Rozmowa
Puszka herbaty (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')
Puszka herbaty (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')

Moja siostra kolekcjonowała w latach 80. puszki po piwie, a ja opakowania po czekoladach – i do dzisiaj właściwie nie bardzo wiem z jakiego powodu.

Myślę, że to zbieractwo było naturalną potrzebą obcowania z pięknem, którego w latach 80. mieliśmy w Polsce naprawdę niewiele. Chcieliśmy po prostu zatrzymać dla siebie coś ładnego i coś, na co było nas stać. Oczywiście nie jestem w tej ocenie obiektywna, bo uwielbiam przedmioty i one do mnie same lgną – ludzie mi je przynoszą, znajduję je na targach staroci i w internecie. Nie potrafię się powstrzymać.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Od kilku lat mamy w Polsce swego rodzaju boom w temacie dizajnu. Powstają wystawy, blogi, strony na Facebooku, takie jak "Uwaga, śmieciarka jedzie", i książki, żeby choćby wspomnieć "Zacznij kochać dizajn" Beaty Bochińskiej. Skąd to wszystko?

U mnie się to niekoniecznie wzięło z tego boomu na wzornictwo powojenne, tylko z zainteresowań wnętrzarskich. Pamiętam pierwsze polskie wnętrzarskie magazyny, takie jak "Cztery Kąty", które brałam od ciotki budującej dom. Odkryłam wówczas, że to jest to, co mnie interesuje. Miałam nawet pomysł, żeby zostać architektką wnętrz, ale to nie doszło do skutku, bo jestem jednak humanistką. A jednocześnie wnętrzarą, co potwierdziła wystawa pokazywana w 2011 roku w Muzeum Narodowym "Chcemy być nowocześni" – moje absolutne olśnienie. Nie będąc przecież historykiem sztuki, zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, jak wspaniałe rzeczy powstawały u nas w latach 50. XX wieku. Piorunujące wrażenie zrobiły na mnie porcelana, szkło i tkaniny, ale też meble. Tak to się zaczęło. Od tego czasu kupuję przedmioty, które można postawić we wnętrzu i będą ładnie wyglądać. Nie uważam się za kolekcjonerkę. Zresztą dzisiaj te przedmioty osiągają takie ceny, że trzeba by wygrać w totka, żeby je kolekcjonować.

Przedmioty to jedno, a wiedza o nich to drugie.

Po tej wystawie w Muzeum Narodowym dekadę temu zorientowałam się, że właściwie nie mamy książek o polskim dizajnie, że jest tu luka do wypełnienia. Postanowiłam, że przyłożę się do jej wypełnienia, i tak powstała moja pierwsza książka "Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie powojennym", a teraz "Opakowania, czyli perfumowanie śledzia", w której skupiam się na peerelowskiej grafice i reklamie.

Kwas chlebowy (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u') , Papierosy Żeglarz (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')

Ta pojawiająca się w Polsce od kilku lat literatura ma wielkie praktyczne znaczenie, bo okazało się, że młodzi ludzie zaczęli bardziej świadomie przeglądać zawartość babcinych szafek. Okazało się, że to nie tylko rupieciarnia, ale często także prawdziwe skarby, które dzisiaj osiągają niebotyczne ceny.

Na to złożyło się kilka rzeczy. Z jednej strony wspomniany przez ciebie dostęp do wiedzy i większa w tej materii świadomość. Z drugiej strony ludzie – zwykle po trzydziestce – żegnali odchodzących dziadków i wchodzili do ich mieszkań. Niestety – co widać na wspomnianym przez ciebie profilu fejsbukowym "Uwaga, śmieciarka jedzie" – nadal sporo wspaniałości wyrzucają. Ale jednocześnie jest coraz więcej takich osób jak ja, które pędzą na śmietniki, by wyciągać z nich prawdziwe skarby.

Większą świadomość widać też w coraz większej liczbie wiadomości, które dostaję – ludzie wysyłają mi zdjęcia i pytają, co to jest, czy to ma jakąś wartość. Widać to również na OLX, który jest jedną wielką galerią polskiego dizajnu. Jeszcze kilka lat temu można tam było kupić codziennie kilka rzeczy po w miarę rozsądnych cenach, dzisiaj kwoty poszły w górę znacząco. To zainteresowanie polskim powojennym dizajnem jest oczywiście jakąś formą snobizmu, mody…

Zobacz wideo

Ale skoro to moda, która ratuje piękne przedmioty, to trzeba jej tylko przyklasnąć.

Pełna zgoda. Nie tylko ratuje polski dizajn, ale także znakomicie wpisuje się w światowy trend zero waste. Widać to w różnych grupach internetowych, w których ludzie się chwalą pięknie odnowionym, a znalezionym na śmietniku meblem. Są z tego dumni, podkreślają wręcz to pochodzenie mebla w salonie. A stać ich i na renowację starego mebla, i na kupno nowego.

Ja robię teraz na działce domek z kontenera morskiego i zbieram po śmietnikach narty, z których chcę zrobić wieszak. W towarzystwie moich znajomych skarby znalezione w takich miejscach powodują największą dumę, a wybranie się do sklepu po coś nowego jest wręcz dziwne i rzadkie.

Przedmioty jednakowoż to insza inszość, bo serwis czy mebel nie tylko upiększa nam mieszkanie, ale także jest praktyczny. Tymczasem opakowania wydają się zupełnie zbędne. Co cię w nich pociągnęło?

Po pierwsze, wydaje mi się, że jeśli człowiek interesuje się powojenną sztuką użytkową, to po prostu podoba mu się pewna estetyka. Opakowania nie są od niej oderwane. Po drugie, kiedy chodzi się po targach staroci i szuka się ceramiki, siłą rzeczy się je znajduje. Nie powiem, żebym je nałogowo kupowała, ale bardzo mnie zainteresowały.

Radio Koliber (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u') , Szyszka kąpielowa (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u') , Lakier do paznokci (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')

Dużo się tych opakowań ostało?

Bardzo mało, bo od razu po wyciągnięciu produktu zwykle lądowały na śmietniku. Nie mamy też w Polsce żadnej instytucji, która zajęłaby się tą spuścizną; zresztą ona w większości została już zniszczona. Kiedy po upadku Polski Ludowej likwidowano fabryki i inne instytucje, wszelką dokumentację, w tym projektową, po prostu wyrzucano. Wyrzucano dokumentację wzorcowni fabryk szkła, ceramiki i mebli. Podjeżdżał kontener i wszystko szło na śmietnik – tak potraktowaliśmy dorobek kilku pokoleń. Dzisiaj mamy strzępy tej dokumentacji, często w rękach prywatnych osób, które jakimś cudem je znalazły, kupiły i ocaliły.

W ogóle można odnieść wrażenie, że polskim dizajnem zajmują się głównie prywatne osoby.

Tak jest w dużej mierze, choć w ostatnich latach to się trochę zmieniło. Muzea sztuki nie mają już w pogardzie sztuki użytkowej, dlatego powstała stała Galeria Wzornictwa Polskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie i podobną galerię otwarto właśnie w Muzeum Narodowym w Krakowie. Wiem, że Muzeum Mazowieckie w Płocku od jakiegoś czasu skupuje od kolekcjonerów polski dizajn powojenny. Coś się więc ruszyło.

I okazało się, że nie wszystko, co powstało w Polsce Ludowej, było okropne?

Myślę, że to jest związane ze zmianą pokoleniową, z tym wspomnianym przeze mnie pokoleniem, które urodziło się jeszcze w PRL-u i coś pamięta z dzieciństwa, ale dorastało już w III Rzeczpospolitej. I nie ma złych skojarzeń z PRL-em, nie doświadczyło prześladowań, więc patrzy na ten okres przez pryzmat kina, architektury czy dizajnu. W tym dizajnu opakowań, który był specyficzny, bo powstawał w czasach bez wolnorynkowej konkurencji, bez reklamy i w czasach nieustannego braku odpowiednich surowców, co z drugiej strony wzmagało kreatywność. Oczywiście efekt był często taki jak w tytule mojej książki – dostawaliśmy "perfumowanego śledzia". Ale nieraz był też wspaniały.

Zestaw opakowań na mydła (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')

Ciekawie zmieniały się wyzwania dotyczące opakowań w PRL-u – od lat powojennych, kiedy pakowano w to, co było, do lat 70., kiedy pojawił się wybór i sklepy samoobsługowe. Wtedy chyba tak naprawdę zaczęto zwracać szczególną uwagę na opakowania.

To niezwracanie/zwracanie uwagi na opakowania jest bardzo interesujące, dlatego zresztą się nimi zajęłam. Problem z opakowaniami widać dobrze w rozmaitych internetowych grupach zajmujących jest powojennym dizajnem. Szkło, ceramika czy meble mają w nich oczywiście mocną pozycję, ale opakowania już niekoniecznie, choć za każdym razem, gdy ktoś wrzuci jakąś puszkę po herbacie, lajki sypią się gęsto. Czułam więc, że warto się temu tematowi przyjrzeć nieco bliżej.

To przyglądanie się, jak rozumiem, jest wyzwaniem również ze względu na anonimowość projektów opakowań. Ich autorów znamy niewielu, i to zwykle dzięki temu, że wygrali jakiś konkurs i odnotowała to prasa.

Bardzo ważna była dla mnie przy pisaniu obu książek próba ocalenia choć garści ludzkich historii związanych z opisywanymi przeze mnie przedmiotami i projektami. Pomagały w tym na pewno konkursy, które służyły zresztą podniesieniu rangi zawodu projektanta opakowań. I choć tej rangi w mojej ocenie nie podniosły, zachowały się dzięki temu nazwiska projektantów, którzy tak naprawdę zajmowali się opakowaniami trochę przy okazji, bo w samym środowisku plastycznym projektowanie opakowań nie cieszyło się żadnym uznaniem. Nie interesowało też samych producentów, bo z jakiego powodu? W centralnie planowanej gospodarce wykonuje się po prostu zlecony plan. Tyle. Nie miały więc te nasze opakowania łatwego życia.

Osoby, z którymi rozmawiałaś, były zaskoczone, że piszesz o opakowaniach?

Tak, informacja o tym, że piszę książkę o opakowaniach, robiła za każdym razem spore wrażenie, ale z osób, które zajmowały się projektowaniem i przyznają się do tego, dotarłam tylko do Romana Duszka, autora – do spółki z Andrzejem Zbrożkiem – między innymi identyfikacji wizualnej LOT-u. Duszek pracował najpierw w Polsce, a potem na Zachodzie, więc miał porównanie.

W Polsce projektowano opakowania właściwie po omacku, a na Zachodzie był oczywiście już wówczas profesjonalny sztab ludzi. Zresztą nie mieliśmy w Polsce nawet takiego zawodu jak projektant opakowań – w PRL-u robili to ci, którzy na co dzień parali się malarstwem, plakatami czy grafiką warsztatową. Na dziełach Polskiej Szkoły Plakatu były sygnatury twórców, a na opakowaniach nie. Kiedy Karol Śliwka i Andrzej Zbrożek podpisywali się na etykietach zapałczanych, niektórzy się z nich śmiali. A gdzieś pomiędzy Polską Szkołą Plakatu a opakowaniami są koperty płyt, bo na nich pojawiały się sygnatury. No, ale to była inna ranga. Co innego winyl, co innego herbata.

Szminki (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u') , Landrynki (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u') , Muchozol (fot. Z książki 'Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u')

Tę niską rangę wyznaczały też w Polsce Ludowej materiały, z których powstawały opakowania. Dzisiaj historie o puszkach z kiepskiej jakości blachy, która była w dodatku tak gruba i twarda, że nie dało się jej otworzyć otwieraczem do konserw, czyta się jak pomysł na komediowy film.

Rzeczywiście można się podczas lektury mojej książki trochę pośmiać, bo pełno w niej absurdów PRL-u. Ciekawe jest to, że potrafiliśmy na przykład robić szkło artystyczne, ale nie potrafiliśmy wyprodukować słoika, który by się odkręcał i zakręcał bez pomocy narzędzi, jakich raczej próżno szukać w kuchni. Byliśmy też oczywiście absolutnie zapóźnieni w rodzajach opakowań. Kiedy na Zachodzie pakowano towary do lekkich pudełek, my pakowaliśmy je w ciężkie drewniane skrzynie. Kiedy na Zachodzie niezliczona liczba produktów była w aerozolu, my wprowadzaliśmy go jako szczyt nowoczesności. Rzeczy były często tak pakowane, że się psuły albo do klienta docierały w stanie rozpadu.

Czy były jakieś ośrodki w Polsce, które dominowały w branży opakowań?

Nie, opakowania produkowano w wielu miejscach. Huty szkła były głównie na Śląsku, najlepsze drukarnie były w Łodzi i Warszawie, na Pomorzu produkowano puszki, ale i tworzywa sztuczne. Generalnie nie było tu żadnego wielkiego planu, mimo że powołano nawet pełnomocnika rządu ds. opakowań i kilka zajmujących się opakowaniami instytucji. Niewiele jednak z tego wynikało.

Wiele za to wynikało z indywidualnej innowacyjności, że wspomnę choćby Alexandra Steinweissa, którego ojciec, zanim wyemigrował do USA, projektował w Warszawie buty.

Alexander Steinweiss wpadł na genialny pomysł, by płyt nie pakować w szary papier, ale projektować im okładki. Początkowo podchodzono do jego pomysłu i projektów sceptycznie, ale okazało się, że sprzedaż płyt w okładkach znacznie wzrasta. Potem, jak wiemy, stało się to standardem. Pionierem w jeszcze innej branży był inny polski Żyd Julius Fromm, który wynalazł lateksową prezerwatywę. Reklamował ją hasłem: "Prędzej serce ci pęknie".

Opakowania prezerwatyw, co prawda nie Fromma, ale Stomilu, są również w twojej książce.

One chodzą na Allegro za niemałe pieniądze. Jeden z moich zaprzyjaźnionych kolekcjonerów ma szufladę pełną prezerwatyw!

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Katarzyna Jasiołek. Ur. 1982. Skończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Przez kilka lat pisała o nowych technologiach. Autorka książki "Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie przemysłowym" (Wydawnictwo Marginesy). Pisze także teksty do katalogów, prowadzi blog o wydarzeniach związanych ze wzornictwem Heliotropvintage.pl i ciągle szuka nowych historii dotyczących ludzi, którzy tworzą przedmioty użytkowe i artystyczne. Właśnie nakładem Wydawnictwa Marginesy ukazała się jej nowa książka "Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl, felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej i autorem kulturalnego podcastu Zeitgeist:Radio. Pisze także do polskiej edycji magazynu Vogue i Pisma, a dla Grupy Stonewall prowadzi podcasty o queerowych książkach (Podcasty Stonewall) i wykłady on-line poświęcone historii i kulturze społeczności LGBT+ (Uniwersytet Stonewall). Pracował w Przekroju i Polskim Radiu, prowadził popularny blog teatralny, pisał m.in. do Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine, portalu e-teatr.pl czy Newsweeka. Jest autorem kilkuset rozmów z twórcami i twórczyniami kultury. Mieszka w Poznaniu.