Rozmowa
Mimo ogromnych problemów prywatnych Björn pozostał zawodowo aktywny (fot. Materiały prasowe)
Mimo ogromnych problemów prywatnych Björn pozostał zawodowo aktywny (fot. Materiały prasowe)

Nastolatek ze Szwecji z dnia na dzień stał się jednym z pierwszych popkulturowych idoli m.in. w Japonii. Obok blasku świateł i wielkiego sukcesu ciągnął się też jednak za nim niewyobrażalnie długi cień. Przerwane relacje, niewypowiedziane słowa i wszechobecny zapach śmierci towarzyszyły Björnowi przez ostatnie półwiecze. Dziś mówi: „Paradoks jest w tym, że kiedy straciło się tak wiele, życie staje się w pewnym sensie łatwiejsze”. Kiedy i dlaczego złotowłosy Tadzio „przemienił się w długowłosego wikinga, któremu grozi eksmisja? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć poświęcony mu dokument „The Most Beautiful Boy in the World” Kristiny Lindström i Kristiana Petriego, który miał premierę na zakończonym niedawno festiwalu filmowym w Sundance. 

 

ANNA TATARSKA: Czy to prawda, że znaliście państwo Björna Andrésena, jeszcze zanim wpadliście na pomysł zrobienia o nim filmu?

KRISTIAN PETRI: Jestem reżyserem, a Björn aktorem. Sztokholm to nie metropolia i jeśli pracuje się w podobnych kręgach, to się na siebie wpada, mija na rozmaitych wydarzeniach branżowych...

KRISTINA LINDSTRÖM ...w tych samych restauracjach, barach i na tych samych imprezach.

KRISTIAN PETRI: Dokładnie. Wiedziałem, kim jest. Nawet kiedyś spotkaliśmy się na planie serialu dla dzieci, który reżyserowałem. Ale powiedzieć, że znałem Björna? To byłoby nadużycie.

Od premiery „Śmierci w Wenecji” minęło 50 lat. Czy Björn wciąż jest w Szwecji rozpoznawalny? W pierwszych momentach waszego filmu widzimy jego zdewastowane mieszkanie. Można odnieść wrażenie, że jest zapomnianym biedakiem...

K.L.: Björnowi udało się zbudować pewną karierę. Kilka lat po sukcesie „Śmierci...” zagrał na przykład główną rolę w popularnym szwedzkim filmie „Bluff stop” (1977), wciąż jest zawodowo aktywny, wystąpił np. w małej roli w „Midsommar” Ariego Astera. Po premierze „Bluff...” spadła na niego fala krytyki. Dostało mu się za urodę. „Ktoś tak piękny nie może wiarygodnie wcielić się w bohatera!”; „Taki piękniś nigdy nie zbuduje psychologicznej głębi!”. Ach, ten dziwny klimat politycznie poprawnych lat 70. w Szwecji.

K.P.: Uroda może być dla aktora klątwą, odbierać mu szanse na poważne role. Spójrzmy na Carego Granta. Jemu też zarzucano, że jest zbyt przystojny jak na „poważnego aktora”. Takie przypadki można mnożyć, szczególnie wśród kobiet.

K.L.: Mimo ogromnych problemów prywatnych Björn pozostał zawodowo aktywny. Sporadycznie pojawiał się nie tylko w telewizji i kinie, ale i udzielał się muzycznie - jako kompozytor współtworzył na przykład musical „Rocky Horror Picture Show” w Sztokholmie. Był też nauczycielem muzyki.

K.P.: Koszmarny stan jego mieszkania jest nie tyle wynikiem złej dyspozycji finansowej, co obrazem jego stanu ducha.

Reżyserka Kristina Lindström (fot. Sundance Institute) , Reżyser Kristian Petri (fot. Sundance Institute)

Czy ta krytyka „ponadprzeciętnej” urody wynika w jakikolwiek sposób z filozofii „lagom”, szwedzkiego odpowiednika duńskiego „hygge”? Oznacza ona stan równowagi i zdrowy rozsądek, ale też, w odniesieniu do wzorców osobowych, „nie wychylaj się, bądź pośrodku”.

K.L.: Być może. Björn patrzył z okładek wszystkich gazet, ludzie mu zazdrościli sukcesu. Spływały do niego setki listów miłosnych z całego świata. A on był nastolatkiem, tą całą aferą wystraszonym. Chciał się przyjaźnić z rówieśnikami, być częścią grupy. Jednak po powrocie z planu jego pozycja wśród kolegów uległa zmianie. Pogardliwie przezywali go „anielskie usteczka”.

K.P.: Sam czas zdjęć do „Śmierci…” Björn wspomina dość dobrze. Ale funkcjonował wtedy w pewnej bańce. Po premierze stał się ofiarą prześladowań, bullyingu. Bańka pękła.

K.L.: We wszystkich wywiadach, i także w naszych rozmowach, Björn zawsze nazywa „Śmierć w Wenecji” „filmem, który zniszczył jego życie”.

W waszym filmie pojawia się fragment konferencji prasowej filmu na festiwalu w Cannes. Visconti mówi prasie, że udało mu się uchwycić Björna, gdy był najpiękniejszy, a teraz będzie już tylko brzydł. Chłopak siedzi w tym czasie obok niego w milczeniu...

K.P. „Od teraz będziesz już tylko gorszy”. Trudno sobie wyobrazić, jaki wpływ ma coś takiego na psychikę nastolatka, prawda? Podobne słowa padły też ze strony Riyoko Ikedy [japońskiej mangaki, twórczyni m.in. „Aż do nieba”, jednej z pierwszych mang przetłumaczonych na język polski, i „Róży Wersalu”, której główna postać wzorowana jest właśnie na młodym Andrésenie – przyp. aut.]. Mówiła o nim, jakby był pąkiem kwiatu wiśni. Idealnym, ale w tej idealnej formie istniejącym tylko przez ułamek sekundy. Jednak nie ma w jej wypowiedzi – pięknej i smutnej jednocześnie - tej brutalności, co w słowach Viscontiego. To raczej wyraz japońskiej kultury.

K.L.: To przedmiotowe traktowanie, „wystawianie” Björna mediom, tłumom jak niemego eksponatu odcisnęło na nim ogromne piętno. Był nastolatkiem, a już miał przekonanie, że jest zużyty, przeterminowany.

Kiedy oglądałam sceny castingu do „Śmierci w Wenecji”, miałam dreszcze. Dorosły reżyser każe nastolatkowi pozować w bieliźnie i uwodzić kamerę, w sali nie ma żadnego opiekuna...

K.P.: „The Most Beautiful...” to w pewnym sensie historia wielu dziecięcych gwiazd – użytych raz, dwa i porzuconych, zostawionych samym sobie. Niektórym udało się zbudować karierę, ale większość została zniszczona. To opowieść stara jak świat, jak show-biznes. Mieliśmy ją w tyle głowy, kiedy tworzyliśmy nasz film. Björn był sierotą, ale na przykład matka i ojciec Michaela Jacksona żyli, kiedy ich syn zaczynał występować. Co z tego. Ich przykład dowodzi, że sam fakt istnienia nie daje prawa używania tytułu „rodzic”. Rodzicielstwo to aktywna troska i uwaga.

'The Most Beautiful...' to w pewnym sensie historia wielu dziecięcych gwiazd - użytych raz, dwa i porzuconych, zostawionych samym sobie (fot. Björn i Anike Andrésen / Sundance Institute)

K.L.: Niezwykle ważna jest właśnie kwestia korzeni, siatki rodziny. Nie tylko reżyserowie starają się przesuwać granice, także rodzice potrafią być zafiksowani na „więcej”, bez świadomości ponoszonej przez dziecko ceny. Taka była przecież babcia Björna, jego prawna opiekunka. Zamiast dbać o psychikę chłopca z radością pławiła się w jego sławie.

K.P.: Takie sytuacje na pewno wciąż się zdarzają. Na szczęście zmienił się system i standardy – przynajmniej w filmie, bo nie wiem, jak działa to choćby w modelingu. Pojawiły się odpowiednie prawa, regulacje. Na takie nadużycia nie ma już przyzwolenia. Gdyby dziś na konferencji w Cannes jakiś reżyser zachował się tak jak Visconti, wówczas byłby skończony.

Wasz film nie jest typową biografią. Pokazujecie pewien aspekt życia Björna, reszty widz może, ale nie musi, się domyślić.

K.P.: Jako filmowiec zawsze uważałem, że mniej znaczy więcej. Nie lubię filmów przeładowanych informacjami, wolę wyjść z kina głodny. W głowie zaintrygowanego widza kiełkują osobne, oryginalne pomysły. Dlatego kluczowe było dla nas założenie, że nie robimy chronologicznej opowieści o całym życiu Björna. Jest on postacią niezwykle złożoną, można powiedzieć - wielowątkową. Aż trudno uwierzyć, że jedna osoba może doświadczyć tak wiele piękna i tak wiele okrucieństwa. Jego życie to istna saga. My wybraliśmy z tego bogatego materiału kilka wątków.

K.L.: Zdjęcia zaczęliśmy w 2016 roku, po rocznym okresie przygotowań. Spędziliśmy z nim pięć lat, cały czas działo się coś nowego. Przeprowadziliśmy tak potężny research, że moglibyśmy z tego zrobić wielogodzinną opowieść o każdej dekadzie jego życia. Otworzyliśmy drzwi do wielu pokojów. Ale wiele materiałów, które były wspaniałe i intrygujące, musieliśmy dla dobra całości wyrzucić. Celowo tak zmontowaliśmy materiał, by pokazywał tylko wyimek całości. Cały czas pamiętaliśmy, że nasze pytanie brzmi: „Kim był tamten chłopiec i co się z nim stało?”.

Nie ma u was „gadających głów” - dlaczego?

K.L.: Björn opowiada swoją historię sam, nie wyręczamy go, nie robią też tego inni ludzie. Nikt nie opowiada, co się według niego z Björnem działo i dlaczego. Jeśli na ekranie pojawiają się inni ludzie, to zawsze razem z nim. Wybraliśmy taką ścieżkę, bo najważniejsze były dla nas emocje – zarówno bohatera, jak i widzów. Musieliśmy wykreować przestrzeń, w której widz będzie w stanie znaleźć z bohaterem autentyczną więź.

Oglądając „The Most Beautiful Boy in the World”, myślałam dużo o dziedziczeniu traumy. O przekazywanym w genach bólu i lęku.

K.L.: My też dużo o tym myśleliśmy. Pierwsza wersja filmu, o pół godziny dłuższa, zawierała wątek ojca Björna. Nasz film mówi o tym, co bierzemy od rodziców, co przekazujemy naszym dzieciom. Nawet jeśli się staramy, okruszki naszych traum lądują w ich rękach. Chyba że dziecko potrafi znaleźć w sobie siłę, by się obronić. Tak jak córka Björna, Robin. Kiedy ją spotkaliśmy, poczuliśmy, że jest niezwykle mocną osobą, mimo że przeżyła tyle mrocznych sytuacji u boku ojca i matki. Ona przełamuje ciążącą nad rodziną klątwę.

K.P.: Ja też mam wrażenie, że na niej sztafeta traum się kończy. Robin nie przejmie tej pałeczki.

Ekranowe spotkanie ojca i córki to niesamowity moment. Wcześniej miałam wrażenie, że Björn całe życie odgrywa postać, a podczas spotkania z Robin po prostu... był?

K.P.: Bo ona jest prawdziwa, mocno zakorzeniona w życiu! Rodzinna klątwa jej nie objęła. Na Björna relacja z Robin działa terapeutycznie. On ją podziwia, kocha i ogromnie szanuje. Dowodem może być fakt, że kiedy mieliśmy ją po raz pierwszy nagrać, Björn zasugerował, żeby była na ekranie sama. Żeby powiedziała nam dokładnie to, co myśli i czuje, bez jego ingerencji. Żeby przed niczym się nie hamowała. „Tylko nie próbuj być dla mnie miła” – groził jej z przekąsem. To miała być jej historia. Najpierw nakręciliśmy więc samą Robin, a dopiero potem razem z ojcem.

To przedmiotowe traktowanie, 'wystawianie' Björna mediom, tłumom jak niemego eksponatu odcisnęło na nim ogromne piętno (fot. Mario Tursi / Sundance Institute)

Filmową opowieść dopełniają archiwalne nagrania. To są filmy z dzieciństwa, ujęcia Björna z mamą, w domu. Nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że tyle ich powstało w tej podzielonej rodzinie.

K.L.: Nawet Björn nigdy do końca tego nie zrozumiał. Babka miała istną obsesję na punkcie kamery, kręciła przez cały czas, jak jakiś paparazzi. Może miało to związek z jej pragnieniem sławy? - nie wiemy. Ciotka, siostra mamy Björna, pielęgniarka, miała ksywkę „CIA”, bo nagrywała wszystko, w tym rozmowy telefoniczne w idealnej jakości. Na początku zawsze pełnym głosem podawała dokładną datę i godzinę. Jedno z takich nagrań słychać w filmie. Co ciekawe, Björn wspomina ją jako najmilszą, najcieplejszą. Kiedy odsłuchał rozmowę, podczas której ciotka mówi matce, że jej nie rozumie, był zdziwiony. Wreszcie matka, która od najmłodszych lat nagrywała jego, jego siostrę i siebie. Są filmy, na których czyta swoją poezję lub zwraca się do dorosłych dzieci, jakby wysyłała film do przyszłości.

Może wiedziała, co przyjdzie? Że nie będzie jej u boku dzieci, kiedy będą dorastać?

K.L.: Myślę, że można tak na to spojrzeć. Można też założyć, że działanie „cioci CIA” nie było jakąś dziwaczną fiksacją, ale wyrazem troski. Ona się o nich martwiła. Jak na tę rodzinę przystało, w dziwny sposób.

K.P.: W życiu Björna było niewyobrażalnie wiele dziwnych osób. Na przykład na etapie, którego w filmie nie pokazujemy, czyli kiedy po śmierci matki mieszkali z siostrą w Danii z ojczymem. Björn jako 13-latek uciekł stamtąd do Szwecji, zabrawszy tylko gitarę.

Przez cały seans po głowie chodziła mi jeszcze taka myśl: robicie film o performerze, ale warunkiem jest, że da on wam prawdę. Jak wynegocjowaliście zgodę na szczerość?

K.L.: Bardzo długo o tym rozmawialiśmy. Tu ważne jest też, by zrozumieć, jakim aktorem jest Björn. Kamera, mikrofon czy technicy z kablami mu nie wadzą, on po prostu jest. Wolny, osobny. Nie musieliśmy się martwić, że będzie się stresował, że się zatnie. Jednocześnie doskonale rozumie, jak działa kamera. Potrafi czekać, żeby złapać dobre światło.

K.P.: Björn prowadzi w wyjątkowym tańcu z kamerą. W jego ruchach jest coś kociego, wypełnia je niesłyszalna melodia. Dla dokumentalisty taki bohater – któremu nic nie przeszkadza, nic go nie rozprasza - to marzenie. Poza tym nie da się ukryć, że Björn to chodząca charyzma. Może siedzieć bez ruchu, a i tak nie można od niego oderwać oczu.

Anna Tatarska. Dziennikarka i recenzentka filmowa, współpracująca m.in z magazynem Vogue, Onetem i Gazetą Wyborczą. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o kulturze oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Ceni wolność w pracy i życiu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, wegetariańskie kulinaria i podróże, ale najbardziej lubi innych ludzi.