Rozmowa
Justo Gallego Martinez (fot. Denis Dobrovoda)
Justo Gallego Martinez (fot. Denis Dobrovoda)

Jak poznałeś Justo?

Historię mężczyzny, który w sumie przez 60 lat budował sam katedrę w Mejorada del Campo, opowiedział mi mój hiszpański przyjaciel Matthew Bremner. Justo Gallego Martíneza wszyscy w Hiszpanii znają dzięki reklamie Coca-Coli, w której wystąpił kilkanaście lat temu. Matthew zaś, dziś producent "Katedry", miał napisać o Justo reportaż i zaprosił mnie, abym towarzyszył mu jako fotograf.

Pojechaliśmy więc do Mejorada del Campo, na obrzeża Madrytu, w nadziei na rozmowę z naszym bohaterem. Mimo że był z nami umówiony, nie zgodził się od razu na wywiad. Musieliśmy najpierw przez tydzień popracować na budowie...

Nie bałeś się, znając podejście Justo do zasad bezpieczeństwa? Przez 60 lat pracował na budowie bez żadnych środków ochrony. Ani razu nie miał wypadku, ale to wbrew prawu i rozsądkowi.

Na początku Justo chciał, byśmy pracowali na rusztowaniu, ale zdecydowanie odmówiliśmy, bo to było absurdalnie niebezpieczne, nie chcieliśmy tak ryzykować. Zajęliśmy się wylewaniem betonu przed wejściem do katedry. Pierwszy raz pracowałem na budowie, to była dla mnie zupełna nowość. Chyba się sprawdziliśmy, bo po kilku dniach Justo zauważył, że potraktowaliśmy jego prośbę serio i się nie obijamy. Dopiero wtedy zgodził się na rozmowę.

Już będąc po osiemdziesiątce, wasz bohater spawał bez okularów ochronnych czy wchodził na rusztowanie bez żadnych zabezpieczeń. Kiedy filmowałeś go podczas pracy, nie miałeś czasami odruchu, żeby zostawić kamerę i ratować staruszka przed niechybną śmiercią?

Był taki moment podczas naszego pierwszego spotkania, kiedy pomagaliśmy mu zawiesić obraz z gołębiem symbolizującym Ducha Świętego. Miał wtedy 92 lata, staliśmy na rusztowaniu, kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Kiedy nachylił się, by po coś sięgnąć, odłożyłem kamerę i złapałem go za ramię. Na sam widok tego, co robi, dostałem zawrotów głowy.

Po tym pierwszym tygodniu na budowie udało nam się przeprowadzić z nim wywiad i zrobić kilka zdjęć. Justo wywarł na nas ogromne wrażenie i zdecydowaliśmy, że wrócimy, żeby spędzić z nim nieco więcej czasu. Czuliśmy, że w jego historii drzemie potencjał na co najmniej krótkometrażowy film, może dłuższy reportaż. Powstał pełnometrażowy dokument.

 

Jednak kiedy kilka miesięcy później przyjechaliśmy z porządną kamerą, pojawiły się przeszkody. Justo miał już wtedy problemy z pamięcią i nas nie rozpoznał. Bał się, że chcemy go wykorzystać, jak wiele osób przed nami. Musieliśmy zdobywać jego zaufanie od nowa.

Ostatecznie spędziliśmy z Justo cztery lata.

Zmarł pod koniec ubiegłego roku w wieku 96 lat. Nie znosił odwiedzających go turystów i dziennikarzy. Nie spodziewał się, że jego plac budowy stanie się lokalną atrakcją. Jak go przekonaliście do tego, żeby otworzył się przed wami i pozwolił wam spędzić ze sobą tyle czasu?

Pracowaliśmy w bardzo kameralnym zespole. Przez większość czasu ekipa składała się z dwóch osób. Łatwiej mu więc było oswoić się z obecnością kamery, nie naruszaliśmy aż tak jego osobistej przestrzeni. Z czasem staliśmy się dla Justo niewidoczni. W pewnym momencie zaczął nawet śpiewać podczas pracy – wtedy wiedzieliśmy, że nam się udało. Z pewnością pomogło również, że regularnie wpłacaliśmy datki na budowę katedry. (śmiech)

Jakim cudem były mnich, bez wykształcenia architektonicznego, planu – nie licząc makiety, która wygląda jak projekt na zajęcia z plastyki w podstawówce – zdołał zbudować ogromny budynek i ten budynek przez 60 lat się nie zawalił?

Justo dorastał na wsi w czasach hiszpańskiej wojny domowej, przerwał edukację w wieku 11 lat. Trafił do klasztoru, ale szybko okazało się, że nie potrafi funkcjonować wśród ludzi. Twierdził, że musiał opuścić klasztor ze względów zdrowotnych, ale według relacji innego mnicha, który go znał, został wyrzucony, bo nie umiał podporządkować się zasadom panującym w zgromadzeniu. To człowiek niełatwy w obyciu. Intensywnie pościł, pracował bez wytchnienia, uważał, że nawet picie wina mszalnego jest grzechem. Wydaje mi się, że nie był szczególnie lubiany.

Wyrzucenie z klasztoru doprowadziło do ogromnego kryzysu tożsamościowego. Justo od wczesnego dzieciństwa marzył o życiu mnicha, był niezwykle religijny. Nic innego go nie interesowało. Z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy powiedzieć, że prawdopodobnie przeżył załamanie nerwowe. Wtedy narodził się pomysł na zbudowanie świątyni – Justo zdecydował, że skoro nie może służyć Bogu w klasztorze, całkowicie podporządkuje swoje życie jednemu celowi. W 1961 roku zaczął kopać ogromną dziurę w ziemi odziedziczonej przez jego ojca. Okoliczni mieszkańcy uznali go za szaleńca.

Justo dorastał na wsi w czasach hiszpańskiej wojny domowej, przerwał edukację w wieku 11 lat (fot. Denis Dobrovoda)

Trudno im się dziwić. Nie mogę sobie wyobrazić, jak można było bez wymaganej zgody i uprawnień rozpocząć tak imponującą budowę i kontynuować ją przez lata bez żadnego nadzoru ze strony miasta?

Mejorada del Campo, gdzie powstała katedra, to obecnie przedmieścia Madrytu, skomunikowane z centrum linią autobusową. Mieszka tu około 30 tys. osób. Kiedy Justo zaczynał budowę na początku lat 60. – zaledwie kilkaset. Była to niewielka wieś, bardzo biedna. Część mieszkańców żyła w ziemiankach i nie miała świadomości, że stolica znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Ojciec Justo posiadał ogromne połacie pól, które w tamtych czasach nie miały zbyt dużej wartości. Kiedy były mnich zaczął kopać ogromną dziurę na własnej działce, nikogo to ani specjalnie nie zdziwiło, ani nie zainteresowało. Wokół było absolutne pustkowie, nie istniał żaden plan zagospodarowania przestrzeni.

Dopiero kilkanaście lat później, kiedy Madryt zaczął się rozrastać, Mejorada del Campo stała się atrakcyjną lokacją przyciągającą nowych mieszkańców. Wtedy wyrastająca pośrodku pustkowia ogromna katedra była już elementem pejzażu, a Justo – kimś w rodzaju lokalnej legendy. Znał burmistrza, urzędników, którzy traktowali go jak nieszkodliwego szaleńca. Wydaje mi się, że na tym etapie nikt nie miał serca podjąć decyzji, żeby zburzyć dzieło życia ekscentryka. Z czasem, kiedy katedra stała się turystyczną atrakcją, a później wręcz międzynarodową sensacją, nie było już mowy o niszczeniu jej. Stanowiła symbol tego miejsca i niezwykłej pasji jej twórcy.

Zobacz wideo Siostry z aerografem. Kaśka i Kajka malują motocykle. 'Faceci czasem nie dowierzają'

Jak on był w stanie wyobrazić sobie tak imponującą budowlę, a następnie krok po kroku realizować tę wizję?

Nie robił obliczeń matematycznych, nie przygotował rysunków technicznych, bo się na tym nie znał. Wszystko było w jego głowie. Cała budowa opierała się na pracy Justo i wolontariuszy. Niektórzy ludzie przychodzili raz na kilka godzin, inni pojawiali się regularnie i pomagali w tygodniu albo w weekendy. Robili to, o co ich prosił.

Pamiętam sytuację, w której Justo, wówczas już po osiemdziesiątce, próbował obliczyć pole koła. To równanie, którego uczą się dzieci w szkole podstawowej. On natomiast używał małych patyków, z których układał okrąg i na tej podstawie szacował, ile materiału będzie mu potrzebne do wypełnienia obiektu. Oczywiście to był bardzo czasochłonny proces. Jeden z wolontariuszy próbował go przekonać do obliczeń za pomocą wzoru. Początkowo Justo nie chciał o tym nawet słyszeć, ale kiedy zobaczył, że to, co jemu zajęło pół godziny, tamten facet zrobił w pół minuty, był oszołomiony z zachwytu. Nie mógł uwierzyć, że to jest takie łatwe. A przecież tego "odkrycia" dokonał po 50 latach spędzonych na ogromnym placu budowy obiektu, który liczył tysiące metrów kwadratowych. Katedra wyglądała wtedy już niemal jak obecnie, ściany były wzniesione, trwały prace nad ogromną kopułą. I on to wszystko zrobił, kierując się wyłącznie intuicją. Nie znał nawet podstaw geometrii.

Ale wyobraźnię miał nieokiełznaną. W jednej ze scen filmu robi betonowe odlewy z 500 piłek tenisowych, które ktoś chciał wyrzucić. Nikt by na to nie wpadł.

Specjaliści zajmujący się inżynierią lądową byli zachwyceni dorobkiem Justo. Eksperci, którzy budują najwyższe drapacze chmur w Hiszpanii, przyglądając się katedrze, ocenili, że już w 1961 roku, kiedy Justo zaczął pracę, miał precyzyjną wizję budynku, musiał dokładnie wiedzieć, jak ten obiekt będzie wyglądał. Przygotował odpowiedni wykop pod fundamenty zarówno pod kątem rozmiaru, jak i głębokości. Nie da się tego zrobić bez świadomości, co chce się wybudować. Justo perfekcyjnie oszacował wszystkie proporcje wysokiego na 40 m budynku. Projektując ogromną kopułę katedry, mierzył odległości rękami. Wiedział, jak rozstawić kolumny, jak usytuować je w stosunku do ścian. Architekci uczą się latami sporządzania obliczeń potrzebnych, by zaprojektować i wybudować obiekt. A Justo robił to wszystko na oko.

Trudno uwierzyć, by to była kwestia wyłącznie szczęścia. Czy Justo to nieoszlifowany geniusz architektury? W twoim filmie niektórzy porównują go do Michała Anioła, Rodina.

Uważam jego talent za absolutnie wyjątkowy. Nawet najwięksi mistrzowie architektury mieli mentorów, którzy dawali im wskazówki, pomagali przy pierwszych wprawkach. Justo nie miał nikogo. Wszystko robił sam. Wymyślił techniki, które imponują współczesnym inżynierom. Katedra jest paradoksalnie dość nowoczesna, bo zbudowano ją głównie z betonu, który stał się popularnym w Hiszpanii materiałem dopiero pod koniec XX wieku. Justo z niego korzystał, bo miał go pod ręką i mógł w łatwy sposób w nim tworzyć, przerabiać go na różne formy i kształty. Jego rozwiązania okazały się niezwykle trwałe – do tego stopnia, że kopuła katedry przetrwała kilka lat temu wichurę, która zniszczyła okoliczne budynki.

Kiedy ktoś pytał go, jak wymyślał rozwiązania wszystkich problemów, które pojawiały się w trakcie budowy, zawsze odpowiadał zniecierpliwiony: "Rozmyślam, a potem robię". I faktycznie, jeszcze w latach 90. na materiałach archiwalnych widać, jak często Justo przechadza się po placu budowy i zastanawia się nad czymś. Zawsze podkreślał również, że Bóg prowadził go przez ten proces. Wieczorem po pracy modlił się, a rano budził się z gotowym rozwiązaniem.

Justo twierdził, że współcześnie architekci stracili kontakt ze swoim rzemiosłem, nie wiedzą, jak wyglądają place budowy. Mówił, że "nie dotykają budynków", nie brudzą sobie rąk.

Dla niego architektura skończyła się na stylu romańskim. Nie miał za grosz szacunku dla sztuki współczesnej. Wieżowce i bloki, które mijał w drodze do pracy, nazywał jaulas – "klatki dla ludzi". Kiedy próbowałem z nim rozmawiać o twórczości jakiegoś innego artysty, wpadał w złość. Gaudi? Według niego fatalny. Jego Sagrada Família w Barcelonie? Za dużo wieżyczek. (śmiech)

Nawet najwięksi mistrzowie architektury mieli mentorów, którzy dawali im wskazówki, pomagali przy pierwszych wprawkach (fot. Denis Dobrovoda) , Justo nie miał nikogo (fot. Denis Dobrovoda)

Justo miał niezwykle konserwatywne, wręcz anachroniczne poglądy na wiele spraw. Mówił, że uwielbia być biedny, a ludzie za bardzo koncentrują się na przyjemności. Wszelką nagość, magazyny pornograficzne uważał za zło wcielone, a o dyskotekach i klubach mówił, że powinno się je spalić, bo to dzieło szatana.

Myślę, że on kierował się wartościami, jakie w jego wyobrażeniach przyświecały pierwszym chrześcijanom. Był ascetą, wycofał się ze społeczeństwa, poświęcił się wierze. Urodził się w latach 20. XX wieku, ale nawet dziesiątki lat temu jego podejście do życia w rażący sposób odbiegało od standardów dość przecież konserwatywnej w tym czasie Hiszpanii. Inspirację czerpał od średniowiecznych chrześcijańskich filozofów, wielokrotnie powoływał się na św. Tomasza z Akwinu. Całe swoje życie podporządkował jednemu celowi: służbie Bogu. Wierzę w głębi serca, że kiedy postanowił wybudować katedrę, nie kierowały nim próżność ani ego.

Może to rodzaj pokuty za wyrzucenie z klasztoru?

Miał masochistyczne skłonności, fascynował się cierpieniem i nieustannie karał siebie za rzekome przewinienia, jakich się dopuścił. Nawet na starość, pracując w upale, zakładał kilka płaszczy, nie pił wody przez cały dzień i jadł tylko kilka orzechów albo kawałek pomidora. Powiedział nam kiedyś, że jego marzeniem byłoby zostać ukrzyżowanym jak Jezus. Psycholog miałby tutaj duże pole do popisu.

A jednak mnóstwo ludzi traktuje Justo i jego odludny styl życia jako inspirację, widzi w tym wartość.

Nasz świat zmienia się z zawrotną prędkością. Żyjemy w epoce TikToka, Tindera i innych aplikacji, które wyznaczają rytm naszego dnia, sposób, w jaki korzystamy z usług i budujemy relacje z drugim człowiekiem. Trudno o bardziej rażący kontrast do naszego stylu życia niż to, jak żył Justo. Paradoksalnie jednak właśnie takie osoby przyciągają nas jak magnes. Niezależnie, czy jesteśmy wierzący, czy nie, wszyscy poszukujemy w naszym życiu jakiegoś głębszego sensu, duchowości. Ludzie przychodzili więc do niego po rady, traktowali niemalże jak filozofa. A Justo przecież nie był wykształcony, nie nauczył się nigdzie umiejętności abstrakcyjnego myślenia. Ale jego życie było nierozerwalnie splecione z jego celem, co nadało "Katedrze" dodatkowy wydźwięk. Dla mnie ta historia to opowieść o sensie życia.

Kiedy katedrą zainteresowali się turyści i media?

Najstarsze materiały dziennikarskie, do jakich dotarłem, pochodziły z lat 80., z lokalnej telewizji. Z biegiem lat nagrań i zdjęć pojawiało się coraz więcej, a miejsce odwiedzało coraz więcej turystów zaintrygowanych dziwaczną budowlą – mimo że ze względu na partyzanckie warunki, w jakich powstawała, jej zwiedzanie jest niebezpieczne. W 2003 roku pracą Justo zainteresowało się Museum of Modern Art w Nowym Jorku, które poświęciło mu wystawę czasową. Przełom nastąpił dwa lata później, kiedy katedra stała się bohaterką kampanii Aquarius marki Coca-Cola.

 

To jedna z najbardziej udanych i popularnych kampanii reklamowych w historii hiszpańskiej telewizji. Twarz Justo pojawiła się nagle w każdym hiszpańskim domu. Ludzie myśleli na początku, że to ustawiona akcja, nie mogli uwierzyć, że taka historia mogłaby się wydarzyć naprawdę.

On nie miał pojęcia, w co się pakuje. Z racji swojego pustelniczego życia nie wiedział, jak funkcjonują media, nie zdawał sobie sprawy, jak popularną marką jest Coca-Cola. Wydawało mu się, że reklama, w której bierze udział, będzie umieszczona na puszce z napojem. Całe to zamieszanie wokół jego osoby bardzo go rozzłościło. Nie lubił turystów ani dziennikarzy, którzy przeszkadzali mu w pracy.

Myślisz, że Justo był szczęśliwy? A może koncept szczęścia wydawał mu się zbyt nowoczesny i nieprzystający do jego wizji świata?

Wydaje mi się, że był spełniony. Katedra stała się jego schronieniem przed światem zewnętrznym, który zmieniał się w zastraszającym tempie. Nie ukrywajmy, poglądy Justo na wiele spraw były nie tylko ekscentryczne, część z nich zahaczała o niebezpieczny radykalizm. Gdybyśmy zorganizowali społeczeństwo na jego modłę, pod pewnymi względami cofnęlibyśmy się mentalnie do średniowiecza. Nie sądzę, żeby ludziom to się spodobało. On jednak znalazł w tym ascetyzmie idealny sposób bycia dla siebie. Jedyną słabością Justo było oglądanie meczów piłkarskich. Nawet wtedy jednak nie pozwalał sobie na zbyt wiele przyjemności, aby nie zgrzeszyć zanadto – nigdy nie oglądał rozgrywki od początku do końca, co najwyżej połowę.

Zważywszy na takie nastawienie do świata, faktycznie łatwo zrozumieć, że łatwiej było mu żyć w odosobnieniu, z dala od ludzi.

Z drugiej strony Justo był pod niektórymi względami niezwykle nowoczesny. Był na przykład wegetarianinem na długo przed tym, zanim stało się to powszechne. W Hiszpanii w latach 60. nawet nie istniało określenie na ludzi, którzy rezygnują z mięsa. A już wtedy kierowało nim silne przekonanie, że jedzenie zwierząt jest złe. Oprócz tego on niejako przez przypadek stał się ekologiem. Jeszcze w latach 80. mówił o ochronie środowiska i przestrzegał przed konsekwencjami industrializacji i zanieczyszczenia wód, powietrza. Budując katedrę, w dużej mierze z odpadów, propagował recykling, potrafił znaleźć zastosowanie dla niemal każdego materiału. Nie przeczytał o tym wszystkim w książce, nie śledził ruchów społecznych popularyzujących rewolucyjne w tych czasach tezy. To wypływało głęboko z jego przekonań i postawy wobec świata.

Katedra jest paradoksalnie dość nowoczesna, bo zbudowano ją głównie z betonu, który stał się popularnym w Hiszpanii materiałem dopiero pod koniec XX wieku (fot. Denis Dobrovoda) , Justo z niego korzystał, bo miał go pod ręką i mógł w łatwy sposób w nim tworzyć, przerabiać go na różne formy i kształty (fot. Denis Dobrovoda)

I nie było w tym ani grama próżności. W jednej ze scen filmu okazuje się, że katedrą zainteresowało się UNESCO. Waszemu bohaterowi to jednak nie imponuje, traktuje przedstawiciela instytucji jak narzucającego się petenta.

Zupełnie go to nie ruszało. Kiedy z kolei MoMA przygotowało wystawę poświęconą katedrze, jeden z kuratorów przyleciał do Hiszpanii, by zaprosić Justo do Nowego Jorku na wernisaż. Obecność w tym muzeum to spełnienie marzeń każdego artysty, moment naznaczony zwykle ogromnym wzruszeniem, ludzie niekiedy płaczą z emocji, traktują to jako zwieńczenie kariery.

A Justo?

Delegacja zastała artystę jak zwykle – przy pracy. Ktoś go zawołał: "Justo, przyjechali ludzie z MoMA w sprawie wernisażu". On na to: "Co to za jedni?". Tłumaczą mu więc, że to jedno z najbardziej prestiżowych muzeów na świecie, które bardzo chciałoby wykorzystać jego pracę jako element wystawy. "Jak chcecie", rzucił. Zrobili kilka zdjęć, a później zaprosili go do Nowego Jorku jako jedną z gwiazd wystawy. Justo spojrzał na nich, jakby urwali się z choinki, i powiedział, wskazując na to, co wokół niego: "Hombre, ale ja tu robotę mam".

*Krakowski Festiwal Filmowy odbędzie się w dniach od 29 maja do 5 czerwca w krakowskich kinach oraz od 3 do 12 czerwca 2022 online na terenie całej Polski.

Denis Dobrovoda. Słowacki reżyser i producent nagradzanych krótkometrażowych filmów dokumentalnych i fabularnych, m.in. "Savage", "Apparition" i "They Never Came Back". "Katedra" jest jego pełnometrażowym debiutem. Obecnie mieszka i pracuje w Londynie.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Gazecie Wyborczej'', ''Wysokich Obcasach Extra, Polityce, na portalu Filmweb.pl. Wcześniej była redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl. Stała współpracowniczka Weekend.gazeta.pl, Vogue.pl. Prowadzi edukacyjne zajęcia filmowe dla młodzieży w ramach programu Filmoteka Szkolna. Kiedy nie pisze o kinie, zajmuje się technologią VR i AR w firmie CinematicVR.