Byłaś wrażliwą dziewczynką?
Z relacji rodziny wynika, że od dziecka dostrzegałam każde złamane drzewko, miałam siostrzane relacje ze zwierzętami oraz zarysowywałam każdą przestrzeń, jaką tylko mogłam, w tym podłogi wyłożone papierem podczas malowania domu dziadków. Moi rodzice nie widzieli w tym jednak nic nadzwyczajnego. Byłam pierwszym dzieckiem w rodzinie z obu stron, więc myśleli, że wszystkie dziewczynki są wrażliwe na świat i pięknie malują. Pamiętam jak mój ojciec chrzestny Edward Estkowski, brat mamy, urwał taki zarysowany kolosalny papier z podłogi i zabrał go pokazać w pracy. Miałam wtedy może cztery lata, a dokładnie pamiętam tę sytuację, bo bardzo mnie zdziwiło, że moje rysunki zwróciły uwagę dorosłego.
Gdy nauczycielka plastyki Bernadetta Ledwójcik i sąsiadka Janina Strugałowa zaczęły rodzicom zwracać uwagę, że mam szczególny dar, uświadomili to sobie i po podstawówce wysłali mnie do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Jeleniej Górze-Cieplicach. Wybrałam tę szkołę ze względu na kierunek "szkło artystyczne" w klasie rzeźbiarza Władysława Czyszczonia. Była to niesamowita szkoła. Mieściła się pięknym starym pałacu w parku, a z okien rozciągał się widok na Karkonosze. W Zespole Szkół Rzemiosł Artystycznych, w którym znajdowało się liceum, można się było uczyć najróżniejszych rzemiosł: tkania gobelinów, meblarstwa artystycznego, zdobienia kryształów, stolarki, sztuki szkła.
Dlaczego wybrałaś szkło, a nie gobeliny albo meblarstwo artystyczne?
Lubię jak światło przenika przez szkło. Fascynuje mnie jego istota, własności optyczne, zmienność stanu skupienia. Od dziecka zbierałam na ulicach kolorowe szkiełka z potłuczonych butelek. Zachwycały mnie witraże w kościołach i werandy w poniemieckim domu moich przyszywanych dziadków Emilii i Dominika Trześniowskich na Dolnym Śląsku. W barku mojego rodzonego wielkopolskiego dziadka Zygmunta w swarzędzkich meblach stały kryształowe karafki, które błyszczały i skrzyły – nie mogłam się na nie napatrzeć jak rozszczepiają światło w barwne tęcze. Gdy miałam dziewięć lat, pojechałam na wycieczkę szkolną do Warszawy i na wystawie w galerii przy Rynku Starego Miasta po raz pierwszy zobaczyłam wielkie szklane kokony z bezbarwnymi, szklanymi pręcikami w środku. To były abstrakcyjne rzeźby Henryka Albina Tomaszewskiego, które do dziś uważam za najpiękniejsze na świecie.
Czy rodzice wspierali cię w tej fascynacji szkłem?
Mój tata bardzo ładnie rysował i grał na pianinie ze słuchu, ale był wiejskim dzieckiem więc nikt nawet nie myślał o tym, żeby wysyłać go na akademię sztuk pięknych. Jestem przekonana, że talenty mam po tacie. I to właśnie on zawiózł mnie na egzaminy do liceum. Byliśmy tak zaaferowani, że na pierwszy, najważniejszy egzamin z malarstwa, zapomnieliśmy zabrać z hotelu farb. Musiałam czekać, aż tata po nie pobiegnie i dopiero mogłam zacząć malować. Zdałam egzaminy w pierwszej dziesiątce i tak bardzo chcieli mnie przyjąć, że nawet pozwolono mi na poprawkę z matematyki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam dyskalkulię.
Zdawałaś matematykę?
Oczywiście! Matematyka, fizyka i chemia czy geometria są bardzo ważne w procesie projektowania. W szkole poznałam także technologię szkła i ceramiki. Umiem wyliczyć wzór Zegera, według którego oblicza się skład szkliwa i wiem, którymi tlenkami metali barwi się szkło. Dzisiaj robią to programy komputerowe, ale w specjalistycznych szkołach i uczelniach musisz nauczyć się obliczać i robić wszystko samemu.
To cię nie zniechęciło?
W żadnym razie! Po pięciu latach nauki w liceum poszłam na Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu i tam skończyłam projektowanie szkła na Wydziale Ceramiki i Szkła. Potem zrobiłam także studia podyplomowe na kierunku: Szkło w Architekturze ze specjalizacją witraże oraz międzywydziałowe studia doktoranckie.
Podczas studiów doktoranckich straciłam siedem bardzo bliskich osób z rodziny, w tym pięcioro z najbliższej: młodszego brata, tatę, babcię, brata taty oraz kuzyna. Zmarli na raka. Co kilka miesięcy ktoś umierał, a śmierć mojego młodszego brata Adama i taty pogrążyła mnie w depresji. Miałam poczucie, że nie zdołałam ich uratować, choć próbowałam. Później sama musiałam zająć się ich pogrzebami. Ta trauma spowodowała, że zrobiłam coś, o czym myślałam od dłuższego czasu - pięć lat temu przeniosłam się do Trójmiasta. To miejsce zawsze było mi bliskie, przyjeżdżałam tu kilka razy w roku. Na plaży w Sopocie 18 lat temu ochrzciłam moją córkę Helenę, która dziś chodzi do liceum plastycznego w Orłowie i uczy się rzeźby.
Poznałyśmy się właśnie w Sopocie, na wystawie szkła z Murano w Państwowej Galerii Sztuki. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że jesteś tak utalentowaną i nagradzaną artystką. Dobrze ci tutaj?
Bardzo, kocham Sopot. Co ciekawe, sopockie eklektyczne wille z drewnianymi werandami przypominają mi te, które stoją w Cieplicach. Z tą różnicą, że w Sopocie jest morze, a w Cieplicach Karkonosze.
Nie przeszkadzają mi turyści, których latem w Sopocie jest naprawdę sporo. Patrzę na nich i uśmiecham się, podziwiam jak poubierani w kapelusze i zwiewne stroje szczęśliwi świętują czas lata nad morzem. Moja córka mówi: "mamo zobacz, my też kiedyś chodziłyśmy w kapeluszach po Sopocie, kiedy tu przyjeżdżałyśmy".
Gdy patrzę na twoje imponujące rzeźby w błękitach, kobaltach i turkusach to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tworząc, inspirujesz się morzem.
Tu wychodzę z żałoby po bliskich. Krótko po tym jak ich straciłam, ze wszystkich moich prac wychodziła rozpacz i smutek, były ciemne i mroczne. Przypominały stare, omszałe nagrobne płyty. Oczywiście rzeźby, które dziś tworzę, nie są całkiem wesołe, nadal opowiadają także o samotności, utracie autorytetów, przemijaniu czy wojnie w Ukrainie. Ale są kolorowe, w odróżnieniu do prac z przeszłości.
Tworzysz nie tylko piękne rzeźby ze szkła, ale też sztukę użytkową. Twój niesamowity zestaw "Komety", złożony z karafki i sześciu kieliszków, zdobył główną nagrodę na konkursie w 4 Design Days Katowicach i Must Have Łódź Design Festival.
"Komety" zaprojektowałam kilka lat temu na zamówienie Desa Home. Poproszono mnie o stworzenie zestawu, który byłby idealnym prezentem ślubnym. To był akurat rok Stanisława Lema, którego uwielbiam, więc zaproponowałam zestaw złożony z karafki w kształcie lecącej komety i dwustronnych kieliszków, przypominających małe komety. Z jednej części można pić białe wino, a z drugiej czerwone. Są dość duże, przeskalowane, mają bajeczne kolory. Chciałabym, żeby ten zestaw pozostał z ludźmi przez wiele lat, żeby po dwóch tygodniach nie zamieniali go na inny. Sama też nie lubię wyrzucać dobrych rzeczy. Mam w domu krzesła i sofy z sopockiej wystawki. Niedawno przyniosłam do domu cały karton pięknych talerzy, których ktoś się pozbył. Zresztą 95 proc. moich rzeźb robię w ostatnim czasie na śmieciach.
To znaczy?
Nie zlecam na przykład ścięcia drzewa, żeby zrobić z niego formę do dmuchania szkła, tylko zbieram gałęzie ze ściętych już drzew albo takich, które wyrzuciło morze. Ostatnio przywiozłam cały samochód kory ze starego ściętego drzewa w Sopocie-Wyścigach. Używam jej do robienia jednorazowych unikatowych form do dmuchania szkła. Później zawożę je do huty szkła i tak powstają moje rzeźby. Czasem używam też z metalowych odpadów, które już w hucie użyto i wyrzucono lub znajduję na złomowisku przedmioty, które służą mi jako narzędzia do realizacji rzeźb. Korzystam też ze starych, zużytych drewnianych form przemysłu szklarskiego. Mieszkają w nich owady, ale oczyszczam je i wykorzystuję, by tworzyć w nich nowe dzieła.
Cała ty! Dziewczynka, która jako dziecko zwracała uwagę na złamane drzewo...
Cała ja! Niedawno przygotowywałam prezent od dzieci dla rodziców, którzy obchodzili 50. rocznicę ślubu. Poprosiłam, żeby przysłali mi gałęzie, które spadły z drzew w rodzinnym ogrodzie oraz leżące w pobliżu kamienie. Odbiłam te gałęzie i kamienie w szkle. Rzeźba, którą stworzyłam, jest pieczęcią tej rodziny.
Ta rzeźba, podobnie jak inne, powstała w hucie szkła. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś, jak się tam pracuje?
Na dyplom w liceum plastycznym chciałam zrobić kilkumetrowy świetlny słup - lampę z odpadów szkła kryształowego, ale mój nauczyciel bał się, że nie zdążę, więc się nie zgodził. Z przekory zaprojektowałam więc i zrobiłam coś, co mieściło się w dłoni, czyli brewiarz z pęcherzykiem powietrza w kształcie romańskiego krzyża. Musiałam jednak pojechać do huty szkła Julia w Szklarskiej Porębie, żeby go wykonać.
Niedawno w hucie w Piechowicach, która przejęła mienie likwidowanej huty w Szklarskiej Porębie, zobaczyłam stojącą na ściance w hali jedną z próbek mojego dyplomu, płytkę z romańskim krzyżem. Zapytałam nowych właścicieli, czy mogę ją odkupić. Następnego dnia odpowiedzieli mi, że niestety moja próbka zaginęła.
Huty w Szklarskiej Porębie już nie ma?
Niestety. Padła jak większość hut szkła w Polsce, do których jeździłam ponad 20 lat. Zabiły je rachunki za gaz i konkurencja z Chin. Chińska toksyczna tandeta zabija polskie rzemiosło i sztukę.
W tej chwili szukam miejsca, w którym mogłabym zrealizować swoje projekty. Pracuję też z hutami w Czechach. Zresztą nie tylko ja. Wielu artystów szkła z całego świata zleca swoje rzeźby właśnie czeskim hutom. Niektórzy wręcz wysyłają swoje projekty albo formy, a później odbierają gotowe zamówienie lub wprost do ich domu przychodzi przesyłka. Ja muszę jechać i osobiście tworzyć moje prace, oprócz serca wkładać ręce w ogień i żar szklanej lawy. Kocham to.
To ciężka praca, bo twoje rzeźby są duże i mają imponującą wagę!
Ważą od kilku do 25 kg.
Nie lżej byłoby robić biżuterię?
Cenię osoby, które robią biżuterię, ale mnie to nie interesuje.
Interesuje cię za to podbój Wenecji.
Nie wiem dlaczego, chyba przez kompleksy, nie zgłaszałam się wcześniej na wystawę Hub The Venice Glass Week w Wenecji. W tym roku postanowiłam jednak wziąć udział w selekcji i wysłałam swoje zgłoszenie ze zdjęciami rzeźb. Zostałam wybrana spośród kilkuset osób, które zgłosiły się z 54 krajów. Oprócz mnie jeszcze tylko dwoje polskich artystów pokaże swoje szkła w Wenecji.
Moje rzeźby będzie można oglądać od 12 do 22 września na wystawie The Venice Glass Week HUB w Palazzo Loredan, którą organizują miasto Wenecja, Instytut Szkła w Wenecji, fundacje zajmujące się dziedzictwem szkła. Włosi wybrali dwie moje rzeźby z cyklu "Widoki". Główna jest różowo-biała, z elementami złota. Nazwałam ją "Widok w różu". W Sopocie mam często takie wspaniałe wschody i zachody słońca nad morzem, kiedy całe niebo i morze są różowe. Dopiero jak tu zamieszkałam na stałe, mogłam to zaobserwować.
Druga rzeźba jest bezbarwna, pomalowana złotem na gorąco zanim zastygła. Obie wyglądają trochę jak chmury a trochę jak widok górskich szczytów. Zrobiłam je z kory i gałęzi drzew, które znalazłam nad morzem. Są więc związane z moim Sopotem.
Teraz są w drodze do Italii?
Pojechały do Wenecji w zeszłym tygodniu, mają do pokonania drogę lądową i wodną. Muszę wynająć barkę i dźwig, które kanałami w Wenecji dostarczą drewniane skrzynie z moimi rzeźbami do Palazzo Loredan.
Czy po wystawie w Wenecji nie będziesz się mogła opędzić od zamówień?
Podczas zeszłorocznej wizyty w Wenecji przekonałam się, że osoby zainteresowane tego typu sztuką kupują głównie szkło, które powstało na Murano. Ale bardzo się cieszę, że mogę pokazać się na wystawie w Wenecji, to dla mnie nobilitujące i znak, że jako artystka idę w dobrą stronę.
Aleksandra Kujawska. Rzeźbiarka i projektantka szkła. Skończyła Akademię Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu. Jest laureatką kilkunastu prestiżowych nagród, m.in. Dobry Wzór 2022 i 2024, Dobry Projekt 2024, Must Have Łódź Design Festiwal 2021,2022, 2023,2024 i 2025, czy Diament Meblarstwa 2018. Stypendystka Ministra Kultury, Sztuki i Dziedzictwa Narodowego. Swoje prace wystawiała m.in. w Warszawie, Krakowie, Gdyni, Londynie, Paryżu i Wenecji.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słon