Gdy jechałem na nasz wywiad, przez całą drogę powtarzałem sobie jak mantrę: "Tylko nie powiedz do niego Tomasz". Często jesteś nazywany imieniem swojego taty.
Do końca życia tak będzie. Zamiast Robert będą mówić do mnie Tomasz. Nikt nie myli mnie z moim ojcem ze względu na podobieństwo fizyczne, ale do nazwiska Stockinger ludziom pasuje imię Tomasz.
Prowadzący "Dzień dobry TVN", zapowiadając mnie, też wielokrotnie się przejęzyczali. Życie. Nie walczę z tymi pomyłkami, nie obrażam się na nie. Po prostu reaguję, gdy słyszę imię Tomasz. Na bierzmowaniu wziąłem sobie to imię jako trzecie, bo skoro tak do mnie mówią, to niech już tak zostanie. Wiem, że te pomyłki nigdy nie są celowe czy złośliwe. Ostatnio spotkałem kumpla ze szkoły, nie widzieliśmy się z 15 lat. Przez całą rozmowę mówił do mnie per Tomasz. Nie wyprowadzałem go z błędu.
Mój tata natomiast reaguje na Karola Strasburgera, z którym często jest mylony. Bardzo się kolegują. Nieraz dali komuś autograf za siebie. Do taty też ludzie zwracają się per Paweł. Oczywiście – od Pawła Lubicza z "Klanu". Mnie też się zdarzyło, że ktoś nazwał mnie imieniem tego bohatera.
O tobie w sieci nie ma prawie nic. Żadnych artykułów, żadnych wywiadów. Skąd bierze się ta cisza?
Jestem mało kontrowersyjny. Nie mam na swoim koncie skandali. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jestem nudnym ojcem dwójki dzieci, mężem od prawie dziesięciu lat. Więcej pisało się na mój temat, gdy jeszcze mężem i tatą nie byłem. Jestem bardzo poukładanym gościem.
W mojej rodzinie pierwszoplanową postacią był i nadal jest mój ojciec, który lubi dostarczać tabloidom i serwisom internetowym nagłówków. Świecił twarzą w mediach nie raz. Jestem związany z tą samą branżą, mogłoby się wydawać, że moje życie to szaleństwo. Ale tak nie jest. Nie jestem więc wdzięcznym tematem artykułów. Musiałbym coś niezłego zmalować, żeby to zmienić.
Nie masz ochoty czasem zaszaleć?
Z jednej strony nie jestem wyrachowany, żeby grać w grę, którą media niektórym fundują. Z drugiej strony nie dostarczam tematów. Niektórzy moi znajomi z pierwszych stron gazet dostarczają pożywki prasie, ale oni po prostu tacy są. Są zwariowani, mają wiele problemów. Ludzie są ich ciekawi, chcą o nich czytać.
Masz kogoś konkretnego na myśli?
Oczywiście, że mam. (śmiech) I to nawet kilka osób, ale ugryzę się w język i pozostawię to dla siebie. Mnie opisywano głównie w kontekście ojca albo plotek miłosnych. Tyle że to było kiedyś, dziś moje życie jest – podkreślę raz jeszcze – poukładane. Czy nazwałbym siebie nudziarzem? Jestem dumny, że udało mi się ułożyć moje życie tak, jak wygląda ono teraz. A mogło być inaczej. Moja rodzina jest niepoukładana, a moje dzieciństwo nie było typowe. Wyszedłem na ludzi i na razie – a wiadomo, że wszystko może zawsze wywrócić się do góry nogami – wszystko idzie zgodnie z planem, w swoim tempie. Staram się nie przyspieszać niektórych spraw zawodowych, rozwijam się stopniowo, bo na wszystko jest odpowiedni czas oraz miejsce. Stąpam twardo po ziemi i nie zdarza mi się odlatywać. Jeżeli zdarzyłoby się tak, że zacząłbym unosić się nad ziemią, mam nadzieję, że ktoś mi o tym szczerze powie.
Powiedziałeś przed chwilą, że twoje dzieciństwo było nietypowe. Chodzi o to, że jesteś synem najbardziej znanego lekarza w naszym kraju, którego losy każdego dnia oglądały miliony Polaków w każdym domu?
Gdy serial "Klan" pojawił się w telewizji w 1997 roku, miałem dziewięć lat. Pamiętam, jak pod koniec lat 90. jeden magazyn przeprowadził i opublikował ranking najbardziej popularnych i rozpoznawalnych Polaków. Na pierwszym miejscu listy znajdował się Jan Paweł II, na drugim miejscu uplasował się nasz prezydent Aleksander Kwaśniewski, a trzecie miejsce należało do mojego ojca. Za nim: Cezary Pazura i Bogusław Linda. Pamiętam ten ranking doskonale. Ta lista dużo mówi o tym, jak nasza rodzina żyła w 1998 czy 1999 roku. Nie było chwili, żeby nie padło pytanie o mojego ojca. W sumie tak dzieje się do dziś. Tak... Moje dzieciństwo było niecodzienne. Na ulicy, w sklepie, naprawdę wszędzie widziałem ludzi wskazujących palcem na mojego tatę i szepczących do siebie: "To ten". Robili to tak, żeby ojciec nie widział. Na dziecko nikt nie zwracał uwagi, przede mną nikt się nie krył z reakcjami. Dziwiłem się tacie, jak może to znosić i udawać, że tego nie widzi. Na szczęście moja mama Jolanta nie ma nic wspólnego z show-biznesem. Chroniła mnie. Wiele rzeczy, które rozgrywały się na łamach gazet, nie dochodziło do mnie. Nie kupowałem gazet, w których pojawiały się artykuły o mojej rodzinie.
Więc gdy dzisiaj czasami trafiam na taki artykuł z gazety z lat 90., przecieram ze zdumienia oczy. Ludzie tyle o nas wiedzieli. Czasem były to bardzo krzywdzące plotki. Wiele informacji było bzdurami wyssanymi z palca. Dopiero teraz się o tym dowiaduję.
Wielu kolegów i koleżanek pytało mnie o nasze życie. Tata nie był jak ojcowie kolegów. Dostawał masę prezentów, zapraszano go w różne miejsca. Korzystałem z tego, bo wiele mogłem dzięki temu zobaczyć. I to z bliska. Liczne gale, rozdania nagród filmowych, telewizyjnych, premiery teatralne, a przede wszystkim bankiety po tego typu wydarzeniach. Niewielu moich rówieśników miało okazję doświadczyć tego co ja. Ale z drugiej strony miałem moją mamę, z zupełnie innego świata.
Związek moich rodziców należał do tych z gatunku trudnych i burzliwych. Większość mojego dzieciństwa spędzałem z mamą, która na świat taty patrzyła ze zdziwieniem i ten punkt widzenia przekazała mi. Dzięki niej mam dużo zdrowego rozsądku. Znam świat w błysku fleszy, ale jednocześnie potrafię spojrzeć na niego z dystansem. Ten świecznik, na którym byliśmy, sprawił, że ludziom wydawało się, że wiedzą, jak jest u nas w domu. To przekonanie wykreowały media. Każdy myślał, że wie, jak u nas jest, a było inaczej. Było wiele burzliwych momentów. Trzeba było świecić oczami. Inne dzieci często zazdrościły mi znanego taty, ale tylko ja wiedziałem, że wiele rzeczy było nie do pozazdroszczenia. Nikt nie lubi opowiadać o swoich kłopotach rodzinnych, a ja szczególnie nie mogłem nikomu o niczym pisnąć, bo wiedziałem, że taka informacja wzbudziłaby niezdrowe zainteresowanie. Jako jedynak, byłem sam z problemami rodziców. W domu czasami trudno było wytrzymać, a jak z niego wychodziłem, słyszałem, jak inni mi zazdroszczą. Miałem poczucie, że skrywam tajemnice przed całym światem. Rodzice rozwiedli się, jak byłem już dorosły.
Aktorka Małgorzata Ostrowska-Królikowska, serialowa Grażyna Lubicz, w jednym z reportaży opowiadała, że ludzie uwierzyli, że to nie serial, tylko prawdziwe życie, i proponowali jej pomoc w domu. Że zajmą się serialowym Maćkiem, ugotują coś, jak będzie w pracy. Twój tata, jako najbardziej znany lekarz w Polsce, też dostawał różne propozycje?
Serial jest skonstruowany tak, że wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym. Na przykład święta wypadają w tym samym czasie, kiedy i my je obchodzimy. Ten zabieg sprawiał, że ludziom wszystko się mieszało i odnosili wrażenie, że oglądali życie prawdziwej rodziny. Wiedzieli, że mój ojciec jest aktorem, ale za chwilę pojawiała się myśl, że jest najlepszym chirurgiem medycyny plastycznej, specjalistą od operacji piersi. W tamtych latach tata prowadził najróżniejsze zjazdy lekarskie, konferencje medyczne, mimo że z medycyną – poza serialowym bohaterem – nie miał nic wspólnego.
Przez całą szkołę podstawową słyszałem żarty na temat Elmedu, czyli kliniki należącej w serialu do mojego ojca. Gdy doszło do wypadku na boisku czy się skaleczyłem, od razu ktoś żartował, że mogę być spokojny, bo ojciec w Elmedzie opatrzy mi ranę.
Wychowywałem się w świecie filmu i serialu, tata zabierał mnie na plany zdjęciowe. Odwiedzałem z nim wielkie gale. Byłem jego osobą towarzyszącą, ponieważ moi rodzice nie funkcjonowali razem. Byli małżeństwem tylko na papierze i niewiele ich łączyło poza mną.
Byłem dzieckiem, źle się czułem na tych wielkich imprezach i nie rozumiałem panujących na nich zasad. Przyglądałem się światu, którego większość dzieci nie miała szansy oglądać. Moimi ciociami i wujkami byli ludzie znani. Wiele niezręcznych rozmów dorosłych i ja. Dziecko, które nic nie rozumie, ale stoi i się uśmiecha. Takich wydarzeń, na których towarzyszyłem tacie, były dziesiątki.
Dość smutno brzmią twoje słowa.
Rodzice tłumaczyli mi, że tata jest dla mnie bardzo dobry, bo wszędzie mnie zabiera, nie wstydzi się mnie i chce spędzać ze mną czas. "Widzisz, że jestem tutaj jedynym dzieckiem?", pytałem go. Odpowiadał, że skoro go zaproszono, a on postanowił zabrać mnie ze sobą, nie powinienem się dziwić. Źle się z tym czułem, bo znajdowałem się wśród ludzi, którzy nie byli dla mnie partnerami do rozmowy ani ja nie byłem dla nich. Byłem małym towarzyszem, który uśmiechał się cały czas. Zawsze ubrany w niewygodny garnitur, pod krawatem. Możliwe, że dlatego do dziś nie lubię takich imprez i nie uczestniczę w nich.
Sam jestem ojcem i nie zabrałbym moich dzieci na bankiet dla dorosłych. Raz – okej. Na dłuższą metę to nienaturalne środowisko dla małego człowieka. Dzieci powinny być dziećmi. I inaczej powinny spędzać wolny czas.
Myślałeś kiedykolwiek, żeby pójść w ślady ojca i zostać aktorem?
Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że aktorstwo może być moją życiową drogą. Od kiedy pamiętam, tata zawsze mówił zabawny według niego tekst. Brzmiał on: Jest tyle pięknych zawodów na "a". A-lekarz, a-prawnik, a nie aktor. Rodzice zawsze powtarzali mi, że bycie aktorem to najgorsza praca na świecie. Siedzisz przy telefonie i czekasz na propozycje, bo nic nie jest zależne od ciebie. Mówili, że muszę mieć prawdziwy zawód, a tym samym sprawili, że nigdy nie rozpatrywałem tego, czy będę dobry jako aktor, czy nie. Moje dzieci nigdy nie usłyszą ode mnie, że czegoś nie mogą, że nie powinny, że nie wolno. Być może okaże się, że będą chciały coś robić, w czym będą dobre, a niekoniecznie będzie mi się to podobać. Nie musi. To będą ich decyzje, które zaakceptuję.
Jako kierunek moich studiów wybrałem stosunki międzynarodowe, ale już na początku edukacji skierowałem swoje kroki w stronę dziennikarstwa. Znalazłem pracę, która mnie kręci.
Świat telewizji jest okropny.
Jest brutalny. Ale aktorski jest gorszy. Z bliska obserwuję ten świat. Wielu ludzi pcha się tam, nie zdając sobie sprawy, jaką cenę się za to płaci. Wychowywałem się z ludźmi, którzy są dla innych wzorem do naśladowania, gwiazdami. Znam ich rodziny. Widziałem całą drogę na szczyt i to, jak się ze szczytu spada.
Nie jestem dzieckiem show-biznesu, mimo że wychowałem się w jego centrum. Show-biznes z lat 90. był inny. Gwiazdami nie były – jak dziś – setki, ale 20 wybranych osób. Widziałem to z bliska i mnie to nie kręci. To są normalne osoby, które wykonują zawody publiczne.
Dziś, gdy widzę rywalizację, przeraża mnie ona, nie rozumiem jej. Dużo jest kombinowania. Przyglądam się temu, poniekąd mnie to śmieszy. Później łapię się za głowę i idę robić swoje. Jestem dokładnie w miejscu, w którym chciałem być. Przeszedłem przez wszystkie szczeble pracy w telewizji: od stażysty, który montował materiały po nocach w TVN24, do prezentera. I jestem dumny ze swojej ścieżki zawodowej. Ta droga po redakcjach była dość długa. Nie zrobiłem nic na skróty, ale dzięki temu nie mam braków w swojej profesji. Dostrzegam wiele osób, które przeskoczyły kilka stopni i mają braki w swoim warsztacie. Adrenalina mnie kręci. W telewizji na żywo nic nie możesz powtórzyć, ale jakie to jest ekscytujące.
Spotykasz się ze zdaniem, że to nazwisko zagwarantowało ci pracę w mediach?
Wiele razy słyszałem takie opinie, szczególnie gdy byłem młodszy. A branże aktorska i dziennikarska są daleko od siebie. Dalej, niż się to ludziom wydaje. Mój tata i ja jesteśmy z innych stacji, z innymi prezesami, z innymi środowiskami. A co nas łączy? To, że jesteśmy na ekranie. I tyle. Tata mówi tekstem, który napisali scenarzyści, ja wypowiadam własne słowa, z głowy. Mamy jedynie to samo nazwisko. Nic więcej. W marcu mija 12 lat mojej pracy w telewizji. Dziś przed kamerą czuję się swobodnie. Mało sytuacji sprawi mi problem. Najważniejsze jest to, żeby się nie bać. A ja się nie boję.
Jak dostałeś się do telewizji?
Wysłałem CV. Dostałem się na rozmowę kwalifikacyjną, ale nie poszła mi zbyt dobrze. Zadano mi wiele pytań politycznych. Na kilka nie udzieliłem odpowiedzi, ale przyszła chwila, gdy rekrutujący zaznaczył, że zada mi teraz pytanie, od którego wszystko zależy. Jeśli na nie odpowiem, dostanę się. Poczułem się jak bohater filmu "Slumdog. Milioner z ulicy", bo dostałem pytanie o przewodniczącego partii politycznej, a ja się z jego synem kolegowałem w dzieciństwie. Pewnie gdyby nie był to mój kolega, nie wiedziałbym, czym zajmuje się jego ojciec. I tak to wszystko się zaczęło. Byłem zdeterminowany i nie poddałem się. Wiele lat czekałem, żeby przejść na drugą stronę kamery, ale się doczekałem. Czuję, że dopiero się rozkręcam.
Czemu zazwyczaj występujesz w szelkach?
Bardzo lubię klasyczne męskie dodatki. Szelki stały się moim znakiem rozpoznawczym, który noszę od kilku lat. Przyklejono do mnie łatkę, że jestem tym porannym gościem w szelkach. Gdy nie mam szelek, dostaję masę pytań, co się stało. Dostałem wiadomości od widzów, że dzięki mnie przypomnieli sobie o tym zapomnianym elemencie garderoby. Kilku mężczyzn przyznało, że zmotywowałem ich do zgubienia brzucha, aby mogli nosić szelki. Padły też pytania, co mam wspólnego z amiszami. Pojawiły się również skojarzenia z bankierem z giełdy. W tych skojarzeniach jest mi najbliżej do stylu z okresu przedwojennego.
Przygotowujesz się do rozmów wcześniej?
Mój segment w "Dzień dobry TVN" jest pusty w scenariuszu. Dostaję wolną rękę i na bieżąco kreuję to, o czym będziemy mówić w moim wejściu. Idę na żywioł. Spontanicznie. Niby kilka niepozornych komentarzy, a okazuje się, że są to ważne wejścia dla widzów i wpływam na nich, żeby weszli z nami w interakcję. Spotykam się z docenianiem tego, że robię coś z niczego. Ten kawałek chleba... Kilka osób próbowało...
...i – nie bójmy się tego powiedzieć – nikomu nie udało się ciebie zastąpić.
Ja tego nie powiedziałem. Ten format miał być zrobiony raz. Na próbę. I od razu kliknęło.
Chciałbyś dołączyć do grona prowadzących telewizję śniadaniową?
Bardzo chciałbym poprowadzić "Dzień dobry TVN". Raz zastępowałem Filipa Chajzera. Szkoda, że okoliczności mojego debiutu były związane z jego chorobą. Jako prowadzący czułem się wspaniale. Ale skupiam się na tym, co robię dzisiaj. Nie mam obsesji na jakimś punkcie, celu, do którego będę iść po trupach. Nie chodzę. Nie proszę. To nie jest moja metoda. Chcę wierzyć, że najbardziej liczy się jakość wykonywanej pracy.
Mama i tata oglądają cię w telewizji?
Moja mama ogląda mnie codziennie. Jest moją największą kibicką. I recenzentką. Zawsze, gdy schodzę z anteny, dostaję feedback, co było dobrze, a co było źle. Rzadko pojawia się coś negatywnego. Śmieję się, że nie może pochwalić się obiektywizmem pod moim adresem. Tata z kolei wpaja mi do głowy, żebym znał swoją wartość, o nic nie prosił, żeby to do mnie dzwonili z propozycjami. Chciałby mnie widzieć jako osobę, która rozdaje karty, dlatego że sam siebie tak postrzega. Ale ja nie chodzę i nie proszę, bo wiem, że na wszystko przyjdzie czas. Jak już mówiłem: nie dziś, to jutro. A jak nie jutro, jest jeszcze pojutrze.
Wiktor Krajewski. Dziennikarz i autor książek m.in. „Kalibabka. Historia największego uwodziciela PRL", „Seksoholicy", „Chciałbym nigdy cię nie poznać" czy „Wiem, jak wygląda piekło".
Robert Stockinger. Dziennikarz, reporter oraz redaktor. Z redakcją „Dzień dobry TVN" jest związany od dziesięciu lat. Prywatnie szczęśliwy tata dwójki dzieci oraz mąż. Syn aktora Tomasza Stockingera.

