Historycznie sport to męska twierdza, a panowie jej bronią, bo jest dla nich ostoją męskości, ich "wyspą". Kobiety przez ostatnie sto lat były powoli "dopuszczane" przez mężczyzn do uprawiania sportu, według przepisów i zasad ustalonych przez mężczyzn dla kobiet. Nasza kadra olimpijska to w około 40 proc. kobiety, podczas gdy na wysokim szczeblu zarządczym, w sztabach trenerskich, wśród sędziów, w kadrze kierowniczej, menedżerskiej jest ich tylko 3 proc. Mówię o popularnych dyscyplinach sportu. 

Kiedy zaproponowałam ten wywiad, ucieszyła się pani właśnie dlatego, że chciała pani powiedzieć o swojej sejmowej walce o kobiety w sporcie. Sporcie, w którym są duże pieniądze do wzięcia.

I może właśnie dlatego mężczyźni nie chcą dopuścić kobiet do stanowisk kierowniczych. Na dole piramidy sportowej są małe pieniądze – czasami prawie żadne – i tam trenerami są fanatycy sportu. Również kobiety.

A wracając jeszcze do afery w SMS-ie w Łomiankach, to z badań, które przeprowadzili Norwegowie, wynika, że co trzecia kobieta w sporcie była molestowana, wykorzystana seksualnie, mobbingowana lub traktowana w sposób niegodny. Według GUS w Polsce jest około 200 tys. czynnie uprawiających sport kobiet, więc wyobraźmy sobie, jakiej liczby problem dotyczy.

Pani tego doświadczyła na własnej skórze.

Oczywiście, że tak. I myślę, że wiele moich koleżanek również było niegodnie traktowanych, słyszało wulgaryzmy, tylko że o tym się nie rozmawiało. W Polsce nadal zawodniczki – i w ogóle kobiety – wolą trudne sprawy przemilczeć.

Pod pani adresem padały takie hasła jak tamte z Łomianek? 

Ale oczywiście! "Stoisz na parkiecie jak krowa do rżnięcia!" i tym podobne. Kiedy grałam w jednym z klubów, starałyśmy się zapamiętać wszystkie epitety, którymi trener rzucał na treningach i meczach, i na koniec sezonu wręczyłyśmy mu wielką laurkę – sporo tych cytatów tam zapisałyśmy.

Trener Andrzej Niemczy w 2003 roku (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Mocne! Jak się zachował? Przepraszał?

Skąd! No przecież to było wtedy normalne, że trenerzy tak nazywali kobiety, że odnosili się niefajnymi słowami do zawodniczek. Najgorsze, że nikt z klubu i ze związku na to nie reagował. Pozwalano im tak nas traktować. Myśmy się też z tego czasami śmiały, bo pewnie ze śmiechem łatwiej było znieść obrazę i zniewagę.

Wiele rzeczy obraca się w żart po to, żeby nie cierpieć. 

Dokładnie.  

Przyszłam do Sejmu na wywiad z kobietą wielkiego sukcesu – mistrzynią Europy, posłanką – przekonana, że będziemy rozmawiać o radości!

I o pozytywnych emocjach? (śmiech)

Zapytam całkiem wprost: czy ojciec zniszczył pani miłość do siatkówki?

Bardzo się starał, ale mu się to nie udało. Gdyby nie tata, żeńska siatkówka nie miałaby złotych medali mistrzostw Europy. Siatkówka była łącznikiem pomiędzy mną a ojcem, bo prywatnie tego szczęścia nie było. 

Ma pani ten sport w DNA?

Dokładnie! PZPS kiedyś badał geny i do tych badań wzięto naszą rodzinę: mamę, ojca, mnie i moją córkę. Stwierdzono, że moja mama ma 100 proc. "genów siatkarskich" – wyselekcjonowano konkretną pulę, nie powiem pani jakie dokładnie. A ojciec zero. Ja byłam 50 na 50, natomiast moje dziecko ma 75 proc. genów po babci. Jak ona chłonie siatkówkę! Pokazuję jej ruch, a ona go natychmiast wykonuje. Dotarłam do badań, które były robione na myszach albo szczurach, którym puszczano melodię i jednocześnie te zwierzęta otrzymywały negatywne bodźce. Okazało się, że pamięć genetyczna tej melodii została przekazana do siódmego pokolenia. Więc być może u mnie jest tak z siatkówką?

Na koniec zadam pytanie, które na pewno setki razy pani słyszała jako siatkarka, tzn. który sezon uważa pani za swój najlepszy, ale zmodyfikuję je nieco, bo chcę zapytać, który okres w pani życiu był najlepszy? Odpowie pani tak samo, jak często odpowiadali sportowcy: "Najlepsze dopiero przede mną"?

Najlepsze w życiu? Narodziny córki. Całe życie z drugim mężem. Złoty medal mistrzostw Europy. W moim życiu było wiele świetnych momentów, ale też bardzo dużo było trudnych. Jako dziecko byłam głównie bez mamy i bez taty, bo oni ciągle byli na obozach, na treningach, na meczach, a nawet jak mnie ze sobą zabierali, to ja mieszkałam z babcią albo z jakąś nianią gdzieś w pokoju w ośrodku obok.

Później, jak mama wyjechała na siedem lat grać do Włoch, a ojciec na zawsze do Niemiec, to zostałam z babciami. Tęskniłam. Płakałam. Ale ten trudny okres był jednocześnie bardzo dobrym okresem w moim życiu. Być może to, że jestem wolnościowcem, cały mój sposób myślenia wynika z tego, że jako siedmiolatka jeździłam do mamy do Włoch, do taty do Niemiec, ale też do Turcji, Szwajcarii, Austrii. A to były lata 70. i 80.! A ja widziałam już totalnie inny świat niż PRL. Nie potrafiłam zrozumieć jako dziecko, dlaczego u nas jest inaczej, zadawałam trudne pytania i chłonęłam całą sobą tamte klimaty. 

Sigrid, kolejna żona taty, specjalnie nauczyła się polskiego, żeby móc rozmawiać ze mną, z mamą ojca, z polską rodziną.

Najlepsze w życiu? Narodziny córki. Całe życie z drugim mężem. Złoty medal mistrzostw Europy (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Fajna babka. 

Fajna babka. Równie dobrze mogła przecież wyjść z pozycji, że zaczeka, aż my się nauczymy niemieckiego. Więc z Sigrid spędzałyśmy wspólnie czas, bo tata był na meczu lub na treningu. Chodziłyśmy na zakupy, do fryzjera, pokazywała mi świat niedostępny w Polsce.

Później również ode mnie wyczynowy sport wymagał bardzo dużo poświęceń. Miałam fajną klasę, ale co z tego, skoro żeby móc trenować dwa razy dziennie, musiałam przejść na indywidualny tok i uczyłam się sama w bibliotece. Zdawałam z czerwonymi paskami. Rozważałam pójście na studia na politechnikę, ale pomyślałam: nie pogodzę tego z siatkówką, będzie za ciężko. Wtedy nie było żadnych programów wspierających ludzi sportu. W związku z tym wybrałam informatykę na Uniwersytecie Łódzkim. Na dzień dobry usłyszałam: "Po co pani tutaj przyszła? Czemu pani zajęła miejsce "normalnym" ludziom? Przecież pani, jako sportowiec, i tak tej uczelni nie skończy!". Studia ukończyłam, magistra otrzymałam, a dla uczelni i siebie zdobyłam złoty medal na Akademickich Mistrzostwach Polski, oczywiście w siatkówce. 

Oczywiście. Jak pani dziś słuchałam, to przyszedł mi do głowy tytuł książki: "Tak hartowała się stal". Kobieta petarda!

Kibice też zawsze widzieli tę moją siłę, twardość, nieustępliwość, zawziętość, ale ja siebie też widzę inaczej, bo znam swoje traumy. Duchy i strachy z przeszłości.

Ale wracając do pytania o najlepszy okres w życiu, to owszem, wierzę, że jeszcze wiele świetnych momentów przede mną i moją rodziną. Natomiast jak patrzę wstecz, to zawsze ogromnie dużo przyjemności sprawiało mi bycie na sali gimnastycznej i odbijanie piłki. W każdej konfiguracji. Lubiłam trenować indywidualnie z trenerem i sama ze ścianą też. Bardzo lubiłam też okres, kiedy byłam komentatorką.

Czyli jednak ta zawilgocona, zagrzybiona hala to był ten smaczek życia!

(śmiech) Chłopaki ze szkoły, z którymi się po latach widziałam, mówili: "Ty to nawet na przerwach szłaś odbijać piłkę. My nawet tam do ciebie przychodziliśmy. Pamiętasz nas?".

"Nie. Nie pamiętam!"

No, nie pamiętam. A oni: "Myśmy próbowali do ciebie zagadać, ty się nam podobałaś, ale byłaś tak zafiksowana na punkcie siatkówki, że nie potrafiliśmy złapać z tobą kontaktu". Był taki okres w moim życiu, kiedy ciągle rozmawiałam głównie o siatkówce! Z mamą w domu przy kolacji, obiedzie, przez telefon, relacjonowałam jej wszystko. Każdy trening, mecz, w którym zagrałam, byłam w stanie odtworzyć z pamięci akcja po akcji.

A teraz w siatkówkę gra pani córka. A pani walczy, żeby w przyszłości miała równe szanse na zostanie trenerką narodowej kadry, jak jej koledzy.

Lubię spędzać czas z moją córką. Grać z nią w siatkówkę, gry planszowe, karty, kości, czytać książki, jeździć na rowerach, chodzić po parku, robić zakupy i jeść lody. Czasem jej zazdroszczę. Codziennie ma i tatę, i mamę.

Małgorzata Niemczyk. Zdobyła z kadrą narodową złoty medal mistrzostw Europy siatkarek w 2003 roku oraz odniosła liczne sukcesy klubowe w Polsce i Europie. Ukończyła Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego. Członkini PO. Od 2011 r. posłanka na Sejm RP. Członkini komisji: ustawodawczej, kultury fizycznej, sportu i turystyki.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.