Sztuka i design 
Łódź (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)
Łódź (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Nie dało się napisać książki o Łodzi bez Władysława Reymonta?

Nie dało, chociaż bardzo chciałem, naprawdę. Zdałem sobie jednak sprawę, że uciekanie od Reymonta, kiedy się pisze o Łodzi, byłoby na siłę. Dlatego Reymont nie tylko w mojej książce jest, ale jeszcze wprowadza czytelników do każdego rozdziału.

Ducha Reymonta czujemy, nawet zanim otworzymy książkę, bo przecież jej tytuł "Ziemia wymyślona" to nawiązanie do "Ziemi obiecanej".

Bo ona jest mitem fundacyjnym Łodzi. Zastanawiałem się, czy jest jeszcze jakieś miasto w Polsce, dla którego tak wielkie znaczenie miałby jeden tekst kultury, i doszedłem do wniosku, że nie ma. Łódź to "Ziemia obiecana" – książka, ale też oczywiście film Andrzeja Wajdy, zresztą moim zdaniem lepszy od książki. Jako nastolatek byłem nią, przyznaję, urzeczony, dzisiaj mam nieco inne zdanie. Wiele rzeczy mnie w niej razi, choćby to, jak grubą kreską poprowadzone są poszczególne typy, że tak powiem, narodowe – u Reymonta mamy stereotypy na sterydach. U Wajdy natomiast jest to bardziej zniuansowane. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że książka powstawała w takich, a nie innych okolicznościach historyczno-społecznych, co znaczy, że nie musi mi się podobać współcześnie, choć nadal jest to bez wątpienia wielka powieść.

Ty też napisałeś wielką powieść o Łodzi, bo choć jest to przede wszystkim literatura faktu, puszczasz wodze fantazji, próbując rekonstruować rozmaite sceny, rozmowy czy codzienny język poszczególnych epok. Skąd ta literacka wolta?

Jesteś chyba pierwszą osobą, która nazwała moją książkę powieścią, i nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba. Kiedy się do niej zabierałem, myślałem o reportażu historycznym, ale kiedy zacząłem tworzyć pierwszą konstrukcję książki, zupełnie naturalnie pojawiała się we mnie chęć poprowadzenia czytelnika głębiej. Wtedy właśnie zdecydowałem się na wprowadzenie elementów fabularyzowanych, choć opartych na historycznych czy topograficznych faktach. Przyznaję, trochę się obawiałem reakcji wydawnictwa, spodziewającego się klasycznego reportażu historycznego, ale się udało – książka wyszła, rozmawiamy o niej.

Ul. Piotrkowska w 1896 roku. Na zdjęciu widać kościół ewangelicki św. Trójcy i przedstawicielstwo Towarzystwa Akcyjnego Żyrardowskiej Manufaktury (Bronisław Wilkoszewski - Widoki m. Łodzi, Warszawa 1896/Domena publiczna via Wikipedia Commons) , Ul. Piotrkowska w Łodzi dziś (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Nie jest to pierwsza twoja książka.

Ale pierwsza taka, bo dotychczas, będąc akademikiem, zajmowałem się literaturą naukową i popularnonaukową, skierowaną siłą rzeczy do osób szczególnie zainteresowanych architekturą. Ta książka powstała natomiast dla o wiele szerszego grona czytelników i jest rezultatem bardzo intensywnego pisania, bo była gotowa właściwie w rok. Całkiem, muszę powiedzieć, przyjemny rok, więc może nadal będę wędrował w tę stronę. Tym bardziej że odzew jest pozytywny, pierwszy nakład się już sprzedał i jest dodruk.

Popularnych książek o architekturze i miastach mamy coraz więcej, co cieszy. Twoja ma bardzo ciekawą konstrukcję, bo nie opowiadasz o Łodzi linearnie. Każdy rozdział jest autonomiczną, choć zazębiającą się z innymi częścią.

Nie chciałem stosować klasycznej narracji od początku do dzisiaj, bo takich książek jest dużo. A skoro, jak już ustaliliśmy, punktem wyjścia był Reymont i jego przyjazd do Łodzi, zrobiłem sobie listę najważniejszych miejsc, które się w jego "Ziemi obiecanej" pojawiły, i ostatecznie wybrałem ich siedem. Im właśnie odpowiadają poszczególne rozdziały. Chciałem również, żeby zawarte w nich opowieści mogły być swego rodzaju przewodnikiem po mieście, by można było z książką wędrować po Łodzi, a żeby to wszystko nie było nudne, potrzebowałem postaci z krwi i kości. I to takich, które nie pojawiają się w kanonicznych książkach historycznych, chociaż oczywiście one również są, choćby Izrael Poznański czy Władysław Strzemiński. Zależało mi jednak na wprowadzeniu bohaterów i bohaterek nieznanych, szczególnie tych z ludowych warstw społecznych, które są zwykle traktowane jak bezimienna masa.

To są postaci prawdziwe?

Oczywiście, inspiracją do zajęcia się takimi historiami były "Służące do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak, która wyszła w tej książce poza dominującą obecnie w tzw. zwrocie ludowym narrację chłopską. Robotnicy nadal czekają na opowieści o sobie.

Gdzie znajdowałeś opowieści o nich?

Głównie w prasie, którą wertowałem godzinami w archiwach i bibliotekach. To tam znalazłem na przykład kwiaciarkę Stanisławę Wojtasik, która widziała, jak na Piotrkowskiej tramwaj ucina małemu gazeciarzowi nogi. Gazety pełne były takich opowieści.

Twoje podzielone na rozdziały opowieści można czytać nie po kolei?

Pewnie, że można. Czytelnicy, jak się okazuje, próbują nie tylko takich metod. Na jednym ze spotkań autorskich pewien pan powiedział, że próbował ją nawet czytać chronologicznie, co jest sporym wyzwaniem, bo trzeba wtedy ciągle przeskakiwać między poszczególnymi częściami rozdziałów. Czytelnicza kreatywność nie zna granic.

Opowieść o Łodzi, jak sam piszesz, może mieć wiele początków, ale umówmy się, większość interesuje tylko XIX i XX wiek.

Co jest zrozumiałe, bo to w latach 20. XIX wieku rodzi się pomysł, by z Łodzi zrobić osadę włókienniczą, by stworzyć coś z niczego. To jest pierwsze wymyślenie Łodzi. Drugie pojawia się wraz z tymi, którzy do niej ściągają, by się dorobić – są to ludzie z okolic, Polacy i Żydzi, ale też Niemcy z Nadrenii, którzy mają know-how. To jest początek czegoś, co za oceanem nazywa się american dream. Kolejną Łódź wymyślają architekci, tworząc jej niepowtarzalny w żadnym innym polskim mieście charakter. Łódź wymyślana jest również przez władze, to się zresztą dzieje do dzisiaj, czego przykładem jest Nowe Centrum Łodzi. I w końcu Reymont – to wymyślona przez niego Łódź została chyba na zawsze zapisana w polskiej kulturze. Zapisana w dodatku jako dokument, choć jest przecież fikcją. Opartą na faktach, ale fikcją.

Grupa kobiet w drodze do pracy w fabryce; zdjęcie pochodzi z okresu 1918-1939 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Panorama przedwojennej Łodzi (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Przecież ty zrobiłeś dokładnie to samo!

I teraz nie wiem, czy traktować to jako komplement, czy zarzut. Ale tak, masz rację, napisałem opartą na faktach własną Łódź wymyśloną. I tego nie ukrywam.

Łódź jest w rzeczy samej miastem nieustannego wymyślania się na nowo, to właściwie trwa do dzisiaj. Wyobrażam sobie, że z punktu widzenia kogoś, kto zajmuje się architekturą, jest to szalenie atrakcyjne.

Jest, choć brakuje w tym wymyślaniu konsekwencji. Spójrz na historię Gdyni. To też jest przecież miasto wymyślone, ale trzymające się konsekwentnie pomysłu modernistycznego okna na świat. Tymczasem w Łodzi nie można za tym wymyślaniem nadążyć. To miało być we współczesnej odsłonie miasto akademickie, potem miasto przemysłu filmowego, potem miasto przemysłów kreatywnych, aż w końcu wymyślono Nowe Centrum Łodzi, co akurat było dobrym pomysłem, ale efekt jest, jak wiadomo, porażający: przeskalowany dworzec i ziejący pustką, pozbawiony zieleni plac, a wokół blokowisko i zagubiona w tym wszystkim zrewitalizowana elektrownia EC1.

Może ta miejska nieumiejętność zajęcia się miastem jest spowodowana tym, że ono powstawało za prywatne pieniądze, że wszystko – jak w Ameryce – budowali bogaci mieszkańcy?

To prawda, Łódź jest pomnikiem kapitalizmu, zbudowali ją fabrykanci, kupcy, ludzie inwestujący prywatne środki finansowe. Oczywiście nie robili tego z dobroci serca, by ludziom żyło się dobrze, tylko we własnym interesie i dla własnego prestiżu. Łódź – mawia jeden z profesorów Politechniki Łódzkiej – na pewno nie była miastem budowanym po to, żeby żyło się w niej lepiej. Łódź powstała dla pomnażania kapitału.

Co widać wyraźnie w jej architekturze. Określasz ją dwoma słowami: chaos i ostentacja.

Co ciekawe, śródmieście Łodzi to przecież regularna siatka prostopadłych ulic (znów bardzo po amerykańsku), ale wypełniano ją w taki sposób, w jaki realizowano prywatne inwestycje – tego było stać na trzy piętra, tego na cztery, tego na domek, tego na pałac. Wszystko to sąsiaduje ze sobą i ewoluuje wraz z kolejnymi ustrojami. Obserwowanie tego i opisywanie jest fascynujące.

Wielu bohaterów architektów w twojej książce to Żydzi, którzy, wydaje się, mieli niebagatelny wpływ na Łódź. Taki, dajmy na to, Dawid Lande zaprojektował mnóstwo spektakularnych i stojących do dzisiaj budynków.

To, co w Łodzi zaprojektował Lande, można by z powodzeniem przenieść do Wiednia i znakomicie wszystko by się tam odnalazło. Do II wojny światowej Żydzi odgrywali pierwszorzędną rolę w Łodzi. Ci zamożni zamawiali projekty kamienic, willi i pałaców głównie u żydowskich architektów, więc zapotrzebowanie było duże. Oczywiście projektowali też Polacy, choćby Hilary Majewski, architekt miejski, choć kwestią dyskusyjną pozostaje to, ile rzeczywiście zaprojektował, a pod iloma projektami się tylko podpisał. Historia żydowskich architektów Łodzi jest o tyle nadal ciekawa, że łódzkie korzenie mają gwiazdy współczesnej architektury – Frank Gehry i Daniel Libeskind.

Błażej Ciarkowski (Fot. Michal Korta/Mat. promocyjne wydawnictwa W.A.B.)

Po wojnie Żydzi z Łodzi znikają i zaczynają się inwestycje Polski Ludowej. Na przykład na Bałutach, które mają w twojej książce rozdział. To jest ciekawy proces wyciągania robotników z ciemnych, ciasnych i pozbawionych cywilizacyjnych zdobyczy kamienic. Doświadczyła tego moja babcia, tkaczka w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Róży Luksemburg, która za przodownictwo pracy dostała mieszkanie na opisywanym przez ciebie Osiedlu im. Włady Bytomskiej.

Mieszkaniówka to zawsze był wielki problem w Łodzi, tysiące robotników mieszkało w okropnych warunkach. Kamienice były ogrzewane piecami na węgiel, nie miały kanalizacji, wodę czerpano z pomp w podwórzu. Panowała straszna ciasnota, w jednej izbie mogło mieszkać 16 osób, podnajmowano nawet łóżka na godziny – kiedy jeden robotnik szedł do fabryki, drugi mógł w tym czasie wynająć jego łóżko. Osiedle Włady Bytomskiej, o którym mówisz, zbudowane w latach 50. XX wieku, to jedno z lepszych powojennych osiedli w Łodzi. Dla ludzi, którzy otrzymali tam mieszkania – jak twoja babcia – to była radykalna zmiana warunków życia. Dla nas dzisiaj trudna do wyobrażenia.

Dzisiaj te stare kamienice walą się za sprawą tarcz drążących pod Łodzią tunel średnicowy.

One się zawalają nie tyle ze starości, ile – wraca nam ponownie drapieżny łódzki kapitalizm – z powodu budowania ich po kosztach. To była taka XIX-wieczna patodeweloperka, budująca bez porządnych fundamentów i jak najtańszymi materiałami. Okazało się nawet, że jedna z oficyn, które się zawaliły, nie miała ściany nośnej, tylko była po prostu oparta o sąsiednią kamienicę.

Ale może nie kończmy rozmowy o Łodzi na walących się kamienicach, bo będziemy jak Reymont taplający Łódź w błocie. Powiedzmy choć o jednej architektoniczno-urbanistycznej dobrej zmianie.

Tymi zmianami nie są na pewno największy dworzec czy największy basen dla słonia. Czymś takim nie poprawia się jakości życia mieszkańców. Wybrałbym zatem przebudowę placu Wolności. Jego metamorfoza jest naprawdę udana: plac się zazielenił, siedzą tam ludzie, są dzieciaki na placu zabaw, dużo osób robi tam zdjęcia. Mam oczywiście do tej przebudowy parę uwag, ale one są drugorzędne. Najważniejsze jest to, że przestrzeń po przebudowie wypełnili ludzie, że stanowi ona odpowiedź na ich realne potrzeby. Można? Można.

Błażej Ciarkowski. Architekt (niepraktykujący) i historyk architektury, adiunkt w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego. Dwukrotny laureat stypendium twórczego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych poświęconych architektom i architekturze czasów Polski Ludowej oraz problematyce "kłopotliwego dziedzictwa".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego Dynks (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Mieszka w Poznaniu.