Rozmowa
Dr Aneta Górska-Kot: W pandemii codziennie przyjmujemy dziecko po próbie samobójczej (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)
Dr Aneta Górska-Kot: W pandemii codziennie przyjmujemy dziecko po próbie samobójczej (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Podczas naszej poprzedniej rozmowy o PIMS-ach, groźnym zespole pocovidowym u dzieci – powiedziała mi pani, że "PIMS-y w pandemii nie są problemem. Problemem jest to, że codziennie przyjmujemy na oddział pediatryczny dziecko po próbie samobójczej".

Codziennie albo co drugi dzień. 13-, 14-, 15-latki. Żyć nie chcą też młodsze dzieci: dzisiaj przyjęliśmy 11-latkę, która zjadła 40 tabletek przeciwbólowych. Dominują dziewczynki, ale zdarzają się też chłopcy. I choć w psychiatrii mówi się na to "próby samobójcze", te dzieci nie "próbują", tylko naprawdę "usiłują nie żyć".

Myślę, że nie jesteśmy jakimś specjalnym szpitalem. Może w skali Warszawy przyjmujemy tych dzieci najwięcej, bo mamy blisko toksykologię. Ale kiedyś to było jedno dziecko po próbie raz na dwa tygodnie. A teraz to już codzienność.

No i anorektyczki. Myśmy nigdy nie mieli tylu anorektyczek.

Też codziennie?

Nie codziennie, ale zawsze jakaś anorektyczka jest na oddziale. Teraz mamy 11-latkę, która ćwiczyła po trzy godziny dziennie i jadła tak mało, że doszła do BMI 13. Prawidłowe BMI dla dziecka w jej wieku to 14-17.

Mój oddział pediatryczny jest już w połowie oddziałem psychiatrycznym. Dzieci po próbach samobójczych rutynowo odsyłamy na konsultację psychiatryczną i to psychiatra decyduje, czy dziecko może wrócić do domu. W 90 procentach zostają w szpitalu, bo myśli o śmierci nie znikają.

Jak długo po przywiezieniu dziecko jest w szpitalu?

Na wypłukanie toksyn z organizmu dziecka, które chciało się otruć, wystarcza jeden-dwa dni, bo dzieci na szczęście nie znają się na lekach i trują się nieskutecznie. Po tylu przypadkach mamy też dokładny schemat działania.

Dłużej trwa oczekiwanie na psychiatrę, bo psychiatria w Polsce jest w opłakanym stanie – brakuje specjalistów i dziecięcych oddziałów psychiatrycznych. U nas dzieci czekają zwykle tydzień, półtora tygodnia. I w tym czasie zaczynają opowiadać.

Same z siebie?

Tak. Codziennie przychodzi do nich lekarz dyżurny, ogląda je, bada. Czasem pierwszy raz w życiu widzą, że ktoś się nimi interesuje. Nie wyciągamy z dzieci opowieści. Same zaczynają mówić.

Co mówią?

Każda historia jest jak film, a jedna straszniejsza od drugiej.

Ta 11-latka, która wzięła 40 tabletek przeciwbólowych, powiedziała nam, że zaczęła się szkoła i nie chciała do niej wracać. Ale lekarzowi dyżurnemu przyznała się, że spędza 22 godziny na dobę sama w swoim pokoju, po prostu żyje sama. Jak ją rozebraliśmy, to ręce i nogi miała pocięte głębokimi bliznami. Z matką nie ma żadnej relacji i to było widać: matka chciała ją zostawić samą w szpitalu i dopiero pielęgniarki zapytały, jak sobie to wyobraża.

Dr Aneta Górska-Kot: 11-latka, która wzięła 40 tabletek przeciwbólowych, powiedziała nam, że zaczęła się szkoła i nie chciała do niej wracać. Ale lekarzowi dyżurnemu przyznała się, że spędza 22 godziny na dobę sama w swoim pokoju, po prostu żyje sama (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Inna historia: w czasie pandemii ojciec stracił pracę, a jest alkoholikiem i czasem biegał z nożem za mamą i córką. Dziewczynka chciała być tylko z mamą, bez taty. Wymyśliła, że najlepiej będzie, jak się zabije.

Kolejne dziecko: 16-latka, której mama jest byłą narkomanką, ma partnera narkomana i wszystko kręci się wokół niego. Matki ona nie obchodzi. Dziewczynka, mając 12 lat, uciekła z domu i znalazła pracę w Niemczech, żeby zacząć nowe życie.

12-latka?

Tak. W Niemczech trafiła po prostu do burdelu. Prostytuowała się, żeby przeżyć. Po roku czy półtora jakoś udało jej się stamtąd uciec. Wróciła do Warszawy, ale bardzo nie chciała wracać do domu. Zakochała się w mężczyźnie, który ją narkotyzował i półprzytomną wykorzystywał seksualnie. W końcu wróciła do domu, bo już nie miała co ze sobą zrobić. A tam zastała to samo co wcześniej. Uznała więc, że już nie ma po co żyć, i wzięła leki.

Dziewczynka mając 12 lat uciekła z domu i znalazła pracę w Niemczech, żeby zacząć nowe życie. Trafiła po prostu do burdelu. W domu czekała matka, dla której ważniejszy był związek z narkomanem (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Koszmar.

To jest 16-latka, nie 30-letnia kobieta. Jaką ona ma przyszłość? Jej matka, rozmawiając z lekarką, powiedziała tylko: "Może faktycznie niezbyt dobrze zajęłam się córką".

Mieliśmy też 12-letniego chłopczyka z podwarszawskiej wsi. Trójka rodzeństwa, dwie dziewczynki i chłopiec. Zawsze po szkole chodzili do babci na obiad. I któregoś dnia po obiedzie on gdzieś się zawieruszył. Babcia i siostry zaczęły go szukać i znalazły powieszonego w stodole. Zawołały sąsiadkę, zdążyli go odciąć i przywieźć do nas. I tu się zaczęła cała historia.

Dlaczego to zrobił?

Tego się nie dowiedzieliśmy. Natomiast niebywałe było zachowanie rodziny chłopca: całkowicie zanegowali fakt, że dziecko się powiesiło. A on nic nie pamiętał. Chłopiec miał bliznę wisielczą na szyi i nie można mu było tego powiedzieć. Był ubierany w golfy, żeby sobie jej nie wypatrzył. Ale po kilku dniach zauważył i zapytał lekarkę, co to jest.

Co odpowiedziała?

Prawdę: "Chciałeś się zabić". O to była wielka awantura z rodzicami, którzy chcieli zamieść sprawę pod dywan. Ale to nie koniec. W dniu, w którym chłopczyk miał być przenoszony na psychiatrię, przyjechali matka, ojciec, ciotka i ksiądz. Że oni się na to przeniesienie absolutnie nie zgadzają, bo nic się przecież nie stało.

Co zrobił szpital?

Lekarka dyżurna powiedziała, że dziecka nie wyda, chłopczyk jedzie na psychiatrię, a ona woła prokuratora. Chłopiec nic nie mówił, był niewiarygodnie zamknięty w sobie, a to był dokładnie ten czas, gdy ciągle się mówiło o wykorzystywaniu dzieci przez Kościół. Woleliśmy dmuchać na zimne. Dziecko pojechało na psychiatrię, a dwa tygodnie później zadzwonił ojciec i nam za to podziękował. Ale nigdy się nie dowiedzieliśmy, co się stało.

Dr Aneta Górska-Kot: Chłopiec miał bliznę wisielczą na szyi i nie można mu było tego powiedzieć. Był ubierany w golfy, żeby sobie jej nie wypatrzył. Ale po kilku dniach zauważył i zapytał lekarkę: co to jest? Nic nie pamiętał (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Inne dziecko, 14-latkę z bardzo ortodoksyjnie katolickiej rodziny, przywiózł ojciec. Dziewczynka powiedziała w trakcie wywiadu, że w domu rządzi matka przy wsparciu najstarszego brata, a reszta musi robić to, co matka każe. Tam wynikła jakaś ogromna awantura i dziewczynka stwierdziła, że już nie da rady dłużej. I wie pani, co jest niesamowite? Ojciec ją przywiózł i przyznał, że sam ma depresję, leczy się psychiatrycznie z powodu relacji z żoną. Ale nie rozumie, jak takie małe dziecko może mieć depresję. Matka oczywiście ani razu nie pojawiła się w szpitalu.

Dlaczego właśnie teraz – pani zdaniem – tak wiele dzieci nie chce żyć?

Myślę, że w pandemii na wierzch wyszły problemy rodzinne, które były maskowane, gdy dzieci chodziły do szkoły, spotykały się z rówieśnikami, miały odskocznię. Teraz prawie nie mamy ofiar szkolnego hejtu, tylko ofiary złych relacji w domu. Nie tyle znęcania się, ile całkowitego braku zainteresowania rodziców dziećmi. Braku miłości, rozpaczliwej dziecięcej samotności.

Historia sprzed kilku dni, z mojego dyżuru: 15-letnią dziewczynkę przywiozła mama, która "właśnie dziś zauważyła, że córka chyba schudła". Pół roku temu, we wrześniu, przy wzroście 155 cm ważyła 48 kg. Przywieziona do nas w połowie maja - 28 kg.

Schudła 20 kg w pół roku?

Tak. I mama nie zauważyła. Myśmy takiego człowieka nie widzieli już dawno. Miała plamy opadowe na rękach i nogach jak u nieboszczyków. Czynność serca 20. Przez niedożywienie ma ogromne zmiany w mózgu.

Co z nią będzie?

Nie wiem, czy przeżyje. Odesłaliśmy ją na żywienie pozajelitowe do innego szpitala, bo u nas go nie mamy. Mama płakała i w ogóle, ale ja to zostawiam bez komentarza. Wyobraża sobie pani nie zauważyć, że dziecko schudło 20 kilo? "Bo ona pracowała". Ja może nie byłam najlepszą matką, też dużo pracowałam, ale są granice, po których już nie można się wytłumaczyć.

Mama niczego nie zauważyła, 'bo pracowała' (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne) , Córka schudła 20 kilogramów w pół roku (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Rodzic przywozi dziecko po próbie samobójczej i jest zaskoczony, że z córką lub synem od miesięcy działo się coś złego?

W znakomitej większości przypadków rodzice nie mają pojęcia, dlaczego doszło do tej próby, bo nie mają ze swoimi dziećmi żadnego kontaktu. Zdarzają się dzieci biedne, z patologicznych rodzin, ale bardzo często to dzieci z tak zwanych dobrych domów. Rodzice zadbani, w drogich ubraniach. Dzieci zaopatrzone w iPhone’y, ładną bieliznę. Czasem są to dzieci bardzo szanowanych osób, pocięły się już trzeci raz, a rodzic rozkłada ręce i pyta: "No co ja mam zrobić?".

Naprawdę myślę, że te próby samobójcze i anoreksje to efekt ujawnionych w pandemii problemów rodzinnych. Wszyscy siedzieli razem w domu i wyszło.

Dr Aneta Górska-Kot: Zdarzają się dzieci biedne, z patologicznych rodzin, ale bardzo często to dzieci z tzw. 'dobrych domów'. Rodzice zadbani, w drogich ubraniach. Dzieci zaopatrzone w iPhone'y, ładną bieliznę. Czasem są to dzieci bardzo szanowanych osób, pocięły się już trzeci raz, a rodzic rozkłada ręce i pyta: 'No co ja mam zrobić?' (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Jak często dzieci mówią, że próba samobójcza to był impuls, eksperyment, już by tego więcej nie zrobiły?

Bardzo, bardzo rzadko. Próby samobójcze, w których chodzi o zwrócenie na siebie uwagi, na przykład chłopak się próbuje zabić, żeby dziewczyna do niego wróciła, częściej podejmują 20-latki. A te młodsze dzieci naprawdę nie chcą żyć. Nie mają matki, która je kocha, psa, którego nie mogą zostawić, fajnej szkoły, chęci zobaczenia świata, marzeń. Mają zerowe poczucie własnej wartości, bo skąd je brać, gdy rodzice się nimi nie interesują? Często nienawidzą siebie. Są po wielu samookaleczeniach. Nie mają żadnego światełka w tunelu. Leżą w łóżkach i nawet już nie płaczą.

Dziewczynka, którą mamy teraz, ma ślady po przypalaniu ciała papierosami. Sprawdzałyśmy, czy to dziecko z biednej dzielnicy. Nie, z bogatej podwarszawskiej miejscowości. Mama dobrze ubrana, zadbana i to dziecko tak totalnie zaniedbane... Mama zauważyła po roku, że córka brała dożylnie heroinę. Skąd miała pieniądze? "Pożyczała". Ponieważ miała infekcje dróg moczowych, domyślamy się, że pewnie się prostytuowała.

Nie mogę tego słuchać, więc żeby się nie rozpłakać, zapytam: skąd dziecko bierze 40 tabletek przeciwbólowych?

Dzieci najczęściej trują się tym, co jest w domu. Leki przeciwbólowe są zawsze pod ręką. Ewentualnie babcine leki na nadciśnienie, choć o te już trochę trudniej. Czasem kupują w aptece pięć opakowań przeciwbólowców. Albo zbierają przez jakiś czas po paczce.

Druga grupa to dzieci, które są już leczone na depresję lub zaburzenia osobowości, często mają trzy leki przeciwdepresyjne naraz i przy którymś spadku nastroju zażywają wszystko. Całe paczki psychotropów.

Dzieci trują się tym, co jest pod ręką. Lekami przeciwbólowymi, lekami babci na nadciśnienie albo biorą całe paczki psychotropów (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Grupą szczególnie narażoną na samobójstwo są dzieci LGBT+. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Kampanię Przeciw Homofobii, Fundację Trans-Fuzja i Lambdę Warszawa, blisko 70 procent nastolatków LGBT ma myśli samobójcze, a połowa objawy depresji*.

Takie dzieci też do nas przyjeżdżają, ale rzadko. Mieliśmy chłopca, który fizycznie był dziewczynką, czekał na korektę płci. Też po próbie samobójczej, choć mama w pełni go wspierała.

Inna mama o tym, że dziecko marzy o korekcie płci, dowiedziała się u nas w szpitalu. Dziś przynajmniej część dzieci może o tym powiedzieć.

Zdarzają się dzieci wykorzystywane seksualnie?

Tak, ale tu jesteśmy bardzo ostrożni. Niestety bardzo często dzieci są kartą przetargową podczas rozwodu rodziców i bywa, że matki oskarżają o molestowanie ojców, by stracili prawa rodzicielskie. Takie oskarżenie zostawia największy ślad.

W dziecku?

Tak. Ofiar złego dotyku nie widzimy dużo. Zdecydowanie więcej jest dziewczynek, które się sprzedają, bo chcą mieć na coś pieniądze, a rodziców nie stać.

Póki nie było pandemii, wiele dzieci przyjeżdżało po próbach samobójczych z powodu szkolnego hejtu, wyśmiewania, braku akceptacji. Dziś główny powód to samotność i brak miłości.

Miłość to nie jest "wszystko ci kupię, rób, co chcesz". Miłość potrzebuje też reguł, zasad, ograniczeń. Myślę, że to nie jest tak, że ktoś kochał te dzieci z całego serca, gdy się urodziły, a przestał, gdy skończyły 11 lat. Charakter człowieka kształtuje się do 3.-4. roku życia. Gdyby dzieci czuły, że są otoczone miłością, wcześniej, to starczyłoby im jej na trudny czas dorastania. Więc może nie były kochane nigdy.

Dr Aneta Górska-Kot: Myślę, że to nie jest tak, że ktoś kochał te dzieci z całego serca, gdy się urodziły, a przestał, gdy skończyły 11 lat. Charakter człowieka kształtuje się do 3-4 roku życia. Gdyby dzieci czuły, że są otoczone miłością wcześniej, to starczyłoby im jej na trudny czas dorastania. Więc może nie były kochane nigdy (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Czy zdarza się, że po próbie samobójczej dziecka w rodzinie następuje zmiana, coś do rodzica trafia i dziecku udaje się wyjść na prostą?

My tego nie widzimy. To mogą widzieć psychiatrzy. Widzimy zmiany w rodzinach, w których dziecko przeżyło ciężką chorobę, na przykład sepsę, zapalenie mózgu. Ale przeżyło i rodzina konsoliduje się w opiece i miłości nad nim. Zupełnie inaczej jest, gdy choroba upośledza sprawność intelektualną czy ruchową dziecka - wtedy zwykle rodzina się rozpada.

Nie mogę powiedzieć na koniec, że większość przypadków dzieci, które targnęły się na swoje życie, tak poruszyła rodziną, że wszystko się zmieniło. Patrząc na postawy rodziców dzieci, które są u nas w szpitalu, zadaję sobie raczej pytanie: "Co te dzieci zrobią, jak wyjdą?". Przecież wrócą do tego samego domu. 12-latka, która uciekła z domu narkomanów, zatoczyła wielki krąg i cztery lata później jest w tym samym miejscu. Dziewczynka, która przyjechała dzisiaj, powiedziała nam, że żałuje, że nie wzięła tych tabletek więcej.

Dr Aneta Górska-Kot: Patrząc na postawy rodziców dzieci, które są u nas w szpitalu, zadaję sobie pytanie: 'Co te dzieci zrobią, jak wyjdą?'. Przecież wrócą do tego samego domu (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Muszą być jakieś pozytywne historie!

Przyjeżdża do nas taka Ola. Cztery lata temu miała wypadek samochodowy, ma po nim czterokończynowe porażenie. Wszystko rozumie, ale leży w łóżku, nie mówi. Dla mamy Oli opieka nad córką stała się zawodem. I ta dziewczynka jest tak zaopiekowana, że normalnie uczęszcza do szkoły, porozumiewa się przez joystick, całkiem dobrze się uczy, planuje, że będzie mieć własną restaurację. Wchodzi się na salę do Oli i ona się uśmiecha.

Oczywiście to absolutna zasługa mamy. Gdyby była depresyjna albo roszczeniowa – a takie są zwykle mamy dzieci po wypadkach - to Ola nie miałaby tej pogody ducha. Są szczęśliwą, kochającą się rodziną, która nawet z taką tragedią potrafiła sobie poradzić i dać dziecku takie wsparcie, że mimo dramatycznego kalectwa Ola próbuje normalnie żyć. I chce żyć.

Ale to jest jeden znany mi przypadek. Podobnych przykładów dzieci po próbach samobójczych nie znam.

Jak pani daje radę psychicznie?

Kiedyś pracowałam w powiatowym szpitalu w małym miasteczku i tam właściwie nie widzieliśmy dzieci po próbach samobójczych. Jak przyjechałam do Warszawy, to też na początku ich nie było. Jestem ordynatorem oddziału od 10 lat. Gdy dzieci po próbach zaczęły się pojawiać, za każdym razem przeżywaliśmy te przypadki bardzo mocno. Ale jak przychodzi moment, że przyjmujemy je codziennie, stają się po prostu jednym z rodzajów pacjentów. Jest ból głowy, ból brzucha, a tu boli dusza. Nie mogę powiedzieć, że zobojętniałam, to nie jest dobre słowo. Ale po prostu "przychodzą trutki". To tylko jedno z rozpoznań.

Zadaję sobie wciąż pytanie: dokąd zmierzamy jako społeczeństwo? Jeżeli tak wiele dzieci i nastolatków cierpi na depresję i nie chce żyć, a to te dzieci będą kiedyś tworzyć trzon społeczeństwa, jaką one nam zgotują przyszłość?

Niektórzy uważają, że nie należy o tym mówić, bo kolejne dzieci zaczną próbować.

Aneta Górska-Kot. Ordynator Oddziału Pediatrycznego w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. prof. Jana Bogdanowicza przy ul. Niekłańskiej w Warszawie (Fot. archiwum prywatne) , Psychiatria w Polsce jest w opłakanym stanie - brakuje specjalistów i dziecięcych oddziałów psychiatrycznych (Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne)

Pani tak nie uważa?

Pamiętam czas dopalaczy. Kilka lat temu codziennie przyjmowaliśmy dziecko po dopalaczach. Do dziś wspominam "człowieka pieluchę", na którym leżeliśmy w pięć osób – ja, dwie pielęgniarki i dwóch ratowników – i próbowaliśmy dać mu zastrzyk na uspokojenie, a on nogami zrzucał obrazki ze ścian. Przy pierwszej okazji uciekł przez okno w samym pampersie i przywiozła go policja.

Ciągle wtedy słyszałam: nie mówcie, jak się nazywają te dopalacze, bo inni będą chcieli spróbować. Naprawdę? W internecie można znaleźć w sekundę wszystko i nie trzeba być specjalnie lotnym. Mówiliśmy o dopalaczach i w ogóle już tego nie ma.

Teraz dzieci "idą na nieżycie". Chcę o tym mówić, a nawet krzyczeć. Że mamy problem z dziećmi, które nie chcą żyć. I to jest wina nas, dorosłych.

*Dane za: "Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce. Raport za lata 2015–2016" pod red. Magdaleny Świder i dr. Mikołaja Winiewskiego. Raport ukazuje się średnio co cztery lata. Najnowsze dane – za lata 2019–2020 – mają zostać opublikowane latem 2021 roku.

Według danych Komendy Głównej Policji w 2020 roku w Polsce zanotowano 843 próby samobójcze wśród osób poniżej 18. roku życia. 116 dzieci i nastolatków zmarło. Najmłodsze dziecko, które popełniło samobójstwo, miało 8 lat.

Według danych Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę: 41 procent dzieci doświadcza przemocy ze strony bliskich dorosłych, 16 procent nastolatków samookalecza się, 7 procent dzieci nie ma obok siebie żadnej zaufanej osoby.

Aneta Górska-Kot. Ordynator Oddziału Pediatrycznego w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. prof. dr. med. Jana Bogdanowicza przy ul. Niekłańskiej w Warszawie. Lekarka, specjalistka II stopnia w dziedzinie pediatrii, absolwentka Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych, uczestniczka międzynarodowych i krajowych konferencji, członkini Polskiego Towarzystwa Lekarskiego oraz Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, biegła sądowa. Prywatnie mama dwóch dorosłych córek; ma kota i psa.

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo Zwykli Niezwykli. Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.

Jeśli Twoje dziecko ma za sobą próbę samobójczą, jesteś dorosłą osobą, która podjęła próbę samobójczą w dzieciństwie, chcesz podzielić się swoją historią lub zwrócić uwagę na szczególnie ważny wątek w temacie dziecięcych prób samobójczych, pisz na adres: redakcjaweekend@agora.pl

Tu dzieci i nastolatki mogą szukać pomocy:

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111 (anonimowy, poufny i bezpłatny, działa przez 7 dni w tygodniu przez całą dobę, można też zarejestrować się na stronie https://116111.pl/ i przesłać wiadomość przez formularz) Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka: 18121212 (numer bezpłatny, czynny codziennie przez całą dobę) Niebieska Linia dla doświadczających przemocy: 800 120 002 (numer bezpłatny, czynny codziennie przez całą dobę) Numer alarmowy 112 Więcej informacji i adresy ośrodków kryzysowych: http://www.pokonackryzys.pl/