Rozmowa
Sławek Paćko i Marcin Jamkowski (Marzena Hmielewicz / Agencja Wyborcza.pl)
Sławek Paćko i Marcin Jamkowski (Marzena Hmielewicz / Agencja Wyborcza.pl)

Latem tego roku, wędkarz, który łowił ryby nad Wisłą, na wysokości Tarchomina zauważył wystający z wody miecz…

I okazało się, że to miecz późnośredniowieczny, zachowany prawie na całej długości, z charakterystyczną kulistą głowicą i z intrygującym znakiem krzyża na trzonie. Zachowanie wędkarza było godne podziwu. Natychmiast zadzwonił do konserwatora zabytków i przekazał znalezisko. Miecz trafił do konserwacji, a potem trafi do Muzeum Archeologicznego. Brawo!

Co można znaleźć w Wiśle?

Ta rzeka to prawdziwy sezam ciekawostek. Czasem zapominamy o tym, że i Wisła, i inne rzeki, były przed laty niczym dzisiejsze autostrady. Współcześnie towary są transportowane trasą A1 lub A2 oraz drogami ekspresowymi, a kiedyś spławiano je rzekami. Odra czy Wisła były ogromnymi arteriami komunikacyjnymi, po których poruszały się ówczesne tiry, czyli szkuty - wielkie płaskodenne barki, które woziły głównie zboże, ale i inne towary. Podczas transportu dochodziło czasem do wypadków i dlatego w rzekach do dzisiaj można znaleźć wiele skarbów.

Kilka lat temu archeolodzy znaleźli drewniany most z początku XIX wieku, który przerzucony był w Warszawie między dzisiejszą pieszą kładką, łączącą prawy i lewy brzeg Wisły, a mostem Śląsko-Dąbrowskim. 

Pamiętam, sama poszłam obejrzeć wystające z wody drewniane przęsła. To było niesamowite przeżycie. Wcale się nie dziwię, że od wielu lat uparcie przeszukujesz dno Wisły.

Zaczęliśmy w 2009 roku. Wtedy, z pracownikami naukowymi Uniwersytetu Warszawskiego: dr Justyną Jasiewicz i dr. Hubertem Kowalskim, dziś już profesorem, postanowiliśmy szukać zaginionych zabytków. Impuls dały nam dokumenty, które dr Kowalski znalazł w archiwach. Ten archeolog, specjalizujący się w recepcji antyku w I Rzeczypospolitej, trafił na wymianę korespondencji, jaką w czasach II wojny północnej, zwanej powszechnie potopem szwedzkim, prowadził polski król Jan Kazimierz ze starostą warszawskim. Byli zatroskani losem królewskich zabytków.

Dlaczego? Co się z nimi stało?

Szwedzi ogołocili Polskę w czasie potopu z masy cennych rzeczy. Rabowali biblioteki, kosztowności, dzwony z kościołów, stroje, a nawet meble, pościel, sztućce i kafle z podłóg rezydencji magnackich. Szwedzi ograbili także Villa Regia, ukochany pałac króla, zwany dziś Pałacem Kazimierzowskim, który znajduje się na terenie kampusu Uniwersytetu Warszawskiego i mieści rektorat uczelni. Splądrowali go, rozebrali spektakularny fronton, zabrali cenne marmury i wsadzili je na barki na Wiśle. Jednak gdy próbowali płynąć na północ, barki zatonęły. 

Fragment zabytku wyłowionego z Wisły (Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Jan Kazimierz zwiał na początku potopu do swojego majątku na Opolszczyźnie, ale prosił w listach starostę warszawskiego, żeby ten spróbował wydobyć te skarby z Wisły i zabezpieczyć je na brzegu, na przykład zakopując je, aby nieprzyjaciel "łacno dopaść ich nie mógł".

Wisła jest trudną rzeką. Nie wiedzieliśmy, czy uda nam się coś z niej wyciągnąć. W listach nie było dokładnej lokalizacji. Postanowiliśmy to jednak sprawdzić. Zadzwoniłem do dr. Piotra Kuźniara z Politechniki Warszawskiej i do profesora Andrzeja Osadczuka z Uniwersytetu Szczecińskiego i opowiedziałem o naszym pomyśle. Osadczuk odpowiedział: "panie Marcinie, to jest kompletne szaleństwo! Przyjeżdżam pojutrze!".

Udało się zebrać ekipę i ruszyliście pod wodę. Co zobaczyliście?

Dobra ekipa to podstawa. Przez cały czas była z nami też fotografka Marzena Hmielewicz i filmowiec Kostek Kulik. Wspomagali nas policjanci z komisariatu rzecznego w Porcie Praskim. Pomiary sprzętem hydrograficznym - sonarami, echosondami i profilomierzami osadów dennych prowadziliśmy trzy lata. Potem zaczęliśmy nurkowania. Mijały długie miesiące bez żadnych sukcesów. Aż wreszcie w pewne październikowe popołudnie 2011 roku trafiliśmy koło Cytadeli na pierwsze "coś"! A obok na kolejne "coś". Naszym oczom po raz pierwszy ukazały się kamienne łuki, marmurowe futryny, parapety, nadproża, dziesiątki kafli z posadzki i ozdobne dekoracje. Gładkie, z widocznymi łączeniami na kołki, osadzane w ołowiu, pokryte warstwą wiślanych glonów i mułu. Wszystkie przeleżały w wodzie 350 lat!

Hitem okazało się międzyłucze - dwumetrowy trójkątny marmurowy fragment ozdobnej arkady. Był na nim wyrzeźbiony ogromny snopek, czyli królewski herb samych Wazów! Nie było wątpliwości - znaleźliśmy skarb króla Jana Kazimierza.

Skąd sprowadzono te marmury?

Pochodzą z polskich kamieniołomów: Chęcin, Dębnika i Zygmuntówki. Zresztą właśnie z Zygmuntówki pochodziła pierwsza kolumna Zygmunta. Sposób ich obróbki wskazuje na początek XVII stulecia. Natomiast część drobniejszych przedmiotów to tzw. importy: zabytki z alabastru z Niderlandów.

Większość przedmiotów, które odnajdowaliśmy, była po prostu piękna. Szczególnie nas zachwyciła manierystyczna marmurowa fontanna z ogrodu króla Jana Kazimierza, z czterema rzeźbionymi maszkaronami - twarzami, wypluwającymi wodę. Twarze, które spędziły 350 lat pod wodą i mulistym piaskiem, wyglądały dosłownie jak spod igły!

Tuż obok fontanny spoczywał element kominka lub obramienia portretu z importowanego z Niderlandów czarnego marmuru. Został ozdobiony XVII-wiecznym graffiti - nazwiskami i datami. W pobliżu odkopaliśmy też dwumetrowe kartusze herbowe, elementy marmurowej balustrady i kolumn, marmurowe, rzeźbione wsporniki do ław ogrodowych, fragmenty schodów i... 250 marmurowych kafli z pałacowej posadzki oraz misy do ogrodowych fontann.

Marcin Jamkowski podczas nurkowania (Marzena Hmielewicz/ Agencja Wyborcza.pl)

Co było największym zaskoczeniem?

W czwartym sezonie poszukiwań natrafiliśmy na kilkanaście wielkich, drewnianych... kół od armat! Kilka zachowanych w doskonałym stanie, kilka zbutwiałych, rozpadających się na fragmenty. Obok leżało także wiele elementów wozów - dyszle, osie, metalowe łączniki. Prócz nich, w sumie mieliśmy już około 15 ton królewskich marmurów! Niektóre były tak ciężkie, że do ich podniesienia używaliśmy policyjnego śmigłowca. Rok później znaleźliśmy też i same armaty! Pod wodą opasaliśmy je specjalnymi taśmami. Kiedy dźwig podniósł pierwszą i zobaczyliśmy ją na powierzchni, cieszyliśmy się i krzyczeliśmy z radości z Hubertem Kowalskim niczym małe dzieci. Do dzisiaj zebraliśmy z Wisły ponad 20 ton zabytków.

Poza siedemnastowiecznymi skarbami, po które weszliśmy, znaleźliśmy również przedmioty kompletnie niezwiązane z tamtym czasem. Były XIX-wieczne butelki na leki, butelki po alkoholu z XIX i XX wieku, fragmenty samolotów z II wojny światowej, pociski moździerzowe, magazynki od karabinów maszynowych, granaty, elementy uzbrojenia, a nawet maszyna do pisania z drugiej połowy XX wieku. Miałem przez moment taką myśl, żeby ją wyczyścić i postawić na biurku, ale była tak zardzewiała, że zrezygnowałem. Myślę, że jeżeli istnieje jakaś bogini Wisły, to chyba spodobała jej się nasza praca.

Zobacz wideo "Tata polarnik". Tylko jeden Polak ma taką pracę

Dlaczego?

Bo w tym czwartym roku naszych prac rzeka się do nas uśmiechnęła i woda opadła do poziomu nienotowanego od czasów, gdy prowadzi się zapisy-  czyli od około 200 lat. Miejsca i przedmioty, które w czasie pomiarów leżały 3-5 metrów pod wodą i były nam znane tylko z wcześniejszych zapisów sonaru, mogliśmy obejrzeć gołym okiem. Szybko znaleźliśmy więc i fragmenty drewnianego wraku: wręgi, fragmenty poszycia dna, deski z burt - a wszystko łączone drewnianymi kołkami i dużymi, niekształtnymi, kwadratowymi nitami, z wycięciami do przewlekania stabilizujących konstrukcję powrozów. Ale czy to wrak szkuty, która wiozła królewskie skarby? Nie wiadomo.

Jakieś 100 metrów od wraku natknęliśmy się na prawdziwą "ławicę" marmurowych fragmentów - kawałki elewacji, arkady ogrodowej, podłóg i parapetów oraz 700-kilogramowe zdobione nadproże i 30 kul armatnich. Kilka razy musieliśmy przerywać prace, kiedy naszym oczom ukazywały się ładunki bardziej współczesne - pociski od haubic i armat, granaty, pociski moździerzowe. Policja zamykała wówczas teren, a nas z opresji ratowali saperzy.

Marcin Jamkowski po nurkowaniu w kamieniołomie, 2001 rok (Marzena Hmielewicz / Agencja Wyborcza.pl)

Jaką wartość mają wasze znaleziska?

Wydaje mi się, że to najcenniejsze skarby, jakie udało się do tej pory wydobyć z Wisły. Są bowiem wśród nich jedyne oryginalne XVII-wieczne fragmenty Warszawy, jakie istnieją. Fragmenty Pałacu Kazimierzowskiego, które wydobyliśmy w latach 2011-18 pokazują, że był on najpiękniejszą rezydencją I Rzeczypospolitej. Król Jan Kazimierz lubił odpoczywać daleko od zgiełku ówczesnych wydarzeń, na przykład sejmowych, w swoim pałacu. Stworzył tam wspaniałą kolekcję dzieł sztuki, a sam pałac rozbudował w sposób absolutnie spektakularny. Fronton z marmuru, z pięknymi kolumnami i płaskorzeźbami stał od strony dzisiejszego Krakowskiego Przedmieścia. Dziś nie ma już po nim śladu, bo Szwedzi rozebrali go do zera.

Co ciekawe, fronton łączył się z loggią i marmurowymi schodami. Architekci mówili mi, że takie rozwiązanie zastosowano po raz pierwszy w Europie właśnie w Pałacu Kazimierzowskim. Budowniczymi byli zapewne włoscy architekci. Kiedy zobaczyli, jak świetnie takie rozwiązanie sprawdziło się w Warszawie... masowo zaczęli stosować je w pałacach Florencji! To niesamowite, że coś, co zadebiutowało nad Wisłą, zaczęło być później stosowane w mieście, które nam tak mocno kojarzy się dziś z najlepszą europejską sztuką. 

Nie znaleźliśmy sztabek złota czy drogich kamieni, ale odzyskaliśmy coś ważniejszego - wielki skarb dla kultury narodowej. Wszystkie marmury po konserwacji trafiły do Muzeum Historii Polski i tam fronton dawnej Villa Regia ma wkrótce zostać odbudowany. A przed nim ma stanąć ta przepiękna fontanna z królewskich ogrodów. Kiedy o tym myślę, naprawdę czuję dumę.

10 lat. Podziwiam wasz upór.

W dobrej ekipie zawsze dobrze się pracuje! Mam w ogóle wrażenie, że nastały dobre czasy dla archeologii podwodnej. Mamy technologię, która pozwala nam schodzić na dno oceanu oraz taką, która umożliwia penetrację dna morskiego i jeziora bez człowieka. Pojazdy wyposażone w echosondy mogą poruszać się zarówno pod wodą, jak i na powierzchni. Odpowiednią sekwencją fal dźwiękowych można za ich pomocą zaglądać nawet pod piasek.

Co chciałbyś wydobyć i nie potrafisz przestać o tym myśleć?

Są dwie takie rzeczy. Po pierwsze: rzeźba orła, która znajdowała się na barkach zbożowych, którymi Szwedzi chcieli wywieźć skarby na północ. Hubert Kowalski znalazł o nim wzmiankę w archiwach Muzeum Warszawy. Okazuje się, że w 1906 roku warszawscy piaskarze trafili na elementy zabytków kazimierzowskich. Wydobyli wtedy między innymi przepiękną rzeźbę Delfina, która znajduje się dzisiaj w Muzeum Warszawy, a także próbowali wyjąć spod wody jakąś rzeźbę orła. Syn jednego z piaskarzy opisywał, że gdy trzymali tego orła za skrzydło, ono nagle się odłamało i zostało im w ręku, a pozostała część spadła z powrotem głęboko do wody. Wiedząc o tym, gdy nurkowaliśmy, wyobrażałem sobie wielokrotnie, że widzę część orła. Parę razy byłem nawet przekonany, że go znalazłem, miałem wrażenie, że czuję pod palcami ptasie pióra i drugie skrzydło. Okazało się jednak, że był to ogromny pień dębu, który rzeka wcześniej porwała i pod palcami miałem nie marmurowe pióra, ale resztki kory. To one oszukały mój mózg. Przy zerowej widoczności i silnym prądzie wody - wszystko może się zdarzyć!

Ruchy geologiczne dna rzeki sprawiły, że ten orzeł pewnie leży gdzieś pod piaskiem, na głębokości 5 -10 m. Może kiedyś, za 100 czy 200 lat kolejne ruchy spowodują, że wypłynie na powierzchnię?

Na dnie Wisły leżały prawdziwe skarby... (Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Drugi orzeł, którego chcielibyśmy znaleźć, ale już nie w Wiśle tylko w Morzu Północnym to wrak ORP Orzeł, czyli polskiego okrętu podwodnego, który w 1940 roku wyszedł z portu niedaleko Edynburga w swoją ostatnią misję i zaginął. Nie wiadomo, co się z nim stało, nigdy nie wrócił do bazy. W tej chwili co najmniej dwie ekipy poszukują tego okrętu. 

Załoga ORP Orzeł dokonała absolutnie bohaterskich czynów - najpierw uciekała przed hitlerowcami, a potem przed sowietami. Wyrzucili tchórzliwego kapitana, płynęli przez cały Bałtyk bez map nawigacyjnych, odrysowując je z pamięci. O ich wyczynie Amerykanie uczą studentów akademii wojskowych. Mówią, że nawet gdy wszystko zawiedzie, nie można się poddawać. Trzeba płynąć wbrew wszystkim przeszkodom. Jak załoga ORP Orzeł.

Marcin Jamkowski. Jest popularyzatorem nauki, nurkiem i reżyserem filmu dokumentalnego "Uratowane z Potopu" -  razem z Konstantym Kulikiem, oraz współautorem książki pod tym samym tytułem z Hubertem Kowalskim. Jest też wiceprezesem Oddziału Polskiego The Explorers Club.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.